“Wędrówka w świat” to opowieść o egzotycznych, odległych krainach i morskich wyprawach. Zafascynuje wielbicieli przygód, niespodziewanych wyzwań, ludzi nieustraszonych i ciekawych świata.


Wędrówka w światWojtek, młody chłopak, po śmierci ojca rybaka, którego zabrało morze, opuszcza rodzinny dom. Nie mając żadnego fachu w ręku i środków do życia, zaciąga się na „Fennię”, stary statek handlowy.

Podczas dalekomorskich wypraw zwiedza różne kontynenty, poznaje ich mieszkańców, nieznane kultury i obyczaje. Zdobywa nowe doświadczenia, które pomagają mu zrozumieć świat i samego siebie.

Antoni Ferdynand Ossendowski pseudonim Feranto, Mark Czertwan (ur. 27 maja 1878 w Lucynie w guberni witebskiej, zm. 3 stycznia 1945 w Grodzisku Mazowieckim) – polski pisarz, dziennikarz, podróżnik, antykomunista, nauczyciel akademicki, działacz polityczny, naukowy i społeczny.
Ossendowskiemu światową sławę przyniosła książka: „Zwierzęta, ludzie, bogowie”, która na przełomie 1920 i 1921 r. ukazała się w Nowym Jorku, w 1922 r. w Londynie, a w 1923 r. w Warszawie. Łącznie osiągnęła ona rekordową liczbę dziewiętnastu tłumaczeń na języki obce. Ossendowski opisał w niej wspomnienia z ucieczki z Rosji ogarniętej chaosem rewolucji. Opis obejmuje ucieczkę z Krasnojarska opanowanego przez bolszewików, zimę w tajdze, przeprawę do Mongolii i pobyt w niej u boku barona Ungerna. Do Polski powrócił w roku 1922. W okresie międzywojennym zajmował się działalnością literacką, publikując wiele powieści, przeważnie w stylu „romansu podróżniczego”. Ukazało się 77 książek pisarza, które wydano również w 150 przekładach na 20 języków. Przez pewien czas należał do piątki najbardziej poczytnych pisarzy na świecie, a jego książki porównywano z dziełami Kiplinga, Londona czy Maya. W latach międzywojennych łączny nakład książek „polskiego Karola Maya” sięgnął 80 mln egzemplarzy. Gdy chodzi o przekłady na języki obce, Ossendowski zajął wówczas drugie miejsce po Henryku Sienkiewiczu i do dziś nikomu nie udało się go w tej kategorii pobić.

Antoni Ferdynand Ossendowski
Wędrówka w świat
seria “Podróże retro”
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Wydanie I w tej edycji
Premiera: 4 czerwca 2018
 
 

