Choć powieść “Podróż” sławą ustępuje “Jezioru Bodeńskiemu” czy “Disneylandowi”, to jednak o wiele lepiej niż one oparła się upływowi czasu.


Podróż„Nie chcąc być ani turystą, ani pisarzem, podróżowałem jako turysta-pisarz, a niepoprawna wiara w cudy kazała mi ufnie oczekiwać, że coś się mimo to zdarzy i nastąpi”- pisze w “Podróży” Stanisław Dygat.

Po raz pierwszy Podróż ukazała się 60 lat temu, w samym środku poststalinowskiej odwilży. Autor jednak powstrzymał się tu przed kreśleniem ówczesnego pejzażu polityczno-społecznego Polski i namalował uniwersalny portret ludzkiej duszy.

Akcja w większości toczy się albo przed wojną, albo w jej czasie, a jeśli nawet po wojnie, to głównie we Włoszech – podczas tytułowej podróży. Zakompleksiony urzędnik Henryk Szalej po raz pierwszy w życiu wyjeżdża za granicę. Rzeczywista wyprawa w celu spotkania z niewidzianym od kilkudziesięciu lat młodszym bratem, który zrobił światową karierę reżysera filmowego, staje się dla bohatera okazją do podróży w głąb siebie.

“Podróż” to misternie skonstruowany splot olśnień i rozczarowań: miłością, braterską przyjaźnią, życiem prywatnym i zawodowym, a także Włochami, które bohater przez całe życie idealizował.

Bo jak pisze Dygat: „Są ludzie, którym szczęście mignie tylko na moment, na moment tylko się ukaże po to tylko, by uczynić życie tym smutniejsze i okrutniejsze”…

Stanisław Dygat
Podróż
PIW Państwowy Instytut Wydawniczy
wydanie jedenaste
Premiera w tej edycji: 28 maja 2018
 
 

