Nienawiść od miłości dzieli cienka, subtelna linia. “Wredne igraszki ” to nieprawdopodobnie zabawny i seksowny romans biurowy.


Wredne igraszkiLucy Hutton i Joshua Templeman nienawidzą się. Nie mają żadnych oporów z okazywaniem tego uczucia, kiedy tak siedzą naprzeciwko siebie w wydawnictwie, w którym każde z nich jest asystentem swojego prezesa.

Lucy nie rozumie sztywnego, pedantycznego podejścia, z jakim Josh traktuje pracę. Z kolei Josh jest wiecznie skonsternowany zbyt kolorowymi strojami Lucy, jej bałaganiarstwem i dziwacznymi przyzwyczajeniami.

Kiedy szefostwo ogłasza konkurs na nowe stanowisko, Lucy i Josh wytaczają przeciwko sobie najcięższe działa, bo żadne z nich nie ma ochoty ustąpić: zdobycie tej posady to nie tylko awans, ale także okazja do upokorzenia rywala.

Napięcie osiąga punkt wrzenia, ale Lucy znienacka odkrywa, że być może wcale nie nienawidzi Josha. I on też nie jest taki pewien swoich uczuć. A może to tylko kolejna gierka…

Sally Thorne mieszka w Australii. Po godzinach pracy zamyka się w swoim barwnym, fikcyjnym świecie. Wierzy, że miłośniczki romansów w każdej książce szukają uczuć jeszcze bardziej intensywnych niż je znalazły w poprzedniej, a nie jest to łatwe…

Sally Thorne
Wredne igraszki
Przekład: Katarzyna Karłowska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 5 czerwca 2018
 
 

