Zagraniczna krytyka doceniła młodego pisarza, który w powieści “Ucieczka z martwego życia” w unikalny sposób łączy smutek życia z nadzieją. Kreśląc historię szkolnego nauczyciela, który zrezygnował ze swoich marzeń, Benedictowi Wellsowi – cudownemu dziecku niemieckiej literatury – udaje się dotknąć pewnej psychologicznej prawdy o człowieku.


Ucieczka z martwego życiaNiespełna czterdziestoletni Brenner nie może zaliczyć swojego życia do udanych. Codzienność gimnazjalnego nauczyciela go przytłacza, sprawy sercowe zakrawają o katastrofę, a po niegdysiejszej karierze muzycznej pozostały jedynie wspomnienia. I wątpliwości, czy przed laty dokonał właściwych wyborów.

Wszystko się zmienia, kiedy w swojej klasie odkrywa niezwykle utalentowanego ucznia, geniusza gry na gitarze, który – przy odpowiednim poprowadzeniu – mógłby zrobić prawdziwą karierę. Przed Brennerem otwiera się możliwość powrotu do muzycznej pasji z młodości, budząc dawne tęsknoty.

Być może to ostatnia szansa na zrealizowanie niespełnionych marzeń. Jednak rozbudzone oczekiwania i nadzieje będą musiały się zmierzyć z nową, nieprzewidywalną rzeczywistością.

„Ucieczka z martwego życia” to głośna powieść Benedicta Wellsa, która zapoczątkowała błyskotliwą karierę pisarza nagrodzonego w 2016 roku Europejską Nagrodą Literacką. Twórczość niemieckiego autora przykuła uwagę europejskich krytyków psychologiczną i emocjonalną głębią, pozbawioną jednak naiwności, tak częstej u młodych pisarzy. Każda kolejna książka Wellsa spotykała się z niezwykle życzliwym i żywym odbiorem krytyki. Polscy czytelnicy po raz pierwszy mieli okazję poznać twórczość autora w 2017 roku wraz z wydaniem powieści „Koniec samotności”. Opinie o niej były jednoznaczne:

Benedict Wells jest objawieniem niemieckiej literatury, porównuje się go z Eleną Ferrante (z którą łączy go również nimb tajemniczości, bo pisarz nie rozmawia z dziennikarzami), nawet z Tomaszem Mannem. Ma 34 lata, a na koncie cztery powieści wydane w prestiżowym niemieckojęzycznym wydawnictwie Diogenes, wszystkie dobrze przyjęte przez krytyków.
wyborcza.pl

„Coś takiego zdarza się raz na kilkadziesiąt lat”. „Każda jego książka to arcydzieło, a każda kolejna jest lepsza od poprzedniej”. Podobnych zdań w artykułach o monachijczyku Benedikcie Wellsie jest wiele. Kiedy ukazała się jego pierwsza powieść, krytycy nie mogli wyjść z podziwu, że tak młody autor (Wells miał wówczas 23 lata) potrafi z taką precyzją i znajomością rzeczy opowiadać o ludzkim cierpieniu. Jednak kolejne powieści dowodzą jego nietuzinkowej wiedzy o życiu.
Książki. Magazyn do czytania

Benedict Wells urodził się w 1984 roku w Monachium. Po maturze w 2003 roku przeprowadził się do Berlina i poświęcił pisaniu. Na życie zarabiał różnymi pracami dorywczymi. Zadebiutował w 2008 roku powieścią „Ucieczka z martwego życia” (niem. „Becks letzter Sommer”), która doczekała się dobrze przyjętej ekranizacji filmowej. Jego powieść „Fast genial” (2011) znajdowała się przez kilka miesięcy na liście bestsellerów „Spiegla”. W 2016 roku został laureatem Europejskiej Nagrody Literackiej za powieść „Koniec samotności”, sprzedaną do 27 krajów. Mieszka w Berlinie.

