W dniu wybuchu I wojny światowej ojciec Alfiego Summerfielda obiecał, że nie pojedzie na front. Nazajutrz jednak postąpił zupełnie inaczej, łamiąc dane słowo…


Zostań, a potem walczCztery lata później Alfie nie ma pojęcia, gdzie podziewa się jego ojciec, wie tylko, że wykonuje jakąś specjalną, tajną misję.

Pewnego dnia, czyszcząc buty na dworcu King’s Cross, Alfie niespodziewanie widzi nazwisko ojca w dokumentach należących do wojskowego lekarza. Oszołomiony i zdezorientowany chłopiec zdaje sobie sprawę, że mężczyzna leży w pobliskim szpitalu – miejscu, w którym leczy się chorych na nerwicę frontową.

Alfie nie bardzo wie, co to takiego nerwica frontowa, lecz postanawia uratować ojca z tego dziwnego, niepokojącego miejsca…

Autor bestsellerów „Chłopiec w pasiastej piżamie” i „Chłopiec na szczycie góry” w kolejnej wyśmienicie nakreślonej powieści wojennej.

John Boyne – urodzony w Dublinie w 1971 roku irlandzki powieściopisarz, autor wielkiego bestselera „Chłopiec w pasiastej piżamie”, który oczarował czytelników na całym świecie i posłużył za kanwę popularnego filmu pod tym samym tytułem z Verą Farmigą w jednej z głównych ról. Boyne jest laureatem wielu prestiżowych nagród. Jego książki przetłumaczono dotychczas na 46 języków. W jego dorobku znajdziemy zarówno powieści dla dorosłych (jak np. „Spóźnione wyznania Tristana Sadlera”), jak również te napisane z myślą o dziecięcym czytelniku.

John Boyne
Zostań, a potem walcz
Przekład: Jacek Spólny
Wydawnictwo Replika
Premiera: 17 kwietnia 2018
 
 

