Tarlabaşi, wielokulturowa dzielnica Stambułu, stała się dla Thomasa Orchowskiego symbolem i soczewką, w której skupiają się problemy współczesnej Turcji. Reporter w książce “Rzeź na Tarlabaşi” przybliża czytelnikowi zmiany zachodzące na przestrzeni lat w tym rozdartym między Europą a Azją kraju.


Rzeź na TarlabaşiDo dzielnicy Tarlabaşi polski reporter, jak pisze, trafił przez przypadek, wędrując po Stambule. “Tarlabaşı to wyspa w gwarnej, wielomilionowej metropolii. Odgrodzona niewidzialnym murem stereotypów staje się wizytówką Stambułu, który powoli znika. Melancholijnej twarzy Turcji, pełnej czarno-białych obrazków i kolorowych kamieniczek z powywieszanym praniem, zwisającym leniwie nad uliczkami” – pisze Orchowski.

Dzielnica, niegdyś kwitnąca multikulturowa społeczność, zamieszkana przez Greków, Ormian, Żydów i Lewantyńczyków, dzisiaj określana jest jako slums Stambułu, enklawa outsiderów – Kurdów, Romów, uchodźców z Syrii, której mieszkańcy stają się coraz bardziej niepożądani przez tureckie władze. To tu kiedyś mieszały się nacje i wyznania, kolory skóry i poglądy polityczne. Dzisiaj, w “Nowej Turcji”, ta mozaika odchodzi do przeszłości. Po latach czystek, nękania, wypędzeń i masowych eksterminacji nacji, dla których zabrakło miejsca w rządowej wizji kraju, Turcja zmierza ku homogeniczności, a instytucje państwowe wymazują przeszłość z pamięci masowej.


W zgiełku metropolii łatwiej zapomnieć o przeszłości. Ale i tu nie było łatwo pogodzić się z przeszłością. W szczególności gdy żyje się w ciągłym strachu.
 

Orchowski zaciekawiony kontrastami pomiędzy melancholią rozpadających się, kolorowych kamieniczek, niczym z powieści Orhana Pamuka, a nowoczesnością funkcjonujących tuż obok wielkich wieżowców i szerokich ulic pełnych samochodów, zanurzył się w historię Tarlabaşi. Jego reporterska książka to zapis wielu rozmów, nie tylko w Stambule, ale także w Ankarze i… Berlinie, które stały się punktem wyjścia do opowieści o współczesnej Turcji. Reporter skupił się na fragmentach rzeczywistości, mikrohistoriach oddających skomplikowane uwarunkowania historyczne i współczesne życia w dzisiejszej Turcji – “Nowej Turcji” budowanej przez konserwatywny rząd utworzony przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) i prezydenta Erdoğana.
Z opowieści ostatnich potomków Ormian, Żydów, Kurdów i Lewantyńczyków wyłania się obraz starego, spowitego melancholią kraju sprzed stu lat, i Turcji współczesnej, niepokojącej, autokratycznej, wrzącej podskórnym gniewem części społeczeństwa tęskniącego za liberalizmem czasów Republiki. Brzmią w tych rozmowach echa pokojowego współistnienia różnych nacji, a z drugiej strony rzezi, ludobójstw i terroryzmu; biedy i nędzy przybyszów z krańców imperium osmańskiego i względnego dobrobytu tureckich gastarbeiterów w Niemczech.


Turcji nie ma jednej, jest ich wiele. Przenikają się, krzyżują. I żyją ze sobą. Przez lata funkcjonowały jednak daleko od siebie. Dzisiaj znalazły się często w tych samych dzielnicach, na tych samych ulicach.
 

W Tarlabaşı widać, że istnieją dwa światy w Stambule i w kraju. Jeden to “biali Turcy”, wykształceni, pracujący w międzynarodowym lub państwowym biznesie, którzy nie mają pojęcia, że kilka ulic od głównych arterii miasta jest inny, obcy dla nich świat. Mieszkańcy Tarlabaşı należą do drugiego świata, “czarnych Turków”, stanowiących dziś większość. To, co dzieje się w bogatych dzielnicach Şişli lub Kadıköy, ich nie interesuje. Nie starają się nawet dowiedzieć, jak wygląda sąsiednia ulica, kto mieszka kilka kamienic dalej.

