“Ułuda” to powieść drogi, opowieść o iluzji doświadczanej w życiu, o przemijaniu i o śmierci, która nie jest końcem, ale przejściem prowadzącym do nowego.


UłudaWszystko wydarzyło się naprawdę – zapewnia Mat, który został poproszony przez swoją ciężko chorą przyjaciółkę Igę, aby dopilnował kremacji jej ciała, a prochy rozsypał w świętym miejscu w Indiach.

Mat wyrusza w podróż, poznaje niezwykłych ludzi, poszukuje, jest coraz bardziej uwikłany w grę czasu, ale i przestrzeń egzotycznego i tajemniczego Orientu. Nie spodziewa się, jak bardzo go to zmieni.

“Ułuda” to powieść drogi, opowieść o iluzji doświadczanej w życiu, o przemijaniu i o śmierci, która nie jest końcem, ale przejściem prowadzącym do nowego. Życie bohatera wydaje się snem. Może jest niekończącą się wędrówką… Ułudą?

***

Ułuda zabrała mój umysł w piękną podróż. Próżno mnie było wołać.
Katarzyna Nosowska

Artur Cieślar – rocznik ‘67, pisarz, podróżnik. Autor książek: Kobieta metafizyczna, Czarny kot nocą, Tajemnicza Wyspa Wielkanocna, Wschód i Zachód. Spotkania, Kobieta metamuzyczna. Uważa, że najciekawszy jest zawsze drugi człowiek, a dzięki pisaniu i fotografowaniu świat umiera wolniej. Jego rozmowy i reportaże ukazują się w magazynie o książkach „Papermint”.

Artur Cieślar
Ułuda
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 20 czerwca 2018
 
 

Ułuda


Kim on jest? Tym, kto przerywa twój sen, kto usuwa twą niewiedzę i egoizm, kto rozprasza twoje wątpliwości, przypominając o prawdziwej naturze.
(nie pamiętam, gdzie to usłyszałem)