Wędrówka w świat


ROZDZIAŁ I

Wojciech Budzisz nie wiedział, co ma ze sobą robić.
Od roku życie chłopaka zaczęło się układać niepomyślnie.
Przypomniał to sobie Wojtek i westchnął ciężko.
Matki swojej nie pamiętał, bo umarła, gdy skończył zaledwie drugi rok życia i od tego czasu wychowywał go ojciec — rybak z Kuźnicy — milczący, pozornie surowy i pracowity.
Nieraz podczas zamieci zimowej, gdy morze spienione i gniewne waliło bałwanami w obmarznięte urwisko nadbrzeżne, a wicher wył i ciskał śniegiem i piaskiem w szybki okienek chaty, rybak mówił do syna:
— Matka (świeć, Panie, nad jej duszą w niebiosach!) pragnęła, abyś nie został, synku, rybakiem i nie bratał się z morzem, bo złe ono, zdradliwe i chciwe na życie ludzkie! Toteż umyśliliśmy posłać ciebie do szkoły i na sędziego czy tam lekarza uczyć… Spełniam jej wolę i wszystko jest tak, jak ona tego chciała.
Istotnie, Wojciech Budzisz ze szkoły powszechnej wstąpił do gimnazjum i doszedł już do siódmej klasy.
Wojtek zacisnął raptem zęby i nachmurzył czoło. Nigdy nie zapomni strasznego dnia, gdy dyrektor, zawoławszy go do kancelarii, kazał mu czym prędzej jechać do domu. Przyjechawszy do wsi, zastał w chacie tłum obcych ludzi. Jedni wynosili należące do ojca sieci, więcierze, żaki, drudzy oglądali stoły, tapczan i pościel, inni krzyczeli coś i wykłócali się z wójtem.
— Jesteś, nareszcie! — zawołał, ujrzawszy chłopaka, sąsiad rybak i ująwszy Wojtka pod ramię, wyprowadził go z chaty.
Pykając fajkę i strosząc szczeciniaste brwi, mruczał:
— Nieszczęście! Bóg tak chciał… Rybacka dola… Dziś on, jutro inny… Wiadomo — morze… nie matka to, ino macocha… Był twój ojciec na połowie… Łososie szły wówczas ławą, ale nadleciała wichura, no… i nie wrócił już twój ojciec, ani śladu po nim i po kutrze nie pozostało! Może kiedyś morze coś wyrzuci na brzeg, a może i nie…
Rybak wzdychał ciężko i żałośnie, a Wojtek myślał o ojcu, którego porwał i pochłonął Bałtyk, i płakał gorzko. Od tego dnia minęło prawie sześć miesięcy.
Po sprzedaniu domu i innego mienia ojca Wojtek otrzymał od wójta około pięciuset złotych pozostałych po spłaceniu wszystkich długów rybaka, zaciągniętych na wykształcenie syna, i opuścił rodzimą Kuźnicę.
Obliczywszy dobrze, doszedł do przekonania, że starczy mu pieniędzy do końca roku szkolnego, więc po dawnemu, mieszkając na stancji u pani Rożkowej, uczył się pilnie, aby otrzymać świadectwo z siedmiu klas gimnazjalnych, a potem…
„A potem — kombinował chłopak — muszę zaniechać dalszego kształcenia się i szukać sobie pracy”.
Młody Budzisz uczył się jeszcze staranniej. Zdawało się, że w ciągu drugiego półrocza chciał wchłonąć jak najwięcej wiedzy, aż wreszcie, otrzymawszy świadectwo, po raz ostatni wyszedł z gmachu gimnazjum.
Miał jeszcze na książeczce w PKO sto pięćdziesiąt złotych, a w kieszeni około dwudziestu.
Pożegnawszy panią Rożkową, wyjechał do Gdyni i nie tracąc ani godziny, rozpoczął poszukiwanie posady. Obszedł wszystkie urzędy, biura prywatne i przedsiębiorstwa, lecz wszędzie spotykała go odmowa. Wyzbywano się go różnymi sposobami, to oświadczając, że jest zbyt młody jeszcze, to że nie ma wolnych posad, to znów, że Wojtek nie posiada żadnego fachu.
Po kilku już dniach chłopak nie łudził się nadzieją, zrozumiawszy, że nic dla siebie w Gdyni nie znajdzie.
