Na początku był Namsara – zrodzony z nieba i ducha – który wszędzie, gdzie się pojawił, przynosił miłość i śmiech. Lecz gdzie jest światło, tam musi być ciemność. Dlatego była też Iskari – zrodzona z krwi i blasku księżyca. Niszczycielka. Przynosząca śmierć.


Ostatni namsaraOto legendy, na których wychowała się Asha, córka króla Firgaardu. Opowiadano je szeptem, a ona słuchała z zapartym tchem, zafascynowana zakazanymi bohaterami z przeszłości.

Jednak dopiero kiedy sama stała się najbardziej zaciekłym, budzącym postrach pogromcą smoków, przyjęła rolę następnej iskari – samotny los, który sprawił, że Asha czuła się jak broń w cudzych rękach, a nie dziewczyna.

Asha walczy ze smokami i przynosi ich głowy królowi, lecz żadne z tych trofeów nie jest w stanie jej uwolnić od więzów obowiązku: ślubu z okrutnym komendantem, człowiekiem, który zna prawdę o jej naturze.

Gdy Asha dostaje szansę uwolnienia się w zamian za zabicie najpotężniejszego smoka w Firgaardzie, odkrywa, że stare opowieści mają w sobie więcej prawdy, niż mogła się spodziewać. Z pomocą przyjaciela – niewolnika służącego jej narzeczonemu – Asha musi zrzucić z siebie pancerz iskari i otworzyć serce na miłość, światło i prawdę, którą przed nią zawsze ukrywano.

***

Stare historie działały na smoki tak jak klejnoty na ludzi. Żaden smok nie potrafił się im oprzeć.
Jednak opowieści nie tylko je zwabiały. Zwiększały też ich moc.
Po dziesięciodniowym pościgu za smokiem przez skaliste równiny jej niewolnym łowcom brakowało już pożywienia. Stanęła przed wyborem: wracać do miasta bez smoka albo złamać zakaz ojca dotyczący dawnych opowieści.
Jeszcze nigdy nie wróciła z łowów bez zdobyczy i nie zamierzała tego zmieniać. W końcu była iskari i miała zadanie do wykonania.
Opowiedziała więc historię.

Istnieją historie zbyt niebezpieczne, by je opowiadać.

Kristen Ciccarelli jest jednym z najlepiej sprzedających się na świecie autorów fantasy. Przed napisaniem książek o śmiercionośnych smokach, niegodziwych dziewczynach i wrogach, którzy ratują się nawzajem, zarabiała na życie jako rzemieślnik, niezależny księgarz i artysta ceramiczny. Jej pierwsza powieść, “The Last Namsara”, została uznana za jedną z najlepszych książek dla nastolatków przez kanadyjski serwis Indigo w 2017 roku, została też przetłumaczona na 11 języków.

Kristen Ciccarelli
Ostatni Namsara
Przekład: Dorota Dziewońska
seria Iskar, tom 1
Premiera: 9 maja 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Ostatni namsara


