“Jak przemijający cień”, powieść oryginalna i szczera, podejmuje temat tęsknoty za przeszłością i budowania własnej tożsamości.


Jak przemijający cień4 kwietnia 1968 roku James Earl Ray zamordował Martina Luthera Kinga, po czym podjął desperacką ucieczkę. W jej trakcie spędził dziesięć dni w Lizbonie, gdzie ubiegał się o wizę do Angoli.

I to stolica Portugalii jest tłem, a zarazem najważniejszą bohaterką tej powieści – celem trzech przeplatających się podróży: uciekiniera Raya w roku 1968; młodego Antonia, który przybył tu w roku 1987, by szukać inspiracji do napisania “Zimy w Lizbonie”; oraz Antonia dojrzałego, już uznanego pisarza, szukającego dziś w Lizbonie śladów tych dwóch absolutnie sobie obcych ludzi.

Podróż jako poszukiwanie siebie. Podróż jako ucieczka.

Antonio Muňoz Molina, najmłodszy członek hiszpańskiej Akademii Literatury, to jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. W Polsce znany jest dzięki “Zimie w Lizbonie” i wydanym przez REBIS powieściom “Beltenebros” i “Nieobecność Blanki”.

Antonio Muňoz Molina
Jak przemijający cień
Przekład: Wojciech Charchalis
Seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 6 czerwca 2018
 
 

Jak przemijający cień


Dni moje są jako cień, który przemija,
a jam zwiądł jako trawa.

Psalm CII

1


Lęk obudził mnie w świadomości tamtego; lęk oraz odurzenie lekturami i poszukiwaniem. Jakbym otworzył oczy w zupełnie innym pokoju niż ten, w którym zasnąłem. Po przebudzeniu przestrach ze snu nie mijał. Popełniłem przestępstwo i ścigali mnie, i chociaż niewinny, zostałem skazany. Ktoś mierzył do mnie z pistoletu, a ja stałem skamieniały i nie mogłem się bronić ani uciekać. Zanim świadomość ostatecznie się rozmyje, sekretny powieściopisarz, którego każdy w sobie nosi, już zaczyna snuć swe historie i malować sceny. Pokój w mroku był wklęsły i miał niski sufit, niczym jaskinia albo strych, albo wnętrze czaszki, gdzie mieszka mózg tego kogoś, kim nie jestem, świadomość rozgorączkowana od zbyt długich godzin czytania albo samotnej medytacji, od całej jego pamięci, jego fizycznych osobliwości, galerii obrazów z jego życia, jego skłonności do tachykardii, do wpadania w panikę, że zaraził się jakąś śmiertelną chorobą, że ma raka, dusznicę, jego nałogu ukrywania się i uciekania.
Obudziłem się i przez chwilę nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie jestem, i byłem jak on, bo śniłem raczej jego sen, a nie swój. Zbijała mnie z tropu niemożność rozpoznania pokoju, w którym zasnąłem zaledwie dwie godziny wcześniej; nie potrafiłem ustalić położenia łóżka, okna i mebli ani swojego miejsca w tej nagle nieznanej przestrzeni; trudno mi było nawet sobie przypomnieć, co to za miasto. Jemu pewnie często się to zdarzało, bo przecież przez ten nieco ponad rok ucieczki, dokładnie trzynaście miesięcy i trzy tygodnie, zasypiał i budził się w tylu miejscach w pięciu krajach, w jakichś piętnastu miastach, na dwóch kontynentach, nie wspominając już moteli przy szosie ani nocy, kiedy jak zwierzę wtulał się w pień drzewa czy siedział pod mostem albo z tyłu samochodu lub autobusu przesiąkniętego papierosowym dymem i zapachem plastiku, zatrzymującego się na podziemnym parkingu stacji o trzeciej nad ranem; albo tej pierwszej w jego życiu nocy w całości spędzonej w samolocie, pierwszej, kiedy leciał sparaliżowany strachem i przez owalne okienko patrzył daleko w dół, jakby w głąb otchłani, na powierzchnię oceanu, na oleiste lśnienie w poświacie księżyca.