Benedict Wells
Ucieczka z martwego życia
Przekład: Victor Grotowicz
Wydawnictwo Muza
Premiera: 11 kwietnia 2018
 
 

Ucieczka z martwego życia


On the Road to Raito

(Intro)

Kiedy Brenner zaparkował w Neapolu przed restauracją, miał za sobą osiem godzin jazdy i całe życie. Wysiadł i zauważył, że jego sztruksowa marynarka jest pognieciona. Wszelkie próby wygładzenia jej okazały się bezowocne.
Wszedł do lokalu. Usiadł przy stoliku w rogu, wziął do ręki menu i zaczął je przeglądać. Znów miał wątpliwości. Pożegnał się z Monachium, rzucił pracę, wymówił mieszkanie; teraz naprawdę pozostawił wszystko za sobą. Nie czuł się z tym dobrze. Jasne, był wreszcie wolny, ale jeżeli tak wyglądała wolność, o której wszyscy zawsze tyle mówili, to była zdecydowanie przereklamowana.
Brenner złożył kartę.
– Conto? – zawołał nieśmiało.
W rozmówkach niemiecko-włoskich napisano, że było to właściwe słowo, kiedy chciało się złożyć zamówienie. Czy też może kiedy prosiło się o rachunek? Nieważne, znudzony kelner albo właściciel tego zapyziałego lokaliku odłożył na bok gazetę i podniósł się. Miał na sobie jasnoczerwoną koszulę, jej podwinięte rękawy odsłaniały owłosione przedramiona.
– Che cosa desidera? Mangiare? – zapytał, nie patrząc na Brennera.
Desidera to pewnie znaczy „wybrać”, pomyślał Brenner. Dlaczego nie ma przy sobie słownika? Dlaczego nigdy nie ma przy sobie tego, co właśnie by mu się przydało?
Wskazał na kartę i zamówił spaghetti napoli, do tego herbatę. Kelner skinął głową i wyjął mu menu z ręki. Potem oddalił się i zawołał coś do starszej kobiety stojącej przy piecu w kuchni. Brenner rozejrzał się. Lokal był pusty, tylko czarny kot leżał zwinięty w kłębek na poduszce pod kontuarem. Na ścianie wisiały fotografie byłych piłkarzy AC Milan oraz kilka proporczyków. Z radia na bufecie dudnił słynny przebój z lat siedemdziesiątych. Na zewnątrz paru chłopców grało w piłkę.
Kelner wrócił i postawił Brennerowi przed nosem talerz z kupką makaronu pływającą w czerwonej brei, a obok kubek z gorącą kawą. Brenner zwrócił mu uwagę, że nie dostał herbaty. Wywiązała się krótka dyskusja. Kelner coś tłumaczył i wyglądało na to, że jest nieco wkurzony. Brenner nie rozumiał ni w ząb, jedynym znanym wyrazem, jaki udało mu się wyłowić, było słowo „familia”. Familia? O co tu chodzi? Na miłość boską, on, do cholery, chciał przecież tylko herbaty, dlaczego musiał wysłuchiwać tej całej perory?
W końcu kelner spojrzał na niego ze wstrętem, przyniósł mu drugą filiżankę kawy i ponownie zniknął za barem.
Dobra, pomyślał Brenner, niech będzie kawa.
Zaczął grzebać widelcem w potrawie. Makaron smakował, jakby przyrządzono go kilka dni temu, a potem przechowywano w kartonowym pudełku. Coś równie obrzydliwego jadł parę tygodni temu w Rumunii, kiedy podróżował po Europie Wschodniej. Ale Rumunia była biednym krajem. Dla tego żarcia tutaj nie istniało żadne usprawiedliwienie.
Brenner wstał i poszedł do toalety. W pomieszczeniu bez żadnej wentylacji było gorąco, śmierdziało kocią kuwetą, brzęczały muchy. Stanął nad umywalką. Wytarł z brody kroplę sosu pomidorowego i przyjrzał się uważnie swojemu odbiciu. Czy ten brodaty długowłosy mężczyzna to naprawdę on?
Próbował sobie przypomnieć, jak się to wszystko zaczęło. Jakim sposobem jego nauczycielskie życie rozpadło się kawałek po kawałku? Właściwie wszystko zaczęło się od Lary. Pomyślał o jej pełnej wyrazu delikatnej twarzy i o małym pieprzyku pod lewym uchem. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją na ulicy, obrzuciła go wyzwiskami. Nie do wiary, że od tego czasu minęło już siedem miesięcy.
Wszystko przemija tak szybko. Warto by zatrzymać czas, pomyślał. Po prostu położyć się na nim, przydusić, aż zabraknie mu tchu…
Aż zabraknie mu tchu? Czasowi? Brenner potrząsnął głową. Chyba mu odbiło. Nawet gdy był na samym dnie, przychodziły mu do głowy takie bzdury jak „przyduszony czas”.
Wrócił do sali i chciał zapłacić, ale zorientował się, że portfel zostawił w samochodzie. Zastanowił się chwilę.
A gdyby tak po prostu uciec przez okno w toalecie? Z kieszeni marynarki wygrzebał papierosa i wetknął go do ust. Nagle uświadomił sobie, że o ucieczce myśli całkiem poważnie. Spodobało mu się to. Nie zapłaci rachunku. Parsknął śmiechem i zapalił zapałkę. Nie, za takie jedzenie naprawdę nie miał zamiaru płacić.
Brenner przecisnął się przez wąskie okienko i rozejrzał za swoim samochodem. Czuł, jak wraca do niego życie. Jego małe przestępstwo odurzyło go nieco, dlatego pewnie nie zorientował się, że aby dotrzeć do auta, musi przejść obok lokalu, z którego właśnie uciekł.
Spojrzał w prawo i jego wzrok napotkał szeroko rozwarte oczy kelnera zaskoczonego widokiem gościa, który jeszcze nie zapłacił, a już spaceruje sobie po ulicy. Obaj potrzebowali sekundy, by ocenić sytuację. Kelner wybiegł z lokalu, krzyczał coś i machał rękami. Brenner natychmiast ruszył sprintem do samochodu, ale niespodziewanie zaczął się śmiać. To był jego stary problem: już jako dziecko chichotał głupkowato, kiedy ktoś gonił go podczas zabawy w berka albo szukał w trakcie gry w chowanego.
Po dwudziestu metrach odwrócił się. Kelner nie pobiegł za nim, stał przed restauracją.
– Cazzo! – krzyknął jeszcze i machnął zrezygnowany ręką.
Brenner usiadł za kierownicą audi i odpalił silnik. Rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie kelnerowi, który przeklinając pod nosem, wracał do swojej knajpki. Tylko spokojnie, pomyślał Brenner. Nacisnął sprzęgło, wrzucił pierwszy bieg i odjechał.

