James Aldred, profesjonalny wspinacz na drzewa, operator filmów przyrodniczych i poszukiwacz przygód, w swojej książce pokazuje dziki i mało znany świat znajdujący się nad naszymi głowami.


Drzewa oczarowywały go od czasu, gdy po raz pierwszy wszedł do czaszy dębu w New Forest. Od tej pierwszej przygody James Aldred odbył wiele podróży po świecie, wchodząc na najwyższe, stumetrowe drzewa świata. Aldred współpracował między innymi z najbardziej znanym prezenterem filmów przyrodniczych, sir Davidem Attenborough, pracował także dla BBC i National Geographic, filmując i transportując sprzęt na szczyty drzew, w najdziwniejszych lasach na świecie. W książce “Człowiek, który wspina się na drzewa” autor dzieli się z czytelnikami kilkoma wspomnieniami z tych podniebnych wypraw.

Aldred instalując sprzęt niezbędny do kręcenia filmów przyrodniczych o życiu nad powierzchnią ziemi musi wspiąć się na olbrzymy nieraz liczące po kilkadziesiąt metrów. “To tu, w koronach drzew, trzydzieści lub więcej metrów nad ziemią, kryje się prawdziwe bogactwo lasu”. – pisze autor, opowiadając o magicznych momentach przeżytych wysoko ponad powierzchnią ziemi, w świecie, który jest niezależnym ekosystemem, dzikim, złożonym i ciągle jeszcze nieodkrytym.

Ale nie tylko dzika przyroda jest bohaterem opowieści Aldreda. Są tu i niesamowici ludzie, mieszkańcy terenów, po których podróżował autor – choćby zbieracze orzechów brazylijskich, którzy codziennie przenoszą czterdziestokilogramowe ładunki z głębi lasu do punktów odbioru czy plemiona wojowników Korowai w Papui, które czczą drzewa jako centralny element ich kultury i posiadają niezwykłe umiejętności w naturalnej wspinaczce.

Autor spędził na wyprawach do lasów całego świata blisko jedną czwartą z ostatnich trzydziestu lat: “Któregoś dnia próbowałem policzyć, ile wypraw w lasy deszczowe odbyłem od roku 1998. Straciłem rachubę przy siedemdziesięciu sześciu, trwających od dwóch tygodni do trzech miesięcy. Daje to w sumie mniej więcej osiem lat”. Wyjątkowe drzewa, które eksporował Aldred i które opisuje w książce to między innymi stupięćdziesięcioletni dąb Goliat w New Forest w Anglii; figowiec-dusiciel i dipterokarpus na Borneo; drzewo figowe w Kongo; drzewo życia w Kostaryce; orzesznica brazylijska w Peru; eukaliptus królewski w Australii; ozouga o drewnie twardszym niż stal w Gabonie; kayu besi – żelazne drzewo w Papui; puchowiec w Wenezueli czy cedr atlaski w Maroku.

Aldred miał okazję wdrapywać się na najwyższe drzewa rosnące w tej chwili na kuli ziemskiej. “Eukaliptus królewski, nazywany przez miejscowych górskim jesionem (Naturalnie występujący na Tasmanii oraz w południowo-wschodniej Australii. – przyp.red.), jest drugim co do wysokości gatunkiem drzew na świecie i ustępuje pod tym względem jedynie kalifornijskim sekwojom. Najwyższym eukaliptusem królewskim, jaki odkryto dotychczas, jest mierzący 99,82 metra żywy drapacz chmur o imieniu Centurion, rosnący na Tasmanii. Po piętach depcze mu daglezja zielona z Oregonu (kolejne drzewo iglaste, podobnie jak sekwoje)” – to tylko kilka z niesamowitych istot żywych z opowieści Aldreda.

to książka o naturalnym i w dużej mierze niewidzialnym świecie nad naszymi głowami, pełna informacji, pięknie napisana i absolutnie fascynująca