Wredne igraszki


Rozdział 1

Wymyśliłam teorię. Między nienawidzeniem kogoś a byciem w nim zakochaną istnieje mnóstwo łudzących podobieństw. Mam za sobą ogrom doświadczeń, na bazie których mogłam porównywać miłość z nienawiścią, i taki właśnie jest mój główny wniosek.
Miłość i nienawiść to uczucia fizjologiczne. Pomyślisz o tej osobie i od razu skręca cię w brzuchu. Serce łomocze ciężko i energicznie; dziwne, że nie prześwituje przez ciało i ubranie. A z apetytem i snem to jest tak, jakbyś przepuściła je przez niszczarkę. Byle interakcja i we krwi buzuje ci tyle adrenaliny, że potem to już nie pozostaje nic, tylko albo walczyć na noże, albo dać nogę. W ogóle całe ciało wymyka ci się spod kontroli. Jesteś tym wszystkim przeżarta do kości, i to cię przeraża.
Miłość i nienawiść to lustrzane wersje jednej i tej samej gry – w której po prostu musisz wygrać i już. Bo? Bo masz serce i ego. Uwierzcie mi, znam się na tym.
Jest piątek. Wczesne popołudnie. Siedzę uwięziona przy swoim biurku, na wolność wyjdę dopiero za kilka godzin.
Z całej duszy chciałabym mieć pojedynczą celę, ale niestety: jest ze mną drugi więzień. Każde tyknięcie jego zegarka jest dla mnie tym samym co kreska wydrapana na więziennym murze, oznaczająca kolejny dzień odsiadki.
Uprawiamy właśnie jedną z naszych dziecinnych gier, w której nie używa się słów. I która jak wszystko, co robimy, świadczy o naszej koszmarnej niedojrzałości.
Najważniejsza rzecz, którą trzeba wiedzieć w związku ze mną: nazywam się Lucy Hutton. Jestem asystentką Helene Pascal, jednej z dwóch prezesów Bexley & Gamin.
Dawno, dawno temu nasze maleńkie wydawnictwo Gamin Publishing o mały włos nie zbankrutowało. Rzeczywistość pod względem ekonomicznym stała się taka, że ludzie nie mieli na spłatę kredytu hipotecznego, a co dopiero mówić o książkach: książki były luksusem. Księgarnie w całym mieście padały jak muchy. Tak więc wszyscy uzbroiliśmy się wewnętrznie w oczekiwaniu na zasadniczo pewną likwidację.
A jednak tak wyszło, że za pięć dwunasta zawarty został układ z drugim wydawnictwem, też walczącym o życie: Gamin Publishing przymuszono do aranżowanego małżeństwa z rozpadającym się imperium zła o nazwie Bexley Books, którym władał wredny pan Bexley we własnej osobie.
Obie firmy, każda święcie przekonana, że to ona ratuje tę drugą, spakowały się i wprowadziły do nowego domu. Ale żadna ze stron nie była ani trochę szczęśliwa z powodu takiego obrotu spraw. Bexleye z nostalgią, z jaką ogląda się pożółkłe fotografie, wspominali stary stół do gry w piłkarzyki ustawiony w pomieszczeniu, w którym jadło się lunch. Nie potrafili uwierzyć, jakim cudem bujający w obłokach Gamini z tym swoim luzackim podejściem do targetów kluczowych wskaźników efektywności tudzież marzycielskim uporem w traktowaniu literatury jako sztuki utrzymali się na powierzchni tak długo. Bexleye wierzyli, że liczby są ważniejsze niż słowa. Książki to egzemplarze. Egzemplarze się sprzedaje. I tu przybijamy piątki! Zespołowo! I jeszcze raz!
Gamini dla odmiany cali się trzęśli ze śmiertelnego przerażenia, widząc, jak ich przebojowi nowi bracia przyrodni praktycznie masakrują ich wydania dzieł sióstr Brontë i Jane Austen. Jak temu Bexleyowi udało się zgromadzić aż tylu podobnie myślących bufonów, o wiele lepiej nadających się do księgowości albo prawa? Gamini nie traktowali książek jako egzemplarzy: takim podejściem się brzydzili. Dla nich książki były i zawsze miały pozostać czymś niemalże magicznym, czymś, co należy szanować.
Rok później nadal na podstawie samego tylko wyglądu można bez trudu stwierdzić, kto z której firmy przyszedł. Bexleye są sztywni i geometryczni, a Gamini przypominają artystyczne gryzmoły. Bexleye przemieszczają się jak stada rekinów, hałaśliwie rozmawiając o liczbach i nieustannie zagarniając salki konferencyjne na potrzeby swoich złowieszczych sesji poświęconych planowaniu. Czy raczej knowaniu. A Gamini kulą się w swoich przegrodach niczym gołąbki na wieżach zegarowych i przedzierają się przez manuskrypty w poszukiwaniu kolejnej sensacji literackiej. Otaczające ich powietrze wonieje herbatą jaśminową i papierem. Ich idol to Szekspir.
