Bogata w fakty, poruszająca powieść poświęcona jednej z największych legend złotej ery Hollywoodu. “Marlena. Błękitny anioł w garniturze” to książka o kobiecie o silnym charakterze, wielkich ambicjach i marzeniach, która odrzucała konwenanse, uwodziła świat i szła przez życie na swoich warunkach.


Marlena. Błękitny anioł w garniturzeEgocentryczka. Perfekcjonistka w każdym calu. Uparta i bezkompromisowa. Nienasycona. Zawsze fascynowała i nadal inspiruje.

Maria Magdalena Dietrich pochodzi z niezamożnej mieszczańskiej rodziny. Chce grać na skrzypcach. Kiedy jej karierę przerywa wojna, postanawia zostać śpiewaczką. Rzuca się w barwny świat berlińskich kabaretów.

Słynąca ze zmysłowej urody, głębokiego głosu, uwodzicielskich sukienek i szytych na miarę garniturów, Marlena przyciąga coraz liczniejszą publiczność i wikła się w kolejne burzliwe romanse. Taki jest początek porywającej historii…

Christopher W. Gortner – amerykański pisarz pochodzenia hiszpańskiego, autor powieści historycznych. Absolwent New College of California oraz Fashion Institute of Design and Merchandising w San Francisco. Tytuł magistra sztuk pięknych uzyskał pisząc pracę z epoki renesansu. Do 2012 roku związany był z branżą mody (pracując jako publicysta i koordynator pokazów) oraz publiczną służbą zdrowia. Jego książki zostały przetłumaczone na 21 języków.

C.W. Gortner
Marlena. Błękitny anioł w garniturze
Przekład: Maria Zawadzka
Wydawnictwo Harper Collins
Premiera: 13 września 2017
 
 

Marlena. Błękitny anioł w garniturze


W głębi serca jestem dżentelmenem.
MARLENA DIETRICH

SCENA PIERWSZA

UCZENNICA

1914-1918

„ZE SWOIMI NARODZINAMI NIE MIAŁAM NIC WSPÓLNEGO”