Sen, z którego się zbudziłem, mógł być jego snem, chociaż on się w nim nie pojawił. Spędzałem zbyt wiele godzin zanurzony w jego życiu, już od wielu dni, od przyjazdu do Lizbony. Wystarczy postukać przez kilka sekund w klawiaturę laptopa, żeby zagłębić się w archiwa przechowujące świadectwa niemal wszystkiego, co zrobił, miejsc, w których był, popełnionych przestępstw, więzień, gdzie odsiadywał wyrok, nawet imiona kobiet, z którymi spędził noc albo z którymi coś wypił przy barze. Wiem, jakie czasopisma i jakie powieści czytywał i jakiej marki była niedokończona paczka sucharów zostawiona w wynajętym pokoju w Atlancie, gdzie go nie zameldowano, bo właściciel był zbyt pijany, by to zrobić. Skserowane i zeskanowane strony dawnych protokołów zawierających listę brudnych ubrań oddanych do prania w Atlancie 1 kwietnia 1968 roku i odebranych rano 5 kwietnia, protokół lekarza sądowego dotyczący trajektorii lotu kuli wystrzelonej przez niego poprzedniego dnia, 4 kwietnia, w Memphis, z łazienki pensjonatu, gdzie oparł na parapecie lufę karabinu Remington 30-06, zeznania chirurga plastycznego, który operował mu czubek nosa w Los Angeles, czy kopia odcisku palca, który zostawił na odcinku zakupów pocztowych wyciętym z jakiegoś pisma fotograficznego.
Nawet najbardziej utajnione życie pozostawia za sobą niezatarte ślady. W tamtych czasach reklamy w prasie zwykle zawierały kartki z zamówieniem, z kwadracikami, w które należało wpisać litery nazwiska i adresu, oraz wykropkowaną linią, gdzie stawiało się podpis. Nieogarnialność rzeczywistości zaskakuje tak samo jak bezsenność. Zdumiewające, jak wiele można się dowiedzieć o człowieku, o którym w zasadzie nic się nie wie, gdyż nigdy nie powiedział tego, co pewnie jest najważniejsze: czarna dziura, pusta przestrzeń; fotografia w policyjnej kartotece; toporne linie portretu pamięciowego powstałego na bazie postrzępionych zeznań i niedokładnych wspomnień. Żywił się kawą rozpuszczalną podgrzewaną grzałką, mlekiem w proszku, fasolą z puszki, frytkami z musztardą albo z sosem sałatkowym Krafta. Chodził do najtańszych barów i zamawiał hamburgery z dużą ilością cebuli i bekonu, z keczupem i serem, i zapychał sobie usta garściami frytek. Niektórzy z pełnym przekonaniem wspominali go jako mańkuta, inni z całą pewnością twierdzili, że do pisania i trzymania papierosa zawsze używał prawej ręki. W niektórych opisach policyjnych zanotowano, że ma jasnobrązowe włosy; w innych, że czarne i lekko szpakowate na skroniach. Miał niewielką bliznę pośrodku czoła i drugą na dłoni. Pamiętano go jako palącego, z papierosem w prawej ręce, na której palcu serdecznym nosił sygnet z ciemnozielonym kamieniem oprawionym w złoto. Tyle że nigdy nie palił ani nie nosił sygnetów. Sygnet może być jednym z tych detali, które ułatwiają zapamiętanie oraz identyfi kację. Nigdy nie zrobił sobie tatuażu.
Siedziałem do bardzo późna, poszukując jego śladów w bezsennej pamięci Internetu, i byłem tak nimi przesiąknięty, że kiedy zgasiłem światło, paliły mnie oczy i w myślach powracały daty, nazwiska, drobne zdarzenia otoczone chitynowym pancerzykiem rzeczywistości, której nikt nie byłby w stanie wymyślić.
Aby w więzieniu zachować formę, nauczył się chodzić na rękach i wciskać w bardzo małe przestrzenie, przyjmując skomplikowane pozycje z jogi. Z łatwością przybierał i tracił na wadze. Nieustannie robił sobie zdjęcia polaroidem, który zachował aż do końca: w okularach przeciwsłonecznych, bez nich, w okularach korekcyjnych, zawsze bokiem, z ukosa, nigdy z profilu, bo profil miał za bardzo charakterystyczny, nawet po operacji nosa, en face też nie, żeby nie można było zobaczyć odstających uszu. Wysyłał fotografie do klubów towarzyskich, wyobrażając sobie, że skoro są tak od siebie różne, wywołają zamieszanie, kiedy nadejdzie nieunikniony moment polowania na niego. W szkole dla barmanów w Los Angeles nauczył się przygotowywać sto dwadzieścia różnych koktajli. Przez kilka miesięcy pilnie uczestniczył w korespondencyjnym kursie ślusarskim prowadzonym przez jedną ze szkół w New Jersey. Pośród jego papierów znajdowała się ulotka na temat korzyści płynących ze ślusarki jako zawodu przyszłości. Kiedy miał dziewięć albo dziesięć lat, co noc budziły go koszmary i własne krzyki wprawiały go w jeszcze większe przerażenie. Śniło mu się, że oślepł. Robił, co mógł, żeby się obudzić, otwierał oczy, ale nic nie widział, bo znajdował się już w następnym śnie po tym o ślepocie. Tak bardzo się bał znowu zasnąć, by koszmary nie powróciły, że starał się czuwać aż do rana. Pewnie słuchał w ciszy pijackiego chrapania ojca i matki, zwalonych jedno na drugie jak bele na materac bez koców i pościeli, przykrytych łachmanami i starymi kurtkami. Na siennikach rzuconych na podłogę z częściowo powyrywanymi deskami spało jego rodzeństwo, gryzione przez wszy i pluskwy, wygłodniałe, powtulane w siebie w zimowy ziąb, w jedynym pokoju, gdzie kopciła trucizną stara koza.

