“Spadek”, powieść równie szczera i bolesna jak “Moja walka” Knausgårda, to historia splątanych relacji rodzinnych, konfrontacji z ojcem, wypierania prawdy.


SpadekW spadku po rodzicach otrzymujemy nie tylko kolor oczu czy letniskowy domek…

Wszyscy przeciwko Bergljot. Dwie siostry, brat, matka i ojciec, od którego w trakcie rozmowy telefonicznej usłyszy: „Spójrz w lustro, a zobaczysz psychopatkę”.

Bergljot po latach pisze e-mail do sióstr: „Żadna z was w żadnym momencie nie zapytała mnie o moją historię. Wywoływało to we mnie wielki smutek”.

Dlaczego tak się stało? Jaka rodzinna tajemnica została zamieciona pod dywan, przysłonięta niedzielnymi obiadami i gwiazdkowymi prezentami?

Bez zamknięcia spraw z przeszłości Bergljot nie może uporządkować swojego życia i pozbyć się traumy z dzieciństwa. Teraz ponadto nieoczekiwanie została wykluczona ze spadku po ojcu, a jej walka o prawdę spotyka się z milczeniem.

Czy Bergljot rzeczywiście ma rację? A może kłamie?

Spadek, którego świetny polski przekład pióra Elżbiety Ptaszyńskiej–Sadowskiej trafia do polskich księgarń, był najgoręcej komentowaną i dyskutowaną książką w Norwegii w 2016 roku. Atmosferę podgrzewały dodatkowo sugestie, że autorka opisała w niej własną historię. Prawa do wydania książki sprzedano do 13 krajów.

Vigdis Hjorth
Spadek
Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 9 maja 2018
 
 

Spadek


(…)
Miesiąc później Astrid zadzwoniła. Wkrótce kończyła pięćdziesiątkę, zamierzała zorganizować przyjęcie i zaprosić mnóstwo ludzi. Myślała, że chętnie się z nimi spotkam. Wymieniła datę, miałam czas, powiedziała, że się cieszy, potem zawiesiła głos i dodała, że mama i ojciec też będą. Bardzo chcą być na wielkim przyjęciu, powiedziała, nie powiedziała: „na ostatnim”, ale to wisiało w powietrzu.
Najwyraźniej sądziła, że coś się zmieniło. Że wprawdzie nie pokazałam się w szpitalu, kiedy matka miała operację, jednak życzyłam jej szybkiego powrotu do zdrowia i pewnie zrozumiałam, że matka w każdej chwili może odejść na zawsze, i dlatego zmieniłam swój stosunek. Dla niej to abstrakcja, ale dla mnie konkret, pomyślałam. Musieć wejść do pokoju, w którym oni będą stali, i podać im rękę? Uściskać ich? I co powiedzieć? Oni wszyscy spotykali się regularnie przez lata, umieli się ze sobą obchodzić, a ja z własnej woli wypisałam się z rodziny i jestem czarną owcą. Miałabym się tam pojawić uśmiechnięta i od niechcenia rzucić „hej”? Jakbyśmy nie mieli spojrzeń na rzeczywistość, które się nawzajem wykluczają, jakby one nie negowały samego materiału, z którego jestem stworzona. Czy Astrid naprawdę nie pojmowała, dlaczego zrobiłam to, co zrobiłam, jak głęboko to tkwi? Mówiła do mnie, jakby to był jakiś kaprys, idée fixe, skutek niedojrzałej skłonności do buntu, z którego z łatwością zrezygnuję, kiedy tylko nastąpi coś poważnego? I że mogłabym „wziąć się w garść”, podjąć intelektualną decyzję o zmianie podejścia. Nie rozumiała, jakie ogarnia mnie przerażenie na myśl o tym, że miałabym wejść do jej domu, w którym nie byłam już od lat, gdzie matka i ojciec regularnie wpadali, i zobaczyć ich, matkę i ojca. Dla Astrid, dla większości pozostałych, oni dwoje byli z pewnością parą niewinnych, starzejących się, słabych ludzi, ale dla mnie byli potężnymi postaciami i potrzebowałam wielu lat terapii, żeby uwolnić się spod ich wpływu, tak to wyglądało? Astrid nie rozumiała, że mogę się bać dwójki przygarbionych, posiwiałych, starych ciał, podczas gdy ja, wchodząc do jakiegokolwiek portu lotniczego, drżałam ze strachu, że nieoczekiwanie natknę się na nich. Czego ty się boisz? – pytałam samą siebie w pociągu kursującym między terminalami. Przymuszałam się, żeby ich sobie wyobrazić, skonfrontować się z nimi, tak jak walczy się z fobiami. Co by się stało, gdybym po przyjeździe na lotnisko spotkała ich w kolejce do odprawy? Przeszłyby mnie ciarki! Okej, no i co? Minęłabym ich i poszła dalej? Nie, to zbyt głupie, zbyt niedojrzałe jak na kobietę po pięćdziesiątce, żeby się nie odważyć, żeby nie być w stanie przywitać się z własnymi rodzicami w kolejce do odprawy. Mam nadzieję, że bym się zatrzymała i spytała, dokąd się wybierają, a oni by odpowiedzieli i spytali, dokąd ja się wybieram, i odpowiedziałabym, uśmiechnęła się sztywno i życzyła im dobrej podróży. Całkiem zwyczajne słowa i może nawet dałoby się wyglądać jak niemal „normalna rodzina”, ale nie! Bo zaraz potem poszłabym do toalety, zamknęłabym się w kabinie, drżąc, usiadła na sedesie i czekała, aż oni znikną z drogi, nawet gdybym miała się spóźnić na swój lot. To było beznadziejne. Że się nie uwolniłam, że to mogło dopaść mnie w każdej chwili, a nie chciałam, żeby mnie dopadało, nie chciałam mieć z tym nic wspólnego, a teraz znowu miałam! Tak bardzo chciałam być dorosła i spokojna, i pozbierana. Postanowić, że nie pójdę na pięćdziesiąte urodziny, tylko znajdę jakieś wytłumaczenie i zapomnę o wszystkim. Ale nie byłam w stanie. Bo gdyby rodzice nie byli zaproszeni, poszłabym na przyjęcie urodzinowe siostry, żeby spotkać się z ludźmi, z którymi ona pracuje, z pewnością intrygującymi i interesującymi, i może przydatnymi dla mnie. To była klęska. Że jestem tak zablokowana i sparaliżowana, że musiałam zrezygnować z czegoś, co mogło być dla mnie dobre. Tak spętana głupim dzieciństwem. Napis nad moim losem na ziemi: „Spętana dzieciństwem”. Ponad pięćdziesiąt lat, a nadal poddana strachowi przed rodzicielskim autorytetem, którego boją się dzieci. Którego moje rodzeństwo już się nie boi? Może Astrid zapraszała nas wszystkich, ponieważ sądziła, że uwolniłam się od dzieciństwa, że przepracowałam traumy i strach przed rodzicami? Może sądziła, że to z przyzwyczajenia nie pojawiłam się w szpitalu, ale teraz już pora zmienić stare nawyki. W takim razie to zaproszenie należałoby uznać za komplement ze strony Astrid, która uważała, że doszłam dalej, niż doszłam. Ona sądziła, że jestem w stanie przyjść uśmiechnięta i nie przejmować się obecnością rodziców i że jest mi już obojętne, jak oni zinterpretują moją obecność.

