Pobożni władcy czy żądni krwi zbrodniarze? Łagodne białogłowy czy podstępne uwodzicielki? “Drapieżny ród Piastów” to nowa książka Sławomira Leśniewskiego o średniowiecznych polskich władcach.


Drapieżny ród PiastówDo niedawna wydawało się, że o pierwszych władcach Polski wiadomo wszystko. Tymczasem najnowsze odkrycia naukowe pokazują, że im więcej o Piastach wiemy, tym więcej pojawia się nowych pytań i tajemnic do odkrycia. Z fenomenem rodu Piastów w swej najnowszej książce postanowił zmierzyć się popularyzator historii Sławomir Leśniewski.

Bolesławowie Chrobry, Szczodry i Krzywousty. Obok nich postaci, których historycy niesłusznie spychają na drugi plan, takie jak siostra Mieszka I Adelajda albo Bolesław Rogatka. Łączy ich jedno – na tle innych dynastii wyróżniali się nietuzinkową osobowością oraz inteligencją połączoną częstokroć z geniuszem politycznym.

Jednocześnie byli też znani z okrucieństwa, porywczości i bezwzględności w sprawowaniu rządów. Bezlitośnie i bez skrupułów rozprawiali się ze swoimi przeciwnikami, nawet z najbliższymi krewnymi.

Konflikt księcia Bolesława z biskupem Stanisławem, rzeź w Gąsawie i bunt wójta Alberta za czasów Łokietka w książce Leśniewskiego nabierają nowego wymiaru. Czytelnik śledzi opisywane wydarzenia tak, jakby oglądał wciągający i oddający historyczne realia serial.

“Drapieżny ród Piastów” to nie tylko porcja rzetelnej historycznej wiedzy, ale przede wszystkim pasjonująca opowieść o polskich władcach, o ich namiętnościach i słabościach.

Sławomir Leśniewski
Drapieżny ród Piastów
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 18 lipca 2018
 
 

Drapieżny ród Piastów


KSIĄŻĘ Z PIEKŁA RODEM

Domarat drgnął jak oparzony i raptownie się odwrócił. Zaledwie kilka metrów od niego stała księżna Agafia, która przypatrywała mu się z delikatnym półuśmieszkiem. Strażnik, chociaż nie był już młodzikiem, poczuł się nieswojo pod jej badawczym spojrzeniem. Działo się tak za każdym razem. Znał dobrze jej zimne, wodniste oczy, w których czaiło się okrucieństwo. Wyprężony jak struna oczekiwał rozkazów. Wielokrotnie przeżył podobne sytuacje i nie spodziewał się, że zostanie zaskoczony czymś nowym. Nie mylił się. Kobieta, nie siląc się na jakiekolwiek słowo, niedbałym ruchem ręki wskazała mu jedną z pochodni, co oznaczało, że znów miał jej towarzyszyć w podziemiach. Kiedy znalazł się tam po raz pierwszy, nie był w stanie pohamować odrazy i zwymiotował w jej obecności. Nie była tym zachwycona i ujrzał wówczas w jej oczach coś na kształt zdziwienia przemieszanego z pogardą. Potem z wolna się przyzwyczaił, ale za każdym razem wizyta na dole wiele go kosztowała; miał wrażenie, że uczestniczy w podróży do piekła. Wprawnym ruchem wyjął pochodnię z żelaznego uchwytu w ścianie i, nie oglądając się za siebie, ruszył ku wąskim schodom