Wtedy to po raz pierwszy, siedząc na ławce na bulwarze Kościuszkowskim, zadał sobie straszne pytanie:
— Cóż będę ze sobą robił? A przecież muszę i coś robić będę!
Ostatnie słowa powtórzył na głos i nawet tupnął nogą.
Ktoś wybuchnął nagle wesołym, z lekka drwiącym śmiechem.
Wojtek obejrzał się. Na drugim końcu ławki siedział pucołowaty chłopak, w jego zapewne wieku, i śmiał się szczerze, aż mu białe zęby błyskały. Wojtek spostrzegł, że chłopak miał na sobie ciemnogranatową grubą kurtę, jaką noszą marynarze, na rogach kołnierzyka mosiężne kotwiczki.
— Cóż to, kawaler tak się na samego siebie rozsierdził, że aż kopytem przytupywał? — zapytał go drwiącym głosem nieznajomy i znowu wybuchnął śmiechem, a tak wesołym i beztroskim, że Wojtek nie wytrzymał i uśmiechnął się do niego.
— Bo to widzicie — powiedział — muszę zacząć nowe życie i robię pewne postanowienie. Szukam pracy, a tymczasem znaleźć jej tu nie mogę…
— Fiu! — gwizdnął przeciągle pucołowaty chłopak. — Taki wylizany szczur lądowy, jak za przeproszeniem — kawaler, to zapewne z miejsca w cwał chciałby być jakimś tam dyrektorem, prezesem czy innym ministrem?
— Skąd znowu?! — zawołał Wojtek. — Każdej podjąłbym się pracy, aby zarobić na życie i z czasem, dopiero po maturze i uniwersytecie być… prezesem, dyrektorem czy innym ministrem.
— No, to widzę, że dobrze wam w głowie ułożono! — pochwalił go chłopak i nagle spoważniał. — Dobrze! Chociaż czy wiecie dokładnie, co moglibyście robić, a czego nie?
Pytanie to zastanowiło Wojtka.
— Nie mam żadnego fachu — odpowiedział. — Ot, taki sobie niedoszły maturzysta ze świadectwem siedmiu klas gimnazjalnych…
— Macie mocne łapska? Grzbiet tęgi? A nogi?
Wojtek mimo woli obmacał się i po chwili odparł ze śmiechem:
— Wszystko w porządku! Siły mam i zdrowia pod dostatkiem!
— Gut*! — zawołał chłopak. — Więc posłuchajcie mnie. Chociaż prawie nie umiem czytać, ale i ja nie chcę być na ziemi niczym i marzę o prawdziwym, pożytecznym życiu. Rozumiecie? Nie miałem, jak i wy, żadnego fachu, a teraz od dwóch lat mam!
— Macie fach?
— A jakże! Jestem kukiem, to po marynarsku znaczy — kucharz!
— Na jakim parowcu pływacie? — spytał zaciekawiony Wojtek.
— Na parowcu! — zarechotał ubawiony chłopak. — Jestem kukiem na żaglowej barce fińskiego szypra Sajno Walmanajnena z Abo, zarabiam, ciułam grosz i marzę, by zdać kiedyś egzamin na szypra, mieć swoją barkę, a jeszcze lepiej — kuter parowy i ryć wszystkie morza, jak to robi nasza stara kadź „Fennia”!
— Niewielkie to zapewne pływanie robicie na tej swojej „kadzi” — uśmiechnął się Wojtek.
— Co wy możecie o tym wiedzieć, taki szczur lądowy?! — oburzył się kuk. — Nie wiecie zapewne, że właśnie barki żaglowe i kutry najwięcej mil morskich mają za sobą, bo stale pływają…
— Po Bałtyku… — wtrącił Budzisz.
— A właśnie że nie! — zaprotestował gorąco chłopak. — „Fennia” pływa z blokami granitu aż do Rio w Brazylii i Buenos w Argentynie. Stamtąd zaś powraca z pełnym ładunkiem kloców mahoniowych i palisandrowych dla tartaków i fabryk dykt. Teraz to wypłynęliśmy bodaj na dwa lata…
— Na tak długo?
— Jakżeż inaczej! Wieziemy granitowe płyty szlifowane na Maderę, gdzie na ich miejsce załadują nam kadzie z winem, by „stało pod wiatrem”…
— Co to znaczy? — zapytał Wojtek.