“W ten sposób od wielu lat koegzystują ze sobą dwie grupy Turków – Białych i Czarnych. Pierwsi, wywodzący się z wyższych sfer, kształtowali życie publiczne. Adwokaci, dziennikarze, lekarze tworzyli kraj takim, jakim chcieliby go widzieć Europejczycy. Stało za nimi wojsko, strażnik tureckiej laickości, laiklik, która tym się różniła od francuskiego odpowiednika, że była odgórna, narzucana przez oświecone elity. Stała też za nimi władza sądownicza, na którą składali się apologeci kemalistycznego systemu. Równolegle obok nich funkcjonowała milcząca większość zepchnięta na margines. Konserwatywni Czarni z prowincji nie mieli dostępu między innymi do wysokich stanowisk państwowych. Spaleni słońcem mieszkańcy Anatolii byli tylko tłem dla rządzących kemalistów” – pisze Thomas Orchowski.


Dubaizacja Stambułu postępuje. Bez poszanowania wielowiekowej historii politycy kreślą z rozmachem kształt miasta przyszłości. Architektonicznie wielkie dzisiaj i jutro – to priorytety.
 

Zabytkowa dzielnica Tarlabaşı, położona w bezpośrednim sąsiedztwie placu Taksim, powoli znika. Do niedawna słynęła ze sznurów kolorowego prania rozwieszonych gęsto między historycznymi kamienicami. Dziś zamiast nich są metalowe ogrodzenia, na bruk wyrzucane są całe rodziny, by w miejsce zamieszkiwanych przez nich osiedli wielkie holdingi budowlane mogły wznosić wieżowce. Pod koniec XIX w., gdy budowano tu pierwsze kamienice, nikomu przez myśl by nie przeszło, że w przyszłości dzielnicę będzie się określać mianem slumsów. Budynki, w większości czteropiętrowe, zachwycające zdobieniami zamieszkiwali przedstawiciele klasy średniej – Grecy, Ormianie i Żydzi. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy wprowadzony w 1942 roku podatek majątkowy dla niemuzułmanów spowodował liczne bankructwa, a pogromy mniejszości narodowych w 1955 roku i eskalacja turecko-greckiego konfliktu o Cypr w 1974 r. zmusiły rzesze ludności innej narodowości niż turecka, do sprzedaży za bezcen lub wręcz porzucenia domów i opuszczenia Turcji.

Tarlabaşı się zmienia, gentryfikacja jest brutalna. Stare budynki są równane z ziemią, na ich miejscu powstają nowe apartamentowce i biurowce, a starzy mieszkańcy eksmitowani do mieszkań na obrzeżach. Dotyczy to nie tylko Tarlabaşı, w Stambule w wielu rejonach odbywa się „rewitalizacja” miasta, pod pretekstem, że wiele starych budynków nie jest odpornych na trzęsienia ziemi i dlatego należy je wymienić na nowoczesne. Jednak w opinii mieszkańców prawdziwą przyczyną “rewitalizacji” jest dążenie rządu do dezintegracji starych społeczności, postrzeganych przez władze jako wrogie lub niepewne, i to jest prawdziwy powód drastycznej likwidacji całych dzielnic Stambułu. W mieście rośnie ubóstwo, ludzie wyrzucani ze swoich domów tracą także pracę, sąsiedztwo i więzi społeczne. Przenoszeni do bloków na dalekich obrzeżach miasta stają izolowanymi wyrzutkami.


Konflikt centrum–peryferia, funkcjonujący dotąd w skali całej Turcji, przeniósł się do Stambułu. Stworzył z tego miasta soczewkę społeczeństwa.
 

Orchowski poszukuje momentu, gdy rozpoczął się proces zmian politycznych i odejście od deklarowanych w początkach “Nowej Turcji” w 2002 roku demokratyzacji, otwarcia na Europę i liberalizacji. Według jego rozmówców – przedstawicieli liberalnej opozycji i ostatnich niezależnych dziennikarzy – sytuacja pogorszyła się w 2013 roku, po masowych protestach w stambulskim parku Gezi, przeciwko narastającemu islamizmowi w przestrzeni publicznej, coraz bardziej konserwatywnym rządom AKP i “dubaizacji” Stambułu. Eskalacja przemocy nastąpiła po nieudanym puczu wojskowym, przeprowadzonym nocą z 15 na 16 lipca 2016 roku przez grupę tureckich wojskowych. Jego następstwem były liczne aresztowania, zwolnienia z pracy i prześladowania osób podejrzanych o udział lub popieranie zamachu stanu. Autorytaryzm rządów prezydenta i islamizacja życia publicznego weszły wtedy w nową fazę.