Aldred pokazuje, jak trudny jest niejednokrotnie proces dostania się na szczyty ogromnych drzew, wymagający np. perfekcyjnego opanowania umiejętności strzelania z kuszy czy znajomości zaawansowanych technik wspinaczki wysokogórskiej. A jakby tego było mało, na wysokościach czekają na śmiałka-wspinacza niespodzianki i niebezpieczeństwa, jak na przykład ataki harpii wielkiej, drapieżnika o rozpiętości skrzydeł dwa metry: “Harpia przyjęła pozę do ataku, z potężnymi skrzydłami rozpostartymi niczym peleryna, gotowa rzucić się na wspinacza z pięściami pełnymi ostrych szponów. Nazwa pasowała do niej jak ulał; wyglądała jak jakieś demoniczne stworzenie z mitów i legend” – pisze Aldred.

“Człowiek, który wspina się na drzewa” to książka o naturalnym i w dużej mierze niewidzialnym świecie nad naszymi głowami, pełna informacji, pięknie napisana i absolutnie fascynująca. Aldred mając możliwość obserwacji świata przyrody z miejsc niedostępnych przeciętnym ludziom, pokazuje, jak wiele z jej piękna umyka naszej obserwacji i jak wiele nieodkrytych jeszcze skarbów zawiera.

James Aldred zwraca również uwagę na zagrożenia, jakie czyhają na wielkie drzewa, lasy deszczowe i dzikie ostępy mało do tej pory eksplorowane przez człowieka, czego przykładem są zmiany klimatyczne zabójcze dla lasów cedrowych w Maroku czy masakra tropikalnych lasów liściastych przez legalnych i nielegalnych drwali, pracujących dla międzynarodowych koncernów.
Aldred kończy nutą nadziei, że szansą dla natury jest wzrastająca świadomość potrzeby ochrony naturalnych drzew i lasów. Robert Wiśniewski

James Aldred, Człowiek, który wspina się na drzewa, Przekład: Norbert Radomski, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 17 kwietnia 2018
 
 

James Aldred
Człowiek, który wspina się na drzewa
Przekład: Norbert Radomski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 17 kwietnia 2018
 

