James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności.
Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne?
Ile trzeba spać?
Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda?
I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet?
Czy obcisłe spodnie mogą zabić?
Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach?
Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie?
James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: „Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?”.
Jeśli chcesz zrozumieć dziwne zasady działania ludzkiego ciała i poznać przyszłość medycyny, musisz przeczytać tę błyskotliwą książkę.
Siddhartha Mukherjee, autor Cesarza wszech chorób. Biografii raka
Ta książka odpowiada na wszystkie pytania związane ze zdrowiem, jakie kiedykolwiek przyszły wam do głowy – i na te, których nigdy sobie nie zadaliście, choć powinniście. Nawet jeśli nie obchodzi was wasze zdrowie, przeczytajcie, bo Hamblin pisze najśmieszniej na świecie.
Walter Isaacson, autor Steve’a Jobsa
Gdyby nasze ciało potrafiło mówić
Przekład: Jacek Konieczny
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 23 maja 2018
Gdyby nasze ciało potrafiło mówić
PRZEDMOWA
Kolega, z którym mieszkałem w akademiku, kiedy studiowałem medycynę, został potem okulistą i przeprowadził się do Teksasu. Namówił mnie, żebym rozpoczął od pytania, które słyszy najczęściej, kiedy ktoś dowiaduje się, jaki wykonuje zawód:
Czy soczewka może mi się przesunąć na tył oka i dostać do mózgu?
Roześmiałem się. On nie. Już dawno przestało go to bawić.
Można by się spodziewać, że ludzie będą go pytać o częste, uprzykrzające życie choroby oczu, na przykład o zwyrodnienie plamki żółtej, kurzą ślepotę albo jaskrę, na które do 2040 roku zapadnie 112 milionów ludzi, pozbawiając wielu z nich możliwości widzenia[1].
Ostatnie z wymienionych schorzeń jest mi szczególnie bliskie, ponieważ sam na nie cierpię. Mam podwyższone ciśnienie w gałkach ocznych. Nie grozi mi co prawda eksplozja oczu, niemniej ta wizja w idiotyczny sposób wciąż mnie prześladuje. Jaskra zazwyczaj rozwija się w sposób całkowicie podstępny. Podobno nawet nie zauważę, kiedy moje oczy zaczną „się psuć”. Lekarze często bez zastanowienia posługują się tym określeniem, dopóki coś w naszych ciałach się nie popsuje. Ciśnienie w moich oczach będzie stopniowo niszczyć zwarte ogniska nerwów w siatkówce. Czeka mnie powolna utrata wzroku – najpierw obejmująca obrzeża pola widzenia, potem całkowita.
Dojdzie do tego dopiero za wiele lat.
Wspominam o tym dlatego, że istnieje wiele powodów, żeby się niepokoić o swoje oczy i inne części ciała. Każda z nich odgrywa ważną rolę. Czasami łatwiej nam to zrozumieć, kiedy słyszymy o problemach innych ludzi, kiedy uświadamiamy sobie, jak fatalnie może być. Ale nie zawsze nam to pomaga. Wróćmy zatem do wcześniejszego pytania: zagłębienie znajdujące się za naszymi powiekami nie łączy się z mózgiem. To zaułek trochę tylko szerszy od widocznych z zewnątrz oczu. Ze strony soczewek kontaktowych naszym mózgom nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
Ten szczegół anatomiczny może być znany czterdziestu milionom ludzi, którzy zwiedzili najpopularniejszą objazdową wystawę świata, Body Worlds, choć część z nich zapewne przegapiła przekroje poprzeczne ludzkich głów, nie mogąc oderwać oczu od ciał ułożonych w pozycjach seksualnych. Ta część wystawy zszokowała wielu odwiedzających, podobnie jak pogłoski o podejrzanych okolicznościach, w jakich pozyskano zwłoki. A jednak najbardziej zszokowany był chyba światek artystyczny: nie mógł się nadziwić ogromnej i nieprzemijającej popularności wystawy, która mogłaby przecież równie dobrze nosić nazwę Autentyczne ludzkie zwłoki.
Pomysł na Body Worlds zrodził się w głowie niemieckiego anatoma Gunthera von Hagensa, który wymyślił proces plastynacji, pozwalający na konserwowanie ciał przez zatrzymanie ich rozkładu. O ile większość wystaw ma dość krótki czas trwania, Body Worlds nieustannie podróżuje po całym świecie od dwóch dekad. Jest otwarta nawet w piątkowe wieczory – to ukłon w stronę par, które chcą się na nią wybrać na randkę.
