Idealny mąż. Idealny ojciec. Idealny… kłamca? “Muszę to wiedzieć” to hit wydawniczy w Stanach Zjednoczonych, jeden z bestsellerów top 10 „New York Timesa”. Thriller, którym zachwycili się Lee Child, John Grisham i Charlize Theron.


Muszę to wiedziećVivian Moore to matka czwórki dzieci, szczęśliwa żona idealnego ojca i męża, Matta.

Jednocześnie to również analityczka CIA zajmująca się rozpracowywaniem działalności rosyjskich szpiegów w USA. Pewnego dnia dociera do zawartości komputera potencjalnego rosyjskiego współpracownika. To, co tam znajduje, zagraża wszystkiemu, co dla niej ważne – jej rodzinie, jej pracy, jej samej…

Vivian obiecała bronić swojego kraju przed wszystkimi wrogami, obcymi i domowymi. Ale teraz stoi przed niemożliwymi wyborami.

Rozdarta między lojalnością a zdradą, miłością a podejrzliwością, komu może zaufać?

 
Karen Cleveland
Muszę to wiedzieć
Przekład: Agnieszka ‌Walulik
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 20 czerwca 2018
 
 

Muszę to wiedzieć


***

Stoję w drzwiach sypialni bliźniaków i patrzę, jak śpią spokojnie i niewinnie za prętami łóżeczek, które przypominają mi kraty więziennej celi.
Nocna lampka oblewa wszystko łagodnym pomarańczowym światłem. W niewielkim pokoiku tłoczą się meble, za dużo ich tu jak na tak małe pomieszczenie. Dziecięce łóżeczka, jedno stare, jedno nowe. Przewijak, na którym leży stos nierozpakowanych pieluch. Regalik, który złożyłam z Mattem już wieki temu. Teraz półki uginają się pod ciężarem książeczek, które starszej dwójce mogłam recytować z pamięci – obiecywałam sobie, że wreszcie znajdę czas, żeby częściej czytać je bliźniakom.
Słyszę na schodach kroki Matta i czuję, jak moje palce zaciskają się na pendrivie. Mocno, jakbym sądziła, że jeśli dostatecznie go ścisnę, to zniknie. Wszystko na powrót stanie się takie jak dawniej. Ostatnie dwa dni zostaną wymazane, okażą się tylko złym snem. Ale nośnik wciąż jest przy mnie: twardy, namacalny, rzeczywisty.
Podłoga w korytarzu trzeszczy jak zwykle w tym samym miejscu. Nie odwracam się. Matt podchodzi do mnie od tyłu, jest tak blisko, że czuję jego mydło i szampon, a także jego własny zapach, który zawsze napełniał mnie dziwnym poczuciem bezpieczeństwa, a teraz w niezrozumiały sposób czyni z mojego męża kogoś jeszcze bardziej obcego. Wyczuwam wahanie Matta.
– Możemy porozmawiać? – pyta.
Mówi cicho, ale to wystarcza, żeby Chase zaczął się wiercić. Wzdycha przez sen i na powrót nieruchomieje, wciąż zwinięty w kulkę, jakby chciał się przed czymś osłonić. Zawsze uważałam, że wdał się w ojca – ma te same poważne oczy, którymi chłonie wszystko dookoła. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek zdołam naprawdę go poznać, czy będzie ukrywał tajemnice tak straszne, że zmiażdżą każdego, kto stanie mu się bliski.
– Co jeszcze możemy sobie powiedzieć?
Matt robi krok bliżej, kładzie rękę na moim ramieniu. Odsuwam się lekko, by wyzwolić się od jego dotyku. Jego dłoń zawisa w powietrzu i opada do boku.
– Co zamierzasz zrobić? – pyta Matt.
Patrzę na drugie łóżeczko, na Caleba, który leży na plecach; aniołek z jasnymi loczkami, rączki i nóżki w śpioszkach ma rozłożone jak rozgwiazda. Jego dłonie są otwarte, różowe usteczka rozchylone. Nie ma pojęcia, jak łatwo byłoby go skrzywdzić, jak okrutny potrafi być świat.
Zawsze obiecywałam sobie, że ochronię go przed niebezpieczeństwem. Dam mu siłę, której mu brakuje, dopilnuję, by nie pozbawiono go żadnych możliwości, postaram się, żeby miał tak normalne życie, jak to możliwe. Ale w jaki sposób tego dokonam, jeśli mnie przy nim nie będzie?
Zrobiłabym wszystko dla swoich dzieci. Wszystko. Rozwijam palce i spoglądam na przenośny dysk. To tylko mały prostokącik, niczym się nie wyróżnia. Maleństwo, a kryje się w nim taka moc. Moc, by naprawiać, ale i niszczyć.
Zupełnie jak kłamstwo.
– Wiesz, że nie mam wyboru – mówię i zmuszam się, by na niego spojrzeć; na swojego męża, którego znam tak dobrze, a jednocześnie ani trochę.