Podróż


PRZEKLĘTA WENECJA

Odjeżdżałem z Rzymu smutny i nieswój. Nie tylko dlatego, że było mi żal opuszczać piękne miasto, którego już nigdy nie zobaczę, że żal mi było opuszczać starych i nowych przyjaciół. Miałem uczucie cichej niechęci do Włoch, że nie spełniły moich nadziei.
Pociąg odjeżdżający z Rzymu w kierunku północnym jedzie przez miasto dosyć krótko i zaraz skręca za otaczające miasto pagórki. Rzym znika z oczu w sposób niespodziany, pociąg wjeżdża w krętą dolinę pośród wzgórz, na których są licznie rozsiane wioski i miasteczka. Włoskie niebo rozpostarte nad tym wszystkim – i oto włoski krajobraz, opisywany tylokrotnie przez ludzi znajdujących się w stanie ostrego podniecenia wywołanego podziwem dla własnej wrażliwości.
Odjeżdżałem więc smutny i nieswój. Dręczyła mnie myśl, że miesiąc spędzony we Włoszech jest jeszcze jednym paciorkiem nawleczonym na różaniec straconego czasu.
Po co tu przyjeżdżałem?
Piękno tego kraju istnieje i beze mnie. Ani mu dodam, ani ujmę moim podziwem, zachwytem. Już od dawna wstydziłem się podziwiać piękno. Może dlatego, że pewni ludzie, których nienawidzę i którymi gardzę, zmusili mnie raz kiedyś, bym się wstydził, i ja, zapędzony w kozi róg nie własnego wstydu, a zawstydzony dodatkowo swoją uległością, przez dumę pozostałem już taki wstydzący się. Jak pewien mój przyjaciel, który gdy za okupacji został w kawiarni sprany po gębie przez gestapowca, z dumy został wielbicielem Hitlera.
Może zresztą nie chciałem i nie umiałem podziwiać piękna i z innych przyczyn, mniej małostkowych. Po wszystkim, co zdarzyło się w ostatnich wiekach na naszej planecie, czułem się, jako jej mieszkaniec, śmiertelnie znużony wszelką tradycją. Nie mogłem przy tym oprzeć się przekonaniu, że każde piękno jest w mniejszym lub większym stopniu propagandą jakiegoś systemu władzy. Przepiękne Colosseum służyło do pożerania chrześcijan przez lwy, a wstrząsająca Bazylika Świętego Piotra – to triumf owych chrześcijan, którzy dawali się zjadać dla przyszłych pokoleń, a nawet dla szczęścia wiekuistego. Colosseum od Świętego Piotra dzieli w prostej linii parę kilometrów. W połowie tej drogi, na Campo di Fiori, pożerani niegdyś przez lwy chrześcijanie spalili Giordana Bruna. Postawili mu nawet potem za to w tym samym miejscu wspaniały pomnik. Doprawdy, ta porcja piękna nagromadzona na tak niewielkim odcinku może przyprawić o potężne mdłości.
Tak więc z różnych przyczyn nie umiałem nacieszyć się bogatym pięknem Włoch, a rola turysty wydawała mi się śmieszna, niedopasowana do mojej sytuacji prywatnej i ogólnej, niedopasowana chyba do niczyjej sytuacji. Coś chyba przetasowało się w świecie, zachwiał się jakiś obowiązujący dotąd porządek ludzkich przeżyć. A ludzie, w których przyzwyczajenie silniejsze jest od świadomości i rozwagi, silniejsze jest nawet od uczucia, krążą jak lunatycy, szukając przeżyć i wrażeń, na które dawno już nie ma okoliczności i warunków i które istnieją już tylko jako pozycje w zakurzonym katalogu ze zniszczonego w kataklizmie muzeum.
Czymże jest współczesna turystyka międzynarodowa jak nie daremnym szukaniem pociechy i nadziei niespokojnych drobnomieszczan jednego kraju u zatroskanych drobnomieszczan kraju drugiego? A więc turystą nie chciałem być i nie mogłem. Powinienem był więc reprezentować siebie jako pisarz. Pisarz, który odwiedza obcy kraj, aby rozszerzyć swoje horyzonty, aby nawiązać kontakty kulturalne, powyciągać różne wnioski ogólne i szczególne, poznać ludzi i obyczaje, stosunki społeczne i polityczne. Jednakże taka rola wydawała mi się równie sztuczna i fałszywa jak rola turysty. Nie tylko dlatego, że reprezentowanie siebie jako pisarza poza biurkiem uważałem za coś wręcz komicznego. Zawdzięczałem to różnym innym pisarzom składającym krzykliwe oświadczenia, że pisarstwo to szczytne powołanie, dumna służba dla człowieka i społeczeństwa, czemu starali się oni dawać wyraz na każdym kroku. A robili to z takim zapamiętaniem, taką zaciekłością, tak zajadle na tym polu rywalizowali ze sobą, że i w życiu, i w swojej twórczości zatracili wszelkie cechy ludzkie na rzecz absolutnej i powszechnej szczytności powołania. Ale, jak rzekłem, nie tylko dlatego, nie tylko dlatego, że od dawna usiłowałem bronić się przed postawą „pisarza na każdym kroku”, nie chciałem jako pisarz występować w mojej podróży. Wydawało mi się nonsensem i nietaktem, zdezaktualizowaną komedią podróżowanie pod jakąkolwiek formalną etykietką, a nie w imieniu swoich prywatnych, własnych przeżyć.