* * *

Dowiedziałem się o nim tak wiele, że wspomnienia z jego życia zdają się należeć do mnie, miejsca, które odwiedził, a których ja nigdy nie widziałem, pustynia w Nevadzie przecięta prostą szosą prowadzącą do Las Vegas, ulice niskich domów i piaszczysty dukt w Puerto Vallarta, odbijające echo korytarze więzienia o kamiennych ścianach, z zamkowymi basztami i mrocznymi gotyckimi sklepieniami, niska sylwetka Lorraine Motel widziana z okna łazienki, w której śmierdzi kanalizacją i moczem, na tyłach zarośniętych chaszczami i zawalonych śmieciami nieużytków w zrujnowanej okolicy niemal na obrzeżach Memphis.
Zdecydowałem, że nieodwołalnie muszę pojechać do Memphis. Zanotowałem adres hotelu w Lizbonie, w którym przed czterdziestoma pięcioma laty spędził dziesięć dni ze swojej ucieczki. Grzebiąc w Google’u, dowiedziałem się, że hotel ciągle stoi i jeśli mi to przyjdzie do głowy, znajdę się tam za kilkanaście minut. W tamtej chwili to, co dotychczas istniało tylko w mojej wyobraźni, okazało się namacalne. Obudził mnie sen o pościgu, o niebezpieczeństwie i wstydzie, który mógł być jego snem i który bez wątpienia wywołały dociekania na jego temat, z ich powodu położyłem się bardzo późno, odganiając sen, broniłem się przed nim, zaczarowany monitorem laptopa, pochylony nad nim, w pokoiku, gdzie od kilku dni pracuję, jeszcze niewielu, ale jednak wystarczająco długo, żebym się przyzwyczaił, w następujących po sobie warstwach, do pokoiku i mieszkania, ulicy, narożnika za oknem, tramwaju hamującego, gdy zjeżdża w dół wzgórza i dzwoni, dachów miasta, pokruszonych murów kamienic, nazwy, niewymawianej uporczywie przez zbyt wiele lat, Lizbona.

