“Metoda wodna” Johna Irvinga to arcypoważna komedia o wchodzeniu w dorosłość, któremu towarzyszą rozpaczliwe próby stworzenia dojrzałego związku małżeńskiego.


Metoda wodnaKłopoty z moczowodem, praca nad tłumaczeniem poematu z języka staro-dolno-nordyjskiego, afera narkotykowa… to tylko przykłady skrajnie odległych motywów, które występują obok siebie w tej powieści i zapewne doprowadziłyby do jej artystycznej katastrofy, gdyby autorem “Metody wodnej” nie był Irving.

Pod jego piórem, przywykłym do sprawiania niespodzianek, motywy te bez trudu układają się w spójną całość – arcypoważną komedię o wchodzeniu w dorosłość, któremu towarzyszą rozpaczliwe próby stworzenia dojrzałego związku małżeńskiego.

John Irving (ur. 1942) – jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Debiutował w 1968 roku powieścią “Uwolnić niedźwiedzie”, a jego czwarta książka, “Świat według Garpa”, przyniosła mu rozgłos na skalę światową, została też z sukcesem sfilmowana. Jest znany i podziwiany na całym świecie, a jego powieści zostały przełożone na kilkadziesiąt języków

John Irving
Metoda wodna
Przekład: Wacław Niepokólczycki
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 29 maja 2018
 
 