wiodącym do podziemi zamkowych. Księżna szła za nim w odległości kilku metrów. Słyszał szelest jej sukni i ledwie wpadający w ucho odgłos stawianych przez nią drobnych kroków. Była pociągająca i dobrze o tym wiedziała; potrafiła prowokować swoją urodą, ponad potrzebę przechadzając się zamkowymi korytarzami lub spacerując po dziedzińcu, wystawiona na spojrzenia strażników, z trudem ukrywających podniecenie i rozbierających ją spojrzeniami. On również wielokrotnie ukradkiem jej się przyglądał i podobnie reagował – trwało to długo, ale od czasu pierwszej wizyty w podziemiach uczucie to minęło. Od tamtej chwili dostrzegał w niej jedynie potwora. Domyślał się, dlaczego tak często go wybierała, aby jej towarzyszył. Na pewno zauważyła, że nie potrafił bez okazania słabości przyglądać się torturom zadawanym więźniom, a ona zyskiwała dodatkową satysfakcję, obserwując, jak potężnie zbudowany mężczyzna mający za sobą udział w niejednej bitwie i niejedno odebrane życie na sumieniu nie potrafi znieść widoku cierpienia bezbronnych ofiar. Podniecało ją to i nawet się z tym nie kryła. Teraz znów czekał go ten sam rytuał. Na samą myśl wzdrygnął się mimo woli.
W podziemiach panował chłód i wyraźnie odczuwalny fetor. Domarat poczuł dreszcz na plecach, ale nie dał nic po sobie poznać i kątem oka spojrzał na księżną; jej najwyraźniej w niczym to nie szkodziło. Światło z pochodni pełgało po murze, odbijając się migotliwie w pajęczynie cieknących po nim cienkich strużyn wody. Maleńkie cele, nie pozwalające na pełne wyprostowanie się, umieszczone były koliście w nieregularnych niszach wykutych w skale. Wszystkie były zajęte, z niektórych dochodziły jęki i przekleństwa. Nie zwracając na nie uwagi, księżna skierowała się ku niewielkim dębowym drzwiom prowadzącym do sali tortur. Kiedy Domarat otwierał je przed nią, zauważył, że pomimo zimna na policzkach księżnej wykwitły żywe rumieńce, a rysy twarzy nabrały okrutnego wyrazu. Dwaj potężnie zbudowani oprawcy krzątający się przy zupełnie nagim, rozciągniętym na ławie, spętanym sznurami i cicho pojękującym mężczyźnie, tylko na krótki moment oderwali się od swojego zajęcia, skinęli głowami na znak szacunku, po czym powrócili do przerwanej pracy. Oni również zdążyli się już przyzwyczaić do wizyt księżnej, która najwyraźniej lubiła się przyglądać ich katowskiej sztuce. Tak właśnie z dumą myśleli o swoich umiejętnościach zadawania męki i wydobywania z oddanych na ich łaskę ludzi największych tajemnic. Jeszcze nikomu, kto dostał się w ich ręce, nie udała się sztuka milczenia. Każdemu potrafili rozwiązać język, wszystko zależało od czasu i użytych środków. A tych mieli pod dostatkiem… I tym razem nie zamierzali zawieść spragnionej doznań księżnej.
W izbie tortur płockiego zamku zaczynał się kolejny diaboliczny spektakl okrucieństwa…

