Arnaldur Indridason w powieści kryminalnej “Czarne powietrza” po raz kolejny zabiera czytelnika do mrocznego Reykjaviku, gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje.


Czarne powietrzaSigurdur Oli ma problem, w trakcie zjazdu klasy maturalnej zauważa, jak inaczej niż on żyją jego znajomi sprzed lat. To bez wyjątku ludzie sukcesu.

Po spotkaniu jest rozgoryczony i przygaszony. Tymczasem jeden z dawnych kolegów, Patrekur, prosi go o interwencję – jest szantażowany po tym, jak wziął udział w spotkaniu swingersów.

Sigurdur obiecuje pomoc, a gdy przybywa do domu szantażystki, widzi ją leżącą w kałuży krwi. Ofiara napaści umiera niebawem w szpitalu, a Sigurdur bierze udział w śledztwie w sprawie tajemniczego morderstwa.

Policjant nie ujawnia jednak przyczyny swojej obecności na miejscu zbrodni…

Tak zaczyna się ponura i wstrząsająca historia o chciwości, brudnych interesach i dumie.

Arnaldur Indridason – najpopularniejszy na świecie pisarz islandzki, autor bestsellerowych powieści kryminalnych. W Polsce ukazały się: “W bagnie” (2009), “Grobowa cisza” (2010), “Głos” (2011), “Jezioro” (2012), “Zimny wiatr” (2013), “Hipotermia” (2016), “Ciemna rzeka” (2017) i “Czarne powietrza” (2018). Kryminały „islandzkiego Henninga Mankella” zostały znakomicie przyjęte w Europie, szczególnie w Skandynawii i Wielkiej Brytanii, a także w Ameryce.

Arnaldur Indridason
Czarne powietrza
Przekład: Jacek Godek
Mroczna seria
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 18 kwietnia 2018
 
 