Dwa dni wcześniej. Rozdział 1

– Viv, złe wieści.
Słyszę głos Matta. Słowa powinny wzbudzić strach, ale ton mnie uspokaja. Jest lekki, przepraszający. Owszem, mamy mały kłopot, ale to żadna tragedia. Gdyby chodziło o coś naprawdę poważnego, Matt mówiłby inaczej. I posłużyłby się pełnym zdaniem, pełnym imieniem. „Vivian, mam złe wieści”.
Przytrzymuję telefon ramieniem i odwracam się na krześle do komputera ustawionego pod szarymi szafkami na biurku w kształcie litery L. Najeżdżam kursorem na ikonkę sowy na ekranie i klikam dwa razy. Jeśli chodzi o to, co myślę – a jestem pewna, że tak – to została mi już tylko chwila na pracę.
– Ella? – zgaduję. Moje spojrzenie biegnie do jednego z kredkowych obrazków przyczepionych pinezkami na wysokich ściankach boksu; plama koloru w morzu szarości.
– Trzydzieści osiem i dwa.
Zamykam oczy i robię wdech. Spodziewaliśmy się tego. Połowa jej klasy choruje, dzieciaki padają jak muchy, to była tylko kwestia czasu. Czterolatki nie słyną z higieny. Ale czy to musiało się przytrafić akurat dzisiaj? Naprawdę nie mogło poczekać?
– Coś jeszcze?
– Tylko gorączka. – Matt milknie na chwilę. – Przykro mi, Viv. Kiedy ją odwoziłem, wyglądała zupełnie normalnie.
Przełykam gulę w gardle i kiwam głową, choć Matt nie może tego zobaczyć. Każdego innego dnia sam odebrałby córkę. Może pracować z domu, przynajmniej w teorii. W przeciwieństwie do mnie. A ja wszystkie wolne dni zużyłam, kiedy urodziły się bliźniaki. Lecz dzisiaj Matt musiał zabrać Caleba na kolejną turę badań. Od tygodni gryzło mnie sumienie, że sama nie mogę jechać. A teraz nie dość, że przegapię badania, to jeszcze będę musiała wziąć urlop, którego już nie mam.
– Będę tam za godzinę – odpowiadam. Według przepisów szkolnych pozostaje nam sześćdziesiąt minut na odbiór dziecka od momentu, kiedy dostaniemy informację. Wliczając w to drogę do samochodu (który stoi na samym końcu gigantycznego parkingu Langley) oraz przejazd przez miasto, mam jakiś kwadrans na pracę. O kwadrans mniej na minusie.
Spoglądam na zegar w rogu ekranu – siedem po dziesiątej – i przenoszę wzrok na kubek ze Starbucksa, stojący przy prawym łokciu. Z otworu w plastikowym wieczku unosi się para. Pozwoliłam sobie na ten luksus, by uczcić długo oczekiwany dzień i zapewnić sobie energię na godziny nużącej pracy. Zmarnowałam w kolejce cenne minuty, które mogłam przeznaczyć na przekopywanie się przez pliki. Trzeba było trzymać się rutyny i zadowolić się pyrkoczącym automatem biurowym, który zostawia wytłoczyny na powierzchni kawy.
– Tak powiedziałem w szkole – mówi Matt. „Szkoła” to w rzeczywistości lokalny żłobek, gdzie spędza dni nasza młodsza trójka. Nazywamy go jednak szkołą, od kiedy Luke skończył trzy miesiące. Wyczytałam gdzieś, że to pomaga pogodzić się ze zmianą i zmniejszyć poczucie winy wywołane faktem, że zostawia się niemowlaka na osiem czy dziesięć godzin dziennie. Nie zmniejszyło, ale jakoś przyzwyczailiśmy się tak mówić.