Spośród licznego grona książąt dzielnicowych Konrad mazowiecki jest tym władcą, który budzi silne i zdecydowanie negatywne skojarzenie. Mało kto pamięta, że był młodszym bratem Leszka Białego, a niemal każdy, kto jako tako orientuje się w meandrach rodzimej historii, kojarzy natomiast jego postać z Krzyżakami. I nie jest to miłe skojarzenie. Wedle powszechnej opinii ich sprowadzenie do Polski i dalsze wynikłe stąd konsekwencje to dzieło księcia mazowieckiego. I wina – umyślna, rzecz jasna – gdyż w przyjętym i obowiązującym od stuleci stereotypie nie ma miejsca na jakiekolwiek niuansowanie motywów zachowania Konrada. Liczy się skutek. Fatalny zarówno w bliższej, jak i w dalszej perspektywie. Nim jednak dojdziemy do feralnej decyzji, która spowodowała pojawienie się nad Wisłą zakonników z czarnymi krzyżami na białych płaszczach, przypatrzmy się księciu, który w swoim życiu dopuszczał się czynów upiornych. Niczym w soczewce zogniskował w sobie najgorsze cechy najkrwawszych piastowskich krewniaków.
Konrad był młodszy od Leszka zaledwie o rok. Ich dzielnice sąsiadowały ze sobą, a braterska współpraca, na tle epoki i w porównaniu do innych bliskich krewnych, układała się wzorowo. Często się spotykali, występowali razem na zjazdach i synodach, wspólnie wystawiali dokumenty i przywileje. Kadłubek z przesadą, ale i naiwnością stwierdzał, że „książę mazowiecki Konrad we wszystkim stosuje się do woli brata”. Tak dobre stosunki w znacznej mierze wynikały z tego, że przez wiele dziesięcioleci XII wieku Mazowsze i Małopolska pozostawały pod rządami jednego księcia, najpierw Bolesława Kędzierzawego, a później Kazimierza Sprawiedliwego, co stworzyło pomiędzy nimi liczne powiązania na gruncie administracyjnym, handlowym oraz w sferze polityki zewnętrznej. Jak napisał Stanisław Rosik w Wielkim poczcie polskich królów i książąt: „Nie chodzi tu tylko o stosunki z innymi piastowskimi władcami, ale też o wspólne sąsiedztwo z Rusią. Tradycje tej wspólnoty losów dochodziły do głosu w pierwszym etapie rządów młodych książąt”.
Kontakty z Rusią układały się różnie. W 1205 roku bracia wygrali wielką bitwę pod Zawichostem, pokonując wojska księcia halicko-włodzimierskiego Romana. Ale to nie oni poprowadzili żołnierzy do zwycięstwa. Posłuchajmy Długosza: „Sławę zaś całego zwycięstwa odniesionego wtedy nad Rusinami przypisywano bezspornie wojewodzie płockiemu, komesowi Krystynowi, który był naczelnym dowódcą wojska, i swoim sprytem i przebiegłością doprowadził do stoczenia bitwy”. Roman zginął podczas zaciętej walki, „zarąbany” jak prosty żołnierz, bo za takiego go wzięto, kiedy zmieszał się z ogarniętym paniką tłumem uciekających w popłochu wojów. Od tego momentu busola wzajemnych najazdów wychyliła się w drugą stronę – na wschód. Dwa lata później Leszek i Konrad zorganizowali zwycięską, jak się okazało, wyprawę na osłabioną Ruś, która temu drugiemu przyniosła niespodziewaną zdobycz. Była nią Agafia, córka wziętego do niewoli księcia Świętosława, z którą jeszcze w tym samym roku się ożenił. Zadzierzgnięty w tak niezwykłych okolicznościach związek, przypominający po trosze historię sprzed dwóch stuleci z udziałem Chrobrego i Predsławy, miał się okazać nad wyraz udany. Agafia pozostawała u boku męża przez trzydzieści trzy lata, a tajemnica trwałości ich małżeństwa wynikała zapewne ze zbliżonych porywczych temperamentów i obopólnej skłonności do sadyzmu. Znaleźli się jak w korcu maku i byli siebie godni. Konrad wobec oponentów stosował najwymyślniejsze tortury i z upodobaniem obserwował mękę nieszczęsnych ofiar. Agafia dzielnie mu w tym sekundowała i była równie jak on bezwzględna oraz żądna krwi. Być może żaden inny piastowski władca wespół z małżonką nie czerpali tak wielkiej przyjemności z zadawania bólu niewinnym.
Zainteresowanie granicą wschodnią i Rusią osłabło w przypadku Konrada wobec poważnych problemów, z jakimi borykało się jego księstwo od północy. Nad Mazowszem zawisła groza niszczących najazdów ze strony pogańskich Prusów i Jaćwingów. Na rozległych ziemiach ciągnących się ku Bałtykowi rozpościerał się ich matecznik. Konrad wziął na siebie obowiązek zabezpieczenia granicy nie tylko własnego księstwa, ale pośrednio także innych dzielnic książąt piastowskich. Przez lata udawało się to z powodzeniem, a książę nie musiał się osobiście angażować w organizację obrony północnych kresów. Dbał o to komes Krystyn. Zapewne to on, powracając do koncepcji obecnej już w polityce Krzywoustego, zorganizował akcję tworzenia osad zamieszkanych przez wolną ludność i drobne rycerstwo, które strzegły Mazowsze najpierw od północy, a później również od strony Nuru i Bugu (stały się one gniazdami znanej w historii Polski licznej mazowieckiej szlachty zagrodowej).