STRONA A

TRACK 1

Things Have Changed

Piosenka pierwsza: o litewskim cudownym uczniu, romantycznej nocy, która wcale nie była romantyczna, oraz o pierwszej strzelaninie

1

Był poniedziałek 22 lutego, koniec lat dziewięćdziesiątych tego roztrwonionego dziesięciolecia. Robert Brenner jak każdego ranka stał nagi przed lustrem w łazience. Ale przytyłeś, pomyślał. Według niego istniało tylko jedno wytłumaczenie: Bóg.
To po prostu Bóg nie chciał, żeby schudł.
Było też inne uzasadnienie: Brenner nienawidził ruchu, odżywiał się niezdrowo, a do tego nie należał do najmłodszych. Człowiek starzeje się po prostu zbyt szybko. Wystarczy chwila nieuwagi i nie jest się już młodym piosenkarzem, liderem zespołu, lecz trzydziestosiedmioletnim nauczycielem w monachijskim gimnazjum. Nie był to raczej życiorys, o jakim Brenner marzył.
Znów zerknął w lustro. Jezu, to po prostu straszne, jak można tak się utuczyć, nieustanne wciąganie brzucha nic tu nie zmieni. Sport, pomyślał. Musi uprawiać jakiś sport. Lekkoatletykę albo jogę. Tak, joga to jest to, czego mu potrzeba. Joga i zdrowe odżywianie. Brenner przyjrzał się sobie uważnie, zamyślił się i przybrał zdecydowany wyraz twarzy. Teraz naprawdę wyglądał trochę jak ten angielski gwiazdor Hollywoodu Colin Firth. A może to Irlandczyk? Nieważne. W każdym razie nie dało się nie dostrzec podobieństwa do tego anglojęzycznego aktora, o ile pominąć, rzecz jasna, owe dziesięć kilogramów nadwagi. Brenner pogłaskał się po brzuchu, po czym nacisnął go dłonią, tak że między kciukiem i palcem wskazującym utworzyła się fałda. Wiedział już od dawna, że katastrofa się zbliża. Kiedyś był szczupły, ale zawsze podejrzewał, że tkwi w nim również gruby Robert Brenner, który pcha się na światło dzienne. W ostatnich miesiącach mu się to udało, co było jednocześnie i straszne, i nieuniknione. Jak ostatnie płyty R.E.M.