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Po raz pierwszy zakochałam się w wieku dwunastu lat.
Wydarzyło się to w Auguste-Viktoria-Schule, w podmiejskiej dzielnicy Schöneberg, na południowym zachodzie Berlina. W budynku znajdującym się za bramą z kutego żelaza, którego ekstrawagancka fasada skrywała labirynt lodowatych sal lekcyjnych, uczyłam się gramatyki, arytmetyki, historii oraz podstawowych zasad prowadzenia domu. Następnie czekały mnie trwające godzinę zajęcia z rytmiki, a na koniec długiego dnia zawsze przychodził czas na lekcję francuskiego.
Nie lubiłam szkoły – ale nie chodziło tu o niedostatki mojego intelektu. W dzieciństwie naszą edukację nadzorował cały orszak guwernantek, choć skupiały się głównie na mojej wątłej siostrze Elisabeth, którą na co dzień nazywaliśmy Liesel. Angielski, francuski, taniec i muzyka – tak wyglądała nasza codzienność. Matka wymagała we wszystkim absolutnej perfekcji. Nie lubiłam szkoły, mimo że byłam przygotowana do rygorów instytucjonalnego nauczania lepiej niż większość rówieśników. Nie pasowałam do pozostałych uczennic, do ich sekretów i wysmarowanych dżemem palców. Znały się od dziecka i wymyśliły mi przezwisko Maus. Twierdziły, że jestem nieśmiała, ale nie zdawały sobie sprawy, że „nieśmiała” to ostatnie określenie, jakim opisałaby mnie matka.
Mutti nie pozwoliłaby zresztą na jakiekolwiek skargi czy narzekania. Nasz papa zmarł na atak serca, kiedy miałam sześć lat. W chwili jego śmierci na naszą rodzinę spadła konieczność znalezienia sposobu na samodzielne utrzymywanie się w tej nowej sytuacji. Skutkiem tego zabrakło czasu na długą żałobę. Josephine Dietrich musiała pozostać niewzruszona, nie mogła okazać słabości. Pochodziła przecież z powszechnie szanowanej rodziny Felsingów, znanych producentów zegarów. Po odejściu męża Mutti nie przyjęła pomocy krewnych, choć musiała mieć świadomość, że niewielka odprawa pośmiertna papy – prowincjonalnego porucznika policji – nie wystarczy na długo. Guwernantki zniknęły tuż po jego pogrzebie: zostały uznane za zbędny luksus, zbytek, na który nie mogłyśmy sobie pozwolić. Liesel cierpiała z powodu słabego zdrowia i choć nikt nie potrafił dokładnie określić, co jej właściwie dolega, Mutti postanowiła, że moja siostra będzie kontynuowała naukę w domu. Sama zatrudniła się jako gosposia, a mnie wcisnęła w szary, wykrochmalony mundurek, zaplotła moje jasnorude włosy w warkocze i ozdobiła je taftowymi kokardami. Dopełnieniem całego stroju okazały się niewygodne lakierki. Po tych wszystkich przygotowaniach zaprowadziła mnie do Schule, gdzie dystyngowane stare panny miały zająć się formowaniem mojego charakteru.
– Zachowuj się, jak należy – nakazała Mutti. – I rób, co ci każą. Czy wyrażam się jasno? Nie chcę się dowiedzieć, że zadzierasz nosa. Byłaś bardziej uprzywilejowana od większości tych dziewcząt, ale nie pozwolę, żeby moje córki popadły w pychę.
Niepotrzebnie się martwiła. W domu często karcono mnie za skłonność do rywalizacji i za to, że wiecznie usiłowałam prześcignąć we wszystkim Liesel, ale gdy tylko wkroczyłam na szkolne podwórko i zobaczyłam podejrzliwe spojrzenia rzucane ukradkiem przez uczennice stojące w niewielkich grupkach – zrozumiałam, że lepiej się nie wychylać i nie ujawniać z tym, co wiem. Nikt nie mógł się domyślić, że opanowałam coś więcej niż podstawy jakiegokolwiek przedmiotu, włącznie z francuskim, językiem, którego musiała się uczyć każda dziewczyna z dobrego domu, ale którego nie powinna znać zbyt dobrze żadna niemiecka dziewczyna z dobrego domu. Dzięki swojemu ostremu „r” i uwodzicielskiemu „s” kojarzył się on z tym, co zakazane. Postanowiłam za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi i zajęłam najdalsze miejsce w ostatniej ławce na tyłach klasy.
Zamierzałam wtopić się w otoczenie.
Do czasu, aż pojawiła się nowa nauczycielka francuskiego.
Miała kasztanowe włosy niedbale upięte w kok. Jej policzki wydawały się zaróżowione – chyba spóźniła się na lekcję i była zmuszona biec szkolnym korytarzem. Chwilę wcześniej zadzwonił dzwonek, a dziewczęta szeptały coś między sobą i podawały sobie karteczki wyrwane z zeszytów.
Niespodziewanie wkroczyła do sali. Długo czekałyśmy, aż ktoś zastąpi Madame Servine, która ze względu na poważny wypadek została zmuszona do wcześniejszego przejścia na emeryturę. Nowa nauczycielka, której czoło pokrywały krople potu – był wyjątkowo upalny lipiec – rzuciła książki na biurko, a huk, który się rozległ, sprawił, że wszystkie dziewczęta gwałtownie się wyprostowały.