1


Asha wabiła smoka opowieścią.
Była to pradawna opowieść, starsza niż góry za jej plecami, czekająca w uśpieniu, aż zostanie wydobyta. Asha nienawidziła tego robić. Opowiadanie takich historii było zakazane, niebezpieczne, i to śmiertelnie. Jednak po dziesięciodniowym pościgu za smokiem przez skaliste równiny jej niewolnym łowcom brakowało już pożywienia. Stanęła przed wyborem: wracać do miasta bez smoka albo złamać zakaz ojca dotyczący dawnych opowieści.
Jeszcze nigdy nie wróciła z łowów bez zdobyczy i nie zamierzała tego zmieniać. W końcu była iskari i miała zadanie do wykonania.
Opowiadała więc historię.
W tajemnicy.
Kiedy jej łowcy myśleli, że ostrzy topór.
Smok przybył. Jak przystało na podstępnego stwora wyłonił się z ledwie widocznej szczeliny. Z jego ciała osypywał się czerwonozłoty piasek, połyskując jak woda i odsłaniając szare łuski barwy skał. Trzy razy większy od konia, wyprężył się nad Ashą, uderzając rozdwojonym ogonem w ziemię, i wbił wzrok wąskich ślepi w tę, która go przywołała. Dziewczynę, która zwabiła go tu za pomocą opowieści. Asha zagwizdała do niewolnych łowców, by osłonili się tarczami, po czym ręką dała znak łucznikom. Ten smok spędził noc zagrzebany w zimnym pustynnym piachu i temperatura jego ciała była jeszcze za niska, by mógł wzlecieć.
Znalazł się w pułapce. A smok w pułapce walczy zażarcie.
Lewa dłoń Ashy zacisnęła się na uchwycie podłużnej tarczy, a prawa sięgnęła do topora umocowanego u jej boku. Źdźbła ostnicy chrzęściły wokół jej kolan, gdy smok krążył, czekając na chwilę nieuwagi z jej strony.
To był jego pierwszy błąd. Asha nigdy nie traciła czujności.
Drugim błędem było poczęstowanie jej wiązką płomieni.
Asha bała się ognia, odkąd sam Pierwszy Smok pozostawił na jej ciele szpetne zbliznowacenia. Teraz od stóp do głów była osłonięta ognioodporną zbroją wykonaną ze skór wszystkich smoków, które do tej pory zabiła. Wygarbowana skóra ciasno przymocowana pasami do ciała oraz ulubiony hełm – z czarnymi rogami jak u smoka – skutecznie chroniły ją przed smoczym ogniem.
Nie opuściła tarczy, póki płomień nie ustał.
Smok zużył już swoje tchnienie. Asha odrzuciła tarczę. Musiało minąć sto uderzeń serca, by odnowił się kwas w jego płucach, który pozwalał mu ziać ogniem. Trzeba było go zabić, nim to się stanie.
Wyciągnęła topór. Wygięte ostrze zalśniło w słońcu poranka. Pokryte bliznami palce wyczuły gładki drewniany trzonek, który wygodnie układał się w dłoni.
Smok syknął.
Asha zmrużyła oczy. Czas z tobą skończyć.
Nim wykonał ruch naprzód, wycelowała i rzuciła – prosto w jego serce. Topór wbił się w ciało. Smok ryknął. Miotał się i tłukł ogonem, gdy jego krew ciekła po piasku. Zgrzytając zębami, ze złością wpatrywał się w Ashę.
Ktoś podszedł z boku, co ją zdekoncentrowało. Zauważyła swoją kuzynkę, Szafirę, która rzuciła ostrą halabardę w piach. Szafira wbiła wzrok w miotającego się i ryczącego smoka. Jej ciemne włosy przystrzyżone były równo z podbródkiem, co podkreślało wystające skośne kości policzkowe i uwidaczniało siniaka na brodzie.
– Kazałam ci zostać za tarczami – burknęła Asha. – Gdzie masz hełm?
– Nic w nim nie widziałam. Zostawiłam go u łowców. – Była odziana w strój łowiecki z wyprawionych skór, w pośpiechu wykonany przez Ashę, i ognioodporne rękawice, które Asha ściągnęła z własnych dłoni. Nie było czasu na zrobienie drugiej pary.
Smok wlókł się po piachu, głośno szurając łuskami. Dyszał chrapliwie i nie spuszczał z Ashy wzroku.
Asha sięgnęła po halabardę. Ile czasu minęło od ostatniego zionięcia ogniem? Straciła rachubę.
– Wracaj, Szaf. Za tarcze!
Szafira nie poruszyła się. Wpatrywała się w zdychającego smoka niczym urzeczona, gdy jego serce biło coraz wolniej.
Bum-bum.
Bum… bum.