Krystyn tak skutecznie odpierał ataki ludów bałtyjskich, że jego sukcesy i wciąż rosnąca popularność zaczęły mu przysparzać wrogów wśród możnych. Musiały w końcu wzbudzić również niepokój Konrada. Nieważne, czy Krystyn – jak jest zapisane w Roczniku kapituły krakowskiej – został niesłusznie oskarżony przez nienazwanych z imienia „zazdrośników”, czy znalazł się inny powód jego konfliktu z Konradem, dość, że książę zareagował w charakterystyczny dla siebie sposób. Gwałtownie i okrutnie. Obawiając się coraz silniejszej pozycji i popularności wojewody, kazał go najpierw oślepić, a następnie zamordować. Dokonana na nim kaźń był to czyn nie tylko odrażający, ale na dodatek wyjątkowo głupi. Haniebny postępek za jednym zamachem pozbawił księcia doskonałego administratora, twórcy skutecznego systemu obrony przed napadami Prusów i zdolnego dowódcy.
Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Poganie, którzy odczuwali przed Krystynem wielki strach, ale jednocześnie bardzo go szanowali, a po jego śmierci nazywali Bogiem i wybawcą, natychmiast zintensyfikowali swoje najazdy. W Roczniku kapituły krakowskiej obrazowo zapisano, że „mur całego Mazowsza rozpadł się wraz z ziemią mazowiecką, dotąd spływającą mlekiem i miodem”. Jak nietuzinkową postacią musiał być Krystyn nie tylko w oczach pogan, świadczy fakt, że podejmowano próby wyniesienia go na ołtarze, a ludność Mazowsza przez długie lata z nabożną czcią wspominała jego imię. Syn Krystyna, zważywszy na znaną mściwość Konrada, związał się po śmierci ojca z dworem Leszka Białego.
Podobno intrygę, która kosztowała Krystyna życie, uknuł kanclerz królewski o imieniu Jan, którego historycy utożsamiają z kilkoma postaciami, między innymi ze scholastykiem płockim Janem Czaplą. Jeśli rzeczywiście była to jego sprawka, to los spłatał mu niezgorszą niespodziankę, sprawiedliwie odpłacając za popełnioną niegodziwość. Niemal równo jedenaście lat po kaźni Krystyna Jan Czapla z rozkazu księcia został najpierw publicznie wychłostany, a potem uduszony. Ale nie dość na tym. Według Długosza do akcji włączyła się mściwa i przejawiająca sadystyczne usposobienie Agafia, i kiedy Jana Czaplę „nieśli do pogrzebania ciała (…) w gniewie odbiwszy je mnichom, kazała je wrzucić na wóz, do którego zaprzężone były dwa woły, i powtórnie na szubienicy (…) kazała powiesić na zastraszający przykład i zgrozę”. Zacytowany fragment świadczyć może o tym, że to właśnie Agafii naraził się nieszczęsny scholastyk i dla zaspokojenia zemsty nie wystarczyła jej jego śmierć w mękach.
Być może Kronika wielkopolska wyjaśnia zagadkę jego upadku i jakże wyrafinowanego, bo obleczonego w sztafaż chorego okrucieństwa sposobu zadania śmierci i późniejszego pohańbienia zwłok. Według zawartej w Kronice relacji Czapla, jako wychowawca książęcego syna Kazimierza, pozwolił, aby podopieczny zabawił ponad miarę w domu swojego teścia u świeżo poślubionej małżonki, co nie spodobało się jego dość nerwowym i okrutnym rodzicom. To rzeczywiście mógł być wystarczający powód, aby przykładnie ukarać niesubordynację i dozwalanie młodzieńcowi na jawne lekceważenie ojca i matki. Przy czym właśnie ona, rozkochana w Kazimierzu, mogła się poczuć wyjątkowo tym postępkiem dotknięta. Jeżeli Konrad był porywczym cholerykiem ze skłonnością do okrucieństwa, to jak opisać jego małżonkę?
Śmierć Jana Czapli nie przeszła bez echa. W sprawę wmieszał się Kościół. Arcybiskup Pełka rzucił na Konrada klątwę, a stosowne listy dotyczące księcia i jego czynu dotarły do Rzymu. Grzegorz IX zatwierdził decyzję Pełki. Kościelna interwencja Janowi Czapli życia nie zwróciła, ale Konrada kosztowała trochę nerwów i pieniędzy. Tradycyjny, sprawdzony po wielekroć mechanizm działał bez zarzutu: w zamian za zdjęcie klątwy arcybiskup otrzymał gród w Łowiczu wraz z przychodami, mniejsze zaś apanaże wynikające z przywilejów immunitetowych spłynęły na biskupów płockiego i włocławskiego. Bulwersujący występek i towarzyszące mu nieludzkie okrucieństwo księcia i jego żony zostały im wybaczone.
Konrad okazał się jednak odpornym na skruchę recydywistą. Kilka lat później prawdopodobnie znów zasłużył sobie na ekskomunikę. Tym razem z ust biskupa krakowskiego Prandoty, bezpośrednio dotkniętego niegodziwościami księcia, który „wkroczywszy do diecezji krakowskiej, obrabował wsie kościelne i spalił zabudowania biskupie”. Zdaniem Henryka Samsonowicza, autora biografii Konrada mazowieckiego, „akcje podejmowane przez księcia przynosiły mu więcej szkody niż pożytku, obniżały jego autorytet, przysparzały wrogów”. Trudno oczekiwać, aby było inaczej w przypadku człowieka, którym zamiast rozwagi kierował częstokroć niczym niepohamowany gniew.