Orchowski szuka, składa fragmenty mozaiki, próbuje odsłonić, co tak naprawdę się wydarzyło. Rozmawia, co w atmosferze rozszerzającego się w kraju strachu staje się coraz trudniejsze, próbuje ostrożnie prognozować, co będzie dalej. “(…) w Stambule znajdziemy się w sytuacji, w której wszyscy będą się bali jeden drugiego – bogaci będą się bać biednych i vice versa, to będzie koniec społecznego spokoju w mieście” – konstatuje jeden z rozmówców Orchowskiego. Nikodem Maraszkiewicz

Thomas Orchowski, Rzeź na Tarlabaşi, Opowieść o nowej Turcji, Wydawnictwo Agora, Premiera: 18 kwietnia 2018
 
 

Rzeź na Tarlabaşi

Thomas Orchowski
Rzeź na Tarlabaşi
Opowieść o nowej Turcji
Wydawnictwo Agora
Premiera: 18 kwietnia 2018
 

SPIS TREŚCI

I. Czołgi nad Bosforem
II. Była kiedyś, albo i nie była, a może jednak była kiedyś…
III. „Tato” znaczy „kąpiel”
IV. Turecki sen
V. Mamatürk
VI. Prezydent
VII. Jest, albo i nie jest, a może jednak jest…
EPILOG
PRZYPISY
BIBLIOGRAFIA

Zegar jest jak ciało człowieka.
Rozpoznaje się w nim tylko znane choroby.

Ahmet Hamdi Tanpınar, Instytut Regulacji Zegarów
(przeł. Anna Sobczak)

Dyktatura, niszcząc inteligencję i kulturę, pozostawia po sobie puste i martwe pole, na którym nieprędko wyrośnie drzewo myśli. Na to wyjałowione pole wychodzą z ukrycia, z zakamarków, ze szczelin nie zawsze ci, którzy są najlepsi, ale często ci, którzy okazali się najsilniejsi, nie zawsze ci, którzy wniosą i stworzą nowe wartości, ale raczej ci, którym twarda skóra i wewnętrzna odporność ułatwiły przetrwanie.
Ryszard Kapuściński, Szachinszach