Zostań, a potem walcz


1

Wypraw mnie w drogę z uśmiechem 

Co wieczór przed snem Alfie Summerfield próbował przypomnieć sobie, jak wyglądało życie przed wojną. Z każdym dniem wspomnienia stawały się coraz mniej wyraźne.
Walki zaczęły się 28 lipca 1914 roku. Inni mogli mieć kłopoty z zapamiętaniem tej daty, ale Alfie nigdy jej nie zapomni, bo był to dzień jego urodzin. Skończył wtedy pięć lat i rodzice wydali z tej okazji przyjęcie, ale zjawiło się niewiele osób: Babcia Summerfield, która siedziała w kącie, wypłakując oczy w chusteczkę i powtarzając: „Już po nas”, aż mama Alfiego zapowiedziała, że jak nie może się opanować, będzie musiała sobie pójść; Stary Bill Hemperton, Australijczyk z domu obok, który miał ze sto lat i bawił się swoją sztuczną szczęką, wsuwając ją i wysuwając za pomocą języka; najlepsza przyjaciółka Alfiego, Kalena Janácek, która mieszkała trzy domy dalej pod numerem szóstym, i jej ojciec, który prowadził sklep ze słodyczami na rogu i miał najbardziej lśniące buty w Londynie. Alfie zaprosił większość kolegów z Damley Road, lecz do południa ich matki jedna po drugiej pukały do drzwi Summerfieldów i oznajmiały, że mały Taki czy Owaki nie może przyjść.
— To nie jest dobry dzień na zabawy, prawda? — spytała pani Smythe spod numeru dziewiątego, matka Henry’ego Smythe’a, który w szkole siedział w ławce przed Alfiem i wydawał z siebie co najmniej dziesięć obrzydliwych smrodów dziennie. — Najlepiej wszystko odwołać, moja droga.
— Niczego nie zamierzam odwoływać — stwerdziła matka Alfiego, Margie, bezradnie unosząc ręce po wizycie piątego rodzica. — Uważam, że właśnie dzisiaj powinniśmy się jak najlepiej bawić. I co ja zrobię z całą tą wyżerką, jak nikt się nie pokaże?
Alfie wszedł za nią do kuchni i spojrzał na stół, gdzie w schludnym rzędzie ustawiono kanapki z peklowaną wołowiną, duszone flaki, marynowane jajka, ozorki na zimno i węgorza w galarecie, przykryte ściereczkami, żeby się nie starzały.
— Ja mogę to zjeść — odezwał się Alfie, który lubił się do czegoś przydać.
— Ha! — zawołała Margie. — Co do tego nie ma wątpliwości. Jesteś beczką bez dna, Alfie Summerfieldzie. Nie wiem, gdzie ty to wszystko mieścisz. Naprawdę nie wiem.
Kiedy tata Alfiego, Georgie, wrócił po południu z pracy, miał przejętą minę. Nie poszedł jak zwykle umyć się na podwórku za domem, mimo że pachniał trochę mlekiem, a trochę koniem. Zamiast tego czytał w stołowym gazetę, po czym złożył ją na pół, schował pod jeden z jaśków na wersalce i przeszedł do kuchni.
— Cześć, Margie — powiedział, dając żonie całusa w policzek.
— Cześć, Georgie.
— Cześć, Alfie — przywitał się, mierzwiąc włosy chłopca.
— Cześć, tato.
— Wszystkiego najlepszego, synu. Ile ty masz w ogóle lat, dwadzieścia siedem?
— Pięć — oświadczył Alfie, który nie miał pojęcia, jak można mieć dwadzieścia siedem lat, ale czuł się bardzo dorosły ze świadomością, że wreszcie ma pięć.
— Aha, pięć — powtórzył Georgie, drapiąc się po brodzie. — Zdawało mi się, że jesteś z nami o wiele dłużej.