Czarne powietrza

1

Z foliowej reklamówki wyjął skórzaną maskę. Żadne cacko – nie udała mu się, jak by chciał – ale taka też się nada.
Najbardziej się bał, że po drodze natknie się na policję, jednak w ogóle nikt nie zwrócił na niego uwagi. W reklamówce miał nie tylko maskę – w monopolowym kupił dwie flaszki, a w budowlanym ciężki młotek i długi gwóźdź.
Materiał na maskę załatwił dzień wcześniej u hurtownika sprowadzającego skóry. Wyprawione i niewyprawione. Ogolił się najlepiej jak umiał i włożył najlepsze ciuchy. Wiedział, czego potrzebuje, i nie miał żadnych problemów z zakupem ani skóry, ani dratwy, ani szydła.
Nie zakładał, że może zwrócić czyjąś uwagę. Był wczesny ranek, ruch w mieście niewielki. Ze spuszczoną głową pokuśtykał do drewnianego domu przy Grettisgata. Zszedł schodkami do sutereny, otworzył drzwi, wślizgnął się do środka i dokładnie zamknął je za sobą.
Na chwilę przystanął w ciemnościach. Orientował się już na tyle w rozkładzie mieszkania, że nie potrzebował światła, by się po nim poruszać. Zresztą nie było wielkie. Kibel na prawo z korytarza, ślepy. Kuchnia z dużym oknem, wychodzącym na podwórko, po tej samej stronie. Zasłonił je grubym kocem. Naprzeciwko kuchni salon, obok drzwi do sypialni. Okno w salonie wychodziło na ulicę Grettisgata. Zasłonięte ciężkimi storami. Tylko raz do tej pory zajrzał do sypialni. Tam też było okno, wysoko pod sufitem. Zasłonięte czarnym workiem foliowym.
Sięgnął po ogarek, dyżurujący na półce w korytarzu, zapalił go i tę upiorną poświatę wniósł ze sobą do salonu. Słyszał zduszone jęki przywiązanego do krzesła mężczyzny. Ręce związane na plecach, knebel w ustach. Starał się nie patrzeć na niego; unikał zwłaszcza jego wzroku.
Odłożył reklamówkę na stół, wyjął z niej młotek, maskę, gwóźdź i flaszki. Otworzył pierwszą butelkę brennivin i z lubością wlał w siebie ciepławą ciecz.
Odstawił butelkę i wziął maskę. Wykroił ją z grubej świńskiej skóry prima sort, zszył podwójnym szwem z impregnowanego grępła. W miejscu czoła wyciął okrągły otwór, na tyle duży, by zmieścił się w nim gwóźdź wykonany z galwanizowanego żelaza. Ścianki otworu dodatkowo pogrubił i wzmocnił, żeby gwóźdź siedział w nim stabilnie. Po bokach maski wyciął szczeliny na szerokie rzemienie, podtrzymujące maskę na twarzy, a także otwory na oczy i usta. Do górnej krawędzi, wystającej ponad czoło, przyszył rzemień do wiązania pasków podtrzymujących maskę z tyłu. To miało zapewnić stabilność całej konstrukcji. Nie robił żadnych pomiarów, zdał się na intuicję i wyobraźnię.
Znów pociągnął łyk brennivin.
Podobną maskę widział w dzieciństwie na wsi. Tyle że z żelaza. Przechowywano ją w starej oborze i nigdy nie pozwolono mu jej wziąć do ręki. Ale raz zakradł się tam. Żelazo było lekko podrdzewiałe, zimne w dotyku. Koło otworu na gwóźdź zauważył stare ślady krwi. Tylko raz widział maskę w użyciu. Latem gospodarz ubił chorego cielaka. Był biedny, nie stać go było na pistolet ubojowy. Maska zresztą też się sprawdzała. Ledwie dało się ją włożyć cielakowi na łeb, bo wykonana została z myślą o owcach. Tak mu powiedział gospodarz. Potem wziął do ręki młotek i jeden jedyny raz uderzył w główkę gwoździa. Zwierzę padło i już się nie podniosło.
Dobrze czuł się na wsi. Tam nikt go nie wyzywał od gówniarzy i szumowin.
Na zawsze zapamiętał, jak gospodarz nazywał ten przyrząd z gwoździem sterczącym w powietrze.
Piekielna maska.
Nazwa budziła w nim grozę.
Długo patrzył na gwóźdź sterczący z wykonanego przez siebie przyrządu. Wiedział, że wejdzie w czaszkę na głębokość pięciu centymetrów. Był pewien, że to w zupełności wystarczy.