Sypialnia ma jedno okno, wpada przez nie niewiele światła, bo wychodzi na tyły opuszczonego budynku. Widać przeszkloną werandę, żelazne balkony nadgryzione wilgocią i rdzą. Za wyrwaną futryną drzwi znajduje się korytarz ginący w ciemności, skąd wiecznie dochodzi gruchanie gołębi. Gołębie opanowały przyległą kamienicę, wlatują przez potłuczone szyby. Pomiędzy płytkami terakoty na balkonie rosną chwasty. Choć nasza sypialnia znajduje się zaledwie o kilka kroków dalej, na tę stronę zniszczenie nie dociera, do tego niedawno wyremontowanego budynku, gdzie wszystko bucha atrakcyjną nowością, jednocześnie zachowując solidność dawnej budowli, grube mury, szczodre przestrzenie. Gangrena schyłku i upadku bardzo szybko atakuje stare nadmorskie miasta. Kamienica obok, gdzie chronią się gołębie i gdzie przeciekają dachy, gdzie nocą kapie woda, jest przeciwieństwem tej naszej, mrocznym obliczem miasta, opanowanym przez dekadencję. Po tej stronie, tam, gdzie teraz jest nasz dom, gdzie po kilku dniach się nam wydaje, że mieszkamy tu już od dawna, pokoje są wysokie i jasne i pachną nowością, solidne deski podłogi skrzypią pod nogami jak pokład okrętu. Przestronne łóżko, czysta, przyjemna w dotyku pościel, puchate poduszki, światło lampek nocnych przytłumione papierowymi abażurami o strukturze prześwitującego pergaminu, twoja obecność w lustrze obok mnie, w półmroku, który tak lubisz zmieniać, zaciągając zasłony, gasząc światła, zostawiając przymknięte drzwi. Odzyskując świadomość tego, co mnie otacza, czułem, jak słabnie przeciągające się przerażenie koszmarem.