— Wino z Madery staje się lepsze i droższe, im dłużej pływa po ciepłych morzach. Będziemy wozić je na „Fennii” po Atlantyku i Oceanie Indyjskim półtora, a może i dwa lata. Kupcy potem nakleją na butelkach z tym winem papierki z napisem „rok” lub „dwa lata w Indiach” i będą za to obdzierali burżujów! — zaśmiał się kuk. — Ale zaczęło się od pecha!
— No, no?
— Zachorował nam Ikonen — pomocnik bosmana, więc szyper musiał zostawić go w szpitalu w Gdańsku. Teraz szuka zastępcy, ale jakoś kręci nosem i nikogo wybrać nie może, bo to i niełatwa rzecz! Ikonen gadał po niemiecku i francusku, pięknie pisał, rachunki i polisy załatwiał szyprowi, bo ten na tym się nie zna. Z bryzą w zawody iść, ze szkwałem za bary się brać, każdy prąd w morzu złapać — to jego rzecz, ale żeby z ludźmi gadać po ludzku i jakieś tam papiery pisać, to on — nie do tego! Starej daty szyper, wilk morski i tyle!
Wojtek milczał zamyślony i skupiony. Długo trwało milczenie. Wreszcie Budzisz spytał:
— Nie znam się ja na służbie marynarskiej, ale po niemiecku mówię biegle i po francusku dam sobie radę, a nawet po angielsku od biedy dobrze czy źle wyjęzyczyć się potrafię. Rachunków się nie ulęknę i wszelkie papiery, jeżeli będę miał wzory, wypiszę jak się należy. Jeżeli wy potrafiliście stać się kukiem, to dlaczegóż bym ja nie mógł być pomocnikiem bosmana? Może spróbuję pójść do waszego szypra? Jak myślicie?
Chłopak długo kiwał głową, pomagając tym sobie w rozważaniu pytania Wojtka, ale w końcu mruknął:
— Jedźmy do Gdańska! Było nie było, a spróbować nie zawadzi. Będę o was prosił szypra, bo stary mnie lubi.
— Dziękuję wam! Ale nie poznaliśmy się dotąd! Jestem Wojciech Budzisz.
— A ja Szymon Wawrzyńczak!
Uścisnęli sobie dłonie i szybkim krokiem skierowali się ku dworcowi kolejowemu.
Szyper, porozmawiawszy po niemiecku z Wojtkiem i dowiedziawszy się, że pochodzi z rodziny morskiej, dał mu na próbę jakieś rachunki i do wypełnienia przysłany przed chwilą kwestionariusz szpitala, a gdy chłopak skończył wszystko, poklepał go po ramieniu i spluwając za burtę, zamruczał:
— Właź z manatkami na barkę i płyń! Jeżeli wszakże nie będziesz robił jak należy, wyrzucę w pierwszym porcie, bo „Fennia” to nie przytułek, a Sajno Walmanajnen nie urodził się opiekunem lądowych wałkoniów! To już i wszystko! Daj mi swój paszport, bo muszę wyrobić dla ciebie książeczkę marynarską. Dobra! Pędź teraz po manatki!
Wojtek istotnie popędził i wkrótce, rozłożywszy swoje rzeczy i książki w szafce okrętowej, wyszedł na pokład. Załoga „Fennii” krzątała się koło żagli. Nieliczna to była załoga, gdyż prócz samego szypra i kuka składała się z czterech majtków — Finów, bosmana Duńczyka i nowego marynarza — Wojtka Budzisza.
Wojtek uważnie przyglądał się robocie załogi i przekonywał się coraz bardziej, że nie jest to zbyt zawiła filozofia. Jak najwięcej wprawy, odrobina sprytu i wiele siły — na tym wszystko polegało.
„Dam sobie radę!” — pomyślał z radością i uśmiechnął się do Wawrzyńczaka, który wdrapywał się na fokmaszt, aby rozwikłać poplątane linki żaglowe.
Po zachodzie słońca „Fennia” pod wszystkimi żaglami wypływała już na pełne morze.
Wojciech Budzisz rozpoczynał nowe, samodzielne życie. Nie trwożyło go. Był spokojny i nie dręczyło go więcej pytanie, co ma ze sobą robić, gdyż już „robił”.

* Gut po niemiecku oznacza: dobrze.