I
CZOŁGI NAD BOSFOREM

Pierwsze strzały padają w sztabie generalnym sił zbrojnych w Ankarze. Równocześnie żołnierze przejmują stołeczną siedzibę telewizji TRT. W Stambule zostają zablokowane mosty łączące Europę z Azją – Bosforski i Mehmeda Zdobywcy.
Jest dziesiąta wieczorem czasu lokalnego.
1960, 1971, 1980, 1997[1].
15 lipca 2016 roku zaczyna się piąty pucz wojskowy w historii Republiki Turcji.
O dwudziestej trzeciej dwadzieścia słychać wybuch w ośrodku policyjnych sił specjalnych w stołecznej dzielnicy Gölbaşı. Zaraz potem szef sztabu armii staje się zakładnikiem puczystów.
To znaczy, że za przewrotem stoi nie cała armia, a tylko jakaś jej część. Jaka? To pytanie zadaje sobie cała Turcja.
O północy Prezydent ubiega puczystów i opuszcza hotel w Marmaris na południowym zachodzie kraju, gdzie przebywa na wakacjach z rodziną. Pojawiają się plotki, że ucieka z kraju.
Helikoptery ostrzeliwują siedzibę Krajowej Agencji Wywiadu. W państwowej telewizji emitowane jest orędzie organizatorów przewrotu.
– Obywatele Turcji, coraz częstsze naruszenia prawa zagrażają podstawowym wartościom Republiki – mówi prezenterka TRT przymuszona do odczytania deklaracji puczystów. – Nawet armia i organy państwa kierowane są przez ludzi dobieranych według ideologicznego klucza, nie mogą więc realizować swoich funkcji. Z powodu celowej ignorancji, czasem nawet zdrady, Prezydent i rząd zniszczyli podstawowe prawa obywatelskie i znieśli obowiązującą w Turcji zasadę sekularyzmu. Nasze państwo straciło autorytet, świat nie czuje wobec nas szacunku. Staliśmy się krajem autokratycznym. Z powodu złych decyzji politycznych w kraju panuje terror. Rośnie liczba niewinnych ofiar cywilnych, giną funkcjonariusze sił bezpieczeństwa. Biurokrację trawi złodziejstwo, którego prawo nie jest w stanie zwalczyć. Ze względu na te okoliczności, pod wodzą Wielkiego Atatürka, założyciela Republiki, kierując się zasadą „Pokój w domu, pokój na świecie”, niepodzielnością ojczyzny, losem rodaków, zachowaniem porządku konstytucyjnego i wszystkich zdobyczy naszej Republiki, w celu zwalczenia wszelkiego rodzaju terroryzmu, zaniedbań, dyskryminacji wyznaniowej i etnicznej oraz zachowania konstytucji opierającej się na sekularyzmie i prawie, aby odzyskać szacunek i reputację na świecie oraz stabilność i pokój, Tureckie Siły Zbrojne przejmują władzę. Rada na Rzecz Pokoju w Ojczyźnie utrzyma stosunki z międzynarodowymi organizacjami takimi jak NATO czy ONZ. Wszystkie władze polityczne zostają odwołane ze skutkiem natychmiastowym – kończy odezwę puczystów prezenterka.
Prezydenta stara się obalić nieco ponad osiem tysięcy sześciuset żołnierzy, zaledwie półtora procent całej armii (tak stwierdzi niedługo po puczu samo wojsko). W akcję zaangażowanych jest ponadto trzydzieści pięć samolotów, trzydzieści sześć helikopterów, siedemdziesiąt cztery czołgi i trzy okręty. Mało.
Zaraz po odczytaniu deklaracji o przejęciu władzy przez puczystów orędzie wygłasza Prezydent. To punkt zwrotny piętnastolipcowej nocy. Dziennikarka tureckiego oddziału CNN trzyma w dłoni telefon, z którego przemawia głowa państwa.
– To akt powstania przeciwko władzy dokonany przez mniejszość wewnątrz naszej armii – mówi Prezydent. – Sprawcy zostali zachęceni do tych działań, są zarządzani przez organizację funkcjonującą poza strukturami państwa. Wierzę, że działania, które wymierzone są w jedność naszego kraju, zostaną zdławione z równą siłą. Ci, którzy stoją za próbą przewrotu, zapłacą wysoką cenę za wyprowadzenie przeciwko ludziom czołgów, samolotów i helikopterów. Odpowiedzą za atak na Prezydenta, premiera i turecki rząd. Odpowiemy z determinacją i nikt nie będzie w stanie nas powstrzymać. Nie możemy im pozwolić na zajęcie placów, szybko ich stamtąd usuniemy. Apeluję do wszystkich: wyjdźcie na place, przyjedźcie na lotniska. Razem zdławmy tę próbę przejęcia władzy, której dokonuje mniejszość. Nigdy nie uznam władzy innej niż władza ludu.
W reakcji na to przemówienie Prezydenta Turcy wylegają na ulice w całym kraju. Puczystom nie udaje się ich powstrzymać, co zadecyduje o ich porażce.
Tymczasem przewrotowcy kontynuują próbę przejęcia władzy. Zbombardowany zostaje ośrodek agencji satelitarnej w Ankarze. Pod ostrzałem znajduje się też główna siedziba stołecznej policji.
Pierwsza trzydzieści. Wymiana ognia między puczystami a siłami bezpieczeństwa wiernymi Prezydentowi w pobliżu siedziby premiera.
Druga. Zostają zatrzymani pierwsi puczyści.
Druga trzydzieści. Ostrzelano ośrodek policyjnych sił specjalnych w Ankarze. Kilkanaście minut później myśliwce puczystów dwukrotnie bombardują budynek parlamentu.
Trzecia. Władze odzyskują panowanie nad siedzibą telewizji publicznej.
Trzecia dwadzieścia. Na lotnisku Atatürka w Stambule ląduje samolot prezydencki. Wita go tłum zwolenników. Wylądować udaje się dzięki sprytowi pilotów. Początkowo Gulfstream IV krąży niedaleko Stambułu z resztą oczekujących samolotów. Puczystom udaje się go namierzyć, ale wtedy prezydenccy piloci zmieniają status lotu na cywilny. Dzięki temu samolot znika z radarów F-16s przewrotowców. Wojskowi nie chcą ryzykować, że zestrzelą maszynę pełną turystów, więc gdy tylko siły lojalne wobec Prezydenta odbijają lotnisko Atatürka, Gulfstream IV ląduje bezpiecznie.
Przed czwartą. Próba przejęcia władzy siłą trwa jednak dalej. Puczyści wchodzą do siedziby tureckiego CNN. Próbują zakłócić nadawanie programu.
Przed piątą. Wojskowy helikopter ostrzeliwuje hotel w Marmaris, gdzie przebywał Prezydent. Zamaskowani żołnierze szturmują budynek.
Po piątej. Policja aresztuje żołnierzy, którzy weszli do siedziby CNN.
Wpół do siódmej. Poddają się puczyści blokujący most Bosforski. Zostawiają puste czołgi i wychodzą z podniesionymi rękami. Niedługo potem rozwścieczony tłum ich atakuje. Policzkuje, zdziera mundury. Linczowi zapobiega policja.
Szósta czterdzieści. Przewrót dogorywa. Myśliwce puczystów spuszczają dwie bomby w pobliżu kompleksu prezydenckiego w Ankarze.
Wpół do dziewiątej. Wolność odzyskuje szef sztabu armii. Policyjne siły specjalne odbijają siedzibę głównego dowództwa żandarmerii. Puczyści się poddają. Leżą w majtkach na ulicy.
Wpół do dwunastej. Poddają się przewrotowcy okupujący sztab generalny sił zbrojnych.
Wieczór. Za piętnaście siódma. Czołgi, których użyli puczyści w czasie ataku na siedzibę ankarskiej policji, zostają odholowane do baraków.
Od puczystów odcinają się wszystkie ugrupowania w parlamencie. Największa partia opozycyjna (Cumhuriyet Halk Partisi, Republikańska Partia Ludowa, CHP) podkreśla, że krajowi nie potrzeba kolejnego przewrotu siłowego.
Tym samym piąty pucz w najnowszej historii Turcji się nie udaje. Nie ma poparcia ani społeczeństwa, ani większości wojska, ani polityków, nawet tych opozycyjnych.
Dlaczego?