Prolog

Początki

1988


Bagno wessało mój lewy but, przez co straciłem równowagę. Momentalnie poczułem, jak błotnista zupa sączy się do środka przez dziurki od sznurowadeł. Wypatrzyłem przed sobą zwartą kępę trawy i rzuciłem się na nią. Sięgając w górę, by uchwycić zwisającą gałąź, uwolniłem nogę, podciągnąłem się i wyczołgałem na stabilny grunt. Byłem w lesie. Zalegające ziemię zeschłe liście lepiły się do czarnej błotnistej mazi na moich nogach.
Zdradliwe mokradła są prawdziwą specjalnością New Forest. Wcześniej tego dnia postawiłem stopę na pozornie solidnym gruncie tylko po to, by poczuć, jak ustępuje pod naciskiem i buja się niczym wątły kadłub gumowego pontonu. Jeśli rozerwie się kożuch mchu i zielska na powierzchni torfowiska, można pogrążyć się po szyję w ciągu paru sekund. Widziałem już mnóstwo pozieleniałych zwierzęcych kości sterczących z tych grzęzawisk – ponure przypomnienie, by omijać je szerokim łukiem. Ale w wieku trzynastu lat wciąż uczyłem się czytać teren, a niecierpliwość niekiedy brała górę. Odetchnąłem głęboko i wytarłem ręce. Następnym razem chętnie poświęcę dodatkowe dziesięć minut na obejście bagna – to było pewne.
Wyciągnąłem mapę: Stinking Edge Wood. Zgadzało się. Kiedy usiadłem, by wyczyścić skarpetą błoto spomiędzy palców stopy, las rozbrzmiał echem odległych ciężkich łomotów i trzasku gałęzi. Tropiłem stadko danieli, ale te odgłosy były zbyt gwałtowne i silne, by mogły pochodzić od nich. Naciągnąwszy but z powrotem, ruszyłem wolno między drzewa. Ziemia zasłana była potężnymi martwymi gałęziami, które spadły ze zwartego piętra koron. Popołudniowe słońce sączyło się na otwartą przestrzeń między drzewami, a w powietrzu unosił się zwiewny woal pyłu.
Łomot przybrał na sile i usłyszałem ciche rżenie. Głuche bębnienie wstrząsnęło ziemią, a zaraz potem długi sznur kuców wypadł spomiędzy drzew w moją stronę. Tuzin klaczy z rozszerzonymi chrapami i rozwianymi długimi grzywami, w które wplątane były liście paproci.
Roztaczały wokół siebie aurę szaleńczego podniecenia, niebezpiecznej energii. Galopowały po zacieśniającej się spirali, a za nimi dostrzegłem dwa białe ogiery zataczające się w kotłowaninie zębów, kopyt i śliny. Wytrzeszczone oczy, szeroko rozdęte różowe chrapy, podwinięte wargi odsłaniające groźne zęby. Wierzgały, kopały i stawały dęba, by zadać sobie nawzajem potężne ciosy kopytami. Klacze nieomal krzyczały z przejęcia, przeciągle rżąc. Ziemia zatrzęsła się znowu i nagle sobie uświadomiłem, że choć jestem tak blisko, zwierzęta dotąd nie zdały sobie sprawy z mojej obecności. Powietrze było gęste od ich ostrej woni i poważnie groziło mi, że dostanę się w środek bójki, zostanę przewrócony i stratowany. Wpadłem w panikę, uświadamiając sobie, że mam tylko parę chwil na znalezienie jakiejś kryjówki.
Klacze znów biegły – okrążając dwa ogiery wariackim wirem i zbliżając się szybko. Nie miałem szans na ucieczkę. Cofając się o krok, poczułem za sobą pień drzewa. Wielki dąb, ale kuców było zbyt wiele, by mógł mi dać jakąkolwiek prawdziwą ochronę. Jego pierwsza gałąź była wysoko poza zasięgiem moich rąk. Zaczęły trząść mi się nogi, a serce waliło mi jak młotem. Desperacko wodząc dłońmi po szorstkiej korze, wymacałem sterczący z pnia stary żelazny kołek. Tkwił tam od tak dawna, że drzewo niemal go pochłonęło, wciąż jednak wystawał na tyle, by dało się go uchwycić. Nad nim znalazłem drugi, potem trzeci, czwarty i piąty – i nim się obejrzałem, leżałem płasko na brzuchu na szerokim konarze, patrząc w dół na muskularne grzbiety ogierów walczących półtora metra niżej. Dąb i ja tkwiliśmy w samym środku kłębiącej się masy rozszalałych kuców.
Pył i hałas wypełniały powietrze, a ja ściskałem z całych sił pobrużdżoną korę, czując zawroty głowy i łomotanie serca, gdy adrenalina krążyła mi w żyłach. Jeden z ogierów oderwał się i stado popędziło za nim między drzewa. Słuchałem cichnącego tętentu kopyt na suchej ziemi i ponownie odetchnąłem głęboko, wdzięczny za ratunek, który otrzymałem w samą porę. Do lasu powróciła cisza i kurz zaczął opadać.
Rozejrzałem się po gałęziach wokół siebie. Siedziałem na starym ogłowionym dębie. Żelazne kołki dowodziły, że ktoś, być może gajowy, strażnik leśny albo nawet kłusownik, używał go regularnie wiele lat temu. Być może służył jako punkt obserwacyjny albo jako kryjówka dużo wcześniej, zanim ja sam szukałem tu schronienia.
Szerokie poziome konary rozchodziły się na wszystkie strony, wyginając się w górę jak gigantyczne palce olbrzymiej, złożonej w miseczkę ręki. Zsunąłem się do środka tej opiekuńczej dłoni i czekałem, aż zwolni mi tętno. Po chwili małe stadko danieli, które śledziłem, wyłoniło się spomiędzy drzew, uważnie posuwając się przez zrytą kopytami ściółkę, by przejść pode mną śladem kuców. Były tam przez cały czas i z miejsca zrozumiałem, że żaden z nich, jak się zdawało, nie widział mnie ani nie wyczuwał mojego zapachu, kiedy kuliłem się w ramionach dębu tuż nad nimi.
Ulga, jaką odczułem, znalazłszy się wśród gałęzi tego drzewa, była natychmiastowa. Od razu wiedziałem, że nie zagraża mi dziki chaos w dole, a widok przechodzących spokojnie danieli wzmocnił jeszcze owo wrażenie azylu i oddalenia. Oprócz tego jednak czułem również pradawną więź z tym, kto wbił te żelazne kołki i siedział na tych samych gałęziach, co ja teraz, jak gdyby dzielący nas czas skurczył się do zera.
Od tamtej pory wiele razy odwiedzałem ów dąb na skraju Stinking Edge Wood. Te żelazne kołki dobitnie przypominają, że drzewa żyją w odmiennej skali czasowej niż my i że życie jednego drzewa może trwać dziesiątki ludzkich pokoleń. Wspinanie się na jego olbrzymie ramiona nieodmiennie przenosi mnie wstecz do tego pełnego wrażeń dnia w 1988 roku, gdy jako trzynastoletni chłopiec po raz pierwszy odkryłem, że drzewa są schronieniami oraz punktami obserwacyjnymi pozwalającymi spojrzeć na nasz świat z nowej perspektywy. Nawet teraz, niemal trzydzieści lat później, wciąż nie mogę się nadziwić, że ten dąb stał tam jakby specjalnie dla mnie. We właściwym miejscu i czasie, akurat kiedy potrzebowałem go najbardziej.