Następuje przerwa w rozmowie i słyszę w tle gaworzenie Caleba. Nasłuchuję, wiedząc, że Matt robi to samo. To już u nas odruch. Słyszę wyłącznie samogłoski. Caleb nadal nie potrafi wymawiać żadnych spółgłosek.
– Wiem, że masz dziś ważny dzień… – mówi wreszcie Matt i znowu milknie. Przywykłam do tych urywanych zdań, wymijających rozmów. Nigdy nie wykluczam możliwości, że ktoś może mnie podsłuchiwać. Rosjanie. Chińczycy. Dlatego między innymi szkoła zawsze dzwoni najpierw do Matta. Lepiej, żeby wrogowie Ameryki wiedzieli jak najmniej na temat naszych dzieci.
Może to paranoja… a może tak właśnie powinna myśleć analityczka CIA.
Tak czy inaczej, Matt nie wie nic więcej. Nie wie, że usiłuję rozgryźć siatkę rosyjskich agentów ani że wymyśliłam metodę identyfikacji szpiegów. Wie tylko, że od miesięcy czekałam na ten dzień. Dzisiaj mam się dowiedzieć, czy dwa lata ciężkiej pracy nie poszły na marne i czy mam szansę na ten awans, który bardzo by nam się przydał.
– No tak… – mówię, poruszając myszką i patrząc, jak ładuje się Athena. – Ale najważniejsze są badania Caleba.
Mój wzrok znowu biegnie do ścianki boksu i do kredkowych obrazów. Na rysunku Elli widać naszą rodzinę: kreskowe ramiona i nogi odchodzące od sześciu szczęśliwych twarzy. Rysunek Luke’a jest nieco bardziej wyrafinowany: widnieje na nim tylko jedna postać, ma kolorowe włosy, ubrania i buty, narysowana została gwałtownymi, ostrymi ruchami kredki. Pod spodem znajdują się drukowane litery, tworzące słowo MAMA. Luke miał wtedy fazę na superbohaterów, więc rysunek przedstawia mnie w pelerynie, z rękami na biodrach i literą S na piersi. Supermama.
Czuję w piersiach znajome ciśnienie, ogromną chęć, by się rozpłakać. Wdech i wydech, Viv. Wdech i wydech.
– Malediwy? – pyta Matt i czuję, że na moich ustach pojawia się uśmiech. Matt zawsze potrafi sprawić, bym się uśmiechnęła, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Spoglądam na nasze zdjęcie w rogu biurka – to moja ulubiona fotografia ślubna, ma już prawie dziesięć lat. Oboje byliśmy tacy szczęśliwi, tacy młodzi. Zawsze sobie obiecywaliśmy, że na dziesiątą rocznicę zafundujemy sobie wyjazd w jakieś egzotyczne miejsce. Teraz się na to nie zapowiada. Ale pomarzyć zawsze można. Choć to jednocześnie i miłe, i przygnębiające.
– Bora-Bora – odpowiadam.
– Ujdzie. – Matt milknie i w ciszy znowu słyszę Caleba. Wciąż tylko samogłoski. Aaa-aaa-aaa. Obliczam w głowie, ile miesięcy temu Chase zaczął wymawiać pierwsze spółgłoski. Wszyscy lekarze powtarzają, żeby tego nie robić, ale nie mogę się powstrzymać.
– Bora-Bora? – Słyszę za sobą głos pełen udawanego niedowierzania. Zakrywam słuchawkę dłonią i się odwracam. To Omar, mój odpowiednik z FBI. Na twarzy ma wyraz rozbawienia. – Nawet CIA nie zdoła usprawiedliwić takiej delegacji.
Szczerzy się tak zaraźliwie, że i ja się uśmiecham.
– Co tu robisz? – pytam, nadal zakrywając słuchawkę. W uchu słyszę gaworzenie Caleba. Teraz mówi O. Ooo-ooo-ooo.