Przeprowadzka do nowego budynku okazała się nader traumatyczna, zwłaszcza dla Gaminów. No bo weźcie plan tego miasta, wyrysujcie prostą linię łączącą dawne siedziby każdej z firm, zaznaczcie czerwony punkt dokładnie pośrodku i oto mamy, co mamy. Nowy budynek zajmowany przez Bexley & Gamin to tandetna ropucha z szarego cementu, przycupnięta przy sporej arterii komunikacyjnej, w którą w godzinach popołudniowego szczytu nie wciśniesz nawet palca. O poranku budynek wionie arktycznym chłodem, pod koniec dnia ocieka potem. Ale owszem, posiada jedną zaletę: oferuje jakieś miejsca do parkowania w podziemiach – zazwyczaj zresztą anektowane przez ranne ptaszki, czy raczej powinnam rzec, przez Bexleye.
Helene Pascal oraz pan Bexley zwiedzili budynek przed przeprowadzką i zaszło wtedy coś osobliwego: ten jeden jedyny raz zgodzili się co do pewnej rzeczy, a mianowicie, że szczytowe piętro to obraza boska. Wspólny gabinet dla zarządu? Wspólny? Potrzebna była całkowita przebudowa.
Po godzinnej burzy mózgów, wypełnionej taką wrogością, że oczy dekoratorki wnętrz zaszkliły się niewylanymi łzami, Helene i pan Bexley zdołali uzgodnić tylko jedną wytyczną co do nowej estetyki: „ma się lśnić”. Była to również ostatnia rzecz, co do której się porozumieli.
Remont zdecydowanie spełnił założenia i cele projektu. Dziesiąte piętro to aktualnie prostopadłościan ze szkła, chromu i czarnych płytek. Można depilować sobie brwi, korzystając z dowolnej powierzchni jako lustra – ścian, posadzek, sufitu, obojętnie. Nawet blaty naszych biurek wykonano z dużych szklanych tafli.
Właśnie w skupieniu delektuję się swoim wspaniałym, okazałym odbiciem, które siedzi naprzeciwko mnie. Podnoszę rękę i oglądam sobie paznokcie. Odbicie posłusznie robi to samo. Przygładzam włosy, poprawiam kołnierzyk. Jestem w transie. Prawie zapomniałam, że to przecież ta gra, którą od dłuższej chwili uprawiam z Joshuą.
Siedzę tu z drugim więźniem, bo podczas wojny każdy opętany na punkcie władzy generał ma swego przybocznego, który odwala za niego brudną robotę. Dzielenie się asystentem nigdy nie wchodziło w rachubę, ponieważ dla jednego z prezesów oznaczałoby to pójście na ustępstwo. Oboje więc zostaliśmy podłączeni jak do gniazdek elektrycznych, pod dwojgiem drzwi do dwóch nowych gabinetów. I jakoś musimy sobie radzić.
Dla mnie to było tak, jakbym została przemocą wepchnięta na arenę Koloseum i odkryła, że bynajmniej nie jestem tam sama.
Jeszcze raz podnoszę prawą rękę. Odbicie jeszcze raz gładko robi to samo. Wspieram podbródek na dłoni i wzdycham głęboko; moje westchnienie wybrzmiewa i odbija się echem. Unoszę lewą brew, bo wiem, że on tego nie potrafi, i jak należało się spodziewać, jego czoło bezskutecznie się marszczy. Wygrywam. Przeszywa mnie dreszcz podniecenia, ale nie zdradzam tego wyrazem twarzy. Cały czas jestem pogodna i beznamiętna jak lalka. Siedzimy tu oboje, wspierając podbródki na dłoniach, i gapimy się sobie w oczy.
Nigdy nie jestem tu sama. Naprzeciwko mnie siedzi asystent pana Bexleya. Jego prawa ręka i przydupas. Druga, równie absolutnie zasadnicza rzecz, jaką każdy powinien znać w związku ze mną, jest następująca: nienawidzę Joshui Templemana.
Który obecnie małpuje każdy mój ruch. Bo na tym polega Gra w Lustra. Dla przypadkowego obserwatora nie byłoby to wcale takie oczywiste; Joshua Templeman jest subtelny jak cień. Ale nie dla mnie. Każdy mój ruch zostaje powielony po jego stronie naszego biura z nieznacznym tylko opóźnieniem. Odrywam podbródek od swojej dłoni i obracam się w stronę biurka, a on po krótkiej chwili robi to samo. Mam dwadzieścia osiem lat i wydaje się, że przeleciałam przez szczelinę między niebem i piekłem, trafiając prosto do czyśćca. Do zerówki. Do wariatkowa.