Wprowadzenie

Jak się tu znalazłem

Obudził mnie nagły podmuch powietrza, od którego mój hamak rozkołysał się lekko. Leżąc na boku, patrzyłem w sennym zdumieniu na wielkie ptaszysko o prehistorycznym wyglądzie, które właśnie wylądowało obok mnie. Znajdowaliśmy się sześćdziesiąt metrów ponad ziemią w koronie drzewa na Borneo, a ja nigdy wcześniej nie widziałem dzioborożca żałobnego z tak bliska. Nie zauważył mnie jeszcze i spokojnie przeczesywał sobie długim dziobem pióra na piersi. Potężny barwny hełm na jego głowie zawijał się w górę jak krzykliwy turecki pantofel – ogniste czerwienie i żółcie jarzyły się w bladym świetle świtu. Byłem urzeczony.
Kilka sekund później zamarł, po czym uniósł swój pterodaktyli łeb, świdrując mnie rubinowoczerwonym okiem, nim zerwał się z gałęzi w przestwór. Ogromne czarne skrzydła rozwinęły się, by unieść jego ciężar, i zniknął. W jednej chwili pochłonęła go gęsta poranna mgła.
Przewróciłem się na plecy i leżałem, wpatrując się w potężne konary w górze. To była długa noc. Pot z wczorajszej wspinaczki już dawno zasechł w lepką warstewkę pokrywającą całe moje ciało. Ubranie miałem wilgotne, ubrudzone ziemią i podarte, a po skórze chodziły mi gryzące mrówki. Na klatce piersiowej miałem piekącą wysypkę, licho wie od czego, a gdzieś koło północy zostałem dwukrotnie użądlony w twarz przez nocną osę. Ale było warto – bezwzględnie warto. Takie spotkanie z dzioborożcem wynagradzało wszystko. Znajdowałem się w wymarzonym świecie kłębiących się mgieł i baśniowych stworzeń. Nie chciałbym być nigdzie indziej.
Słońce nie wzeszło jeszcze i było mi zimno po raz pierwszy od czasu przybycia na Borneo – miła odmiana od zwykłej duchoty dżungli. Do świtu nie mogło być już daleko, ale na razie z przyjemnością leżałem na plecach i obserwowałem przepływające obok mnie pojedyncze kropelki wody. Kłębiły się w widocznych prądach powietrza, osiadając lśniącymi paciorkami na metalowych elementach sprzętu wspinaczkowego. Spałem w uprzęży, przypięty do liny – mojego jedynego bezpośredniego połączenia z innym, leżącym daleko w dole światem.