Metoda wodna


1

Jogurt i mnóstwo wody

To jej ginekolog mi go polecił. Co za ironia: najlepszym urologiem w Nowym Jorku jest Francuz. Doktor Jean Claude Vigneron: WIZYTY TYLKO PO UPRZEDNIM ZAPISANIU SIĘ. Więc umówiłem się na wizytę.
– Woli pan Nowy Jork niż Paryż? – zapytałem.
– W Paryżu przynajmniej mogłem się odważyć na posiadanie samochodu.
– Mój ojciec też jest urologiem.
– Zapewne drugorzędnym – rzekł Vigneron – skoro się nie poznał, co panu jest.
– Moje schorzenie jest niespecyficzne – powiedziałem. Dobrze znam historię swojej przypadłości. – Czasem bywa niespecyficznym zapaleniem cewki moczowej, raz niespecyficznym zapaleniem prostaty. Kiedy indziej miałem trypra… ale to inna historia. Kiedyś był to po prostu jakiś pospolity zarazek. Lecz zawsze niespecyficzne.
– Mnie to wygląda na coś bardzo specyficznego – rzekł Vigneron.
– Niemożliwe – odparłem. – Raz reaguje na penicylinę, innym razem na sulfamidy. Kiedyś wyleczyłem się furadantinem.
– No, proszę – rzekł. – Zapalenie cewki moczowej ani zapalenie prostaty nie reagują na furadantin.
– Widzi pan! – powiedziałem. – To musiało być coś innego. Coś niespecyficznego.
– Specyficznego – rzekł Vigneron. – Trudno o coś bardziej specyficznego od dróg moczowych.
Pokazał mi. Usiłowałem zachować spokój na jego stole. Dał mi do ręki idealną w kształcie plastikową pierś, prześliczną, o realistycznej barwie i budowie, z piękną sterczącą sutką.
– Rany…
– Niech pan ją gryzie – rzekł. – Proszę zapomnieć o mojej obecności.
Ściskałem ten rzadkiej urody cyc, patrząc mu prosto w oko. Jestem pewien, że mój ojciec nie stosuje tak nowoczesnych urządzeń. Przy erekcji paskudny szklany pręt wchodzi troszkę łatwiej. Pamiętam, że ze wszystkich sił starałem się nie krzyczeć.
– Bardzo specyficzne – rzekł Jean Claude Vigneron, który zareagował podstępną francuszczyzną, kiedy mu powiedziałem, że jest to co najmniej niezwykłe trzymać pierś, której sutkę można gryźć do woli.
Diagnoza Vignerona jest lepiej zrozumiała w pewnej historycznej perspektywie. Dziwne i bolesne siusianie to dla mnie nic nowego.
W ciągu ostatnich pięciu lat cierpiałem na tę nienazwaną przypadłość siedem razy. Raz z powodu trypra, ale to inna historia. Zwykle rankiem mój aparat jest po prostu sklejony. Ostrożne pociśnięcie załatwia albo też prawie załatwia sprawę. Oddawanie moczu bywa wyzwaniem, a towarzyszące mu odczucia są zawsze nowe i zaskakujące. Jest ono również czasochłonne – dzień schodzi na przewidywaniu, kiedy następny raz będzie się musiało sikać. Seks, rzecz typowa, pozostaje poza wszelką kwestią. Orgazm bywa doprawdy szczytowy. Wytrysk jest przeżyciem powolnym – długą, zdumiewającą podróżą chropowatych i za dużych na to łożysko kulek. W przeszłości w ogóle zrezygnowałem ze stosunków płciowych. To skłaniało mnie do picia, co z kolei powoduje pieczenie przy siusianiu: zamknięty nieprzyjazny krąg.
I zawsze ta nieokreślona diagnoza. Przerażające nowe opinie, że może być to jedna z azjatyckich chorób wenerycznych, nigdy nie wytrzymują próby. „Jakiś rodzaj infekcji” pozostaje bez nazwy. Próbuje się różnych leków; jeden w końcu skutkuje. „Mała encyklopedia zdrowia” ujawnia mgliste i złowróżbne symptomy raka prostaty. Lecz lekarze zawsze mówią, że jestem za młody. Ja się zawsze z tym zgadzam.
A teraz Jean Claude Vigneron położył na moim problemie szklaną pałeczkę. Specyficzny defekt wrodzony. Nic zaskakującego – już wcześniej podejrzewałem u siebie istnienie kilku.
– Pana drogi moczowe są wąskie i kręte.
Zniosłem tę wiadomość całkiem nieźle.
– Amerykanie są tacy niemądrzy w sprawach seksu – rzekł Vigneron. Biorąc pod uwagę moje doświadczenie, nie czułem się na siłach z nim spierać. – Wam się wydaje, że wszystko jest zmywalne, a przecież pochwa to jedna z najbrudniejszych rzeczy w świecie. Wie pan o tym? Każdy nieodsłonięty otwór mieści setki nieszkodliwych bakterii, ale pochwa gości ich szczególnie dużo. Mówię „nieszkodliwych”, ale nie dla pana. Normalne penisy wypłukują je.
– Ale nie moje wąskie, kręte drogi? – spytałem, myśląc o dziwnych zagłębieniach, gdzie setki bakterii wiodą utajony żywot.
– Widzi pan! – rzekł Vigneron. – Co w tym niespecyficznego?
– Jakie leczenie pan zaleca? – Wciąż ściskałem plastikową pierś. Człowiek z tak niewrażliwą sutką potrafi być mężny.