2

Sigurdur Oli ciężko westchnął. Już prawie trzy godziny siedział w aucie przed blokiem i nic. Gazeta wciąż tkwiła w skrzynce. Wprawdzie niewiele osób weszło do klatki, ale żadna nawet nie spojrzała na gazetę, którą umieścił w taki sposób, by wystawała do połowy. Gdyby ktoś chciał, to kradzież nie stanowiłaby żadnego problemu. Ale do tego trzeba być złodziejem lub chcieć dokuczyć tej starej z pierwszego piętra.
Żadna wielka sprawa. Szczerze mówiąc, najdrobniejsza i najnudniejsza sprawa, jaką Oli zajmował się jako policjant. Matka poprosiła go o przysługę dla przyjaciółki, która mieszkała w bloku przy Kleppsvegur i prenumerowała gazetę, ale zawsze kiedy schodziła po nią w niedzielny poranek, już jej w skrzynce nie było. Pytała sąsiadów, ale wszyscy z ręką na sercu twierdzili, że jej gazety nawet nie tknęli. Niektórzy pozwalali sobie na krytykę wydawcy i zarzekali się, że takiego konserwatywnego szmatławca w życiu by do ręki nie wzięli. Do pewnego stopnia podzielała ich zdanie, a gazecie pozostawała wierna głównie z powodu artykułów wspomnieniowych, które potrafiły zająć i jedną czwartą objętości.
Przyjaciółka miała swoich podejrzanych. Na przykład piętro nad nią mieszkała kobieta, którą uważała za „chorą na chłopów”. Ciągnęły do niej całe procesje mężczyzn, zwłaszcza wieczorami i w weekendy. Może to któryś z nich był złodziejem albo nawet ona sama. Inny sąsiad, dwa piętra wyżej, nigdzie nie pracował, siedział tylko całymi dniami w domu i nic nie robił; mówił, że jest kompozytorem.
Sigurdur obserwował nastolatkę wchodzącą do klatki. Wyglądało na to, że wraca z nocnej eskapady, wciąż nieco podchmielona. Nie od razu udało jej się znaleźć klucze w niedużej portmonetce, którą wyjęła z kieszeni, zachwiała się i chwyciła klamki, żeby nie upaść. Na gazetę nawet nie spojrzała. Nie ma jej zdjęcia w kolumnie plotkarskiej, pomyślał, patrząc, jak dziewczyna gramoli się po schodach.
Wciąż jeszcze dokuczała mu grypa; jakoś nie mógł się jej pozbyć. Pewno zbyt wcześnie wstał z łóżka, bo nie chciało mu się już oglądać filmów w nowym czterdziestodwucalowym telewizorze. Znudziły go.
Przypomniał mu się sobotni wieczór. Wraz z kolegami z ogólniaka obchodzili rocznicę matury i z tej okazji zebrali się w domu u Guffiego, jak go nazywali, kabotyna z palestry, który Sigurdurowi działał na nerwy od momentu, kiedy spotkał go po raz pierwszy. To typowe dla Guffiego, który już za młodu wiązał muchę na szyi, że zaprosił ich z tej okazji do siebie do domu. I wygłosił dętą mowę, w której oznajmił swoim kolegom szkolnym, że dostał awans na szefa jakiegoś działu w banku i że to jest równie dobra okazja do świętowania jak każda inna. Oli nie przyłączył się do oklasków.
Ogarniał wzrokiem zebranych i zastanawiał się, czy to on z całej klasy najmniej w życiu osiągnął. Takie myśli zwykle go nachodziły, gdy zdarzało mu się zajrzeć na imprezę klasową. Schodzili się tam prawnicy, jak Guffi, inżynierowie, dwóch pastorów, trzech lekarzy po specjalizacjach. Również pisarz, którego żadnej książki Sigurdur nie przeczytał, a którego niektóre kręgi chwaliły za wyjątkowy styl, graniczący z nieodgadnionym. Kiedy porównywał się z kolegami, a potem myślał o śledztwach, współpracownikach, Erlendurze i Elinborg, i wszystkich tych kreaturach, z którymi miał na co dzień do czynienia, nie czuł powodów do radości. Matka powtarzała mu zawsze, że stać go na więcej niż to, czyli harówkę w policji. Ojciec zdawał się bardziej zadowolony, powiadał, że jego praca jest dla społeczeństwa ważniejsza niż wiele innych zawodów.
– A co tam w policji? – zapytał go Patrekur, jeden z inżynierów, który w czasie przemówienia Guffiego stanął obok niego. Oli przyjaźnił się z nim od ogólniaka.
– Nic szczególnego – odpowiedział. – Ty za to pewno masz pełne ręce roboty w związku ze wzrostem gospodarczym, inwestycjami i tym wszystkim?
– Nie ma kiedy odetchnąć – odparł Patrekur poważniej niż zwykle. – Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy się spotkać w najbliższym czasie. Mam do ciebie sprawę.
– Jasne. Będę cię musiał aresztować?
Patrekur się nie uśmiechnął.
– Skontaktuję się z tobą w poniedziałek, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział i odwrócił się.
– Zadzwoń – powiedział Sigurdur i skinął głową żonie Patrekura, Susannie. Przyszła z nim na imprezę, choć nieczęsto zdarzało się, by absolwenci przychodzili z partnerkami. Uśmiechnęła się. Zawsze ją lubił i uważał swego przyjaciela za wielkiego szczęściarza.