* * *

Wczorajsza wspinaczka była iście bojowym zadaniem. Na Borneo rośnie najwyższy tropikalny las deszczowy świata i wiele drzew mierzy dobrze ponad siedemdziesiąt pięć metrów, często bez żadnych gałęzi przez co najmniej czterdzieści pięć metrów od ziemi. Wysokie, proste kolumny drewna wspierające olbrzymie parasole gałęzi hen w górze. Samo zainstalowanie tam liny nierzadko graniczyło z cudem.
Doświadczenie nauczyło mnie, że moja proca jest w stanie wystrzelić dwustugramową rzutkę na wysokość pięćdziesięciu metrów. Jednak raz za razem rzutka spadała, nie dosięgnąwszy docelowej gałęzi, a cienka linka, którą ciągnęła za sobą, spływała w dół i splątywała się w poszyciu, zwiotczała i bezwładna. Gałąź była najwyraźniej znacznie wyżej, niż mi się wydawało. Zirytowany zamontowałem procę na czubku trzymetrowej tyczki i uwiesiwszy się całym ciężarem, naciągnąłem skrzypiącą gumę do samej ziemi. Mięśnie mi drżały, kiedy przykucnięty celowałem w gałąź wysoko nad sobą. Gdy puściłem, guma procy świsnęła jak bicz i zwinęła się w luźny kłąb. Spełniła swoje zadanie, pozwoliłem jej więc upaść na ziemię. Rzutka śmignęła w górę przez lukę w gęstym podszycie, przelatując nad docelową gałęzią z raptem kilkucentymetrowym zapasem. Potem zaczęła opadać, z linką gwiżdżącą przenikliwie, i z głuchym uderzeniem wylądowała w końcu w ściółce. Znowu zapadła cisza. Spod przymrużonych powiek popatrzyłem przez zaparowaną lornetkę, śledząc cienką linkę na tle jasnego tropikalnego nieba. To był udany strzał, nareszcie.
Za pomocą linki przeciągnąłem linę wspinaczkową nad wysoką gałęzią i z powrotem w dół na dno lasu, gdzie umocowałem ją solidnie do pnia sąsiedniego drzewa.
Początek wspinaczki na takiego olbrzyma jest zawsze powolny i mozolny. Większość energii pochłania elastyczność tak długiej liny. Tu było jej około stu dwudziestu metrów, tak więc huśtałem się chaotycznie w górę i w dół, gdy nylon rozciągał się i kurczył. Nie byłem w stanie uniknąć obijania się o potężne korzenie szkarpowe i dopiero dość sporo nad ziemią udało mi się w końcu zaprzeć obiema nogami o pień i przywrzeć do niego jak należy. Posuwałem się cal po calu w górę, używając dwóch przyrządów zaciskowych, tak zwanych „jumarów”, do podciągania się na cienkiej nylonowej linie. Kluczową sprawą we wspinaczce jest rytm i zawsze opłaca się zsynchronizować własne ruchy z naturalną sprężystością liny. Mimo wszystko jednak czekała mnie długa wspinaczka. Ramiona miałem już obolałe od zmagań przy instalowaniu liny, tak więc wypychałem się w górę na nogach, żeby dać odpocząć bicepsom.
Kolejnym wyzwaniem było przedarcie się przez splątany podszyt. Pnącza chwytały mnie niczym macki, a liście szorowały po mojej spoconej twarzy, nanosząc mi do oczu i uszu pył i glony. Ilość organicznych szczątków obecnych w tych dolnych piętrach lasu przechodzi ludzkie pojęcie. Dziesięciolecia nagromadzonego brudu, martwych gałęzi i gnijących roślin zwieszają się tu, zaplątane w sieć listowia, gotowe w każdej chwili obluzować się i spaść. Te pierwsze piętnaście metrów było obrzydliwą walką. Zbutwiałe szczątki sypały się miniaturowymi lawinami, przywierając do moich przepoconych ubrań, a każdy ruch liny obsypywał mnie delikatnym czarnym kompostem z góry. Ale nie było żadnej innej drogi; miałem tylko prostą kreskę liny nade mną. Nim wynurzyłem się na otwartą przestrzeń w górze, byłem cały oblepiony brudem.
