Za powieść “Zbiornik 13” Jon McGregor został nominowany do The Man Booker Prize 2017. To pierwsza od 2010 roku książka nagrodzonego Impac Prize autora powieści “Nawet psy”.


Zbiornik 13Środek zimy, pierwsze lata XXI wieku. Przebywająca na wakacjach dziewczynka zaginęła w pagórkowatym terenie w sercu Anglii. Wieśniacy zostają wezwani do pomocy w poszukiwaniach obejmujących całe wrzosowiska, policja organizuje blokady dróg, a do spokojnej zazwyczaj wsi zjeżdżają tłumy reporterów.

Poszukiwania zaginionej trwają, a życie toczy się dalej; ludzie się rodzą, umierają, wracają, wyjeżdżają, zdradzają, bogacą i ubożeją., bo taka jest kolej rzeczy, bo tak musi być.

Wobec tragedii niezmienna jest też przyroda – pod krokwiami stropu kościoła wiszą nietoperze, czaple pełnią straż w nurcie rzeki, kwiczoły gnieżdżą się stadami w koronach głogów, a w głębokich lasach buszują borsuki i lisy – parzą się i walczą, polują i umierają.

Napisana oszczędną prozą o wielkiej sile rażenia i dyskretnym wdzięku, powieść McGregora jest portretem zapracowanej wspólnoty, na której życie pada cień straty obcych ludzi. Stanowi ona zarazem studium rytmów świata natury i stale odnawialnej ludzkiej skłonności do agresji, która ujawnia się stopniowo przez trzynaście lat trwania skutków szoku po dramacie jednej rodziny.

Jon McGregor
Zbiornik 13
Przekład: Jolanta Kozak
Wydawnictwo Czytelnik
Premiera: 24 maja 2018
 
 

