Niezwykła historia o ludzkich uczuciach i książkach, które pomagają znieść rzeczy niemożliwe do zniesienia. Urokliwa, pomysłowa, wyrazista i wzruszająca powieść.


Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych ObierekJest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swoją książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie Guernsey, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek.

Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek?

Zaciekawiona Juliet odwiedza Guernsey. Urzeczona przyrodą, ciszą a przede wszystkim serdecznością ludzi, postanawia osiąść na wyspie. Znajduje tu nie tylko kopalnię tematów, ale także miłość.

***

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz trafiłam na powieść tak mądrą i uroczą, przedstawiającą świat tak żywo i barwnie – aż zapominałam chwilami, iż jest to fikcja literacka. Wspaniale nakreślone postacie szybko stają się czytelnikowi bliskie jak dobrzy znajomi. Gorąco polecam tę książkę – lektura będzie naprawdę wielką frajdą.
Elizabeth Gilbert, autorka „Jedz, módl się, kochaj”

Musielibyście mieć serce z kamienia, żeby nie ulec czarowi tej powieści.
“Daily Mail Books of the Year”

Tradycyjna, ale nie staroświecka; romantyczna, ale nie naiwna.
„San Francisco Chronicle”

Urokliwa, pomysłowa, wyrazista, wzruszająca.
„Publishers Weekly”

Może książki mają jakiś instynkt, który prowadzi je do właściwych czytelników?

Mary Ann Shaffer pracowała jako redaktorka, bibliotekarka oraz w księgarni. „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” to jej pierwsza powieść. Jej siostrzenica, Annie Barrows, napisała kilka książek dla dzieci, m.in. „Magiczną połówkę”.

Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
Przekład: Joanna Puchalska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 2 czerwca 2016

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek


Juliet do Sydneya

8 stycznia 1946
Pan Sidney Stark,
Stephens & Stark 21 St. James’s Place Londyn S.W.1 Anglia

Drogi Sidneyu!

Susan Scott jest genialna. Sprzedaliśmy ponad czterdzieści egzemplarzy, co mnie nad wyraz cieszy, ale jeszcze bardziej ekscytowałam się jedzeniem. Susan postarała się o kartki na cukier i prawdziwe jajka, dzięki czemu mieliśmy bezy. Jeśli wszystkie promocyjne poczęstunki będą takie, to z wielką ochotą wyruszę w podróż z książką po kraju. Może hojna premia zachęciłaby Susan do zdobycia masła? Sprawdźmy; pieniądze na ten cel możesz wziąć z moich tantiem.
A teraz gorsze wiadomości. Pytasz, jak idzie praca nad nową książką. Mój kochany, w ogóle nie idzie. Z początku Nasze przywary dobrze się zapowiadały. W końcu można pisać epopeje o narodowym skarbie Anglików, jakim są króliczki. Gdzieś nawet wygrzebałam zdjęcie przedstawicieli Związku Zawodowego Tępicieli Szkodników maszerujących przez Oxford Street z transparentem: „Precz z Beatrix Potter!”. Ale jak to dowcipnie skomentować? W tym właśnie tkwi szkopuł.
Nie będę więcej o tym pisać – straciłam serce do tej książki. Choć Izzy Bickerstaff była i pozostaje nadal droga memu sercu, dość mam pisania pod tym nazwiskiem. Nie chcę być całe życie kojarzona z satyrą. Co innego w czasie wojny, gdy rozśmieszanie czytelników – choćby takie ciut-ciut – mogło poprawić morale. Ale już dość. Nie mogę się wiecznie ze wszystkiego natrząsać, a Bóg mi świadkiem, inaczej ciężko jest wymyślić coś zabawnego.
Cieszę się, że Stephens & Stark zarabia na Izzy Bickerstaff wyrusza na wojnę. Uspokaja to nieco moje wyrzuty sumienia z powodu niepowodzenia biografii Anne Bronte.

Dzięki za wszystko i moc serdeczności
Juliet

PS. Czytam listy zebrane pani Montagu. Czy wiesz, co ta nieszczęsna napisała do Jane Carlyle? „Moja droga Jane, każdy rodzi się z jakimś powołaniem. Twoim jest pisanie miłych liścików”. Mam nadzieję, że Jane potraktowała ją odpowiednio*.

Sidney do Juliet

10 stycznia 1946
Panna Juliet Ashton
23 Glebe Place
Chelsea
Londyn S.W. 3

Kochana Juliet!