Choć było późne popołudnie, uderzyła mnie pełna moc tropikalnego słońca, gdy tylko wystawiłem głowę ponad podszyt lasu. Przez następne 30 metrów nie było nic poza otwartą przestrzenią i monolitycznym pniem drzewa przede mną. Ten wolny od gałęzi region jest osobliwym pośrednim światem, gdzie wspinacz nie może zamknąć oczu na to, że dynda niepewnie na nylonowej nici wysoko nad ziemią. Koncentrując się na brązowej, łuszczącej się korze przed sobą, parłem wolno w stronę schronienia korony.
Dziesięć pięter nad ziemią byłem w połowie drogi, a pień wciąż miał półtora metra średnicy. Te olbrzymy z Borneo nie dają się porównać z żadnymi innymi drzewami na świecie. Okręciłem się, by podziwiać widok. Czekałem z tym, aż znajdę się wysoko ponad podszytem, w miejscu, które odda mu sprawiedliwość. Przez cały czas wspinaczki czułem jednak jego obecność za moimi plecami. Niemal namacalną, posępną czujność, jak gdyby tysiąc par ukrytych oczu świdrowało mnie z otaczającej dżungli.
Gdy się obróciłem, powitał mnie jeden z najbardziej zapierających dech obrazów, jakie kiedykolwiek widziałem. Dookoła rozpościerał się gęsty las deszczowy, opadając kaskadą po stromym stoku, by wtopić się w kuszący pejzaż olbrzymich drzew daleko w dole. Wiele kilometrów dalej, na horyzoncie, ponownie piął się w górę na pasmo wysokich, poszarpanych wzgórz. Bezkresny ocean niezbadanej, dziewiczej dżungli. Jakie nieznane cuda kryły się wśród tych drzew?
Wisiałem teraz w pełnym blasku słońca i czułem, jak pot strużką spływa mi po plecach między łopatkami. Powietrze było ciężkie od wilgoci, a w oddali dał się słyszeć grzmot. Nim uniosłem ręce, by znów podjąć wspinaczkę, moja koszulka była kompletnie mokra i kleiła się do ciała jak folia spożywcza. Parłem dalej, w cętkowany cień korony drzewa. Wkrótce dotarłem do swojej gałęzi sześćdziesiąt metrów nad ziemią i dysząc ciężko, kiedy przewieszałem się przez nią, zdjąłem dla ochłody kask.
Przez następne dwadzieścia minut rozwieszałem hamak między dwiema poziomymi gałęziami. Nim wturlałem się do niego, półżywy ze zmęczenia, w szybkim tempie zaczęło się ściemniać. Grzmoty, z początku odległe, dudniły coraz głośniej i częściej. Wkrótce niebo rozwarło się i słodki, obfity deszcz napełniał moje złożone w kubek dłonie, gdy zmywałem brud z twarzy. Woda miała metaliczny i cierpki posmak. Niemal elektryczny, tak była czysta i świeża. Deszcz trwał tylko jakieś pół godziny, ale zanim ustał, w hamaku razem ze mną chlupotało kilka centymetrów wody. Przeturlałem się więc na bok i przelałem ją lśniącą strugą przez skraj na dno lasu hen w dole. Jeszcze zanim zrobiło się ciemno, zapadłem w głęboki sen bez marzeń.
Jeśli nie liczyć incydentu z osami o północy, spałem dobrze. Mgła rzedła i wysoko w górze mogłem dostrzec pierwszy ślad błękitu. Zapowiadał się pogodny świt. Czułem się dekadencko, kiedy tak leżałem, nie mając nic do roboty poza czekaniem na to, aż niespiesznie nastanie nowy dzień. Ukryty w mglistym świecie przyłapałem się na tym, że zadaję sobie pytanie, dlaczego, spośród wszystkich miejsc, odczułem potrzebę spędzenia nocy właśnie na tym drzewie.
Z pewnością nie chodziło o wygodę. Spałem w uprzęży wspinaczkowej, a cały zapas żywności zjadłem wieki temu, więc teraz umierałem z głodu. Byłem też pokąsany i pożądlony przez tyle owadów, że czułem się jak jeden wielki worek histaminy. A jednak byłem szczęśliwy. W pełni pogodzony ze sobą i ze światem. Ale dlaczego? Co takiego było we wspinaniu się na drzewa, co tak mnie pociągało i wywoływało tak głęboki oddźwięk? I jak, u licha, udało mi się uczynić z tego swój zawód?
* * *