Wydawało mi się więc nieprzyzwoitością i głupstwem traktowanie podróży inaczej niż normalnie snującego się wątku najzupełniej własnych przeżyć.
Udać się w daleką podróż?
Tak.
Ale po to, by ścigać zbiegłą z kochankiem niewierną kochankę (o północy, przy księżycu, we florenckim zaułku zasztyletować oboje celnym uderzeniem w serce). By spełnić tajemną a ważną misję w służbie ojczyzny. Albo też, aby ją zdradzić. By walczyć o wolność i społeczne wyzwolenie obcego narodu. By podpatrzyć najnowsze modele kobiecych sukien i sprzedać je firmie Ewa. By popełnić coś niesłychanie szlachetnego. By zrobić świństwo. By zrobić cokolwiek, ale coś, co wiąże jednolicie i konsekwentnie własną przeszłość z własną przyszłością, co stanowi przeżycie, nie takie, którego doznać może za paszportem, wizą i przydziałem dewiz każdy turysta i każdy pisarz, ale tylko Ja, urodzony piątego grudnia 1914 roku, znaki szczególne: myszka na lewym kolanie.
Stało się jednak, że nie chcąc być ani turystą, ani pisarzem, podróżowałem jako turysta-pisarz, a niepoprawna wiara w cudy kazała mi ufnie oczekiwać, że coś się mimo to zdarzy i nastąpi. Ale nie zdarzyło się nic, nic nie nastąpiło i oto powracałem smutny i nieswój, z żalem do Włoch, równie nierozsądnym jak żal o brak wzajemności do kobiety, która niczego nam nie obiecywała. Powracałem z uczuciem, jakiego doznawałem kiedyś, idąc do szkoły z nieodrobionymi lekcjami.
Pociąg rozpędził się na dobre. Wjeżdżał w tunele i wyjeżdżał z nich, gwiżdżąc, turkocząc, czasem zgrzytając. Postanowiłem iść na śniadanie do wagonu restauracyjnego. Wprawdzie nie czułem głodu, ale to było mądrzejsze niż stanie przy oknie i spoglądanie na krajobraz, z którym nic mnie już nie łączyło, z którym nigdy nic mnie nie łączyło. Smutek, niepokój i gorycz poczęły przechodzić w stan łagodnej rezygnacji. „Ostatecznie, co mi tam? – myślałem – zjem sobie śniadanie, i już”.
Szedłem, lekko zataczając się, korytarzami ładnych, czystych wagonów włoskich i byłem prawie zadowolony. Jadę luksusowym, międzynarodowym ekspresem, idę sobie na śniadanie do wagonu restauracyjnego, to co mi tam? Świeci słońce, widać ładne górki, płynie rzeczka, samochody mkną szosą, za dwa dni będę w domu, naopowiadam, zmyślę choćby. Et, co się tam martwić”.
Gdy czasem przyłapie się nagle życie na tępej martwocie, gdy wydaje się, że utknęło pośród nonsensu i bezładu, dobrze jest wywołać w sobie choćby sztucznie jakąś chętkę, powziąć jakiś zamiar. Nie musi to być nic nadzwyczajnego, ot, lada głupstwo: wypalenie papierosa, zjedzenie cukierka, wykonanie rysunku pana z brodą i wąsami, zejście na dół, by zobaczyć, czy nie ma listu w skrzynce, umówienie się z kimś przez telefon na przyszły tydzień, pójście na kawę, kupienie gazety. Nieważne co. Ważne, że zyskuje się pewien czas, czas oczekiwania. A oczekiwanie wprowadza ład, usypia niepokoje, zagłusza głosy wewnętrznych protestów.
Więc prawie zadowolony poszedłem do wagonu restauracyjnego, po drodze myśl moja krzątała się gospodarnie i zapobiegliwie wokół takich rzeczy, jak biały obrus, masło i bułeczki, manewry kelnera, usłużne i zręczne, wykałaczki, dźwięk szkła. To, że nie czułem głodu, nie miało nic do rzeczy.
Wagon restauracyjny był przepełniony. Panowało w nim wielkie i przyjemne ożywienie. Kelnerzy zwinni, przysięgłoby się, rozmiłowani w swoim zawodzie, poruszali się zdumiewająco szybko i tylko cudem nie wpadali na siebie. Zupełnie jak samochody na placu Weneckim. Brzęczało szkło. Dzwoniły noże, łyżki, widelce. Goście bardzo poruszali łokciami, szczękami, niektórzy nawet tułowiem. Wszystkie te ruchy służyły koniecznemu do życia wchłanianiu kalorii. Panowała raźna atmosfera czynności określonych i zdecydowanych. Panie uśmiechały się, zachowywały postawę pełną wdzięku, towarzyską. Panowie byli swobodni, dowcipni, światowi. Niektórzy rzeczowi, wytrawni, z wykałaczkami w zębach. Rozmawiali o interesach jakby mimochodem i nonszalancko, ot, przy okazji. Zawsze jednak gdzieś tam czujnie przyczajeni, gotowi jak jastrząb spaść znienacka i schwytać ofiarę.