Moje gratulacje! Susan twierdzi, że rzuciłaś publiczność na kolana, więc nie przejmuj się przyszłotygodniowym wyjazdem, bo z pewnością odniesiesz kolejny sukces i owiniesz sobie słuchaczy wokół małego paluszka. Co do tego nie mam wątpliwości, odkąd osiemnaście lat temu byłem świadkiem Twego elektryzującego wystąpienia na temat „Pieśni pastuszka w Dolinie Upokorzenia”*. Dobra rada: kiedy skończysz, nie rzucaj książką w publiczność.
Susan aż się pali, żeby się przejechać z Tobą po księgarniach od Bath do Yorkshire. Sophie oczywiście agituje, aby trasa objęła też Szkocję. Jak na starszego brata przystało, odpowiedziałem, że „jeszcze się zobaczy”. Wiem, że bardzo do Ciebie tęskni, ale Stephens & Stark nie może sobie pozwolić na słabość.
Właśnie otrzymałem z Londynu i z terenu wyniki sprzedaży Izzy – są znakomite. Gratulacje raz jeszcze!
Nie przejmuj się Naszymi przywarami. Lepiej, że Twój entuzjazm wygasł teraz niż po pół roku pisania o króliczkach. Nie przeczę, że widoki na zyski były dość atrakcyjne, ale zgadzam się, że temat niedługo umrze śmiercią naturalną. Na pewno wpadniesz na inny, niewątpliwie świetny pomysł.
Może kolacyjka przed Twoim wyjazdem? Powiedz tylko, kiedy.

ściskam
Sidney

PS. Piszesz miłe liściki.

Juliet do Sidneya

11 stycznia 1946

Drogi Sidneyu!

Kolacyjka – doskonale. Może gdzieś nad Tamizą? Marzą mi się ostrygi, szampan i pieczona wołowina, ale kurczak też wystarczy. Bardzo, bardzo się cieszę, że Izzy dobrze się sprzedaje. Czy aż tak dobrze, że nie muszę się pakować i opuszczać Londynu?
Ponieważ dzięki S & S stałam się dość znaną pisarką, ja stawiam kolację.

Serdeczności
Juliet

PS. Nie rzuciłam „Pieśnią pastuszka w Dolinie Upokorzenia” w publiczność, tylko w nauczycielkę dykcji. Chciałam, by książka upadła u jej stóp, i nie wcelowałam.

Juliet do Sophie Strachan

12 stycznia 1946
Pani Alexandrowa Strachan
Feochan Farm niedaleko Oban
Argyll

Kochana Sophie!