– Ciągle w policji? – zapytał Ingolfur, podchodząc do niego ze szklanką piwa. To był jeden z ich dwóch pastorów; wywodził się z pastorskiego rodu i nigdy w życiu nawet nie pomyślał o czymś innym niż służba Bogu. Ale święty nie był – lubił wypić i był łasy na damskie wdzięki, miał już drugą żonę. Czasem zażarcie się kłócił z drugim klasowym pastorem, Elmarem, który wywodził się z zupełnie innej stajni; był wyjątkowo bogobojnym ascetą, wierzył w to, co napisano w Biblii, i kłopotał się wszelkimi zmianami mającymi na celu zrewolucjonizowanie tradycyjnych podstaw chrześcijaństwa, zwłaszcza tymi dotyczącymi osób homoseksualnych. Ingolfur miał głęboko w nosie, jakie okazy fauny ludzkiej szukały u niego wsparcia, i postępował według jedynej zasady, jaką wpoił mu jego ojciec pastor: wszyscy ludzie są równi wobec Boga. Ale z drugiej strony lubił przekomarzać się z Elmarem. Regularnie pytał go, czy nie ma zamiaru założyć sekty tak zwanych elmarytów.
– A ty wciąż w posługach? – zażartował Sigurdur.
– Oczywiście, obaj jesteśmy niezastąpieni. – Ingolfur uśmiechnął się.
Podszedł do nich Guffi i po koleżeńsku poklepał Olego po ramieniu.
– Co tam u naszego gliniarza?
– Wszystko w porządku.
– Nie żałujesz, że nie skończyłeś prawa? – zapytał Guffi, zadowolony z siebie jak zawsze. Od studiów sporo przybrał na wadze. Muszka, która swego czasu nawet mu pasowała, teraz zaczynała się chować pod wydatnym podbródkiem.
– Nie żałuję – odparł z przekonaniem policjant, choć czasem się zastanawiał, czy nie rzucić tej roboty, nie wrócić na prawo, nie skończyć go i nie zająć się czymś sensownym. Ale przecież nie mógł się do tego przyznać przed Guffim. Tym bardziej do tego, jakim to drogowskazem w tych rozmyślaniach był mu Guffi: Sigurdur myślał sobie często, że jeśli tacy kretyni jak Guffi radzą sobie z prawem, to nikt nie powinien mieć z tym kłopotów.
– Widziałem, że udzielasz ślubów zboczeńcom – wtrącił Elmar, zbliżając się do nich i patrząc z potępieniem na Ingolfura.
– Zaczyna się – rzucił Sigurdur Oli i salwował się ucieczką, nim rozgorzał spór teologiczny.
Przykleił się do Steinunn, akurat przechodziła obok z kieliszkiem w ręku. Do niedawna pracowała w skarbówce i czasem do niej dzwonił, kiedy miał kłopoty z wypełnieniem PIT-u. Zawsze mu chętnie pomagała. Wiedział, że jakiś czas temu rozwiodła się z mężem i chwali sobie mieszkanie w pojedynkę. To między innymi dla niej wybrał się do Guffiego.
– Steinunn – zagadał. – Nie pracujesz już w skarbówce?
– Nie, przeniosłam się do Guffiego do banku. – Uśmiechnęła się. – Teraz pomagam bogatym uniknąć podatków. Najczystszy zysk, jak powiada Guffi.
– I bank lepiej płaci.
– Fakt, mam astronomiczną pensję – pochwaliła się Steinunn.
Znów się uśmiechnęła, odsłaniając piękne białe zęby, i poprawiła kosmyk, który opadł jej na oko. Była długowłosą blondynką o nieco szerokiej twarzy, ciemnych oczach i brwiach, które podkreślała ciemną kreską. Wyglądała jak ktoś, kogo młodzi nazywają sunią i Sigurdur Oli zastanawiał się, czy to pojęcie jest jej znane. Bez sensu, zawsze była bardzo trendy.
– Tak, zdaje się, że nie głodujecie w tych bankach – zauważył.
– A ty, dilujesz trochę?
– Diluję?
– Masz chyba jakieś papiery – wyjaśniła Steinunn. – To w twoim stylu.
– W moim stylu? – Zdziwiony Sigurdur Oli uśmiechnął się głupio.
– No, nie masz w sobie żyłki hazardzisty?
– Nie stać mnie na ryzyko – powiedział. – Mnie interesują tylko bezpieczne inwestycje.
– Czyli jakie?
– Kupuję tylko w bankach – wyjaśnił.
Steinunn podniosła kieliszek.
– Pewniejszych nie ma.
– Mieszkasz sama?
– Tak. I polubiłam to nawet.
– To ma swoje dobre strony – zgodził się z nią.
– A ty i Bergthora? Słyszałam, że się wam nie układa.
– Tak, nie wygląda to zbyt dobrze – przyznał. – Niestety.
– Bergthora to świetna dziewczyna. – Steinunn spotkała kilka razy jego byłą partnerkę w podobnych jak ta okolicznościach.
– Tak, była świetna. Zastanawiałem się, czy może nie powinniśmy się spotkać. Na kawę czy coś.
– Że niby ja z tobą?
Sigurdur kiwnął głową.
– Randka?
– Nie, randka nie. To znaczy może coś w tym rodzaju, skoro już to powiedziałaś.
– Siggi… – Steinunn pogłaskała go po policzku. – Ty nie jesteś w moim typie.
Sigurdur Oli spojrzał na nią.
– Wiesz przecież, Siggi. Nigdy nie byłeś. Nie jesteś. I nie będziesz.