– Miałem spotkanie z Peterem. – Omar podchodzi o krok i przysiada na krawędzi biurka. Na biodrze pod jego T-shirtem widzę zarys kabury. – Chyba nieprzypadkowo umówił się ze mną o tej porze. – Spogląda na mój ekran i jego uśmiech nieco blednie. – To dzisiaj, prawda? O dziesiątej?
Patrzę na monitor. Jest ciemny, kursor nadal ma kształt klepsydry.
– Tak, dzisiaj.
Gaworzenie w moim uchu milknie. Odwracam się na krześle nieco dalej od Omara i odkrywam słuchawkę.
– Kochanie, muszę kończyć. Przyszedł Omar.
– Pozdrów go ode mnie – mówi Matt.
– Jasne.
– Kocham cię.
– Ja ciebie też. – Odkładam słuchawkę i odwracam się z powrotem do Omara, który nadal siedzi na biurku, wyciągając skrzyżowane w kostkach nogi. – Matt cię pozdrawia.
– Ach, więc to z nim się namawiałaś na Bora-Bora. Planujecie wakacje? – Omar znowu szczerzy zęby.
– Tak jakby – odpowiadam z niezbyt radosnym śmiechem. Brzmi to tak żałośnie, że aż się rumienię.
Omar patrzy na mnie przez chwilę i w końcu spuszcza wzrok na nadgarstek.
– No dobrze, jest dziesiąta dziesięć. – Przekłada nogi i nachyla się ku mnie z wyraźną ciekawością. – To co dla mnie masz?
Omar siedzi w tej branży dłużej niż ja. Co najmniej dziesięć lat. On zajmuje się wyszukiwaniem w Stanach uśpionych agentów, a ja próbuję zidentyfikować ich szefów. Żadne z nas nie odniosło jak dotąd sukcesu. Nie mam pojęcia, jak Omarowi udaje się zachować ten entuzjazm.
– Na razie nic. Jeszcze nie patrzyłam. – Kiwam głową na komputer z wciąż ładującym się programem, a potem spoglądam na czarno-białe zdjęcie na ścianie boksu, obok rysunków dzieci. Jurij Jakow. Mięsista twarz o twardym wyrazie. Jeszcze kilka kliknięć i znajdę się w jego komputerze. Będę mogła zobaczyć to, co on widzi, poruszać się po jego systemie, przeglądać jego pliki. I przy odrobinie szczęścia znajdę dowód, że jest rosyjskim szpiegiem.
– Kim jesteś i co zrobiłaś z moją koleżanką Vivian? – pyta z uśmiechem Omar.
Fakt, gdyby nie kolejka do Starbucksa, zalogowałabym się do programu punktualnie o dziesiątej. Do tej pory zdążyłabym się przynajmniej rozejrzeć. Wzruszam ramionami.
– Przecież próbuję. Tak czy inaczej, to będzie musiało poczekać. – Wskazuję telefon. – Ella się rozchorowała. Muszę ją odebrać ze szkoły.
Omar wzdycha dramatycznie.
– Dzieciaki. Zawsze wybiorą sobie najgorszy moment.
Na ekranie pojawia się coś nowego i przysuwam krzesło do biurka. Athena wreszcie się uruchamia. Dookoła ekranu pojawiają się czerwone banery, widzę różne słowa oznaczające poszczególne funkcje i poziomy dostępu. Im dłuższy ciąg tekstu, tym bardziej tajne pliki. A ten jest naprawdę długi.
Klikam i przewijam jedną stronę, potem kolejną. Każde kliknięcie to potwierdzenie. Tak, wiem, że informacje, do których chcę zyskać dostęp, są tajne. Tak, wiem, że jeśli je ujawnię, grozi mi długi pobyt w więzieniu. Tak, tak, tak. No wpuść mnie tam wreszcie, dobrze?
– Tym razem się uda – mówi Omar, przypominając mi o swojej obecności. Spoglądam na niego kątem oka. Omar odwraca się ostentacyjnie od ekranu, żeby dać mi trochę prywatności.