W porównaniu ze zwykłymi wagonami jakżeż odmienna panuje tu atmosfera. W zwykłych wagonach ludzie, poddani z rezygnacją smutnej konieczności podróżowania, trzęsą się monotonnie. Sennie przerzucają gazety. Bez przekonania gryzą obrane scyzorykiem jabłko. Z gapiowato przechyloną głową, z rozwartymi ustami i mrugając oczami, popadają w zadumę nad odległymi, nieciekawymi sprawami, tylko na podróż wydobytymi z zapomnienia. Sądzę mimo wszystko, że gdyby ożywionym ludziom z wagonu restauracyjnego przyjrzeć się lepiej, zajrzeć im, że tak powiem, pod pokrywkę, okazałoby się, że niejeden przyszedł tu bez apetytu i, jak ja, dla chwilowego choćby odwrócenia uwagi od swej sytuacji życiowej.
Z lewej strony pod oknem siedział mężczyzna, który nie pozostawiał co do tego wątpliwości. Stała przed nim filiżanka z nietkniętą kawą, w ręku trzymał ledwie nadgryziony kawałek bułki. Patrzył w okno, zastygły w geście niedojadka, i nie trzeba było zbytniej bystrości na to, by stwierdzić, że nie apeniński krajobraz tak go zafrapował, ale że raczej pod tym pretekstem zagapił się w samego siebie.
Jedyne wolne miejsce w wagonie było akurat naprzeciw niego. Podszedłem, lekko się skłoniłem i zapytałem uprzejmie:
– Permettite?
Odwrócił ku mnie głowę raptownie, popatrzył nieprzytomnie i, jakby przyłapany na gorącym uczynku, zaczął jeść bułkę szybko, drobniutkimi kąskami, nic na moje zapytanie nie odpowiadając.
Zapytałem więc ponownie:
– Permettite?
– Bitte schön – odpowiedział tym razem i zaczął mieszać kawę łyżeczką.
– Merci – powiedziałem i usiadłem.
– Please – odpowiedział i, jak gdyby sytuacja wyjaśniła się, przestał mieszać kawę, odłożył bułkę i z powrotem odwrócił twarz do okna.
Popatrzyłem na niego trochę podejrzliwie: tylko Polacy mówią za granicą wszystkimi językami jednocześnie. Możliwe, że on też zastanawiał się jakoś nade mną, bo zerknął na mnie niespodzianie, a bystro. Speszony tak nagłym i intymnym spięciem, wyciągnąłem rękę po menu i spytałem:
– Vous permettez?
Nie odpowiedział, tylko obojętnie skinął głową, a potem zupełnie nagle pożarł nadgryzioną bułkę jednym kęsem, wypił kawę jednym haustem, obtarł usta serwetką i przechyliwszy się trochę ku mnie, zapytał po polsku:
– Pan z Warszawy?
– Z Warszawy – odpowiedziałem bez specjalnego zdziwienia – a pan?
– Ja też z Warszawy.
– A to świetnie. Co za zbieg okoliczności.
– Nie taki znowu nadzwyczajny. Zdarza się.
– No, znowu nie za często. Jak pan poznał, że jestem Polakiem?
– A bo to trudno?
W tej chwili podszedł kelner i spytał, co ma mi podać. Poprosiłem o kawę i bułeczki, ale nieznajomy zatrzymał kelnera, kładąc mu rękę na ramieniu i powiedział do mnie:
– Wie pan co? A może się czego napijemy? Niech pan lepiej zamówi coś w rodzaju zakąski.
– Hm. Tak od rana?
– Ej, czy pan naprawdę warszawiak?
– No, widzi pan… warszawiak nie warszawiak, ale wracam po miesięcznym pobycie. Rozumie pan, że bez specjalnej nadwyżki dewizowej. A mam zatrzymać się jeszcze dwa dni w Wenecji.
– Niech się pan o to nie martwi – zdjął rękę z ramienia kelnera i poklepał mnie parę razy po dłoni.
W tym włoskim wagonie restauracyjnym zapanowała tak szczerze polska atmosfera, że tylko czekałem, aż kelner odezwie się po polsku:
– No, panowie, wefte albo wefte, zamawiajcie, a jak nie, kupcie se butelke fruktowitu na najbliższej stacji, bo ja tu nie na waszą wyłączność.
Kelner był jednak Włochem, czekał więc cierpliwie, uśmiechał się uprzejmie i jakby chciał nas milcząco zapewnić, że urodził się tylko po to, by spełniać nasze najdziwaczniejsze kaprysy.