– Ma pan cztery możliwości – powiedział Vigneron. – Istnieje wiele leków i jeden z nich zawsze podziała. Siedem przypadków na pięć lat nie jest czymś zaskakującym przy pana drogach moczowych. Ból nie bywa ostry, prawda? Da się żyć z tą okresową uciążliwością w sikaniu i pieprzeniu, prawda?
– Prowadzę teraz nowe życie – odparłem. – Chcę się zmienić.
– Więc niech pan przestanie pieprzyć – rzekł Vigneron. – Niech się pan zastanowi nad masturbacją. Rękę zawsze można domyć.
– Nie chcę aż takiej odmiany.
– Nadzwyczajne! – wykrzyknął Vigneron. Przystojny mężczyzna, wielki i pewny siebie. Ścisnąłem mocno plastikową pierś. – Nadzwyczajne, nadzwyczajne… jest pan moim dziesiątym amerykańskim pacjentem, który stanął wobec takich możliwości, i każdy z was odrzucił pierwsze dwie.
– Co w tym nadzwyczajnego? – zapytałem. – Nie są zbyt atrakcyjne.
– Dla Amerykanów! – wykrzyknął Vigneron. – Trzech z moich paryskich pacjentów zdecydowało się żyć z tą przypadłością. A jeden… w dodatku wcale jeszcze niestary… zarzucił pieprzenie.
– Nie znam jeszcze pozostałych możliwości – zauważyłem.
– Zawsze w tym miejscu robię przerwę – rzekł doktor Vigneron. – Lubię zgadywać, którą możliwość wybierze pacjent. Przy was, Amerykanach, nigdy się nie pomyliłem. Jesteście ludźmi łatwymi do przejrzenia. Zawsze pragniecie odmienić swoje życie. Nigdy nie akceptujecie tego, z czym się urodziliście. A w pana przypadku? Czuję to. U pana będzie to metoda wodna!
Uznałem ton doktora za uwłaczający. Trzymając pierś w dłoni, zdecydowałem, że metoda wodna nie będzie dla mnie.
– Nie zawsze bywa skuteczna, oczywiście – rzekł Vigneron. – W najlepszym razie stanowi kompromis. Zamiast siedmiu przypadków w ciągu pięciu lat, może jeden przypadek na trzy lata… lepsze szanse, to wszystko.
– Nie podoba mi się.
– Ale jeszcze jej pan nie próbował – rzekł. – Jest bardzo prosta. Pije pan mnóstwo wody przed pieprzeniem. Pije pan mnóstwo wody po pieprzeniu. I trochę ogranicza pan alkohol. Alkohol świetnie robi bakteriom. We francuskiej armii mieliśmy genialną próbę na stopień wyleczenia trypra. Dawaliśmy pacjentom normalną dawkę penicyliny. Potem, kiedy mówili, że są wyleczeni, dawaliśmy im trzy piwa wieczorem przed snem. Jeżeli rano mieli wydzieliny, znów podawaliśmy penicylinę. Pan po prostu potrzebuje mnóstwa wody. Przy pana dziwnym moczowodzie trzeba spłukiwać i spłukiwać. Niech pan pamięta, aby zawsze po stosunku wstać i wysikać się.
Pierś w moim ręku była jedynie plastikiem.
– Pan oczekuje, że będę odbywał stosunek płciowy z pełnym pęcherzem? – powiedziałem. – Ależ to bolesne.
– Inne – zgodził się Vigneron. – Ale będzie pan miał większe erekcje. Wiedział pan o tym?
Zapytałem go, jaka jest czwarta możliwość, a on się uśmiechnął.
– Prosta operacja – rzekł. – Zabieg chirurgiczny.
Wbiłem paznokieć kciuka w plastikową sutkę.
– Wyprostujemy panu moczowód – wyjaśnił. – Poszerzymy go. To potrwa chwilę. Uśpimy pana, oczywiście.
Miałem w ręku absurdalny syntetyczny gruczoł piersiowy, oczywistą imitację. Odłożyłem ją.
– To musi bardzo boleć – powiedziałem. – To znaczy, po operacji.
– Jakieś czterdzieści osiem godzin. – Vigneron wzruszył ramionami. Wszelki ból wydawał mu się jednakowo znośny.
– Może mnie pan uśpić na czterdzieści osiem godzin? – zapytałem.
– Dziesięciu na dziesięciu! – wykrzyknął Vigneron. – Zawsze o to pytają!
– Czterdzieści osiem godzin? – zastanawiałem się. – Jak będę sikał?
– Najszybciej, jak pan potrafi – odparł, szturchając palcem sterczącą sutkę, jakby to był guzik dzwonka przyzywającego pielęgniarki i anestezjologów, którzy mieli mu przynieść wypolerowany skalpel potrzebny do tej chirurgicznej frajdy. Wyobrażałem go sobie. Długa rurkowata brzytwa, jak miniaturka pyszczka minoga morskiego.
Doktor Jean Claude Vigneron przyglądał mi się, jakbym był obrazem, którego jeszcze nie skończył malować.
– Metoda wodna – odgadł.
– Trafił pan dziesięć na dziesięć – powiedziałem, żeby mu zrobić przyjemność. – Czy którykolwiek z pańskich pacjentów wybrał kiedyś operację?
– Tylko jeden – odparł Vigneron – i wiedziałem od początku, że wybierze. Był bardzo praktycznym człowiekiem, o naukowym podejściu do życia, człowiekiem poważnym. Jedyny, który wzgardził cyckiem na stole.
– Twardy człowiek – powiedziałem.
– Człowiek spokojny – rzekł Vigneron. Zapalił obrzydliwego, ciemnego gauloise’a i bez lęku wchłonął dym.