W typie?!
Wyrzucił z siebie to słowo, siedząc w samochodzie przed blokiem w oczekiwaniu na złodzieja gazet. W typie? A co to takiego? Że on to jest niby gorszy typ niż inni? Co ta Steinunn bredzi?
Młody człowiek z futerałem na instrument wszedł do klatki, bez wahania wyciągnął gazetę ze skrzynki pocztowej i otworzył drzwi kluczem. Oli zdążył dopaść drzwi, zanim się zamknęły. Młody człowiek niczego złego się po nim nie spodziewał, więc Sigurdur Oli bez problemu dorwał go na schodach i ściągnął na dół. Zabrał mu gazetę i uderzył go nią po głowie. Mężczyzna wypuścił futerał, który odbił się od ściany. Sam się potknął i upadł na podłogę.
– Wstawaj, kretynie! – wycedził Sigurdur Oli, pomagając mu się podnieść. Pomyślał, że to musi być ten leniuszek, który mieszka dwa piętra nad przyjaciółką matki, ten, co się kazał tytułować kompozytorem!
– Nie bij mnie! – krzyknął kompozytor.
– Przecież cię nie biję! Ale masz przestać kraść Gudmundzie z pierwszego piętra gazety. Wiesz, o kim mówię? Co za draniem trzeba być, żeby kraść gazety starszej kobiecie! Lubisz się wyżywać na ludziach, którzy nie są w stanie się obronić?
Młody człowiek zdążył wstać. Wściekły popatrzył na policjanta i wyrwał mu gazetę.
– To moja gazeta – powiedział. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.
– Twoja gazeta? – warknął Oli. – Nie, kochanieńki. To gazeta Gudmundy!
Spojrzał na ścianę, na której rzędem wisiały skrzynki pocztowe, pięć rzędów poziomych i trzy pionowe, i zobaczył gazetę Gudmundy wystającą ze skrzynki dokładnie tak, jak ją ułożył.
– Cholera jasna! – mamrotał, sadowiąc się z powrotem w aucie. Zawstydzony odjechał spod bloku.