Zbiornik 13


Rzeka się rusza. Widocznie leci kos
Wallace Stevens

1

Zebrali się na parkingu godzinę przed świtem i czekali, aż ktoś im powie, co robić. Było zimno i rozmowa się nie kleiła. Nasuwały się pytania, lecz ich nie zadawano. Zaginiona dziewczynka nazywała się Rebecca Shaw. Kiedy ostatnio ją widziano, miała na sobie białą bluzę z kapturem. Na horyzoncie wrzosowiska wisiała wilgotna mgła, a ziemia była zmarznięta na kamień. Otrzymali instrukcje i wyruszyli, skrzypiąc butami po skostniałej ziemi i zostawiając za sobą wydeptany szlak, który zanikał, gdy wrzosy sprężyście wracały do pionu. Miała metr pięćdziesiąt wzrostu, włosy ciemnoblond. Zaginęła przed pięcioma godzinami. Patrzyli pod nogi i nie rozmawiali; zastanawiali się, co mogą znaleźć. Słychać było tylko kroki, szczekanie psów przy drodze i słaby szum helikoptera od strony zbiorników. Helikopter latał przez całą noc i nic nie znalazł, chociaż ślizgał się reflektorami po wrzosowisku i wezbranych brunatnych potokach. Owce Jacksona wystraszyły się i rozbiegły przez rozwaloną furtkę, więc Jackson od kilku godzin był na nogach i zaganiał je z powrotem. Ekipy pogotowia górskiego, grotołazów i policji nie natrafiły na żaden ślad i o północy zwołano ochotników. Nietrudno było ich znaleźć. Połowa wsi i tak już wyległa z domów, rozmawiając o tym, co mogło się stać. Pora roku, mówiono, nie sprzyjała wycieczkom w góry. Część ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak gwałtownie pogoda może się załamać. Jak błyskawicznie zapada zmrok. Niektórzy nie wiedzą, że gdzieniegdzie telefon komórkowy przestaje działać, bo nie ma zasięgu. Rodzina dziewczynki kwaterowała w jednej z przerobionych stodół Hunterów. O zmierzchu wpadli z krzykiem do wsi. Noc była za zimna na przebywanie w górach. Na pewno gdzieś się chowa, mówili ludzie. Lada moment wyjdzie z kryjówki. Skręciła nogę w kostce. Po prostu chciała nastraszyć rodziców. Tak teraz robią. Ludzie mieli potrzebę gadania, wszystko jedno czego. Z pierwszym brzaskiem mgła się rozwiała. Ze szczytu wrzosowiska widać było wieś: buczynę i gospodarstwa, wieżę kościoła i boisko krykietowe, rzekę i kamieniołom, i cementownię przy głównej drodze do miasta. Trzeba było przeszukać duży teren, dziewczynka mogła być gdziekolwiek. Szli naprzód. Co jakiś czas błyskały światła od szosy ledwo widocznej na horyzoncie. Zbiorniki powleczone były płaską metaliczną szarością. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Ziemia szybko rozmiękła, wypływała spod ich butów oleistym brązem. Nad szeregiem ochotników leciał wolno helikopter prasowy. Trudno było nie popatrzeć w górę i nie pomachać. Później policja zorganizowała konferencję prasową u Gladstone’a, ale nie miała do zakomunikowania nic ponad to, co już wiedziano. Zaginiona dziewczynka nazywała się Rebecca Shaw. Skończyła trzynaście lat. Ostatnio widziano ją w białej bluzie z kapturem, granatowej kamizelce, czarnych dżinsach i tenisówkach. Miała metr pięćdziesiąt wzrostu i proste ciemnoblond włosy do ramion. Ktokolwiek widział osobę odpowiadającą temu opisowi, proszony jest o kontakt z policją. Poszukiwania zostaną wznowione o świcie. Wieczorem nad placem snuły się dymy z domowych kotłowni, siny blask telewizorów i podniesione głosy z podwórka za pubem. Zaczynały się wyłaniać wątpliwości.
O północy, z nastaniem nowego roku, od strony miasteczka za doliną rozbłysły fajerwerki, których z powodu znacznej odległości nie było słychać, więc nikt nie wyszedł popatrzeć. Potańcówkę w świetlicy odwołano, a w przepełnionym pubie Gladstone’a nie było nastroju do zabawy. Pół godziny po północy lokal zamknięto i ludzie rozeszli się do domów. Na ulicach zostali tylko policjanci, jedni zgromadzeni przy furgonetkach, inni zdążający z powrotem w góry. Nad ranem znowu się rozpadało. Z torfowych łożysk potoków wystąpiła woda, spływająca teraz wartkim strumieniem po wydeptanych ścieżkach na skraju wrzosowiska. Rzeka zmętniała od górskich osadów i chlustała przez jazy. Na wrzosowisku oznaczono chorągiewkami miejsca, gdzie rodzice i poszukiwacze już byli. Chorągiewki trzepotały na wietrze. Parking pod centrum informacji turystycznej zapełniał się wozami transmisyjnymi, zaczynali się zbierać dziennikarze. W świetlicy umieszczono stoły na kozłach, zastawione zielonymi kubkami i talerzykami z plastiku, w termosach prawie już wrzało, woń smażonego bekonu rozmywała się w deszczu. W gospodarstwie Hunterów z przerobionej stodoły, w której kwaterowali rodzice zaginionej, dobiegały głosy na tyle donośne, że słyszał je policjant stojący na zewnątrz. Z głównego domu wyszła Jess Hunter z kubkiem herbaty. Od strony zbiorników nadlatywał helikopter, przesuwając się wolno wzdłuż rzeki, ponad jazem, kamieniołomem i lasami. Nurkowie znów penetrowali rzekę. Grupa dziennikarzy, żeby zrobić zdjęcie, czaiła się za kordonem odcinającym koński most, celując obiektywami w puste lustro wody pod obłokiem zgęstniałych oddechów. Niżej na polu dwóch synów Jacksona pochylało się nad padłą owcą. Zbiorowy trzask migawek obwieścił przybycie pierwszego nurka, którego głowa w czepku gumowego kombinezonu pojawiała się powoli nad powierzchnią wody. Zza zakola wyłonił się drugi nurek, i trzeci. Po kolei skoczyli w łuk mostu i zniknęli z pola widzenia. Operatorzy wyszarpnęli kamery ze statywów i zaczęli pakować sprzęt. Jeden z synów Jacksona nadjechał quadem przez pole i kazał dziennikarzom się wynosić. Pusta rzeka płynęła wartko. Cementownię zamknięto na czas poszukiwań. Po tygodniu pierwsze płatki śniegu spadły na grań za obszarem spękanej ziemi, chociaż zdawało się, że zima jeszcze daleko. W szkole nauczyciele nie zdejmowali w klasach płaszczy i czekali. Każde słowo zdawało się niestosowne. W rurach grzewczych zaburczało, do czego większość nauczycieli już przywykła, i atmosfera w pokoju nauczycielskim rozluźniła się. Panna Dale spytała panią French, czy jej matka ma się lepiej, a pani French naświetliła okoliczności uzasadniające odpowiedź przeczącą. Znowu zapadła cisza punktowana pyknięciami kaloryfera. Do pokoju weszła pani Simpson, aby podziękować nauczycielkom za wczesne przybycie. Oczywiście wszystkie odpowiedziały, że to żaden problem. Zwłaszcza w tych okolicznościach. Pani Simpson zaleciła, by lekcje odbyły się normalnie, z tym że nauczycielki miały być gotowe do podjęcia rozmowy o zaistniałej sytuacji, gdyby dzieci o to poprosiły. Na co się zanosiło. Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł woźny Jones z wiadomością, że ogrzewanie wkrótce będzie działać. Pani Simpson poleciła mu, żeby koniecznie wyżwirował boisko. Jones spojrzeniem dał jej do zrozumienia, że polecenie było zbyteczne. Pani Simpson stanęła w bramie i witała przyprowadzone do szkoły dzieci, których rodzice czekali aż pociecha wejdzie do środka i zamkną się za nią drzwi. Niektórzy wyglądali, jakby mieli zamiar tak stać cały dzień. Starsze dzieci czekały na przystanku na autobus. Już nastolatki. Pierwszy dzień szkoły, a nie miały sobie wiele do powiedzenia. Od rana wypytywano je o zaginioną dziewczynkę, jakby mogły wiedzieć na ten temat coś więcej, niż usłyszały w wiadomościach. Lynsey Smith powiedziała, że pani Bowman na pewno spyta ich, czy chcą o tym porozmawiać. Słowa „o tym” ujęła palcami w cudzysłów. Deepak zauważył, że przynajmniej przepadnie im dzięki temu francuski. Sophie obejrzała się i na drugim przystanku zobaczyła Andrew: czekał z Irene, swoją matką. Był ich rówieśnikiem, ale chodził do szkoły specjalnej. Podjechał ich autobus i James przestrzegł Liama, żeby nie robił sobie jaj z Becky Shaw. Śnieg padał i osadzał się grubą warstwą. W kościele odprawiono nabożeństwo. Pastor poprosiła policję o niedopuszczanie mediów. Powiedziała, że zaprasza wszystkich, ale żadnych zdjęć, żadnego nagrywania, żadnych notatek. Nie życzyła sobie robienia widowiska ze zbiorowej modlitwy. Kościelni wystawili dodatkowe krzesła, a i tak ludzie tłoczyli się w przejściach. Mężczyźni nienawykli do przebywania w kościele stali ze zwiniętymi kapeluszami w dłoniach, opierając się o końce ławek. Niektórzy wyczekująco pozakładali ręce. Ministranci rozdawali im modlitewniki otwarte na właściwej stronie. Pastor Jane Hughes wyraziła nadzieję, że nikt nie przyszedł po łatwą odpowiedź. Nie ma pocieszenia, mówiła, w sytuacji, w jakiej się dzisiaj znajdujemy. Nie ma pocieszenia dla rodziców dziewczynki ani dla krewnych, którzy specjalnie przyjechali do wsi, żeby podtrzymać ich na duchu. Nie ma pocieszenia dla policjantów uczestniczących w poszukiwaniach. Możemy jedynie ufać, że w tym trudnym czasie Pan Bóg jest z nami. Możemy tylko modlić się, by nas nie ogarnęła rozpacz, w której pławić się nie godzi, żeby wiara dodała nam siły do udzielenia cierpiącej rodzinie wszelkiej potrzebnej pomocy. Pastor urwała i przymknęła oczy. Wyciągnęła ręce w geście modlitewnym. Mężczyźni, którzy stali z założonymi rękami, nie zmienili pozycji. Kościelny zadzwonił trzy razy i dźwięk poniósł się o brzasku poranka przez całą dolinę, aż po stary kamieniołom. Pod koniec miesiąca pokazało się słońce i ziemia na polach zmiękła. Nieruchomym powietrzem wstrząsały głuche tąpnięcia osuwającego się z dachów śniegu. Chodziły plotki, ale tylko plotki, o rodzicach zaginionej dziewczynki. Że podobno odchodzą od zmysłów.