Madame Servine nie znosiła opieszałości. Wiele dziewcząt miało okazję poczuć na kolanach lub rękach ostrą krawędź jej linijki: chętnie karała za przewiny, nieposłuszeństwo lub bezczelność. Młoda, rozczochrana i taszcząca górę książek kobieta, które weszła teraz do klasy, mogła się okazać dużym zaskoczeniem.
Siedziałam jak zwykle w ostatniej ławce. Wychyliłam się z zaciekawieniem i spojrzałam w jej stronę. Właśnie wycierała twarz chusteczką.
 Mon Dieu – westchęła. – Il fait si chaud. Nie sądziłam, że w Niemczech panują takie upały.
Poczułam, że przez mój żołądek przebiega dreszcz emocji.
Żadna z nas nie odezwała się nawet słowem. Młoda kobieta machnęła ręką i schowała wilgotną chusteczkę do szmizjerki.
 Bonjour, mesdemoiselles. Nazywam się Mademoiselle Bréguand. Mam was uczyć francuskiego do końca tego semestru.
To wprowadzenie było niepotrzebne. Doskonale wiedziałyśmy, kim jest. Czekałyśmy na nią od wielu tygodni. Podczas gdy szkoła szukała zastępstwa za Madame Servine, musiałyśmy spędzać tę godzinę na ciągnących się w nieskończoność lekcjach nadzorowanych przez kostyczną Frau Becker. Czysty, śpiewny akcent nowej nauczycielki sprawił, że w pomieszczeniu zapanowała cisza. W jej głosie rozbrzmiewała charakterystyczna melodia Paryża, a ja poczułam, jak siedzące wokół mnie dziewczęta gwałtownie się wzdrygnęły. Madame Servine nazywały l’Ancien Régime ze względu na jej lornion, klekot sztucznej szczęki towarzyszący wymawianiu accents graves beznamiętnym, pełnym poczucia wyższości tonem – oraz czarną, sięgającą pod szyję suknię z przełomu wieków. Kobieta, która stała przed nami, miała na sobie bluzkę z kołnierzykiem ozdobioną koronką, a jej zgrabną figurę podkreślała modna spódnica do kostek, odsłaniająca eleganckie trzewiki. Była dużo młodsza od Madame Servine, wydawała się też zdecydowanie bardziej energiczna i pełna życia.
Powoli się wyprostowałam.
– Allez – oznajmiła. – Ouvrez vos livres, s’il vous plaît.
Dziewczęta siedziały nieruchomo. Sięgnęłam po podręcznik, a Mademoiselle westchnęła i przetłumaczyła swoje słowa na niemiecki:
– Poprosiłam, żebyście otworzyły podręczniki.
Starałam się ukryć uśmiech.
– Będziemy dziś odmieniać czasowniki. Dobrze? – zapytała, rozglądając się po sali.
Panowała martwa cisza. Pozostałe dziewczęta nie zaglądały do podręczników od wypadku Madame. Nauka francuskiego kompletnie ich nie obchodziła. Z kilku rozmów, które podsłuchałam, wynikało, że marzyły jedynie o tym, by wyjść za mąż i uciec z domu rodzinnego, gdy tylko nadarzy się taka sposobność. Kinder, Küche, Kirche: dzieci, kuchnia, kościół. Takie ambicje rozbudzano w każdej niemieckiej dziewczynie, tak jak dawniej wpajano je naszym matkom i babkom. Do czego w takim razie miała nam się przydać znajomość francuskiego, o ile, nieszczęśliwym zrządzeniem losu, nie wyszłybyśmy za obcokrajowca?
Rozległ się szelest kartek. Mademoiselle Bréguand rozejrzała się po sali, nie zauważając – albo udając, że nie zauważa – nerwowych ruchów swoich uczennic. Nieodrobienie pracy domowej stanowiło w naszej szkole poważne, surowo karane wykroczenie. Przyłapawszy którąś z uczennic na tej przewinie, Madame Servine kazała jej zwykle siedzieć w klasie do zmroku, tak długo, aż skończy zadanie albo padnie z wyczerpania.
Nagle jednak, ku mojemu zdziwieniu, Mademoiselle figlarnie się uśmiechnęła. W tym naznaczonym niezliczonymi zakazami i ograniczeniami miejscu, w którym nauczyciele wisieli nad nami jak kruki, było to zachowanie tak niespodziewane i zaskakujące, że po moim ciele natychmiast rozlała się fala ciepła. Czułam się tak, jakby skręcony z nerwów żołądek wypełniła miękka warstwa bitej śmietany.
– Zacznijmy od czasownika „być”. Être: je suis, je serai, j’étais. Tu es, tu seras, tu étais. Il est, il sera, il était. Nous sommes, nous serons, nous étions… – Krążyła między rzędami, lekko przechylając głowę, i słuchała kolejnych uczennic kaleczących francuskie słowa.
To był żałosny spektakl: dowód lenistwa i skrajnego braku poszanowania dla języka. Ona jednak, zamiast karcić i poprawiać, powtarzała cierpliwie prawidłową odmianę. Nagle stanęła obok mnie. Uniosła rękę, a dziewczęta zamilkły. Utkwiła we mnie swoje bursztynowo-zielone oczy i poprosiła:
– Répétez, s’il vous plaît?
Nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Zamierzałam wykonać to ćwiczenie równie źle, co pozostałe uczennice, ale tym razem język odmówił mi posłuszeństwa. Powiedziałam niepewnie:
– Vous êtes. Vous serez. Vous étiez.
Stłumiony chichot siedzącej niedaleko dziewczyny odebrałam jako siarczysty policzek.
Na twarzy Mademoiselle pojawił się ciepły uśmiech. Z konsternacją, a zarazem radością odnotowałam, że skierowała go do mnie.
– A reszta?
– Vous soyez. Vous seriez. Vous fûtes. Vous fussiez.
– A teraz użyj tego czasownika w zdaniu.
Przygryzłam dolną wargę, zastanawiając się przez chwilę, po czym wyrzuciłam z siebie:
– Je voudrais être connue comme personne qui vous plaise. – Natychmiast zaczęłam żałować swoich słów. Co mnie opętało? Dlaczego powiedziałam coś tak… tak szczerego i bezpośredniego? Coś tak niepodobnego do mnie?
Choć nie odważyłam się podnieść wzroku, czułam, że pozostałe dziewczęta bacznie mi się przyglądają. Nie rozumiały, co powiedziałam, ale wystarczył sposób, w jaki to zrobiłam.
Zdemaskowałam się.
– Oui – odezwała się łagodnie Mademoiselle. – Parfait.
Ruszyła przed siebie. Krążąc między rzędami, wyśpiewywała swój refren i dawała do zrozumienia, żebyśmy powtarzały za nią. Siedziałam nieruchomo do czasu, aż czyjś palec dźgnął mnie w żebra. Odwróciłam się i zobaczyłam szczupłą dziewczynę o ciemnych włosach i pociągłej twarzy. Mrugnęła do mnie.
–  Parfait – wyszeptała. – Doskonale.
Nie takiej reakcji się spodziewałam. Myślałam, że dziewczęta odczekają do ostatniego dzwonka, a potem, kiedy wyjdę ze szkoły i ruszę do domu, zaczną mnie zaczepiać. Byłam przekonana, że spiorą mnie na kwaśne jabłko, mszcząc się za to, że je oszukałam i podlizywałam się nowej nauczycielce. Na twarzy siedzącej obok mnie dziewczyny zobaczyłam jednak coś innego niż wściekłość czy niechęć. Zobaczyłam… podziw.
Kiedy już Mademoiselle zadała nam pracę domową, a uczennice zaczęły się pakować i wychodzić z klasy, postanowiłam dyskretnie przemknąć się do wyjścia. Już myślałam, że uda mi się dotrzeć do drzwi, ale nagle nauczycielka się odezwała:
– Mademoiselle. Chwileczkę.
Zatrzymałam się i niepewnie zerknęłam przez ramię. Pozostałe dziewczęta przeciskały się obok mnie, a jedna z nich rzuciła szyderczo:
– No proszę, Myszka Maria doczekała się swojej pierwszej złotej gwiazdy.
Po chwili klasa całkowicie opustoszała, a ja stałam przy biurku nauczycielki, czując na sobie jej spojrzenie. W promieniach popołudniowego słońca, wlewających się do sali przez zakurzone okno, jej upięte w kok włosy nabrały miedzianych refleksów. Miała delikatną skórę i lekko zaróżowione policzki. Ugięły się pode mną nogi. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się wypowiedzieć właśnie to zdanie, ale jednocześnie czułam, że nowa nauczycielka mnie rozumie.
– Maria? – zapytała. – Tak masz na imię?
– Tak. Maria Magdalena. – Z trudem wydusiłam z siebie te słowa. – Maria Magdalena Dietrich. Ale wolę… wszyscy w rodzinie mówią do mnie Marlena. Albo krócej: Lena.
– Śliczne imię. Bardzo dobrze znasz francuski. Nauczyłaś się go w szkole? – Zanim zdążyłam odpowiedzieć, roześmiała się. – Ależ oczywiście, że nie. Pozostałe uczennice… C’est terrible, combien peu ils savent. Powinnaś zmienić klasę: jesteś na zdecydowanie wyższym poziomie.
– Mademoiselle, proszę… – Przycisnęłam torbę do piersi. – Jeżeli dyrektorka się o tym dowie…
– To co zrobi? – Przechyliła głowę. – Co takiego zrobi? Przecież znajomość języka obcego to nie grzech. Tracisz w tej klasie czas. Nie wolałabyś przez tę godzinę rzeczywiście się czegoś nauczyć?
– Nie. – Czułam, że zaraz się rozpłaczę. – Ja… lubię uczyć się francuskiego.
– Rozumiem. No cóż… W takim razie spróbujemy znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie martw się, nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy, ale nie mogę ręczyć za inne uczennice. Są nieprzygotowane, ale na pewno nie głuche.
– Merci, Mademoiselle. Będę naprawdę ciężko pracowała, zobaczy pani. Zależy mi tylko na tym, żeby sprawić pani przyjemność.
Niezdarnie dygnęłam, tak jak kazała mi to robić mama, ilekroć po kościele składałyśmy wizyty innym szanowanym wdowom, które częstowały nas gorącą czekoladą i strudlem. Ruszyłam do drzwi, chcąc jak najszybciej zapomnieć o rozbawionym spojrzeniu nauczycielki i własnej impulsywności.
Kiedy wychodziłam, usłyszałam jej słowa:
– Marleno, sprawiasz mi przyjemność. Sprawiasz mi wielką przyjemność.