Strasznie bym się chciała z Tobą zobaczyć, ale jestem ubezwłasnowolniona. Sidney zarządził wyjazd do Bath, Colchester, Leeds i kilku innych miast, których nazwy nawet trudno spamiętać. Nie mogę zwiać do Szkocji, bo potem marszczyłby groźnie brwi i fuczał na mnie. Sama wiesz, jakie to niemiłe, gdy Sidney burczy na człowieka.
Z wielką chęcią wymknęłabym się cichcem na Twoją farmę i pozwoliła, byś mnie trochę podtuczyła. Mogłabym wylegiwać się na kanapie, prawda? Tylko czy Alexander nie wyraziłby sprzeciwu, że okupuję jego własność? Mówiłaś, że jest wyrozumiały, ale wszystko ma swoje granice.
Nie wiem, dlaczego wpadam w melancholię, zamiast się cieszyć perspektywą czytania Izzy przed zasłuchaną publicznością. Wiesz, jak uwielbiam mówić o książkach, a potem zbierać komplementy. Powinnam być w siódmym niebie, a tymczasem jest mi smutno – gorzej niż w czasie wojny. Zresztą ona nadal na wszystkim wyciska swoje piętno: na ulicach, budynkach i ludziach. Zwłaszcza na ludziach.
Wczoraj byłam na wyjątkowo męczącej kolacji. Jedzenie fatalne, ale w dzisiejszych czasach to nic niezwykłego. Bardziej drażnili mnie goście – tego rodzaju ludzie, którzy każdemu odebraliby chęć do życia. Rozmowy toczyły się głównie o nalotach i głodzie. Pamiętasz Sarę Morecroft? Jest teraz chuda i zabiedzona i usta maluje na wściekłą czerwień. A taka była kiedyś ładna. Jeśli mnie pamięć nie myli, szalała za młodzieńcem jeżdżącym konno, tym, który potem poszedł do Cambridge. O nim nie było ani słowa. Wyszła za mąż za szarego doktorka; cmoka językiem o podniebienie, zanim coś powie. Choć w porównaniu z moim towarzyszem przy stole mógłby być amantem z burzliwego romansu. Otóż trafił mi się stary kawaler – co w jego przypadku specjalnie nie dziwi. Mój Boże, ależ się zrobiłam złośliwa!
Sophie, słowo daję, coś ze mną nie jest w porządku. Każdy nowo poznany mężczyzna wydaje mi się beznadziejny. Może powinnam obniżyć wymagania – nie aż tak, aby dać szansę lekarzom cmokającym językiem o podniebienie, ale chociaż trochę. Trudno zwalić winę na wojnę, bo nigdy mi nie szło dobrze z mężczyznami. Pamiętasz?
Sądzę, że jedyną moją prawdziwą miłością był palacz z naszej szkoły. Wprawdzie nie zamieniłam z nim ani słowa, ale dzięki temu uniknęłam rozczarowania. A jakie miał piękne czarne włosy! Potem, jak zapewne pamiętasz, przez rok na tapecie byli poeci. Sidney dość kwaśno się o nich wyraża, choć przecież sam mi ich przedstawiał. I wreszcie biedny Adrian. Chyba nie muszę tu recytować całej smutnej listy. Sophie, co się ze mną dzieje? Czy jestem jakaś dziwna? Nie chcę wyjść za mąż tylko dlatego, żeby być zamężną. Trudno o większą samotność niż życie z kimś, z kim nie można pogadać albo, co gorsza, nie można pomilczeć.
Okropnie się zrobiłam marudna, więc raczej powinnaś się cieszyć, że nie przyjadę do Szkocji. Chociaż nic nie wiadomo – swój los złożyłam w ręce Sidneya.
Ucałuj ode mnie Dominica i powiedz mu, że widziałam szczura wielkości teriera.

Pozdrowienia dla Alexandra i ucałowania dla Ciebie
Juliet

Dawsey Adams do Juliet

12 stycznia 1946
Panna Juliet Ashton
81 Oakley Street
Chelsea
Londyn S.W. 3

Szanowna Panno Ashton!

Nazywam się Dawsey Adams i mieszkam na farmie na wyspie Guernsey. Piszę ten list, bo mam książkę, która kiedyś do Pani należała – Eseje wybrane Eliasza Charlesa Lamba. Wewnątrz okładki znalazłem Pani nazwisko i adres.
Od razu się przyznam, o co chodzi. Otóż uwielbiam Lamba, a ponieważ z tytułu wynika, że jest to tylko wybór esejów, może więc wydano ich więcej. Bardzo chciałbym przeczytać wszystkie, a na Guernsey, choć Niemców już nie ma, księgarnia wciąż jest zamknięta.
W związku z tym pozwalam sobie prosić Panią o uprzejmość. Czy byłaby Pani tak dobra i podała mi adres jakiejś londyńskiej księgarni, w której mógłbym zamówić wysyłkę pocztą innych książek Charlesa Lamba? Ciekaw też jestem, czy ktoś napisał jego biografię. Jeśli tak, to może ją również mógłbym dostać tą samą drogą.
To wspaniały pisarz, choć życie nie szczędziło mu cierpień. Pomógł mi przetrwać okupację, podoba mi się zwłaszcza to, co napisał o pieczonym prosiaku*. Nasze Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek powstało właśnie z powodu pieczonego prosiaka, trzymanego w tajemnicy przed Niemcami. Dlatego Charles Lamb jest tak bliski memu sercu.
Przepraszam, że ośmielam się z tym zwracać do Pani, ale nie darowałbym sobie, gdybym stracił okazję dowiedzenia się o nim czegoś więcej. Jestem wielkim wielbicielem jego twórczości.
Mam nadzieję, że nie sprawię Pani zbytniego kłopotu

Dawsey Adams

PS. Moja znajoma, pani Maugery, kupiła broszurkę, która również kiedyś należała do Pani; nosi tytuł Czy był krzak gorejący? W obronie Mojżesza i Dziesięciu Przykazań. Bardzo się jej spodobała Pani uwaga na marginesie: „Słowo Boże czy umiejętność panowania nad tłumem???”. Odpowiedziała Pani sobie na to pytanie?