Kent Drummond, profesor marketingu z Uniwersytetu Wyoming, przypuszcza, że wystawa Body Worlds przemawia do ludzi tak silnie dlatego, że udało się w niej połączyć naszą odrazę do prezentowanych zwłok z pragnieniem wiecznego życia. Eksponaty wyrażają wzniosłość naszej śmiertelności, nie przytłaczając nas nią. Drummond doszedł do tego wniosku na podstawie analizy nie tylko samych eksponatów, ale również zachowań zwiedzających. W notatkach z obserwacji pisze: „Jeden z częstych wzorów interakcji polega na tym, że mężczyzna wskazuje na część ciała zwłok wyeksponowanych za szybą, po czym wyjaśnia kobiecie, jak owa część funkcjonuje. Czyni to, wskazując jej umiejscowienie na własnym ciele”[2].
Ten męski ekshibicjonizm wydaje się mówić więcej niż same zwłoki. Pasuje również do misji samego von Hagensa, który określa siebie mianem „medycznego socjalisty”. Według niego informacje dotyczące zdrowia powinny być dobrem ogólnodostępnym: wachlarz przesłanek towarzyszących decyzji o zapaleniu papierosa powinien uwzględniać również zaznajomienie z widokiem czarnych, emfizemicznych, martwiczych płuc, których nie powinno się zsyłać do podręczników medycyny i kostnic. Wystawa Body Worlds niewątpliwie umożliwia podziwianie naszych narządów wewnętrznych i rozmyślanie nad śmiertelnością, nawet jeśli robimy to tylko w czasie piątkowej randki. Do refleksji skłaniają również plakaty porozwieszane w różnych miejscach wystawy, na przykład z taką myślą: „Ciało jest harfą twojej duszy” – autorstwa Kahlila Gibrana.
Nie sądzę, żeby akurat to zdanie miało jakiś głębszy sens, ale z pewnością ma go filozofia von Hagensa. Upowszechnienie dostępu do informacji na temat zdrowia stało się normą również poza jego wystawą. Do przeszłości odszedł świat, w którym lekarze byli kustoszami wiedzy medycznej, a ich zadanie sprowadzało się głównie do wydawania zaleceń. Dziś zmagamy się raczej z zalewem danych – do tego stopnia, że miewamy kłopoty z ich zrozumieniem.
Wyszukiwanie w internecie informacji na temat zdrowia nie zawsze bywa pomocne. Anonimowi ludzie dyskutują na forach o najróżniejszych zagadnieniach – w tym o zagadce znikających soczewek kontaktowych, o której była już mowa. (Czy mogą się przesunąć na tył oka, dostać do mózgu i go uszkodzić? A jeśli zsuną się przez kręgosłup do buta? Czy mogę ich wtedy nadal bezpiecznie używać?). Nawet kiedy już trafimy na wiarygodnie wyglądające źródło informacji o zdrowiu, niemal zawsze znajdzie się zapalony zwolennik teorii spiskowych, który sypiąc przykładami z życia, zacznie przestrzegać innych, żeby mu nie ufali. Zazwyczaj to ktoś o imieniu Gene, aktywny użytkownik portalu Reddit, który stracił już pięćset soczewek kontaktowych, bo wypłynęły mu z oka do mózgu, z którego trzeba je potem było usuwać operacyjnie. Na biurku trzyma słoik z zapasem wyjałowionych soczewek – tak na wszelki wypadek.
Choć soczewki kontaktowe nie mogą nam się przedostać do mózgu, sporadycznie zdarza się, że zawieruszą się w zagłębieniu pod lub nad gałką oczną. Jak większość obiektów, które utknęły w jakiejś części naszego ciała, mogą wywołać zakażenie. Ropa zbierająca się nad soczewką przesącza się czasami do zatok, a stamtąd do gardła. Coś takiego przydarzyło się również mnie. Długo sądziłem, że soczewka mi po prostu wypadła. Wyłoniła się z oka po sześciu dniach. Tymczasem zdążyłem się pochorować.
Zachęcam zatem, żebyście skorzystali z pomocy medycznej, jeśli nie będziecie w stanie wyciągnąć soczewki z oka. (Mam nadzieję, że wszyscy przeczytają całą odpowiedź, nie tylko wstęp).
Na Uniwersytecie Stanforda wychudły okularnik, profesor Robert Proctor, prowadzi kurs zatytułowany Historia ignorancji. Gdyby ignorancję uważał jedynie za brak wiedzy, któremu można zaradzić, dostarczając stosownych faktów, zajęcia byłyby pewnie nudne. Ale Proctor twierdzi, że ignorancja rodzi się w wyniku „celowych procesów”. Szerzy się za pośrednictwem reklam i pogłosek, a do tego rozprzestrzenia się znacznie łatwiej niż wiedza.