Powiedziałam, że się zastanowię. Nie myślałam o niczym innym. Chodziłam na długie spacery po kompletnie bezludnym lesie i wyobrażałam sobie, że jestem na innym kontynencie, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Nikt cię nie może złapać, mówiłam do siebie, jeżeli nie jesteś osiągalna. Kim ty jesteś, pytałam siebie, kim chcesz być i jaką miarą chcesz siebie mierzyć.
Największą?
Wyobrażałam sobie, że idę przez kiedyś mi znajome ulice na pięćdziesiąte urodziny Astrid, jest spokojne sobotnie popołudnie, jasne jesienne światło. Na drzewach wiszą dojrzałe jabłka, gałęzie krzewów porzeczkowych zwisają ciężko przez płoty, trzmiele brzęczą i pachnie świeżo skoszoną trawą. Wciągam jej zapach, z wdzięcznością, ziemia jest bogata. Spokojna dzwonię do drzwi i wchodzę do domu siostry.

Czy kiedykolwiek zdobędę się na to? Nie. Bardzo bym chciała być wolna, nie byłam wolna. Bardzo bym chciała być silna, byłam słaba. Serce mi waliło, a ja nie wiedziałam, jak je uspokoić. Usiadłam na mchu, przycisnęłam twarz do kolan i się rozpłakałam.

To było trzy lata temu.
Droga była taka długa.
Zastanawiałam się, w jakim miejscu jest Bård i czy jego droga różni się od mojej.
Nie mogłam o to spytać, kiedy milczący i obcy siedzieliśmy w dziwnym Grandzie.

