“Słonie w ogrodzie” to wspaniała powieść nie tylko o życiu z piętnem emigracji i wyobcowaniu, stracie i stagnacji, lecz także o rozliczeniu z przeszłością i nowym początku.


Słonie w ogrodziePo niespodziewanej śmierci ojca bohaterka traci grunt pod nogami. Przez rok żyje jak we mgle, chodzi na przypadkowe wykłady na uniwersytecie, jeździ pociągiem po Szwajcarii, aby odwiedzić miejsca, w których dotychczas mieszkała.

Wreszcie jedzie na Bałkany do rodzinnego Prizren w poszukiwaniu korzeni i utraconej tożsamości. Wspomnienia idyllicznego dzieciństwa w mieście naznaczonym osmańską przeszłością, które wraz z bliskimi musiała opuścić w wieku dziesięciu lat, wkraczają w jej szwajcarską teraźniejszość z ogromną siłą.

Wciąż żywe w jej wspomnieniach Prizren już nie istnieje, a ona sama bardzo się zmieniła. Szuka więc dla siebie miejsca w nowej ojczyźnie i oswaja nowy język. Jednak z każdym kolejnym poznanym niemieckim słowem uświadamia sobie, że coraz bardziej oddala się od matki. Mimo wszystko bohaterka próbuje wyjść z życiowego impasu.

***

W swojej debiutanckiej powieści Kureyshi opowiada o tym, jak wraz z rodziną uciekła z Kosowa do Szwajcarii. Mówi prostym językiem, bez wyciskania łez. Dlatego właśnie jest to tak wspaniała książka.
„Berner Zeitung”

Młodej autorce udało się wykorzystać znane autobiograficzne klisze, by stworzyć przystępną, niezwykle aktualną powieść, która zachowuje doskonałe proporcje między powściągliwym stylem i bujnymi środkami poetyckimi.
„Neue Zürchner Zeitung”

“Słonie w ogrodzie” to niewielka powieść, w której gęsta fabuła napisana jest powściągliwym językiem.
„Die Zeit”

Meral Kureyshi (ur. 1983) – pisarka urodzona w Prizren (dzisiejsze Kosowo), od 1992 roku mieszka w Szwajcarii. Absolwentka Szwajcarskiego Instytutu Literatury w Bernie. Założycielka Lyrikatelier, instytucji zajmującej się promowaniem poezji wśród dzieci. Książka “Słonie w ogrodzie” jest jej debiutem powieściowym.

Meral Kureyshi
Słonie w ogrodzie
Przekład: Urszula Poprawska
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 17 kwietnia 2018
 
 

Słonie w ogrodzie


Szliśmy ulicą z niewielkim dobytkiem rozdzielonym na dwie walizki, jedną niosła Anna, drugą Baba. Powietrze pachniało dżdżownicami. Baba ćmił papierosa. Milczał, kiedy czekaliśmy w Bernie na pociąg.
Brat i ja byliśmy podekscytowani, biegaliśmy po peronie i okładaliśmy się nawzajem.
– Przestańcie. Usiądźcie tutaj. Do przyjazdu pociągu nie chcę was już słyszeć. Zrozumiano?
Ludzie wokół kręcili tylko głowami. Natychmiast z bratem ucichliśmy.
Od dwóch tygodni – od czasu przyjazdu do Berna – codziennie obserwujemy pociągi z tarasu uniwersytetu.
– Tam kiedyś będziemy studiować, w tym starym gmachu – powiedział Baba.
Wychylaliśmy się przez otwarte okno pociągu. Moje włosy oplątywały mi twarz.
– Tamten dom byłby w sam raz dla nas, tamten z trampoliną.
– Nie, ten z ogrodem pełnym kwiatów.
Poczucie, że wprost nie można złapać oddechu, i ta prędkość, która niemal wyrywała mnie z okna, były zbyt ekscytujące, żeby stamtąd odejść. Przekrzykiwaliśmy się w głośnym szumie wiatru. Anne pociągała nas co chwila do tyłu za ubrania, krzycząc, że natychmiast mamy usiąść, ale nie słuchaliśmy. Baba się śmiał, on też najchętniej wystawiłby głowę przez okno, gdyby nie wstrzymywały go groźne spojrzenia Anne.
Nie mogliśmy się nadziwić, jak miękkie i wygodne są siedzenia. Było zupełnie cicho, kiedy wreszcie usiadłam. Wokół nas byli dobrze ubrani ludzie z twarzami schowanymi za wielkimi płachtami gazet. Baba wyjął z torebki plastikowy nóż, wziął chleb w swoje wielkie dłonie i posmarował go serkiem, a potem położył jeszcze szynkę z indyka. Po chwili podłoga pełna była okruchów chleba, a blat stolika kleił się od czekolady. Anna starła mi czekoladę z policzka chusteczką, którą pośliniła. Skrzywiłam się tak, że musiałam pewnie przestraszyć nawet konduktora, który nagle wyrósł przed nami. Obejrzał nasze bilety wyciągnięte przez Babę z kamizelki.
– Tu jest pierwsza klasa, musicie przejść do drugiej.
Wyciągniętym palcem kilka razy pokazał nam przy tym kierunek.

(…)

Stary hotel nie podobał mi się, inaczej to wszystko sobie wyobrażałam i chciałam wrócić, lecz nie do bunkra, tylko do jednego z tych pięknych, porośniętych bluszczem domów przy Schlösslistraβe obok Inselspital.
Wilderswil – tak nazywała się miejscowość u podnóża gór w pobliżu Interlaken.
To miejsce było niezwykłe. Baba podał jakiemuś mężczyźnie karteczkę z adresem i wtedy poszliśmy za nim szeroką ulicą, która prowadziła między tradycyjnymi domami z drewna. Podeszła do nas jakaś kobieta, porozmawiała krótko z Babą i Anne, a potem weszliśmy do budynku, który był dawniej hotelem. Ściany wewnątrz były z ciemnego drewna, a w pomieszczeniu, w którym się znaleźliśmy, stało dużo stołów i krzeseł jak w restauracji. Cieszyłam się perspektywą wakacji, bo Baba powiedział, że to będą bardzo piękne wakacje. Za barem tłoczyli się mężczyźni ze Sri Lanki.
Świetlica – mówił napis na drzwiach, przeczytałam go głośno, nie rozumiejąc. Mój brat powtarzał to słowo przez cały dzień. Pokój z przytwierdzonym do sufitu telewizorem był duży, przed telewizorem siedziało kilkoro dzieci, oglądając Pinokia. Mój brat dosiadł się do nich i też zaczął oglądać. Nos Pinokia rósł i rósł przez całą klasę aż do ściany z tablicą. Brat chwycił się za nos. Ja poszłam za Anne i Babą schodami na pierwsze piętro. Długi, czerwony dywan ciągnął się przez korytarz, z lewej i prawej strony było mnóstwo drzwi z numerkami na tabliczkach. Zatrzymaliśmy się przed numerem dwadzieścia dwa. To było nasze drugie miejsce pobytu w Szwajcarii, zanim zostaliśmy odesłani do Neuenegg.