W lutym policja przeprowadziła rekonstrukcję z udziałem aktorów z Manchesteru. Prasę dopuszczono do gospodarstwa Hunterów z wyraźnymi instrukcjami, co wolno filmować. Dzień był pogodny, lekko mroźny. Przedstawiciel prasy poprosił o ciszę. Drzwi przerobionej stodoły otwarły się, ukazując parę ludzi po czterdziestce z trzynastoletnią dziewczynką. Kobieta była szczupłą, krótkowłosą blondynką. Miała na sobie granatowy płaszcz od deszczu i obcisłe czarne dżinsy, wpuszczone w buty z cholewami. Mężczyzna był wysoki i kanciasty, miał ciemne kręcone włosy i okulary w czarnej oprawie. Ubrany był w grafitową wiatrówkę z kapturem, luźne spodnie i czarne buty. Dziewczynka, wysoka jak na trzynastolatkę, miała ciemnoblond włosy do ramion i dobrze odegraną wściekłą minę. Była w czarnych dżinsach, białej bluzie z kapturem, granatowej kamizelce i tenisówkach. Cała trójka wsiadła do srebrnego samochodu zaparkowanego przed przerobioną stodołą i odjechała wolno w kierunku szosy. Fotoreporterzy biegli obok auta. Pod centrum turystycznym aktorzy zaczekali w samochodzie na fotoreporterów, zanim wysiedli i ruszyli na wrzosowisko. Dziewczynka ciągnęła się w ogonie i aktorzy grający rodziców odwracali się trzykrotnie, żeby ją zawołać, na co odpowiadała w ten sposób, że kopała z furią ziemię i jeszcze bardziej zwalniała krok. Dwoje dorosłych aktorów wzięło się za ręce i poszło dalej, a wtedy dziewczynka przyspieszyła. Jak się potem okazało, kolejność zdarzeń odtworzono na podstawie zeznań zebranych przez policję. Para dorosłych pokonała pierwszą grań i zniknęła z pola widzenia, z którego po paru chwilach ulotniła się również dziewczynka. Fotoreporterzy utrwalali pustą scenografię. Rzecznik prasowy podziękował wszystkim za udział. Trójka aktorów zeszła z powrotem ze wzgórza. Cementownia wznowiła pracę, więc wszystkie drogi posrebrzał drobny pył. Długi pociąg towarowy z hurgotem przeciął wzgórze i za łagodnym zakrętem znikł między drzewami. Blade światło pełzło powoli przez wrzosowisko, zahaczając o zalane jary i rowy i rozbłyskując tuż przed całkowitym zamknięciem się chmur. Na brzegu rzeki od strony jazu stała czapla zapatrzona w wodę. Przez noc ze wzgórz zeszła leniwa mgła. O czwartej rano Les Thompson już nie spał i prowadził krowy przez podwórze do dojenia. W późniejszych godzinach porannych widziano pastor jadącą samochodem do domu Hunterów. Spędziła tam godzinę z rodzicami zaginionej dziewczynki i po wyjściu nie rozmawiała z nikim.