Wpisuję hasło: NIECIERPIEGOAMEN. Moje poprzednie hasła też zawsze stanowiły wariacje tego, jak ja nienawidzę Josha. Amen. A jego hasło to prawdopodobnie: NIECIERPIEJEJAMEN. Dzwoni mój telefon. Julie Atkins, z działu praw autorskich i licencji, jeszcze jeden cierń w moim boku. Mam ochotę wyrwać kabel aparatu z gniazdka i wrzucić go do jakiegoś pieca.
– Cześć, co tam u ciebie? – Podczas rozmów telefonicznych zawsze wlewam dodatkową porcję ciepła do swojego głosu.
Po drugiej stronie pokoju Joshua przewraca oczami i zabiera się do karania swojej klawiatury.
– Mam do ciebie ogromną prośbę, Lucy.
Niemalże potrafię bezgłośnie wypowiedzieć jej dalsze słowa, zanim ona je wypowie.
– Potrzebuję więcej czasu na sprawozdanie miesięczne. Czuję, że bierze mnie migrenka. Nie dam rady gapić się dłużej na ten ekran.
Julie Atkins zalicza się do tych straszliwych ludzi, którzy lubią zdrobnienia, typu „migrenka” na przykład.
– Jasne, rozumiem. To na kiedy dasz radę je zrobić?
– Jesteś mega. Będzie gotowe w poniedziałek. Po południu. Coś mi wypadło, więc się spóźnię.
Jeżeli się teraz zgodzę, to w poniedziałek będę musiała zostać w pracy do późnego wieczora, żeby sprawozdanie było gotowe na dziewiątą rano we wtorek, kiedy jest posiedzenie zarządu. Następny tydzień jeszcze się nie zaczął, a już wiadomo, że będzie do dupy.
– OK. – Czuję ucisk w żołądku. – Ale błagam, spręż się.
– Aha, Brian też dzisiaj nie zrobi swojego. Jaka ty jesteś miła. Wierz mi, naprawdę doceniam twoją życzliwość. Wszyscy mówimy, że z całego działu zarządzania z tobą można się najlepiej dogadać. Z niektórymi ludźmi z ostatniego piętra za nic człowiek nie ujedzie, to potwory do kwadratu.
Tym słownym lukrem odrobinę osłabia moje rozżalenie.
– Nie ma problemu. Pogadamy w poniedziałek. – Odkładam słuchawkę i nawet nie muszę patrzeć na Joshuę.
Wiem, że kręci głową.
Po kilku minutach zerkam na niego ukradkiem: wślepia się we mnie. Taka sytuacja: wyobraź sobie, że za dwie minuty wchodzisz na rozmowę kwalifikacyjną. Która ma zadecydować o całym twoim życiu. Patrzysz na swoją białą bluzkę i widzisz, że z długopisu, który schowałaś do kieszonki na piersi, wyciekł cały tusz. W odblaskowo niebieskim kolorze. W głowie wykwita ci jakieś mocne przekleństwo, a w żołądku czujesz dźganie paniki, nie licząc oczywiście gotujących się nerwów. Jesteś kretynką: wszystko zepsułaś. Dokładnie taką samą barwę jak ten tusz mają oczy wpatrującego się we mnie Joshui.
Jak ja bym chciała powiedzieć, że jest brzydki. Że jest kurduplowatym, tłustym trollem z zajęczą wargą i wiecznie załzawionymi oczami. Kulejącym garbusem. Obsypanym kurzajkami i pryszczami. Który ma zęby w odcieniu ementalera, a jak się spoci, to wali od niego cebulą. Niestety. Josh jest zupełnie inny. Kolejny dowód, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Brzdęka moja skrzynka odbiorcza. Gwałtownie odrywam wzrok od Josha z jego odwrotnością brzydoty i zauważam, że Helene przysłała mi maila z poleceniem sporządzenia planu finansowego. Otwieram plik ze sprawozdaniem z ubiegłego miesiąca, żeby mieć punkt odniesienia, i biorę się do roboty.
Wątpię, czy ten najbliższy miesiąc przyniesie jakąś poprawę. Branża wydawnicza obsuwa się coraz prędzej po równi pochyłej. Ileś razy wpadło mi do ucha słowo „restrukturyzacja”, odbijające się echem na tych korytarzach, i dobrze wiem, z czym się ono wiąże. Za każdym razem, kiedy wysiadam z windy i widzę Josha, zadaję sobie pytanie: „Czemu ja nie szukam nowej pracy?”.
Firmy wydawnicze fascynują mnie od czasu, kiedy jako jedenastolatki mieliśmy w szkole wycieczkę. Już wtedy byłam namiętną pożeraczką książek i moje życie obracało się wokół cotygodniowych odwiedzin w bibliotece miejskiej. Wypożyczałam maksymalną dozwoloną liczbę pozycji i potrafiłam zidentyfikować poszczególnych bibliotekarzy po odgłosach ich stóp w przejściach między regałami. Czułam, że dałabym się pokrajać, byle tylko zostać bibliotekarką, zaprowadziłam nawet system katalogowy w swoich prywatnych zbiorach. Byłam maleńkim molem książkowym.