Szuranie ustało.
Smok odrzucił w tył łeb i zawył, z nienawiścią patrząc na iskari. Nim jego serce zamarło, z paszczy wystrzeliły płomienie.
Asha zasłoniła sobą kuzynkę.
– Padnij!
Ręka bez rękawiczki pozostała wyciągnięta. Niezabezpieczona. Ogień ogarnął jej palce i wnętrze dłoni. Asha z trudem zdusiła krzyk, gdy przeszył ją gwałtowny ból.
Kiedy płomień zgasł i smok padł martwy, obróciła się. Zobaczyła Szafirę na kolanach na piachu, osłoniętą przed płomieniami.
Asha dyszała ciężko.
Kuzynka wpatrywała się w jej dłoń.
– Asho, jesteś poparzona.
Asha ściągnęła hełm i uniosła rękę do twarzy. Na zwęglonej skórze pojawiły się pęcherze. Czuła piekący, ostry ból.
Ogarnął ją strach. Od ośmiu lat nie poparzył jej żaden smok.
Spojrzała na niewolnych łowców, którzy już opuścili tarcze. Nie mieli skórzanych zbroi, tylko żelazo – żelazo w grotach strzał, halabardach i włóczniach, żelazo w obręczach na szyjach. Wszyscy wpatrzeni byli w smoka. Nie zauważyli, że iskari została ranna.
Dobrze. Im mniej świadków, tym lepiej.
– Smoczy ogień jest trujący, Asho. Musisz to opatrzyć.
Skinęła głową. Tyle że nie miała nic, czym można leczyć oparzenia. Nigdy wcześniej tego nie potrzebowała.
Dla zachowania pozorów ruszyła w stronę swoich juków. Szafira za jej plecami powiedziała cicho:
– Myślałam, że już nie zioną ogniem.
Asha zamarła.
Nie zioną ogniem bez opowieści, pomyślała.
Szafira poderwała się i otrzepała z piachu. Unikając wzroku Ashy, zapytała:
– Dlaczego teraz zaczęły?
Asha pożałowała, że zabrała ją ze sobą.
Gdyby jej jednak nie zabrała, pewnie nie skończyłoby się na siniaku na brodzie, tylko dużo gorzej.
Dwa dni przed wyruszeniem na tę wyprawę zastała Szafirę w jej sypialni, zapędzoną w kąt przez żołnierzy. Jak się tam dostali, nie mając klucza? Mogła się tylko domyślać.
Gdy Asha weszła, wystraszyli się i rozpierzchli. Co jednak mogło się stać następnym razem? Asha miała zamiar polować wiele dni, a jej brat, Dax, wciąż przebywał na krzewowiskach, gdzie wraz z Jarkiem, komendantem, negocjował warunki pokoju. Nie miał kto pilnować ich skralokrwistej kuzynki podczas ich nieobecności. Zabrała ją więc ze sobą. Bo jeśli było coś gorszego od powrotu z pustymi rękami, to jedynie powrót do domu, w którym Szafira znowu przebywałaby w sali chorych.
Milczenie Ashy w najmniejszym stopniu nie zbiło jej kuzynki z tropu.
– Pamiętasz czasy, kiedy wyruszałaś przed świtem, a przed kolacją przynosiłaś upolowanego smoka? Co się zmieniło od tamtej pory?
Ból poparzonej skóry wywoływał zawroty głowy. Asha z trudem zbierała myśli.
– Może to było zbyt łatwe – odparła i zagwizdała na łowców, dając im znak, by rozpoczęli patroszenie. – Może wolę wyzwania.
Prawda była taka, że liczba smoków stale malała i coraz trudniej było przynosić ojcu ich głowy. Dlatego zaczęła potajemnie opowiadać stare historie. Działały one na smoki tak jak klejnoty na ludzi. Żaden smok nie potrafił się im oprzeć.
Jednak opowieści nie tylko je zwabiały. Zwiększały też ich moc.
Stąd ten ogień.
Wyglądało to tak: tam gdzie opowiadano na głos stare historie, tam były smoki, a gdzie były smoki, tam były zniszczenia, zdrada i ogień. Zwłaszcza ogień. Asha wiedziała to lepiej niż ktokolwiek inny. Dowód tego miała na własnej twarzy.
Szafira westchnęła zrezygnowana.