Brenner wyszedł z domu ubrany jak zawsze w dżinsy, ciemną koszulę i czarną skórzaną kurtkę. Na ulicy tuż obok jego samochodu stała kobieta. Gestykulowała gwałtownie i coś wykrzykiwała. W pierwszej chwili podejrzewał, że to wariatka, ale potem zorientował się, że rozmawia przez telefon.
– Spierdalaj, gnoju, po prostu spierdalaj… Nie, teraz to ty mnie posłuchaj! To koniec, rozumiesz?! Mam tego dosyć, spadaj, palancie!
Brenner stał przed nią i słuchał. Na oko miała ze dwadzieścia pięć lat, najwyżej trzydziestkę. Była szczupła, jasnobrązowe włosy okalały delikatną, subtelną twarz. Tylko nos wydawał się nieco za duży. Na marginesie: ubrana była w spódnicę z second-handu oraz kolorową hipisowską bluzę i należała zapewne do grupy w rodzaju „Ratujmy świat”. Spontaniczna ocena: ładna, ale nie w jego typie, stwierdził Brenner w pierwszym odruchu.
– Spadaj, palancie! – wykrzyknęła ponownie. – Mam już ciebie serdecznie dosyć. W ogóle się nie zmieniłeś… Och… Nie, zapomnij. Później zabiorę rzeczy i cześć, a ty możesz sobie zamieszkać z tą swoją laską!
Rozłączyła się, przymknęła oczy i zaklęła cicho:
– Kurwa! – Dopiero teraz zauważyła Brennera, który z otwartymi ze zdumienia ustami stał tuż przed nią. – A pan to kto? Często pan tak podsłuchuje?
Miała na sobie czarny fartuch, na którym widniał czerwony napis „Macchiato”. Wyglądało na to, że pracuje w kawiarni, przed którą stała.
– Nie podsłuchiwałem – powiedział Brenner.
– Oczywiście, że pan podsłuchiwał.
Brenner zastanawiał się przez moment.
– No dobrze, podsłuchiwałem – przyznał. – Ale co z tego? W końcu robiła pani wszystko, żebym słyszał.
– Co?
– Jezu, stoi pani na środku ulicy i wrzeszczy na całe gardło: palant! laska! Miałem przejść obok, jakby nic się nie działo? Jeżeli chce pani zachować prywatność, to powinna pani rozmawiać przez telefon gdzie indziej. Prawdopodobnie chciała pani nawet, żeby to ktoś usłyszał. Tak podświadomie.
Kobieta zdumiona bezczelnością Brennera przymrużyła oczy i wysyczała:
– Posłuchaj pan, nędzny psychologu dla ubogich. Gdyby miał pan odrobinę przyzwoitości, to po prostu poszedłby pan dalej, jako że zorientowałby się pan, że nie jestem w najlepszym nastroju.
Brenner dopiero teraz zauważył, że kobieta z trudem powstrzymuje łzy.
– Przykro mi – powiedział w końcu. – Naprawdę jest mi przykro.
Wykrzywiła usta. Miała minę małej, przekornej dziewczynki.
– Tak, wszystkim jest przykro. Panu jest przykro, jemu jest przykro. – Wskazała na swoją komórkę, jakby tak bezlitośnie zwymyślany były chłopak mieszkał w niej jako mały duszek. – Niech pan zrobi coś dla mnie: następnym razem proszę trzymać język za zębami. A teraz muszę wracać do pracy.
Odwróciła się i weszła do kawiarni. Brenner widział przez szybę, jak rozmawia z jedną z koleżanek, która po chwili wzięła ją w ramiona. W sumie sympatyczna ta kobieta elf, pomyślał. Muszę kiedyś zajrzeć do tej kawiarni.