Kurewski ból. Jedna chwila. Zabetonowanie. Zatrzymanie. Przeszywające nic.
Cholerne zdziwienie, że nie czujesz siebie.
Po bólu, po czuciu. Jakby wszystko odeszło, jakby odkleiło się od kruchych tkanek, nieposłusznych narządów, oniemiałych zmysłów. Jedynie ruch pozostał. Zdecydowanie ruch dookoła trwał. Miotanie się.
Miotam się.
Poszarpane sekwencje, kadry jak w niemym kinie posiekane kreskami. Prawo, lewo, góra, dół, wgięcie, zagięcie, złożenie, przenikanie – istne origami. Obłęd. Przyspieszenie i spowolnienie. I niezwykła, wręcz namacalna cisza, głęboka i lodowata jak ocean. Jakby mnie ktoś wykroił nożem z rzeczywistości. Jakby wyciął z obrazu i odłożył na bok niczym element bliżej nieokreślonego kolażu. Gęsta i oleista cisza niczym zasolona woda, zalewa do marynat, śluz, który czopuje przewody słuchowe. Krew? Nie. To jest morze. Morze Martwe, Morze Bałtyckie. Obrazy z dzieciństwa przecinają przestrzeń umysłu, prężą się przed oczami… ale tylko przez chwilę. Bo oto znów widzę ciało oparte o kierownicę, całkiem nieruchome, przypominające martwy liść po przejściu jesiennego frontu niżowego, to znowu wstrząsane drgawkami. Znamiona życia? W resztkach witalności, w pulsie nadal kurczącego się mięśnia sercowego, który jeszcze nie uległ złowieszczemu migotaniu.
Migoczą światła, nie serce. Fioletowoniebieskie łuny pełne niepokoju płyną jak wstęgi, syreny ambulansów tną przestrzeń. Mnóstwo innych pojazdów, ludzi dłońmi zasłaniających usta. Wychodzą z nich, przystają jak wryci, zastygają w stuporze… Ratownicy niosący nosze. Strażak z długimi jak rogi jelenia obcęgami połyskującymi chromem. Podobnymi do tych, jakimi chirurg rozcina gips, skraca pogruchotaną kość; podobnymi do tych, jakimi dziadek na przedwiośniu przycinał nazbyt wybujałe gałęzie jabłoni. A teraz ten koniec czyjegoś ciała i to pobocze – westybul życia, droga do bramy, za którą nie wiadomo, co się czai. Koniec czyjegoś świata? Czyjego?
Ćwiartowanie karoserii – metal trzaskający jak lód. Łoskot. Lęk falujący napastliwie, sztormowo, nieobliczalnie. Jestem ponad tym wszystkim. U góry.
Góry.
Chciałbym pochwycić poręcz, złapać się jakiejś klamry, natrafić stopami na opór solidnego występu skalnego. Przez chwilę jestem w bardzo wysokich górach. Błękitne śniegi osłaniają granie przed lodowatym wiatrem. Giewont, Maćhapućhare, Aconcagua? Kozica, lama, muflon? Zwierzę stąpa po krawędzi nie szerszej od aksamitnej tasiemki, którą mama wiązała mi w podstawówce do białego kołnierzyka. Góra nieporuszona trwa jak posąg. Jest kolumną, na której opiera się fresk – niebo i dobry Bóg, który wygnał z raju złego człowieka. Góra Budda. Usta aniołów, wydęte, pyszne, dumne, krążą jak osy. Może to tylko obojętność?
Jestem sam? Drżąca trzcina? Nie! Jestem wszystkim. Spokój, wytchnienie, koniec z szamotaniną. I nagle lęk piekący jak po ukłuciu żądła: nie spaść, nie wpaść, nie upaść, nie ześlizgnąć się, nie zjechać w dół, nie uderzyć miękkim, bezbronnym ciałem o występ skalny, o twardą grań ostateczności. Mieć odwagę kozicy, mieć skrzydła anioła. Być!
I nie ma gór. Nie ma nieba. Jest noc i ta droga, i to pobocze… I zdarzenie.
Strażak wycina nożycami kolejne elementy karoserii, przekłada piłę do drugiej ręki, ociera pot z czoła, metal stawia opór. Iskry łukiem szerokim jak tęcza co chwila rozpraszają smolistą przestrzeń nocy, jęzory Boschowskich płomieni piekielnych liżą dookoła metry kwadratowe powierzchni, która niezawiniona gości to zdarzenie. Piekło jest punktem, jedynie tu i teraz się wydarza, w umyśle, przez określony czas. Palący żar, poczucie oddzielenia, żal i trwoga. Niczyje łzy, niczyje lamenty, modlitwy ani zawodzenia, żadnych świadków, żadnej pomocnej dłoni, jeśli nie liczyć ludzi z obsługi karetki i wozu strażackiego uwijających się przy wraku i ciele. Kilku gapiów przypadkiem zassanych przez lej czasu odwraca z przerażeniem głowy. Ktoś wymiotuje ciemną treścią. Po hamburgerach popitych colą? Komuś innemu łamią się kolana. Składa się jak szwajcarski scyzoryk. Klęczy jak desperat podczas Sądu Ostatecznego. Jakiś młody mężczyzna o niebieskich oczach i włosach do ramion trzyma się za głowę, jakby coś chciało mu ją urwać. Nie może wytrzymać tego widoku… Krzyczy, kogoś woła. Boga?
W końcu wydobywają ciało z wraku. We trzech to robią, młodzi mężczyźni. Powoli, metodycznie, niespiesznie chwytając ramiona i nogi jak skrzydła motyla, uważnie, by nie uszkodzić pyłku, który je pokrywa. Układają płynnym ruchem na noszach jak obrus na stole. Wigilijny…