Juliet do Dawseya

15 stycznia 1946
Pan Dawsey Adams
Les Vauxlarens
La Bouvee
St. Martin’s, Guernsey

Szanowny Panie Adams!

Nie mieszkam już przy Oakley Street, więc bardzo się cieszę, że Pański list do mnie dotarł, a co ważniejsze – że moja książka trafiła właśnie do Pana. Boleśnie przeżyłam rozstanie z nią. Musiałam ją sprzedać z powodu chronicznego braku miejsca na półkach – na szczęście miałam dwa egzemplarze. Mimo to czułam się jak zdrajca. A Pan uspokoił moje sumienie.
Ciekawa jestem, jak Eseje wybrane znalazły się na Guernsey. Może książki mają jakiś instynkt, który prowadzi je do właściwych czytelników? Ach, jak by to było dobrze!
Po otrzymaniu Pańskiego listu od razu udałam się do Hastings & Sons, jako że nie ma dla mnie milszego zajęcia niż buszowanie po księgarniach. Od lat tam chodzę i zawsze wyszperam książkę, której szukam – oraz trzy inne, o których nie miałam pojęcia, że chcę je nabyć. Powiedziałam panu Hastingsowi, że chciałby Pan mieć niezniszczony, czysty egzemplarz (ale nie bibliofilskie wydanie) Ciągu dalszego esejów Eliasza. Przyśle go Panu pocztą z rachunkiem. Był wniebowzięty, gdy mu wyjaśniłam, iż jest Pan miłośnikiem Charlesa Lamba. Jego zdaniem najlepszą jego biografię napisał E.V. Lucas i poszuka jej dla Pana, ale to może nieco potrwać.
A tymczasem proszę przyjąć ode mnie pewien drobiazg. To Listy wybrane. Sądzę, że powiedzą Panu o nim więcej niż niejedna biografia. Książka E.V. Lucasa jest zbyt poważną pozycją, by został w niej przytoczony mój ulubiony cytat: „Bzz, bzz, bzz, bum, bum, bum, fiu, fiu fiu, brzdęk, brzdęk, puk, puk, puk, bam! Zapewne będę w końcu potępiony. Za to pijaństwo od ponad dwóch dni. Znajduję moralne uzasadnienie w tym ostatnim stadium spożycia alkoholu, lecz moja wiara słabnie”*. Przeczyta Pan to w Listach (na stronie 244). Była to pierwsza rzecz Lamba, po jaką sięgnęłam. Ze wstydem przyznaję, że kupiłam ją, dowiedziawszy się, iż Leigh Hunta*, siedzącego w więzieniu za obrazę księcia Walii, odwiedził jego przyjaciel nazwiskiem Lamb.
Najpierw pomógł Huntowi namalować na suficie celi błękitne niebo z chmurkami, a potem na ścianie kratę z różami. Dowiedziałam się też, że Lamb wspomógł finansowo jego rodzinę – choć sam był niezamożny. Nauczył także najmłodszą córkę Hunta odmawiać Ojcze Nasz wspak. Naturalnie, że chciałam zdobyć więcej informacji o kimś takim.
Właśnie to uwielbiam w czytaniu – w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym – bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.
Czerwona plama na okładce, która wygląda jak krew, jest nią naprawdę, gdyż raz nieostrożnie poczynałam sobie z nożem do papieru. Załączam jeszcze reprodukcję portretu Lamba namalowanego przez jego przyjaciela Williama Hazlitta**.
Czy znalazłby Pan chwilkę, żeby wyjaśnić mi pewne sprawy? Konkretnie trzy: Dlaczego pieczonego prosiaka trzeba było ukrywać? Jak za sprawą świni mogło powstać Stowarzyszenie Miłośników Literatury? I najbardziej frapujące: co to jest placek z kartoflanych obierek i dlaczego znalazł się w nazwie stowarzyszenia?
Wynajmuję mieszkanie przy Glebe Place 23 w Chelsea, Londyn S.W.3. Mój dawny dom przy Oakley Street został zbombardowany w 1945 roku. Było to cudowne miejsce i ogromnie mi go brakuje – Tamizę widziałam z trzech okien mojego mieszkania. Wiem, wiem, to szczęście, że w ogóle mam gdzie mieszkać, ale znacznie bardziej lubię narzekać niż wyliczać dobre rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały. Cieszę się, że zwrócił się Pan do mnie z prośbą o wytropienie Eliasza.