Później, stosując metodę wodną, myślałem o tych czterech możliwościach i wymyśliłem piątą: francuscy urolodzy są szarlatanami, zasięgnij innej opinii, wielu innych opinii… jakiejkolwiek innej opinii…
Trzymałem dłoń na prawdziwej piersi, kiedy dzwoniłem do Vignerona, aby mu powiedzieć o tej piątej możliwości, którą powinien proponować swym pacjentom.
– Nadzwyczajne! – wykrzyknął.
– Co pan mówi? Znów dziesięciu na dziesięciu?
– Dziesięciu na dziesięciu! – huczał. – I zawsze mniej więcej w trzy dni po badaniu. Zmieścił się pan w czasie!
Milczałem przy swoim końcu linii. Pierś w moim ręku zrobiła się jak z plastiku. Lecz tylko na tę chwilę ciszy. Odżyła, gdy Vigneron zaczął znowu huczeć.
– To nie jest kwestia innej opinii. Niech się pan nie oszukuje. Geografia pańskich dróg moczowych jest faktem. Mogę panu wyrysować ich mapę…
Odłożyłem słuchawkę.
– Nigdy nie lubiłem Francuzów – powiedziałem. – Twój ginekolog musi mieć coś przeciwko mnie, skoro polecił mi tego sadystę. Nienawidzi Amerykanów. Jestem pewien, że właśnie po to tu przyjechał ze swoimi przeklętymi szklanymi prętami…
– Paranoja – odparła z zamkniętymi oczami.
Nie jest to bardzo rozmowna dziewczyna. – Słowa! – mówi na swój lekceważący sposób. Ma taki gest na wyrażenie tego, co myśli o słowach. Unosi lekko wierzchem dłoni pierś. Ma dobre, pełne piersi, ale wymagające biustonosza. Bardzo lubię jej piersi. Sprawiają, że się zastanawiam, jak taki sztuczny cyc Vignerona mógł w ogóle na mnie podziałać. Gdybym musiał przejść jeszcze raz przez to wszystko, nie tknąłbym go. No nie, pewnie bym tknął. Ona jednak nie potrzebowałaby niczego takiego. Jest osobą praktyczną, rzeczową, zrównoważoną i poważną. Gdyby to jej zaproponowano te cztery możliwości, wybrałaby operację.
– Zabieg – powiedziała. – Jeśli cokolwiek można naprawić, należy to zrobić.
– Woda nie jest taka zła – odparłem. – Ja lubię wodę. Działa na mnie dobrze pod niejednym względem. I mam dzięki niej większą erekcję. Wiedziałaś o tym?
Na to ona porusza ręką i jedna z jej piersi unosi się do góry. Doprawdy, bardzo ją lubię.
Na imię ma Tulpen. To po niemiecku znaczy tulipany, lecz jej rodzice nie wiedzieli, że to jest niemieckie słowo ani co oznacza, kiedy ją tak nazwali. Jej rodzice byli Polakami. Umarli spokojnie w Nowym Jorku, ale Tulpen urodziła się w szpitalu RAF-u pod Londynem w czasie wojny. Była tam miła pielęgniarka o imieniu Tulpen. Lubili ją i chcieli zapomnieć o wszystkim, co polskie, a myśleli, że pielęgniarka jest Szwedką. Nikt z nich nie wiedział, co imię to oznacza, dopóki Tulpen nie zaczęła uczęszczać na niemiecki w szkole średniej w Brooklynie. Wróciła do domu i powiedziała rodzicom. Bardzo ich to zaskoczyło. Nie stało się jednak przyczyną śmierci ani niczego innego, po prostu miał miejsce taki fakt. Wszystko to jest bez znaczenia. Są to zwyczajne fakty. Ale jedynie w takich wypadkach Tulpen zabiera głos – gdy chodzi o fakty. A nie ma ich wiele.
Idąc za jej przykładem, zacząłem od faktu: drogi moczowe mam wąskie i kręte.
Fakty są prawdziwe. Tulpen to bardzo uczciwa osoba. Ja natomiast wcale nie jestem nazbyt uczciwy. Jestem niezłym łgarzem, to też fakt. Ludzie, którzy naprawdę mnie znają, zwykle coraz mniej mi wierzą. Sądzą, że kłamię cały czas. Lecz teraz mówię prawdę! Tylko pamiętajcie: wy mnie nie znacie.
Gdy mówię w ten sposób, Tulpen wierzchem dłoni unosi pierś.