Dochodzenie trwało. Pod koniec marca zrobiło się cieplej, a rodzice dziewczynki wciąż mieszkali u Hunterów. Żadnych wieści. Jane Hughes wybrała się do nich któregoś ranka, a mijając po drodze gospodarstwo Jacksona, zobaczyła go, jak stał z synami przed szopą, w której kociły się owce. Jacksonowie mieli miny mężczyzn, którzy ciężko się napracowali, ale nie widzą potrzeby, żeby się tym chwalić. Trzymali kubki z herbatą i papierosy. Z domu pachniało szykowanym śniadaniem. Dopiero na widok pierwszych dzieciaków idących do szkoły Will Jackson przypomniał sobie, że miał pojechać do matki swojego syna i odwieźć chłopca do szkoły. Furgonetka nie chciała zapalić, więc wziął quada, chociaż już po drodze nabrał pewności, że matce jego syna to się nie spodoba i da jej dodatkowy argument przeciwko niemu. Gdy zajechali pod szkołę, brama była już zamknięta, więc Will musiał zawołać Jonesa z kotłowni, żeby ją otworzył. Odprowadził syna do klasy. Pani Carter przyjęła jego przeprosiny, usadziła chłopca na miejscu i spytała Willa, czy klasa mogłaby odwiedzić jego gospodarstwo w czasie kocenia się owiec. Odpowiedział, że jagnięta już zaczęły się rodzić, co wyraźnie ją zdziwiło. Spytała, czy urodzi się ich więcej, na co Will powiedział, że jeśli chce urządzić szkolną wycieczkę, to musi zwrócić się z tym na piśmie do jego ojca. Była to najdłuższa od tygodni wypowiedź Willa Jacksona. Kiedy wrócił do siebie na podwórze, wszyscy jego bracia byli w szopie. Jedna owca padła pod jego nieobecność. Odbyło się zebranie rady parafialnej. Brian Fletcher z trudem utrzymywał porządek obrad i w końcu musiał zgodzić się z ludźmi, że w takiej sytuacji trudno się skupić na kwestiach parkowania. Zebranie zamknięto. Policja urządziła w sali zebrań u Gladstone’a konferencję prasową, aby ogłosić, że poszukuje kierowcy czerwonej furgonetki LDV Pilot. Dziennikarze dopytywali się, czy kierowca jest podejrzany, a odpowiedzialny za sprawę detektyw stwierdził, że wszystko jest brane pod uwagę. Siedzący obok detektywa rodzice dziewczynki nie odzywali się. Po południu zerwał się wiatr gnający chmury na wschód. Po ogrodzie pana Wilsona skakał kos z dziobem pełnym suchej trawy do wymoszczenia gniazda. Pod bukami za Close pełno było skoczogonków żywiących się pokruszonymi opadłymi liśćmi. Nocą ze wzgórz widać było światła autostrady, czerwień i biel płynęły obok siebie, a górą wiatr przepędzał chmury. Zaginionej dziewczynki szukano cały czas. Szukano jej wszędzie. W pokrzywach obrastających suchy dąb na podwórzu Thompsona. Podważano płyty chodnikowe i arkusze sklejki. Szukano w gospodarstwie Huntera, na tyłach przerobionych stodół, w wiatach parkingowych, szopach i warsztatach, w lasach i w szklarniach, i w ogrodzonych murami ogrodach. Szukano jej w cementowni, penetrując niepewnie wielkie hale, zaglądając ostrożnie za palety i wózki widłowe, sprawdzając w pomieszczeniu pracowniczym i w stołówce. Biały pył pokrywał ręce i twarze ludzi, gdy jak duchy wyłonili się na szosę. W nocy śniono o możliwych miejscach jej pobytu. W snach dziewczynka schodziła z wrzosowiska w przemoczonym ubraniu, z posiniałą skórą, a śniący pierwszy dobiegał do niej z kocem i sprowadzał ją bezpiecznie do domu.