– Czuję to w kościach – dodaje.
– Też mam taką nadzieję – mruczę. I to prawda. Ale strasznie się denerwuję. Moja metoda jest niepewna. I to bardzo. Stworzyłam profil możliwego łącznika komórki szpiegowskiej: wykształcenie, stopnie naukowe, konta bankowe, podróże w Rosji i za granicą. Ułożyłam algorytm i zidentyfikowałam pięć osób najlepiej pasujących do mojego wzorca. Pięciu najbardziej prawdopodobnych kandydatów.
Pierwsza czwórka okazała się fałszywymi tropami i program może trafić pod nóż. Wszystko zależy od Jurija. Numeru pięć. Do jego komputera najtrudniej było się włamać, ale to on od początku wydawał mi się najpewniejszym strzałem.
– A nawet jeśli nie – dodaje Omar – to i tak zaszłaś dalej niż ktokolwiek inny. Prawie ich namierzyłaś.
Szukanie łączników komórek to nowe podejście. Przez lata FBI usiłowało zidentyfikować samych szpiegów, ale są tak dobrze zakonspirowani, że to praktycznie niemożliwe. Siatki zorganizowane są w taki sposób, że agenci nie mają ze sobą kontaktu, porozumiewają się tylko z łącznikiem, a i to w minimalnym stopniu. Z kolei CIA skupiała się na samej górze, czyli na kierownikach, którzy nadzorują łączników z Moskwy i mają bezpośrednie powiązania z SWZ, rosyjskim wywiadem.
– Prawie to za mało – mówię cicho. – Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczynałam pracę w sekcji rosyjskiej, Omar był energicznym agentem świeżo z werbunku. Wymyślił nowy program, polegający na tym, żeby zaproponować uśpionym agentom amnestię w zamian za oddanie się w ręce FBI. Uznał, że na pewno co najmniej kilku śpiochów chciałoby zmienić swoją fikcyjną tożsamość w rzeczywistość i że uzyskane od nich informacje mogłyby pomóc w infiltracji całej siatki.
Plan po cichu wcielono w życie i w ciągu tygodnia ktoś się zgłosił, facet imieniem Dmitrij. Powiedział, że jest łącznikiem, i podał nam informacje, które potwierdziły to, co już wiedzieliśmy: agenci tacy jak on odpowiadają każdy za pięciu śpiochów. Dmitrij podlegał przywódcy całej komórki, który nadzorował wszystkich pięciu łączników. Była to całkowicie niezależna siatka. To pobudziło naszą ciekawość. Potem zaczął opowiadać jakieś bzdury, które zupełnie nie pokrywały się z naszymi sprawdzonymi informacjami, aż w końcu zniknął. Nazywaliśmy go potem „Dmitrij Dyndałka”.
I to był koniec programu. Już sam pomysł, by przyznać publicznie, że mamy w kraju uśpionych agentów i nie potrafimy ich znaleźć, okazał się dostatecznie trudny do przełknięcia dla szefostwa FBI. To oraz ryzyko manipulacji ze strony Rosjan – którzy mogliby dyndać nam przed nosem podwójnymi agentami i kierować nas na fałszywe tropy – sprawiło, że plan Omara został ostro skrytykowany i wreszcie odrzucony. „Utonęlibyśmy w zalewie takich jak ten Dmitrij”, mówiono. I tak oto obiecująca kariera Omara utknęła w miejscu. Stał się jedynie szeregowym agentem trudzącym się dzień za dniem nad niewdzięcznym, frustrującym, niemożliwym zadaniem.