– Niech pan się o nic nie martwi – powtórzył nieznajomy. – Ja nie zdążyłem jakoś wszystkiego wydać (wydało mi się, że powiedział to z pewną goryczą). Jeżeli zrobi mi pan tę przyjemność i pozwoli się zaprosić. No, no, naprawdę, bardzo pana proszę. Będzie pan na pewno miał okazję nieraz się zrewanżować, o ile pan zechce. No już, nie mówmy o tym, dobrze? Cameriere, butelkę grappy, ale tej mocniejszej, i zakąski. Potem zobaczymy.
Zatarł ręce, można było sądzić, że jest ożywiony, zadowolony. Jednak zdawało mi się, że w tym ożywieniu i zadowoleniu kryje się coś bardzo smutnego. Na pozór nie był to już ten sam smętnie zagapiony w siebie człowiek, którego dostrzegłem, wchodząc do wagonu restauracyjnego, ale beztroski bywalec, uradowany widokami wesołej biesiady. Czułem jednak, że to były tylko pozory. Poprzednio, jak ja, z pewnością wywołał w sobie sztuczną chętkę zjedzenia śniadania po to, by wymknąć się ogarniającej go w pociągu martwocie. Gdy z kolei zaczęła dopadać go w trakcie tego śniadania, starał się korzystać ze sprzyjającego przypadku, zafundować sobie nową, efektowniejszą chętkę.
– Grappa – powiedział – przypomina nasz bimber, którego tyle pijało się za okupacji. Najwięcej tutaj lubiłem pijać grappę. Jeżeli jednak woli pan koniak albo whisky…
– Nie, ja też bardzo lubię grappę. Naprawdę przypomina bimber. Smak ma jednak czystszy i łagodniejszy.
– Tak. Bezwzględnie czystszy i łagodniejszy. Zupełnie się z panem zgadzam. Zresztą, moim zdaniem, Włosi nie umieją docenić tego trunku. Czy pan zauważył, że oni nie piją do jedzenia, ale po jedzeniu?
– Co kraj, to obyczaj. Jak pan poznał, że jestem Polakiem?
– A bo to trudno? Zresztą widziałem pana na dworcu w Rzymie i słyszałem, że rozmawia pan po polsku z kimś, kto pana odprowadza.
– Ach, to przyjaciel, który pracuje w ambasadzie.
Rozmowa nie bardzo się kleiła. Ale za chwilę kelner przyniósł grappę. Nieznajomy powiedział:
– No to siup.
Ja powiedziałem:
– No to bęc.
Zrobiło się trochę raźniej.
– Wie pan – powiedział nieznajomy – siedziałem przy tym śniadaniu i nagle wszystko wydało mi się obce i nieprzyjazne. Ta włoska kawa i włoski krajobraz, i włoskie bułeczki, i ci Włosi dokoła. Pomyślałem sobie: „Ej, przydałoby się posiedzieć tu z wesołym kompanem, bratnią polską duszą”.
Zastanawiałem się, kim jest. Jego gadane mogło wydawać się płaskie i pospolite. Czułem jednak, że on zagaduje samego siebie, że rozpaczliwie odpędza jakieś myśli, szuka ratunku w niewłasnej postaci, zasłyszanej i wypożyczonej jak kostium karnawałowy.
Niespodzianie znowu posmutniał, zamyślił się, pochylił głowę, siedział tak z pochyloną głową, odseparował się całkowicie ode mnie, mogło się zdawać, że przestał się w ogóle liczyć z moją obecnością. Odczułem to nawet trochę jako afront. On wszelako musiał być człowiekiem delikatnej natury, bo zaraz się połapał, głowę uniósł i z uśmiechem trochę jeszcze smętnawym, przybłąkanym z gąszczów osobistych i intymnych rozmyślań, powiedział:
– Niech mi pan wybaczy roztargnienie. Taki mam głupi zwyczaj, że raz po raz zamyślam się nie wiadomo nad czym, ale to naprawdę nie ma znaczenia.
Był delikatny. Chciał mnie przekonać, że stan podniecenia i zachwianej równowagi nie wynika z doraźnych gwałtownych przeżyć, ale jest zwykłym i naturalnym sposobem bycia. Nie zamierzał więc narzucać się ze zwierzeniami, o co, jako Polaka napotkanego w wagonie restauracyjnym, łatwo by go można podejrzewać. Nie. On naprawdę sprawiał wrażenie, że robi wszystko, by wydać się naturalnym i zrównoważonym, by nie zostać posądzonym o dramatyczność. Jego wysiłki były jednak daremne. Nie ulegało kwestii, że jeżeli przeżyłem w tej podróży za mało, to on przeżył o wiele za dużo.
„Oto – pomyślałem sobie – przesyt i niedosyt spotkały się przy biesiadnym stole w stanie równego rozdrażnienia. Gdyby dało się tak w jakiś sposób, choćby metodą nacisku administracyjnego, coś wzajem wymienić, jakoś niedobór i nadmiar wzajem zrównoważyć”.
I nagle przyszła mi do głowy niezwykła, być może rozpaczliwa trochę myśl:
„Wracam z podróży z pustą głową i niemal z pustym sercem. Wracam jak uczeń, który idzie do szkoły z nieodrobionymi lekcjami. A co robi uczeń, który nie odrobił lekcji?
Odpisuje z zeszytu kolegi.”