Wyszedłem, dotykając rękoma ścian, wyrywając się z lochu snu. Przez chwilę czułem się zagubiony w przedpokoju, zdezorientowany, gdy natknąłem się na ścianę w miejscu, gdzie spodziewałem się pustki, wejścia do salonu. Mój mózg jeszcze nie jest wyćwiczony, żeby kierować krokami po omacku. Wyobrażona mapa mieszkania rozsypała się. Nie ma nic łatwiejszego, niż nagle poczuć się zagubionym; przynajmniej dla mnie to jest najłatwiejsze. Dźwięk za plecami sprawił, że się odwróciłem: włączył się agregat lodówki w kuchni i zajął niespodziewane i niewątpliwe miejsce, i przywrócił przestrzeni jej prawdziwe ukształtowanie. Świat jest rozedrganym labiryntem znaków, wyładowań elektrycznych, fal dźwiękowych, krótkich rozbłysków w mroku. Mózg odtwarza to w całości w swej hermetycznej puszce, zamknięty pod kostnym sklepieniem. On uważał, że można z daleka sterować somnambulicznymi krokami i czynami człowieka zahipnotyzowanego, wpoić mu rozkaz popełnienia morderstwa albo podłożenia bomby, albo napadnięcia na bank.
Teraz wreszcie odnajduję dotyk heblowanego drewna w progu salonu i zaczynając od niego, jestem w stanie zrekonstruować przestrzeń, jeszcze niewidzianą, stół do pracy po prawej, fotel po lewej, w głębi okno wychodzące na ulicę. Jednocześnie rozszerzona źrenica zbiera rozproszone fotony, uzupełniające kobierzec percepcji, przywracające jego trzy wymiary. Pewnie wiatr zatrzasnął okiennice i dlatego nie wpada przez nie ani trochę światła. Przeciągając dłonią po krawędzi stołu, musnąłem klawisze laptopa, więc ożywił się ekran, biała latarnia rozświetlająca pokój księżycową poświatą. On bardzo lubił pisać na maszynie. Nauczył się maszynopisania, gdy odbywał karę dwóch lat w więzieniu federalnym w Leavenworth w połowie lat pięćdziesiątych. W którymś miejscu przepastnego archiwum bez granic być może znajduje się rachunek za zakup oraz marka używanej przez niego maszyny. Wyrzucił ją przez okno samochodu, gdy gnał na złamanie karku z Memphis do Atlanty, słysząc z daleka, albo wyobrażając je sobie, syreny policyjnych radiowozów. Wyrzucił maszynę do pisania, kamerę Super 8, projektor, kilka puszek po piwie. Ciskał rzeczy przez okno i patrzył, jak znikają we wstecznym lusterku. Mam listę wszystkiego, czego nie wyrzucił z samochodu, mustanga rocznik 66 z rejestracją z Alabamy; i listę rzeczy z walizki z niebieskiego plastiku, którą upuścił w tej samej chwili co karabin, uciekając, i tych, które później znaleziono w bagażniku i na podłodze w samochodzie, nawet włosy i resztki suchej pianki przyczepione do ostrzy jednorazowej maszynki do golenia.
Znam na pamięć każde z jego kolejnych nazwisk, używanych, a następnie odrzucanych jak przedawnione tożsamości. Widzę jego postać przybierającą kształty przede mną, jego cień, jego całą biografię ułożoną z tych drobniutkich detali, jeden po drugim, popękanych drobin tych mozaik z chodników Lizbony.
Takim chodnikiem szedłem pewnego poranka, jednego z pierwszych, po Rua dos Fanqueiros, z planem miasta i kartką, na której miałem skopiowaną trasę z Google Maps. Wyszedłem z mieszkania, nie mówiąc ci, dokąd idę, z poczuciem skrywania tajemnicy, niemal wstydu i zażenowania. Zdaje się, że jest coś bardzo dziecinnego w pierwszych krokach wymyślania nowej historii, choć to jeszcze nie było to, przynajmniej wtedy, w początku poszukiwania, które nie wiadomo dokąd nas zawiedzie. Wstąpiłem do sklepu papierniczego, kierowany bardziej nadzieją niż praktyczną potrzebą zakupienia zeszytu. Gdy wybrałem taki, który najbardziej mi się podobał, zdałem sobie sprawę, że rok wcześniej byłem w tym samym sklepie i kupiłem identyczny zeszyt, po czym zapisałem w nim tylko datę: 2 grudnia. Przeszedłem mimo widmowych sklepów z odzieżą, obok sklepów zamkniętych i opuszczonych, zachowujących ciągle swoje szyldy wypisane kaligrafią, która pół wieku wcześniej była nowoczesna, obok zieleniaków ze zwiędłymi warzywami sprzedawanymi przez Nepalczyków czy Pakistańczyków, obok zamkniętych bram, zza których docierał zapach studni i opuszczenia, obok fasad z odpryskami na fryzach z płytek azulejo, obok subiektów stojących na schodkach sklepów, ubranych w uniformy tak przestarzałe jak stroje na manekinach z ich własnych witryn, z podobną cierpliwością czekających, aż ktoś wejdzie, biorącą się z przyzwyczajenia do czekania i bezruchu, obok aptek z marmurowymi kontuarami i półkami z rzeźbionego drewna, obok innych sklepów z ubraniami, które stawały się bardziej nowoczesne, w miarę jak się zbliżałem do placu Figueira, z jego królem z brązu na koniu.