– Zajmij się tym oparzeniem – powiedziała. Pozostawiła swoją halabardę wbitą w piasek i ruszyła w stronę smoczego truchła. Podczas gdy niewolnicy zbliżali się do smoka, Szafira okrążyła go i dokładnie obejrzała. Przykurzone szare łuski były nienaruszone, żadna z nich nie pękła ani się nie nadłamała.
Korzystając z nieobecności Szafiry, Asha spróbowała poruszyć poparzonymi palcami. Ostry ból sprawił, że mocno zacisnęła zęby. Równiny dookoła rozpływały się jej przed oczami, tworząc rozmazaną smugę czerwonego piasku, bladożółtej trawy i szarych skał. Znajdowali się w miejscu granicznym. Nie całkiem na płaskiej pustyni ciągnącej się na zachodzie i jeszcze nie w ciemnych urwistych górach widocznych na wschodzie.
– Co za okaz! – krzyknęła Szafira.
Asha usiłowała skupić wzrok na kuzynce, która zaczynała się rozmazywać jak wszystko inne. Potrząsnęła głową. Gdy to nie pomogło, wsparła się na halabardzie Szafiry.
– Twój ojciec będzie zadowolony. – Głos Szafiry brzmiał nisko, jakby coś go tłumiło.
Gdyby mój ojciec znał prawdę…, pomyślała Asha z goryczą.
Żeby chociaż ten krajobraz przestał wirować! Mocniej ścisnęła halabardę, próbując skoncentrować się na kuzynce.
Szafira krążyła między niewolnikami. Ich noże połyskiwały. Asha słyszała, jak Szafira chwyta za trzonek topora. Słyszała, jak dziewczyna opiera but o łuski smoczej skóry. Słyszała nawet, jak wyciąga ostrze z cielska gada i jak na piasek wylewa się krew, gęsta i lepka.
Nie widziała jej jednak. Już nie.
Wszystko stało się rozmazaną białą plamą.
– Asha…? Nic ci nie jest?
Asha przyłożyła czoło do płaskiego stalowego ostrza halabardy. Palce zdrowej dłoni owinęły się niczym szpony wokół żelaznego trzonka, gdy usiłowała zachować równowagę.
Szkoda że miałam tak mało czasu.
Słyszała delikatne muśnięcia stóp na piasku.
– Asha, co się dzieje?
Grunt pod nogami się osuwał, czuła, że jej ciało się przechyla. Nie namyślając się długo, wyciągnęła ręce do skralokrwistej kuzynki. Tej, która zgodnie z prawem nie mogła jej dotykać.
Szafira zaczerpnęła tchu i cofnęła się poza zasięg ramion Ashy. Asha próbowała odzyskać równowagę. Nie udało jej się i upadła na piach.
Nawet wtedy, gdy wzrok Szafiry podążył ku niewolnym łowcom – Asha wiedziała, że dziewczyna nie obawia się jej, lecz ich – to zabolało. To zawsze bolało.
Niewolnicy gadali między sobą. Jej kuzynka wiedziała to najlepiej. Plotkujący niewolnicy zdradzili rodziców Szafiry.
A w tym momencie obie znajdowały się pod obstrzałem obcych spojrzeń. Spojrzeń niewolników, którzy wiedzieli, że Szafirze nie wolno dotykać Ashy, nie wolno jej nawet patrzeć Ashy w oczy. Bo w żyłach Szafiry płynie krew skralów.
– Asha…
Nagle świat wrócił na swoje miejsce. Asha zamrugała. Pod kolanami czuła piasek. W oddali widniał horyzont: czerwonozłota plama, a nad nią turkusowe niebo. Zobaczyła też przed sobą zabitego smoka: wyraźnie zarysowanego, szarego, martwego.
Szafira kucnęła przy niej. Za blisko.
– Nie – powiedziała Asha ostrzejszym tonem, niżby chciała. – Nic mi nie jest.
Gdy się podnosiła, ból w dłoni znowu się odezwał. Niemożliwe, żeby trucizna tak szybko się rozeszła. To na pewno tylko odwodnienie. Uznała, że potrzebuje jedynie wody.
– Nawet nie powinno cię tu być – odezwała się Szafira zza jej pleców. W jej głosie słychać było niepokój. – Za siedem dni są twoje zaślubiny. Powinnaś się teraz do nich przygotowywać, a nie uciekać.
Asha ledwie trzymała się na nogach. Mimo piekącego bólu w dłoni i coraz mocniejszego słońca, poczuła zimny dreszcz.