— Uciekajcie, no już, już! — zawołała Margie, machając rękami, żeby wracali do stołowego. Mama Alfiego zawsze powtarzała, że nic nie denerwuje jej tak, jak jej dwaj mężczyźni kręcący się pod nogami, gdy ona stara się coś ugotować. Więc Georgie i Alfie jej posłuchali i grali na stole przy oknie w Węże i drabiny, czekając na początek przyjęcia.
— Tato — odezwał się Alfie.
— Tak, synu?
— Jak czuł się dzisiaj Pan Asquith?
— Dużo lepiej.
— Czy weterynarz go zbadał?
— Tak. Wygląda na to, że mu przeszło.
Pan Asquith był koniem Georgiego, a raczej koniem mleczarni. To on codziennie rano ciągnął wóz Georgiego, gdy ten rozwoził mleko. Alfie wymyślił mu przydomek, kiedy rok temu zwierzę przydzielono Georgiemu; tak często słyszał to nazwisko przez radio, że musiało należeć do kogoś bardzo ważnego, dlatego uznał, że idealnie pasuje do konia.
— Poklepałeś go ode mnie, tato?
— Tak, synu — odparł Georgie.
Alfie uśmiechnął się. Uwielbiał Pana Asquitha. Z całego serca.
— Tato — odezwał się chwilę później Alfie.
— Tak, synu?
— Czy mogę jutro przyjść i z tobą pracować?
Georgie pokręcił głową.
— Przykro mi, Alfie. Jesteś ciągle za mały na wóz z mlekiem. To bardziej niebezpieczne, niż ci się zdaje.
— Ale mówiłeś, że będę mógł, gdy będę starszy.
— Tak jest, gdy będziesz starszy.
— Ale jestem już starszy — upierał się Alfie. — Mógłbym pomagać wszystkim sąsiadom, kiedy przychodzą po mleko z bańkami.
— Nie mogę sobie na to pozwolić, Alfie.
— No, to mógłbym dotrzymywać towarzystwa Panu Asquithowi, gdy sam będziesz nalewał mleko.
— Przykro mi, synu, ale jesteś ciągle za mały.
Alfie westchnął. Najbardziej na całym świecie chciał jeździć codziennie rano z tatą i rozwozić mleko, i karmić Pana Asquitha bryłkami cukru w przerwach pomiędzy ulicami, mimo że oznaczało to wstawanie w środku nocy. Na myśl o wyjeździe na ulice i oglądaniu miasta, gdy wszyscy jeszcze spali, po plecach przebiegał mu dreszcz. A bycie prawą ręką taty… Czy mogło być coś lepszego? Pytał o pozwolenie co najmniej tysiąc razy, ale za każdym razem słyszał tę samą odpowiedź: „Nie, Alfie, jesteś jeszcze za mały”.
— Pamiętasz, jak miałeś pięć lat? — zapytał Alfie.
— Tak, synu. Właśnie wtedy umarł mój ojciec. To był ciężki rok.
— Jak umarł?
— W kopalni.
Alfie zastanowił się nad tym. Znał tylko jedną osobę, która zmarła. Matkę Kaleny, panią Janácek, która zachorowała na gruźlicę. Alfie umiał napisać to słowo. G-r-u-ź-l-i-c-a.
— Co stało się potem? — spytał.
— Kiedy?
— Kiedy umarł twój tata.
Georgie namyślał się przez chwilę i wzruszył ramionami.
— No, przenieśliśmy się do Londynu. Twoja babcia uznała, że nie mamy już czego szukać w Newcastle. Że jak przyjedziemy tutaj, będziemy mogli zacząć wszystko od nowa. Powiedziała, że odtąd będę głową rodziny. — Wyrzucił piątkę i szóstkę, przeszedł na niebieskie pole 37 i przesunął się wężem aż na białe 19. — Ja to mam szczęście.
— Dzisiaj możesz położyć się później spać? — zapytał Alfie, a tata kiwnął głową.
— Tak, specjalnie dla ciebie. W dzień urodzin nie będę się kładł aż do dziewiątej. Co ty na to?
Alfie uśmiechnął się; Georgie nigdy nie kładł się później niż o siódmej, bo wcześnie zaczynał dniówkę.
— Bez spania jestem do niczego — powtarzał, czym rozśmieszał Margie, po czym zwracał się do Alfiego: — Mama zgodziła się wyjść za mnie tylko dla urody, ale jak się nie wyśpię, będę miał ciemne kręgi pod oczami i twarz białą jak duch i mama ucieknie z listonoszem.