Przed naszą wycieczką do wydawnictwa nigdy się nie zastanawiałam, w jaki sposób powstaje książka. I przeżyłam olśnienie. Naprawdę płacą ci za to, że znajdujesz autorów, że czytasz książki i ostatecznie je wytwarzasz? Nowiuteńkie okładki i kartki w idealnym stanie, bez oślich rogów albo notatek zrobionych ołówkiem? W mojej głowie zapaliły się lampki. Uwielbiałam nowe książki. Pożyczałam je najchętniej. Dlatego po powrocie do domu oświadczyłam rodzicom: „Kiedy dorosnę, zostanę wydawcą”.
Jest w tym coś fantastycznego, że realizuję marzenie z dzieciństwa. Ale jeśli mam być szczera, w tym momencie nie staram się o nową pracę przede wszystkim dlatego, że nie chcę, żeby Joshua ze mną wygrał.
A teraz pracuję jak mrówka, nie słysząc nic oprócz tego, jak on łomocze w klawiaturę, z siłą karabinu maszynowego, oraz cichutkiego poświstywania klimatyzatora. Z kolei Joshua co jakiś czas bierze do ręki kalkulator i na nim też coś głośno wystukuje. Mogłabym się założyć, że pan Bexley polecił również jemu sporządzenie planu finansowego. Dzięki temu dwoje asystentów może pomaszerować do bitwy, uzbrojonych w liczby, które być może wcale się z sobą nie zgadzają. Idealne paliwo do ogniska wzajemnej nienawiści ich szefów.
– Mogę ci przerwać, Joshua?
Przez dobrą minutę nie przyjmuje do wiadomości, że ja w ogóle istnieję. Uderzenia w klawiaturę nabierają natężenia. Beethoven przy pianinie to przy nim zero.
– O co chodzi, Lucindo?
Nawet rodzice nie mówią na mnie Lucinda. Zaciskam szczęki, ale zaraz z poczuciem winy rozluźniam mięśnie. Dentystka mnie błagała, żebym tego nie robiła, w miarę możliwości.
– Pracujesz nad planem finansowym na następny kwartał?
Odrywa dłonie od klawiatury i wgapia się we mnie.
– Nie.
Wypuszczam połowę powietrza z płuc i pochylam się z powrotem nad swoim biurkiem.
– Skończyłem je dwie godziny temu.
Wraca do łomotania w klawiaturę. A ja patrzę na swój otwarty arkusz kalkulacyjny i liczę do dziesięciu.
Oboje pracujemy szybko i uchodzimy za osoby, które są specami od kończenia – rozumiecie, pracownikami potrafiącymi dokończyć niewdzięczne, ciężkie zadania, których wszyscy inni unikają jak ognia.
Ja wolę usiąść z ludźmi i omówić sprawy twarzą w twarz. Josh jest maniakiem poczty elektronicznej. Na dole swoich maili pisze zawsze: „Pozdr. J.”. Czy to by go zabiło, gdyby napisał: „Pozdrowienia, Joshua”? Pewnie palce by mu się zmęczyły od tylu uderzeń w klawisze. Prawdopodobnie potrafi oszacować od ręki, ile minut rocznie oszczędza w ten sposób na rzecz B&G.
Dorównujemy sobie pod każdym względem, ale jesteśmy skrajnymi przeciwieństwami. Ja staję na głowie, żeby było widać, że pracuję w korpo, ale niestety, wszystko, co posiadam, jest jakby lekko niedopasowane do B&G. Jestem Gaminem do szpiku kości. Używam pomadki w kolorze agresywnej czerwieni i mam wieczne kłopoty z ujarzmianiem włosów. Moje pantofle stukają zbyt głośno na posadzkach wyłożonych płytkami. Poza tym jakoś nie potrafię wysupłać tych paru groszy, żeby kupić wreszcie czarną garsonkę. Kiedy jeszcze pracowałam w Gamin Publishing, nie musiałam takiej nosić i teraz uparcie nie chcę się zasymilować z Bexleyami. Moja szafa jest pełna dzianin i innych ciuchów w stylu retro. Taki bibliotekarski szyk, bardzo cool, mam nadzieję.
Po czterdziestu pięciu minutach kończę zadanie. Ścigałam się z czasem, chociaż liczby to nie jest moja mocna strona, ponieważ oszacowałam, że Joshui zabrałoby to godzinę. Współzawodniczę z nim nawet w głowie.
– Dzięki, Lucy! – dobiega mnie daleki głos Helene zza lśniących drzwi jej gabinetu, kiedy wysyłam do niej dokument pocztą.
Jeszcze raz sprawdzam skrzynkę odbiorczą. Wszystko zaktualizowane. Sprawdzam godzinę. Piętnaście po trzeciej. Sprawdzam pomadkę w swoim odbiciu w lśniącej ścianie wyłożonej płytkami obok mojego monitora. Sprawdzam Joshuę, który piorunuje mnie pogardliwym wzrokiem. Odwzajemniam się tym samym. Bo teraz uprawiamy Grę w Spojrzenia.