Szczerze oddana
Juliet Ashton

PS. Nie umiałam się zdecydować co do Mojżesza. Nadal mnie to nurtuje.

Juliet do Sidneya

18 stycznia 1946

Drogi Sidneyu!

Potraktuj ten list jak przeprosiny; bądź aniołem i wybacz moje narzekania na podwieczorki i obiady, które zaplanowałeś w związku z promocją Izzy. Coś mi się zdaje, że nawet nazwałam Cię tyranem… Cofam wszystko – kocham wydawnictwo Stephens & Stark za to, że wyekspediowało mnie z Londynu.
Bath jest cudne. Ładna zabudowa, domy czyste i porządne, nie takie okopcone jak u nas, nie mówiąc o tych zmienionych przez bombardowania w stosy gruzu. Cóż to za frajda móc pooddychać czystym, świeżym powietrzem, bez dymu i kurzu! Wprawdzie jest chłodno, ale nie ma takiej dojmującej wilgoci jak w Londynie. Nawet ludzie na ulicach wyglądają inaczej – równie porządni i schludni jak ich domy, a nie bladzi i wymęczeni jak londyńczycy.
Susan twierdzi, że promocja w Abbot’s udała się nadzwyczajnie; przynajmniej ja na pewno świetnie się bawiłam. Trema przeszła mi już po dwóch minutach, a potem było coraz fantastyczniej.
Jutro ruszamy dalej. Przed nami księgarnie w Colchester, Norwich, King’s Lynn, Bradford i Leeds.

Serdeczności i dzięki
Juliet

Juliet do Sidneya

21 stycznia 1946

Drogi Sidneyu!

Podróżowanie nocnym pociągiem to znów przyjemność! Nareszcie skończyło się stanie godzinami na korytarzu, czekanie na bocznicy, aż przejedzie pociąg wojskowy, no i przede wszystkim zaciemnianie. Przez jasno oświetlone okna w mijanych domach mogłam zaglądać do mieszkań. Bardzo mi tego brakowało podczas wojny. Odnosiłam wtedy wrażenie, jakbyśmy się zmienili w krety ryjące każdy w swoim korytarzu. Nie jestem typem podglądacza – nie interesują mnie sypialnie, lecz to, co dzieje się w salonikach i kuchniach. Gdy przez moment mignie mi przed oczami biblioteczka, fotel pod lampą czy kanapa z poduszkami, od razu wyobrażam sobie życie, jakie prowadzą mieszkańcy.
W księgarni Tillmana przytrafił się niezbyt miły incydent. Kiedy skończyłam mówić o Izzy i poprosiłam o pytania, jakiś jegomość natychmiast się poderwał i stanąwszy niemal nos w nos ze mną, protekcjonalnym tonem zapytał, jakim prawem ośmielam się szargać nazwisko Isaaca Bickerstaffa.
– Wielki Isaac Bickerstaff to nieżyjący znakomity dziennikarz i wybitna postać osiemnastowiecznej literatury. Pani bezcześci jego nazwisko!
Nim zdołałam cokolwiek z siebie wykrztusić, podniosła się pani siedząca z tyłu.
– Siadajże pan! Jak można bezcześcić osobę, której nigdy nie było? Nieżyjący, też coś! Przecież on nie istniał! To był pseudonim, pod którym do „Spectatora” pisał ktoś inny!* A panna Ashton może sobie pisać pod takim nazwiskiem, pod jakim chce, więc lepiej milcz pan!
Po wystąpieniu bojowej niewiasty ów jegomość śpiesznie opuścił księgarnię.
Sidney, czy mówi Ci coś nazwisko Markham V. Reynolds Junior? Jeśli nie, sprawdź, proszę, co to za jeden, we Who’s Who, Domesday Book* albo popytaj w Scotland Yardzie. Chyba że znajdzie się w zwykłej książce telefonicznej. Przysłał mi piękny bukiet wiosennych kwiatów do hotelu w Bath, tuzin białych róż do pociągu, a w Norwich – wiązankę róż czerwonych; za każdym razem bez liściku, tylko z wizytówką.
Skoro o tym mowa – skąd on wiedział, gdzie z Susan nocujemy? Którym pociągiem będziemy jechać? Kwiaty czekały na mnie zawsze po przybyciu na miejsce. Nie wiem, czy mam się czuć adorowana, czy nękana.

Serdeczności
Juliet