— Uciekłam z mleczarzem, i na co mi przyszło? — droczyła się Margie, ale nie na serio, bo potem spoglądali na siebie i uśmiechali się, a czasem mama ziewała i oznajmiała, że też ma ochotę położyć się wcześniej, i szli na górę, co oznaczało, że Alfie też musiał iść do łóżka, co w jego oczach dowodziło jednego: że ziewanie jest zaraźliwe.
Alfie starał się nie przejmować kiepską frekwencją na przyjęciu. Wiedział, że coś się dzieje na świecie, coś, o czym rozmawiali wszyscy dorośli, ale zdawało się to nudne i w ogóle go nie interesowało. Mówiło się o tym od miesięcy; dorośli bez przerwy zapowiadali, że zaraz zdarzy się coś wielkiego, coś, czego skutki odczują wszyscy. Czasami Georgie mówił Margie, że zacznie się lada dzień i że trzeba się na to przygotować, a kiedy się denerwowała, uspokajał, że nie ma powodów do zmartwienia, że z czasem wszystko ułoży się jak najlepiej, Europa jest zbyt cywilizowana, żeby zaczynać awanturę, na której wygranie nikt nie może mieć szans.
Na początku przyjęcia wszyscy starali się zachować wesołość i udawać, że ten dzień nie różni się niczym od innych. Bawili się w Gorącego kartofla: wszyscy siadali w kółku i podawali gorącego ziemniaka osobie obok, i ten, kto go upuścił, wypadał z gry (wygrała Kalena.) Stary Bill Hemperton urządził w stołowym cymbergaja, w którym Alfie wygrał trzy ćwierćpensówki. Babcia Summerfield rozdała wszystkim po spinaczu i postawiła na ziemi pustą butelkę po mleku. Wygrywał ten, kto wrzuci spinacz do butelki z największej wysokości (Margie pobiła w tym wszystkich na głowę). Ale dorośli niebawem przestali zajmować się dziećmi i z ponurymi minami zbijali się w gromadki po kątach, a Alfie i Kalena podsłuchiwali ich rozmowy i usiłowali zrozumieć, o co chodzi.
— Lepiej zgłoś się teraz na ochotnika, zanim przyjdzie wezwanie — radził Stary Bill Hemperton. — Łatwiej wytrzymasz, zapamiętajcie sobie moje słowa.
— Bądź już cicho — burknęła Babcia Summerfield, która mieszkała naprzeciwko Starego Billa pod numerem jedenastym i nigdy go nie znosiła, bo co dzień rano puszczał muzykę z gramofonu i nie zamykał okien. Była niską, krągłą kobietą, która zawsze chodziła w siateczce na włosach i z podwiniętymi rękawami, jak gdyby zabierała się do roboty. — Georgie nigdzie się nie zgłasza.
— Może nie będę miał wyboru, mamo — powiedział Georgie, kręcąc głową.
— Cicho sza, tylko nie przy Alfiem — upomniała go Margie, szarpiąc za rękę.
— Chcę tylko powiedzieć, że to może potrwać lata. Może wyjdę na tym lepiej, jak zgłoszę się na ochotnika.
— Nie, skończy się przed świętami — oświadczył pan Janácek, którego buty z czarnej skóry lśniły tak mocno, że prawie wszyscy zwrócili na to uwagę. — Wszyscy tak mówią.
— Cicho sza, tylko nie przy Alfiem! — powtórzyła Margie, podnosząc głos.
— Już po nas, zupełnie po nas! — Załkała babcia Summerfield, wyjmując z kieszeni ogromną chusteczkę i wydmuchując nos tak donośnie, że Alfie wybuchnął śmiechem. Za to Margie wcale to nie rozśmieszyło; rozpłakała się i wybiegła z pokoju, a Georgie popędził za nią.