Przez analogię do nauki o wiedzy, czyli epistemologii, badania nad ignorancją nazywa agnotologią. Termin ten nie pojawił się jeszcze w Oxford English Dictionary, choć wiąże się w pewnym stopniu ze Słowem Roku 2015 wybranym przez twórców tego słownika, które brzmi następująco:
W 1977 roku Proctor opuścił Indianę, żeby studiować historię nauki na Harvardzie. Tam z „zaniepokojeniem i zdziwieniem” obserwował obojętność, z jaką jego profesorowie podchodzili do tego, „co myślą inni ludzie”. Uznał to za przejaw elityzmu, ale też bardzo pesymistycznego przekonania o daremności wszelkich wysiłków. „W tamtych czasach połowa kraju uważała, że Ziemia powstała sześć tysięcy lat temu”, wspomina. To pomyłka rzędu 4,6 miliarda lat. Bardziej nawet od tej rozbieżności zdziwiła go apatia kolegów ze świata akademickiego. Doszedł do wniosku, że ktoś powinien się zająć badaniem tego, „czego ludzie nie wiedzą i dlaczego tak jest”.
Klasycznym przykładem celowej ignorancji jest ta wytworzona przez producentów wyrobów tytoniowych. Odkąd w latach sześćdziesiątych XX wieku udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że palenie papierosów powoduje raka płuc, branża tytoniowa zaczęła rozbudzać zwątpienie w wiarygodność nauki jako takiej. Nie mogła obalić faktów dotyczących samych papierosów, więc zaczęła nastawiać opinię publiczną przeciwko wiedzy. Czy rzeczywiście możemy cokolwiek wiedzieć z całkowitą pewnością?
Była to genialna strategia. Proctor nazywa ją „alternatywną przyczynowością” albo mówi prościej: „Eksperci nie są zgodni”. Producenci tytoniu nie musieli obalać twierdzenia o rakotwórczości palenia. Wystarczyło jedynie zasugerować, że różni „eksperci” zajmują w tej kwestii stanowisko „po obu stronach” toczącej się „debaty”. A potem świętoszkowato stwierdzić, że każdy ma prawo do własnych opinii. Taktyka ta okazała się tak skuteczna, że branża tytoniowa prosperowała jeszcze przez kilka dekad, i nawet rozsądni ludzie nie byli pewni, czy papierosy powodują raka.
Jak to ujmuje Proctor: „Branża wiedziała, że za jedną trzecią nowotworów odpowiadają papierosy, finansowała zatem kolejne kampanie reklamowe, w których eksperci zrzucali winę na coś innego: brukselkę, seks, zatrucie środowiska. Ludzie nabrali przekonania, że naukowcy przedstawiają coraz to nowe wyjaśnienia”.
Kiedy już zrozumiemy mechanizm tej taktyki, zaczniemy ją dostrzegać na każdym kroku. Nigdzie nie występuje częściej niż w komunikatach na temat naszych ciał. Proctor sypie przykładami: agnotologia szczepionkowa, agnotologia łechtaczkowa, agnotologia żywieniowa, agnotologia mleczna. Często powtarza, że żyjemy w „Złotym Wieku Ignorancji”. Z powodu natury przepływu informacji „potężne podmioty są w stanie wytwarzać ignorancję i szerzyć kłamstwa za pomocą większej liczby narzędzi niż kiedykolwiek wcześniej”.
Proctor nie jest jedyną osobą, która tak uważa. Nie ulega wątpliwości, że każdego dnia dociera do nas więcej fałszywych informacji naukowych i opracowanych w działach marketingu „faktów” na temat naszych ciał, niż przedstawiciele poprzednich generacji słyszeli przez całe życie. A im częściej poprzestajemy na czytaniu tylko tych artykułów, których linki pojawią się w naszych skrzynkach mejlowych i newsfeedach portali społecznościowych, tym łatwiej nam przychodzi „zamknąć się w tunelu ignorancji”, mówi Proctor.