Opowiedziałam o tym, jak Klara i ja byłyśmy w starym domku na Hvaler z Tale i jej koleżankami wiele lat temu, kiedy z powodu dzieci jeszcze utrzymywałam minimalny kontakt z rodziną. Słuchałyśmy muzyki i tańczyłyśmy i nagle matka stanęła w drzwiach i spytała, czy dałam im ecstasy.
Bård się roześmiał, ja też, ale wtedy się nie śmiałam. Matka myślała, że mogłabym dać dziewczynkom ecstasy? Zaniemówiłam z oburzenia, ale Klara wyczuła sytuację i zaproponowała matce krzesło i kieliszek wina. Klara wyczuła, że matka chciała być z nami wszystkimi. Matka była w nowym domku i usłyszała, że się bawimy, i przyszła do nas, żeby być razem. Pewnie nie rozumiała samej siebie, ale właśnie tego chciała. Klara zaproponowała jej krzesło i kieliszek wina i matka posiedziała kilka minut, a potem chwiejnym krokiem poszła przez ciemność do nowego domku. Biedna matka. Uwięziona w nowym domku z ojcem. Usłyszała wesołe dźwięki dobiegające ze starego domku i przyszła, żeby być z nami, ale nie rozumiała samej siebie i przeobraziła to kuszące uczucie w zarzut: dałaś im ecstasy?
Nie rozumiałam tego, ponieważ znajdowałam się w gotowości alarmowej.

Spytałam, czy był na pięćdziesiątych urodzinach Astrid. Nie był. Został zaproszony, ale przebywał za granicą. Powiedziałam, że zostałam zaproszona, ale nie poszłam, bo mieli przyjść matka i ojciec. Boję się ich, powiedziałam, przyznałam, że myśl o matce i ojcu wywołuje we mnie lęk. Nie lęk, powiedział Bård, silny dyskomfort.
Lęk i silny dyskomfort, powiedziałam, i oboje się uśmiechnęliśmy.
Opowiedziałam, że Tale nie chce już mieć nic wspólnego z rodziną z Bråteveien i że nie chce więcej uczestniczyć w tej komedii. Opowiedziałam, jak kiedyś ona i jej rodzina spędzali latem weekend z zaprzyjaźnionym małżeństwem w starym domku na Hvaler. Mężczyźni wypłynęli łodzią, a matka i ojciec przyszli się przywitać i spytali, gdzie są mężczyźni. Wypłynęli łodzią, powiedziała Tale, a matka wpadła w histerię, bo padał deszcz, były fale i noc, i mgła, i zimna woda, jeśli wypadną z łodzi, utopią się, może już nie żyją. I Tale stała się niepewna i zdezorientowana, zaraziła się strachem matki, jej nerwowością. Ojciec był wściekły z innych powodów, bo mężczyźni wzięli łódź, nie pytając o zgodę jego, właściciela łodzi, właściciela domku, głowy rodziny, sięgnęli po nią, nie licząc się z nim. Tale stała oniemiała przed wzburzonymi ludźmi, do których należały domki, jakby była na ich łasce. Matka kazała jej zejść razem z nią na pomost, spętana własnym strachem, opanowana własnym potężnym strachem, który przenosiła na otoczenie, który przeniosła na mnie przez lata mojego dzieciństwa, który uczynił mnie równie bojaźliwą przed tym, czego ona się bała: alkoholem i rock and rollem. Tale stała z matką na skraju pomostu i wpatrywała się w morze. Stałam tu wiele razy, powiedziała matka. Stałam tu w wiele wieczorów i nocy i wytężałam wzrok, i modliłam się, powiedziała: tu uratowałam życie!
Spróbowałam przedrzeźniać melodramatyczny ton matki i Bård się roześmiał. Taka była matka. Spróbowałam przedrzeźniać karcący ton ojca, Bård się roześmiał. Taki był ojciec.
Ale to nie z tego powodu Tale wyjechała do domu dzień wcześniej i uznała, że trudno jest bywać na Hvaler i Bråteveien. Tylko dlatego, że wieczorem, kiedy mężczyźni już szczęśliwie wrócili z przejażdżki, jej przyjaciółka spytała ją, dlaczego ja, jej matka, nie utrzymuję kontaktu ze swoimi rodzicami, i Tale jej wyjaśniła, i zobaczyła, jak ona zareagowała. I dlatego, że następnego dnia matka przyszła do nich i spytała, czy ona dobrze pilnuje swojego dziecka. Bo matka miała zły sen w nocy, śniło jej się, że Tale nie uważa wystarczająco na swoją córkę: miałam zły sen, że nie uważasz na Emmę, ale mam nadzieję, że uważasz na Emmę?
Matka miała zły sen, w którym Tale nie uważała na swoją córkę, i bez ceregieli zwróciła się do niej ze swoimi lękami, nie umiała albo nie miała odwagi zastanowić się nad złymi snami, w których Tale nie uważała dostatecznie na swoją córkę. Bo która kobieta nie uważa dostatecznie na własną córkę, dlaczego matce przyśniła się taka matka, która nie uważa na swoją córkę? Nie umiała albo nie miała odwagi skierować tego pytania do siebie, bo wtedy, dopiero wtedy otworzyłaby się otchłań.
To Bo Schjerven przypomniał mi o tym kiedyś, gdy strasznie się męczyłam, że zerwałam z matką i ojcem i nie chciałam się z nimi widzieć, obciążona winą.
Przecież oni niedługo umrą, płakałam.
Ty też umrzesz, powiedział.
Zapomniałam o tym.