Od tamtego dnia minęły ponad cztery lata, lecz Alfie wciąż o nim rozmyślał. Miał dziewięć lat i przez wszystkie te lata nie obchodził urodzin. Ale przed snem starał się ułożyć sobie w głowie wszystko, co pamiętał z życia swojej rodziny przed zmianami, bo jeśli zapamięta ich takimi, jacy byli, zawsze jest szansa, że kiedyś na powrót staną się tacy sami.
Georgie i Margie byli bardzo starzy, gdy się pobrali — tyle wiedział. Tata miał prawie dwadzieścia jeden lat, mama była tylko rok młodsza. Alfiemu nie mieściło się w głowie, jak można mieć dwadzieścia jeden lat. Zdawało mu się, że z trudem się słyszy i widzi się raczej niewyraźnie. Że nie można wstać z zepsutego fotela przed kominkiem bez jęczenia i powtarzania: „No, pora się już położyć”. Domyślał się, że najbardziej na całym świecie liczy się filiżanka ciepłej herbaty, para wygodnych kapci i ciepły sweter. Czasami, gdy się nad tym zastanawiał, wiedział, że kiedyś też będzie miał dwadzieścia jeden lat, ale następowało to w tak odległej przyszłości, że nie sposób było sobie tego wyobrazić. Pewnego razu wziął kartkę i długopis, zapisał liczby i uświadomił sobie, że będzie miał tyle lat w 1930 roku. 1930! Przed nim całe wieki. No, może nie wieki, ale w każdym razie Alfie tak sobie o tym myślał.
Piąte urodziny wiązały się zarówno z wesołymi, jak i smutnymi wspomnieniami. Wesołymi, bo dostał dobre prezenty: zestaw osiemnastu kredek w różnych kolorach i blok rysunkowy od rodziców; używany egzemplarz Przypadków Robinsona Kruzoe od pana Janácka, który powiedział, że na razie lektura będzie dla niego prawdopodobnie za trudna, ale że kiedyś zdoła ją przeczytać; torebkę landrynek od Kaleny. To nic, że część prezentów była nudna: para skarpet od Babci Summerfield i mapa Australii od Starego Billa Hempertona, który powiedział, że może któregoś dnia zechce pojechać na antypody, a jeśli taki dzień nadejdzie, ta mapa z pewnością mu się przyda.
— Widzisz to? — zapytał Stary Bill, pokazując punkt blisko górnego brzegu mapy, gdzie zieleń krawędzi przechodziła w brąz części centralnej. — Stamtąd pochodzę. Z miasteczka o nazwie Mareeba. Najpiękniejsze miasteczko w całej Australii. Mrowiska wielkie jak domy. Jeśli kiedyś tam trafisz, Alfie, powiedz, że przysyła cię Stary Bill Hemperton, a potraktują cię jak swojaka. Mam tam znajomości.
— Jakie? — zapytał, ale Stary Bill tylko puścił oko i pokręcił głową.
Alfie nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, ale i tak przypiął mapę do ściany swojego pokoju, nosił skarpety od Babci Summerfield, zużył większość kredek i cały blok, próbował czytać Przypadki Robinsona Kruzoe, ale szło mu jak po grudzie (chociaż odłożył książkę na półkę, żeby wrócić do niej, gdy będzie większy), i podzielił się landrynkami z Kaleną.
To były dobre wspomnienia.
Smutne zostały, bo właśnie wtedy wszystko się zmieniło. O zachodzie słońca wszyscy mężczyźni z Damley Road zebrali się z podwiniętymi rękawami koszul, szarpiąc za szelki, i rozmawiali o sprawach takich jak „obowiązek” i „odpowiedzialność”, zaciągając się papierosami, zaciskając końcówki i odkładając je do kieszeni kamizelek na później. Georgie pokłócił się z najlepszym i najstarszym kolegą, Joem Patience, który mieszkał pod numerem szesnastym, o coś, co nazywali plusami i minusami całej sytuacji. Przyjaźnili się, odkąd Georgie i Babcia Summerfield wprowadzili się na Damley Road — Babcia Summerfield mawiała, że Joe praktycznie wychował się u niej w kuchni — i nigdy przedtem nie powiedzieli sobie złego słowa. Owego dnia Charlie Slipton, gazeciarz spod numeru dwadzieścia jeden, który kiedyś zupełnie bez powodu rzucił kamieniem w głowę Alfiego, sześć razy przechodził ulicę z coraz nowszymi wydaniami gazety i wszystkie sprzedał, nie musząc się nawet starać. Pod koniec dnia mama Alfiego siedziała na zepsutym fotelu przed kominkiem i zanosiła się płaczem, jak gdyby przyszedł koniec świata.
— Daj spokój, Margie — mówił Georgie, stojąc za nią i masując jej kark. — Przecież nie ma powodu do płaczu. Pamiętasz, co mówią wszyscy: że skończy się przed świętami? Wrócę i zdążę pomóc przy nadziewaniu gęsi.
— I ty w to wierzysz? — Margie popatrzyła na niego oczami zaczerwienionymi od płaczu. — Wierzysz w to, co mówią ludzie?
— A co mi pozostało? Trzeba mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
— Obiecaj mi, Georgie Summerfieldzie, obiecaj, że nie zgłosisz się na ochotnika.
Tata Alfiego odezwał się po długiej chwili ciszy.
— Słyszałaś, co powiedział Stary Bill, kochanie. Może łatwiej wytrzymam, jeśli…
— A co ze mną? I Alfiem? Nam też będzie łatwiej wytrzymać? Obiecaj mi, Georgie!
— Dobrze, kochanie. Po prostu poczekamy i zobaczymy, dobrze? Być może ci wszyscy politycy zbudzą się jutro rano i zmienią zdanie. Nie ma sensu zamartwiać się na zapas.