Dopuszczanie do sytuacji, gdy nasze poglądy są podważane – cieszenie się z takich sytuacji, wręcz dążenie do nich – pozwala nam bronić się przed celową produkcją ignorancji. Bycie doktorem medycyny wiąże się dziś wyraźniej z łacińskimi korzeniami tego słowa (docere znaczy nauczać), które rozumiem jako dzielenie się nawykami myślenia. Lekarze i pacjenci muszą wkładać wysiłek w postrzeganie dostępnych danych w odpowiednim kontekście, muszą oddzielać marketing od faktów naukowych, oddzielać to, co wiadome, od tego, co niepewne, rozszyfrowywać motywacje ludzi, którzy próbują definiować i przedefiniowywać zdrowie i normalność. Jeżeli przyjmiemy taką postawę, będziemy się musieli zmierzyć z zalewem informacji na temat naszych ciał i dobrze rozumieć samych siebie, ale dzięki temu będziemy wchodzić w produktywne relacje z innymi ludźmi i kroczyć przez życie z przekonaniem, a nawet radością.
W książce tej traktuję kwestię rozumienia własnego ciała w sposób praktyczny, opierając się na pewności, że zapamiętywanie faktów jest mniej istotne od rozumienia mechanizmów. Próbuję zarazem skorygować podejście, które zniechęciło mnie do praktykowania medycyny. Na kursach przygotowujących do studiów medycznych, potem na uczelni, a następnie w trakcie trzyletnich praktyk musiałem zapamiętać niezliczoną liczbę faktów. Moi nauczyciele przyznawali nierzadko, że muszę je wykuć jedynie po to, żeby zdać test, że żaden prawdziwy lekarz nie pamięta tego wszystkiego – struktur aminokwasów, nazw małych tętnic dostarczających krew do łokcia, najdrobniejszych skutków ubocznych każdego istniejącego lekarstwa. Wszystkie te informacje można w razie potrzeby wyszukać. Tymczasem na egzaminach, które decydują o tym, czy w ogóle dostaniemy szansę na zrobienie kariery w medycynie, liczą się przede wszystkim mało istotne detale.
Przez te wszystkie lata wkuwania towarzyszyło mi poczucie, że pokonywanie najbliższej przeszkody ma na celu wyłącznie doprowadzenie mnie przed kolejną. Moi mentorzy przestrzegali mnie, że jeśli ten etap nie sprawia mi radości, raczej nie polubię tego, co czeka mnie na samym końcu. Dlatego w 2002 roku, będąc na stażu na radiologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, wziąłem urlop, aby skorzystać z możliwości objęcia stanowiska redaktora działu medycznego cyfrowego wydania miesięcznika „The Atlantic” – czasopisma, które od dawna czytałem i uwielbiałem. Nowa praca sprawiała mi więcej radości i okazała się bardziej wciągająca. Wreszcie uczyłem się w sposób, który wydawał mi się sensowny.
Odszedłem zatem z uczelni na dobre. Zrezygnowałem z przewidywalnej, intratnej kariery na rzecz nieprzewidywalnej branży, ponieważ uważałem, że w mediach brakuje dziennikarzy zajmujących się nauką i lekarzy, którzy zajmowaliby się edukowaniem ludzi. Chciałem się zająć profilaktyką, a nie tylko leczeniem objawów, raczej podważać to, co zapisano w podręcznikach, niż wkuwać na pamięć. A najbardziej chciałem rozbawiać ludzi. Dziennikarstwo pozwala mi przyczyniać się do poszerzania wiedzy społeczeństwa na tematy naukowe, co, jak zamierzam was przekonać dzięki tej książce, może być najlepszą drogą do zdrowia i szczęścia.
Nie zdarzyło się jeszcze, żebym tak naprawdę żałował swojej decyzji.
Moja książka to zbiór odpowiedzi na często zadawane pytania dotyczące naszych ciał. Słyszę je na każdym kroku w życiu zawodowym i prywatnym. Zaczęło mnie to zastanawiać: dlaczego interesuje nas (albo nie interesuje) to, w jaki sposób działają nasze organizmy, i jak zrozumienie naszych ciał wpływa na nasze przekonania dotyczące tego, co powinniśmy ze sobą robić. Podłożem większości złośliwych chorób i fizycznego znęcania się nad innymi jest ignorancja, a ona z kolei bierze się w dużej mierze z całkowitego niezrozumienia dzielących nas różnic.
Tymczasem żeby zrozumieć siebie i innych, powinniśmy zacząć od poznania swoich ciał. Punktem wyjścia do pytań zawartych w tej książce jest często jakieś z pozoru błahe zjawisko, które dopiero po głębszej analizie okazuje się częścią bardziej złożonego problemu.
Wiele odpowiedzi sprowadza się do wyjaśnienia, dlaczego nie znamy pełnej odpowiedzi na dane pytanie. Czasami najciekawsze są przyczyny naszej niewiedzy, samo rozważanie problemu i gotowość do pogodzenia się z niewiedzą. Medycyna opiera się na równowadze między pokorą i kontrolą.