Wigilia.
Biały obrus, rodzina. Obrus na stole w rodzinnym domu… A na nim owoc granatu, kielich z zielonego szkła, talia kart Tarota… Babcia Józefa kochała znać przyszłość. Wielki, zielony dzban i upolowany zając z głową zwieszoną, smutną jak potłuczona ozdoba choinkowa – martwa natura z reprodukcji wiszącej nad sofą. Wszystko to w jej pogrążonym w mroku mieszkaniu na południu Polski. Pod oknem fortepian pachnący starszym, nieznanym mi mężczyzną. Wydobywał z niego nuty, ale ja nigdy tego nie usłyszałem. Widzę natomiast chłopca grającego Wlazł kotek na płotek… To ja. Wygrywam tę nudną melodię aż po zmrok. Z ciemności wyłania się Pieta Rafaela. Czułość matki. Bezwarunkowa miłość matki. Gdzie moja matka?! Jedna sekunda i wyłania się obraz siedzącej w fotelu kobiety wpatrzonej w ekran telewizora. I znowu obrus na stole. Ciało nieprzytomnego mężczyzny. Sala szpitalna, operacyjna, prosektoryjna? Zimne jarzeniówki. Jak zorza polarna. To nie obrus. To całun.
Mamo.
Mamo!!!
Lęk narasta, mój własny, hodowany podskórnie, zmagazynowany w tkankach ciała, zagnieżdżony w zwojach DNA. Lęk kąśliwy jak osa, potrafiący z impetem zalać gardło i mózg, przełyk, wpełznąć do żołądka i wypełnić trzewia. Pęcznieje teraz jak ciasto. Już zarządza kwantami każdego atomu, każdej komórki. A przecież nie wydalam z siebie niczego, nawet nie mam pęcherza moczowego ani ciała w ogóle. Nie płaczę i nie mam oczu, choć widzę i się wzruszam! Nie wymiotuję, bo choć mam poczucie głowy, nie znajduję żadnego naturalnego otworu, jakim są usta, do których miękkości tak bardzo przywykłem, którymi smakowałem i całowałem. Ani dłoni nie mam, którymi próbowałbym to uwierzytelnić.
Ja nie mam ciała! Ja nie ma ciała!
A jednak odnoszę wrażenie, jakby ono istniało. Pamięć o nim. Nawyk jego posiadania? W moich płucach latają spłoszone nietoperze resztek oddechu. Setki latających lisów, jakie widziałem przed laty w lankijskiej dżungli, tuż przed tropikalną burzą, gwałtowną jak oddech, który właśnie straciłem.
Ja nie oddycham!
Niewypowiedziane cierpienie, niewypowiedziane słowa, niewypowiedziane JESTEM!
Naprawdę nie oddycham?
Ciało już na noszach owinięte kocem, potem odwinięte, obnażone. Uciskają klatkę piersiową, raz, dwa, trzy… intubują, zastrzyk w mięsień sercowy. Jeden, drugi… Zastygły i nieposłuszny mięsień. Ich pośpiech i niewzruszoność tego ciała. Teraz, szybko, już. Ich gwałtowne ruchy z jednej strony i bezwład tego ciała z drugiej. Ratownicy uwijają się jak owady w mrowisku ogarniętym pożarem. Las płonie. On naprawdę płonie. Kurwa mać! – tak niespodziewany, nieproszony i bez sensu pożar lasu, który od tak dawna sobie rósł. W środku lata!
Nie płoń mi!
Nie płoń mi, życie!!!
Wiatr. Dziwny, głuchy świst.
Noc gęsta jak jarzynowa zaciągnięta zasmażką. Dym z opon smolisty, krematoryjny wręcz. Swąd pleśni, kadzideł z katedry w Albi, którą odwiedzałem dziesiątki razy, by wsłuchiwać się w arcydzieło – niemy krzyk pomordowanych katarów. Chichoty aniołów. Ich oczy i dłonie. Uśmiechy wariatów.
Usta. Nie mam ich, a czuję, jakby były spierzchnięte.
Usta babci Józefy. Stoi przede mną w zielonej sukience, na niej taniec czerwonych maków. A przecież odeszła tyle lat temu. Teraz patrzą na mnie jej oczy – uważne, bezstronne jak tafla morza w bezwietrzny dzień. Są czystą miłością. Soczystą obecnością.
Opadam niżej. Jestem tuż przy ciele, przy nim. Przy kim?! Twarz mężczyzny leżącego na noszach zasłania mi teraz barczysty ratownik. Ociera pot z czoła, poprawia dłonią gęstą brodę, z której kapie ślina i pot. Odchodzi. On odchodzi! – ktoś woła. Machnął ręką. Bezradni są.
Widzę go.
Widzę tę twarz. Jest łagodna jak poranek. Naga i bezbronna.
Czytaj dalej, drogi Czytelniku. Jeśli nie przeczytasz kolejnych stron, nie dowiesz się, jak wszystko w życiu jest niewytłumaczalnie ze sobą połączone, jak bardzo współzależne. Jak konieczne do przeżycia jest nasze życie w takim kształcie, w jakim JEST, mimo licznych zasupłań, zarysowań i blizn, które zdają się nigdy nie goić do końca. Choć pewnie wolałbyś widzieć życie jako prostą, zwięzłą opowieść wyświetlaną na białym ekranie snopem z projektora z końcowymi napisami, po którym, z radością w sercu lub smutkiem, a może nawet niechęcią, chce się opuścić kino. To światło jednak nie odbija się od ekranu, nie sączy z projektora, ale płynie zawsze i wszędzie z serca samego wszechświata, z osierdzia Boga, dla którego nasza wiara czy niewiara nie ma najmniejszego znaczenia.