Przybyłem na Borneo, żeby szkolić naukowców we wspinaczce drzewnej, pokazując im techniki i ćwicząc procedury, aż będą mogli wspinać się bezpiecznie we własnym gronie. Mieli tam badać relacje między naszą planetą a jej atmosferą i prowadzić niezwykle cenną pracę przy pozyskiwaniu w lesie danych do walki ze zmianą klimatu. Ich badania były inspirujące i ważne.
Ale chociaż uczyłem ich z przyjemnością, tak naprawdę nie dlatego tam byłem. Nie potrzebowałem powodu, żeby wyprawić się tam i wspinać. Moje zamiłowanie do wspinaczki drzewnej było trudniejsze do zdefiniowania, zrodzone z czegoś, co poczułem po raz pierwszy, kiedy jako chłopiec wspiąłem się w koronę tamtego dębu w New Forest. Jest w drzewach coś, co mnie fascynuje i sprawia, że wciąż pragnę spędzać z nimi czas.
Pod wieloma względami ucieleśniają one dla mnie samą istotę natury. Zapewniając nam żywą więź z naszą planetą, w pewnym sensie przerzucając pomost między naszym własnym ulotnym życiem a światem wokół nas. Wspinając się na nie, czuję, jak gdyby odsłaniał się przede mną przechowany w zakamarkach pamięci świat przodków, i z jakiegoś powodu wprawia mnie to w dobre samopoczucie. Przypomina mi o moim miejscu w układzie rzeczy.
Przede wszystkim jednak moja radość płynie z głęboko zakorzenionego przekonania, że każde drzewo ma jedyną w swoim rodzaju osobowość, która przemawia do wspinacza, jeśli tylko ten ma ochotę słuchać. Czy to miękki, migotliwy blask korony buka wiosną, czy potężna, przepalona słońcem korona tropikalnego giganta, każde drzewo ma własny, niepowtarzalny charakter, i to właśnie owo uczucie uprzywilejowania, jakie daje poznanie ich nieco lepiej – fizyczny kontakt z nimi, choćby tylko przez krótką chwilę – każe mi wciąż wracać między ich gałęzie. Jako żywi ambasadorowie przeszłości zasługują moim zdaniem na nasz głęboki, nieustający szacunek i jestem gotów się założyć, że większość z nas doświadczyła emocjonalnej więzi z nimi w jakimś momencie życia.