Co my, u diabła, mamy ze sobą wspólnego? Będę się trzymał faktów. Imiona są faktami. Tulpen i ja odnosimy się do naszych imion z lekceważeniem. Jej imię było błędem, co nie ma dla niej większego znaczenia. Ja mam ich kilka i tak jak jej imię są dosyć przypadkowe. Rodzice nazwali mnie Fred i nigdy się nie przejmowali, że nikt poza nimi tak mnie nie nazywał. Duża mówiła na mnie Blagier. Jest to wymysł mojego najdawniejszego i najdroższego przyjaciela, Coutha, który ukuł to przezwisko, gdy po raz pierwszy przyłapał mnie na kłamstwie. Przywarło do mnie. Większość przyjaciół mnie tak nazywała. Merrill Overturf, który gdzieś się zawieruszył, nazywa mnie Partaczem. Jak każde przezwisko, to też ma jakieś niejasne powody. Ralph Packer nazywa mnie Trąb-Trąb, czego nie cierpię. A Tulpen mówi do mnie po nazwisku, Trumper. Wiem, czemu: męskie nazwiska rzadko się zmienia. Więc głównie jestem Fred „Blagier” Trumper. Fakt.
Fakty trudno ze mnie wydobyć, więc aby się nie zgubić, powtórzę je. Jeden: moje drogi moczowe są wąskie i kręte. Drugi: Tulpen i ja nie przywiązujemy zbytniej wagi do własnych imion. I prawdopodobnie niewiele więcej mamy ze sobą wspólnego.
Ale, ale! Dochodzimy do trzeciego faktu. Trzeci: wierzę w Rytuały! Chodzi mi o to, że zawsze są w moim życiu takie rzeczy jak metoda wodna, zawsze są jakieś rytuały. Żaden z nich nie trwał długo (mówiłem Vigneronowi, że prowadzę teraz nowe życie, że chcę się zmienić, i to jest prawda), lecz zawsze przechodzę od jednego rytuału do drugiego. Jakiś przegląd historyczny moich rytuałów zajmie sporo czasu, ale metoda wodna jest sprawą jasną. Dzielimy też z Tulpen wspólny wczesnoporanny rytuał. Chociaż metoda wodna zmusza mnie do nieco wcześniejszego wstawania – i kilkakrotnego w ciągu nocy – Tulpen i ja nie odstępujemy od tego rytuału. Ja wstaję, sikam, myję zęby i piję mnóstwo wody. Ona nastawia kawę i puszcza stosik płyt gramofonowych. Spotykamy się z powrotem w łóżku i jemy jogurt. Zawsze jogurt. Ona je z czerwonej miseczki, ja z niebieskiej, lecz jeśli mamy jogurt o różnych smakach, zamieniamy się co chwila miseczkami. Giętki rytuał jest najlepszy, a jogurt jest rozsądnym, zdrowym pożywieniem, bardzo miłym dla ust z samego rana. Nie rozmawiamy. Dla Tulpen to nic nowego, lecz nawet ja nie mówię. Słuchamy płyt i jemy jogurt. Nie znam dobrze Tulpen, ale najwyraźniej zawsze tak robiła. Do tego jej rytuału ja wprowadziłem dodatek: gdy jogurt zostaje zjedzony, kochamy się długo. Potem kawa jest już gotowa i pijemy ją. Dopóki grają płyty, nie rozmawiamy ze sobą. Odmiana spowodowana metodą wodną jest niewielka i przypada gdzieś między kochaniem się a piciem kawy. Wstaję, aby się wysikać i wypić mnóstwo wody.
Żyję z Tulpen od niedawna, ale mam wrażenie, że gdybym z nią żył od lat, nie mógłbym jej poznać lepiej.
Tulpen i ja mamy po dwadzieścia osiem lat, ale w rzeczywistości ona jest ode mnie starsza, potrzebę mówienia ma już za sobą.
To jest mieszkanie Tulpen i do niej należą wszystkie w nim rzeczy. Ja zostawiłem swoje rzeczy i swoje dziecko u swojej pierwszej i jedynej żony.
Powiedziałem doktorowi Jeanowi Claude’owi Vigneronowi, że wiodę nowe życie itd. Powiedziałem, że przegląd historyczny moich rytuałów zajmie nieco czasu. Powiedziałem też, że nie jestem zbyt uczciwy. Lecz Tulpen jest. Unosząc pierś wierzchem ręki, pomaga mi się trzymać prostej drogi. W mig się nauczyłem nie rozmawiać, kiedy grają płyty. Nauczyłem się też mówić tylko to, co jest niezbędne (choć ludzie, którzy mnie znają, zapewne powiedzą, że kłamię nawet teraz – chromolę ich za ten pesymizm).
Moje drogi moczowe są wąskie i kręte, jadam teraz jogurt i pijam mnóstwo wody. Będę się trzymał faktów. Chcę się zmienić.