– Przed niczym nie uciekam! – odkrzyknęła, patrząc prosto przed siebie na zielone pasmo w oddali. Ryft. Tam czuła się wolna.
Zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosami ostrzenia noży przez niewolników. Powoli Szafira podeszła do niej od tyłu.
– Podobno smocze serca są ostatnio w modzie. – Asha usłyszała lekkie rozbawienie w głosie dziewczyny. – Zwłaszcza jako prezenty ślubne.
Skrzywiła się na tę myśl. Kucnęła przy swoim worku łowieckim, zrobionym z twardej smoczej skóry. Sięgnęła do środka i wyjęła skórzany bukłak. Szafira stała nad nią.
– Czerwony księżyc zniknie za siedem dni, Asho. Myślałaś w ogóle o swoim prezencie ślubnym?
Asha podniosła się i chciała warknąć ostrzegawczo na kuzynkę, lecz świat znów zawirował. Utrzymała go w ryzach jedynie siłą woli.
Oczywiście, że o tym myślała. Zawsze, gdy spoglądała na ten okropny księżyc – z każdym dniem lśniący jaśniej – myślała o tym wszystkim: o prezencie, zaślubinach i człowieku, którego niebawem przyjdzie jej nazywać mężem.
To słowo twardniało wewnątrz niej niczym kamień. Pod jego wpływem wszystko stawało się wyraźniejsze.
– No co ty – powiedziała Szafira, uśmiechając się lekko i omiatając wzrokiem szczyty gór. – Ociekające krwią, świeżo wyprute serce smoka? To idealny prezent dla kogoś, kto sam jest pozbawiony serca.
Asha pokręciła głową. Jednak uśmiech Szafiry był zaraźliwy.
– Musisz być tak obrzydliwa?
W tym momencie ponad ramieniem Szafiry w oddali zafalowała chmura czerwonozłotego piasku zbliżająca się od strony miasta.
Pierwszą myślą Ashy było: Burza piaskowa. Już miała wydać odpowiedni rozkaz, gdy uświadomiła sobie, że przecież nie znajdują się na otwartej pustyni, lecz w pobliżu skalistych równin. Spojrzała uważniej i zobaczyła dwa konie jadące w kierunku grupy łowców. Jeden był bez jeźdźca, na drugim siedział mężczyzna w wełnianej opończy oprószonej czerwonym piaskiem, która podskakiwała w rytm ruchów wierzchowca. Na jego szyi lśniła w słońcu złota obręcz świadcząca o tym, że jest jednym z pałacowych niewolników.
Nim się zbliżył, Asha ukryła poparzoną dłoń za plecami.
Piach opadł, niewolnik zatrzymał konia. Jego siwiejące włosy zroszone były potem. Zmrużył oczy, oślepiony blaskiem słońca.
– Iskari – powiedział zdyszany. Spojrzał na grzywę swojego rumaka, pokornie unikając wzroku Ashy. – Ojciec chce się z wami widzieć.
Asha za plecami chwyciła zdrową ręką za nadgarstek chorej.
– W samą porę. Dziś wieczorem dostarczę mu łeb smoka.
Niewolnik pokręcił głową, nie spuszczając oczu ze swojego konia.
– Macie natychmiast wracać do domu, pani.
Asha zmarszczyła czoło. Smoczy król nigdy nie przeszkadzał jej w polowaniu.
Spojrzała na wierzchowca bez jeźdźca. To była Oleander, jej klacz. Brunatna sierść lśniła od potu, białą gwiazdę na czole pokrywała smuga czerwonego piasku. Wyczuwając swego jeźdźca, Oleander niecierpliwie potrząsała łbem.
– Ja mogę to dokończyć – odezwała się Szafira. Asha obróciła się w jej stronę. Szafira nie ośmieliła się spojrzeć jej w oczy. Nie w obecności królewskiego niewolnika. – Spotkamy się w domu. – Dziewczyna odplątała skórzane pasy z pożyczonych rękawic. – Nie powinnaś była mi ich dawać. – Zsunęła je z dłoni i podała Ashy. – Jedź.
Nie zważając na ból pokrytej pęcherzami skóry, Asha wciągnęła rękawice, żeby niewolnik jej ojca nie zauważył oparzeń. Odwróciwszy się od Szafiry, chwyciła wodze Oleander i wskoczyła na siodło.