Zobaczyłem szpital lalek, który poznałem właśnie w tym miejscu przed dwudziestoma sześcioma laty. Identyczny plac i te same tramwaje, i to samo czułe słońce listopadowego poranka, i te same zapachy ciastek i pieczonych kasztanów w kilka sekund rozpraszające poczucie czasu. Jakie to dziwne, nagle stać się tym mężczyzną w podeszłym wieku, o siwych włosach i brodzie, patrzącym na mnie z witryny. Jednak jeszcze dziwniejsze jest to, że się było tym młodym człowiekiem z wtedy, znacznie młodszym, niż mu się wówczas wydawało, niedoświadczonym jak nastolatek, ojcem trzylatka i noworodka, człowiekiem o twarzy, której ktoś, kto by mnie poznał dopiero teraz, prawdopodobnie by ze mną nie skojarzył, bardziej nerwowym, bardziej wewnętrznie pobudzonym, zapalającym papierosa i zaciągającym się głęboko, wyposażonym w zeszyt i plan miasta, jak ja tego poranka, człowiekiem, który nic nie wiedział o swojej niesamowitej przyszłości i przede wszystkim o tym, jak będzie długa, nieświadomym twojego istnienia.
Wspólne dla niego i dla mnie tego poranka, który w tym bezczasowym świetle może należeć zarówno do dnia dzisiejszego, jak do tego sprzed trzydziestu lat, jest to, że obaj włóczymy się po Lizbonie w poszukiwaniu duchów, jego bardziej iluzorycznych niż moje. Duch, za którym ja podążam, naprawdę postawił stopę na tym chodniku, przeszedł przez ten plac, minął ten zaułek z tabliczką, na którą patrzę teraz, niemal czując dreszcze, Rua João das Regras.
W książce, w reportażu prasowym nazwa ulicy i numer domu w zasadzie nie mają znaczenia, to zbędne detale. Znalezienie się w pobliżu tego miejsca i świadomość, że można do niego dotrzeć, czyni oszałamiającym i realnym to, co w lekturze było nieomal fikcją. Rua João das Regras numer 4. Gdy szedłem ulicą Fanqueiros, widziałem siebie samego, jak dochodzę do hotelu Portugal, popycham obrotowe drzwi ze złotymi okuciami, idę po wydeptanej, ale jeszcze niezupełnie zniszczonej wykładzinie, może siadam w fotelu w westybulu wyobrażonym w półmroku.
Fakt wejścia do hotelu dałby rzeczywiste zaczepienie wszystkim moim spekulacjom, uczyniłby dotykalnym to, co jeszcze do tamtej chwili należało do sfery marzeń i półsennego czuwania książek. Czytałem w Internecie niedawne opinie gości o hotelu Portugal. Dowiedziałem się, że pokoje są małe, a wyposażenie stare i że od samego rana do późnej nocy na niższych piętrach można wyczuć drżenie wywoływane przez pociągi z pobliskiej stacji metra. On zajął pokój na pierwszym piętrze, numer 2. To też wiem. Naprzeciwko łóżka stała komoda o marmurowym blacie z lustrem. Widziałem fotografi ę tego pokoju w którymś z numerów magazynu „Life” z czerwca 1968 roku. Pewnie zapachniało starym drewnem i może kurzem, kiedy otwierał szufladę, żeby schować w niej jakieś drobiazgi. Pewnie bardzo źle spał, a pociągi jeszcze potęgowały tę bezsenność. Kamienice są wysokie i słońce z pobliskiego placu nie dociera na ulicę João das Regras. Wszedłem w nią w poszukiwaniu numeru czwartego, ale kończy się niemal natychmiast i zdaje się, że ten numer nie istnieje. Rozwiała mi się rzeczywistość, której właśnie miałem dotknąć. Widzę wielki stary sklep żelazny z wszelkiego rodzaju kluczami, kłódkami i zamkami na wystawie. On pewnie na nią patrzył, gdy przechodził, skoro był biegły w tego rodzaju materiałach dzięki kursowi, który odbywał. Jednak nigdzie nie dostrzegam szyldu hotelu Portugal pomiędzy dwiema kolumnami balkonów, jak widziałem na fotografiach. Zagaduję kelnera stojącego w drzwiach baru, a on wskazuje mi fasadę schowaną za rusztowaniem i siatką.
Stary hotel Portugal został zamknięty i budynek jest w remoncie, pusty w środku. Zmienią go w hotel luksusowy.