W kwietniu, gdy pojawiły się pierwsze jaskółki, na wzgórza wrócili turyści. Na parkingu, zarzucając plecaki na ramiona, snuli domysły na temat dziewczynki. Dokąd mogła pójść, jak daleko mogła zajść. Gdyby ruszyła na północ, przed zapadnięciem nocy byłaby na autostradzie. Gdyby udała się na wschód, drogę zagrodziłyby jej zbiorniki. Gdyby poszła na zachód, dotarłaby do urwiska, gdzie wrzosy i ziemia urywały się strzępiasto, a po zboczu osuwał się żwir. Jaka pogoda towarzyszyła jej wędrówce. No i w tych butach. Tyle było miejsc, w które można wpaść. Jak to możliwe, że jeszcze jej nie znaleźli, chociaż dni były coraz dłuższe, słońce sięgało coraz głębiej w dolinę, a pod jesionami z zimnej, czarnej ziemi wyłaziły pierwsze świeże pastorały paproci. Wieczorami w wiadomościach pokazywano wciąż te same zdjęcia: lotnicze ujęcie ekipy poszukiwawczej idącej gęsiego przez wrzosowisko, nurków penetrujących wodę, rodziców dziewczynki odwożonych z miejsca akcji, samej dziewczynki. Dziewczyna na zdjęciu była w ubraniu odpowiadającym opisowi, a twarz miała odwróconą półprofilem. Komentowano, że wygląda przez to tak, jakby chciała być gdzie indziej. Matkę dziewczynki znów odwiedzili detektywi. Czasem padały nowe dla niej pytania. W szkole przed przybyciem dzieci panna Carter napełniła wodą aluminiowe dzbanki ze stołówki i wstawiła do nich gałęzie wierzby z baziami. Na działkach zaczynały wschodzić fioletowe brokuły, kruche i tak słodkie, że rzadko udawało się donieść przyzwoitą ilość do domu. Na gruntach wokół Kamiennych Sióstr widziano geodetów. Chodziły plotki, że pracują dla firmy prowadzącej kamieniołomy. O mało nie odwołano dorocznego balu wiosennego1, ale gdy Irene zaproponowała, żeby dochód z niego przeznaczyć na fundusz dobroczynny na rzecz zaginionych dzieci, trudno było czynić obiekcje. Sally Fletcher zgłosiła się do pomocy w organizacji balu, bo Irene długo i wymownie na nią patrzyła. Zabezpieczeni linami nurkowie znowu zeszli w głąb zbiornika, a czapla odfrunęła w górę. Drzewa na nowo okryły się liśćmi. Lekki deszczyk kropił z szarych chmur nad polami.