2

Pędził do szkoły, był już spóźniony. Z głośników w aucie płynęła Transmission Joy Division. Brenner zapalił papierosa i zwiększył głośność. Niebawem zatrzymał się na parkingu dla nauczycieli.
Idąc korytarzami Gimnazjum imienia Georga Büchnera, poczuł po raz kolejny, jak bardzo nienawidzi tego budynku. Tutaj uczył jego ojciec, tutaj on sam zrobił maturę, aby później, gdy nie spełniło się marzenie o karierze muzyka, wylądować właśnie w tej szkole jako nauczyciel. Znał tu wszystkie kąty, wszystkie odgłosy, wszystkie wrażenia i sytuacje. Chłopcy palący potajemnie papierosy w toalecie, chichrające się dziewczyny, parki całujące się na szkolnym podwórku, rozognione twarze, śmiechy, strach przed porażką, pohukujące głosy nauczycieli, wszystko to powtarzało się nieustannie, każdego cholernego dnia. Uczucia były zawsze takie same, zmieniali się tylko doświadczający ich ludzie.
Po dwóch lekcjach niemieckiego miał teraz muzykę z jedenastą B. Przedmiotu tego uczył na zmianę z Norbertem Berchtholdem, zakompleksionym czterdziestolatkiem, którego nienawidził z całej duszy. Ta powolność oraz nieprawdopodobne nudziarstwo w stylu Franka Elsnera[1], te przykrótkie dżinsy z Karstadtu marki Le Frog czy Barisal, te białe klapki Birkenstocka z białymi skarpetami w lecie. Norbert Pieprzony Berchthold.
Interesujące w nim było jedynie to, że miał kochankę o trzynaście lat starszą od siebie. Zmarszczki na twarzy Ingi były tak głębokie, jakby ktoś zrobił nacięcia nożem w glinie. Brenner nazywał ją ponurą Ingą, ponieważ nigdy się nie uśmiechała. Naburmuszona partnerka Berchtholda była bezrobotna i od czasu do czasu odwiedzała go po lekcjach. Wtedy zamykali się w pomieszczeniu na zapleczu pracowni muzycznej, zadymiali je papierosami i słuchali francuskich chansons albo Joego Cockera.
Brenner miał do kolegi pretensje z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, że ten stary ekolog pacyfista rzeczywiście położył się kilka lat temu na torach przed pociągiem z pojemnikami CASTOR[2]. Jakim trzeba być pomyleńcem, żeby zrobić coś takiego? A po drugie, była jeszcze ta filiżanka z fabryki Wernera, z której Berchthold pił każdego dnia kawę. Zboczenie. I z kimś takim człowiek musiał pracować przez pełne dwie dekady! Niestety, wszystko wskazywało na to, że Brenner nie miał raczej szans na wydostanie się z tej nauczycielskiej pułapki, pozostawało więc jedynie w jakiś wyrafinowany, pełen artyzmu sposób zamordować Berchtholda. Na przykład przez dodanie mu trucizny do kawy – wtedy wreszcie cała ta sprawa by się zwernerowała.
Brenner dotarł do pracowni muzycznej. Podeszła do niego Anna Lind z książką w ręku. Miała już prawie osiemnaście lat i była uosobieniem marzeń nauczyciela albo, jak niedawno szepnął mu kolega Ernst Mayer, „odjazdową dupą”. Nosiła długie blond włosy, niebieskie oczy lśniły, jakby za chwilę miała się rozpłakać, a z twarzy bił nieskazitelny chłód, raczej wystudiowany niż autentyczny.
– Dziękuję – powiedziała i oddała mu Zamach Harry’ego Mulischa.
Wypożyczyła tę książkę na spotkanie w kawiarence literackiej, jakie Brenner organizował co jakiś czas. Anna obdarowała go jeszcze krótkim uśmiechem i usiadła w ławce.
Brenner poprowadził luźną lekcję na temat słynnych utworów orkiestrowych. Niedługo przed przerwą poszedł skopiować kartkę z informacjami na temat Smetany. Kiedy wrócił do klasy, kilku rozchichotanych uczniów obrzucało właśnie kulkami z papieru Rauliego Kantasa, tego nowego z Litwy. Wczoraj, odjeżdżając spod szkoły, Brenner widział, jak chłopak płacze na parkingu. Teraz, ku jego zdumieniu, obrzucanie kulkami wydawało się w ogóle Rauliemu nie przeszkadzać. Ze słuchawkami na uszach bazgrał coś ze stoickim spokojem na niewielkim żółtym karteluszku. Kolejna papierowa kulka odbiła się od jego głowy.
– Przestańcie! – krzyknął Brenner. – Jezu, co się z wami dzieje? Zachowujecie się jak małe dzieci!