II
BYŁA KIEDYŚ, ALBO I NIE BYŁA, A MOŻE JEDNAK BYŁA KIEDYŚ…

Czuł, że istniał tylko w połowie, że druga połowa ulotniła się gdzieś, obumarła – mimo to wciąż kochał siebie, wciąż z troską patrzył na drogę, jaką wytoczyło mu życie. Jakby sam był płatkiem śniegu.
Orhan Pamuk, Śnieg (przeł. Anna Polat)

Mało kto się go spodziewa, choć jest styczeń. Mimo że ostrzegają przed nim prognozy, gdy pojawia się na niebie, budzi zdziwienie wśród przechodniów.
Najpierw prószy, potem sypie. Oblepia samochody, zasłaniając ich wstydliwy wiek. Opada na barki wysłużonych kurtek mężczyzn, wchodzących do obskurnych barów.
Pokrywa budynki,
ulice,
place,
chodniki.
Paraliżuje. Gdy śnieży, miasto zamiera.
„Nie mogę przyjść do pracy. Nie mogę przyjść. Nie mogę…”.
Bo śnieg.
Przykleja się do trudnej historii i przemienia ją w melancholijną opowiastkę. Daje dzięki temu wytchnienie.
Uspokaja.
Śnieg – kamuflaż Stambułu.

Wyspa Bezużyteczności

Psy były częścią miasta już od XVI wieku […] każda sfora rządziła swoją okolicą. Tak jak inne zwierzęta, były dokarmiane i otaczane opieką. Można by zapewne napisać dzieje Konstantynopola tylko przez pryzmat psich losów.
Max Cegielski, Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu

Są wszędzie. Przechadzają się watahami po Konstantynopolu[2]. Mieszkają w pobliskich lasach. Dokarmiają je głównie biedni mieszkańcy przedmieść. Psy potrafią się odwdzięczyć. Miejscowych zostawiają w spokoju, gdy widzą intruzów spoza dzielnicy – szczekają.
Mieszkańcy Konstantynopola im pomagali. Nakaz islamu. Nazywali je „mieszkańcami o czterech nogach”. Pod koniec XIX wieku ich liczba na ulicach miasta wynosiła od czterdziestu do pięćdziesięciu tysięcy. Z czasem psów przybywało. W 1910 roku w Konstantynopolu na prawie milion mieszkańców dwunożnych przypadało już osiemdziesiąt tysięcy czworonożnych.
Dla młodoturków, którzy rządzili wtedy krajem, bezpańskie psy były obrzydliwe. Brudne i śmierdzące. Roznosiciele chorób. Przykład zepsucia imperium osmańskiego, które należało zniszczyć, od którego trzeba było się odciąć. W imię postępu, westernizacji i silnej Turcji.
Wyrok: zgładzić.
3 czerwca 1910 roku zarządca Konstantynopola decyduje o wywiezieniu wszystkich psów na jedną z pobliskich Wysp Książęcych. Jałowa Sivriada ma się stać ich cmentarzem. Wyspa zyska też nieoficjalną nazwę: Hayırsızada, Wyspa Bezużyteczności.
Niektóre psy umierają na początku podróży. Nie chcą być oddzielone od watahy. Wskakują do wody i płyną za statkami. Toną. Te, które dopływają, lądują na jałowej wyspie o powierzchni pięciu hektarów.
Zaczyna się walka o przetrwanie. Psy zagryzają się wzajemnie. Niektóre zdychają z głodu i pragnienia. Na początku przepływający obok wyspy marynarze opowiadają o potwornym wyciu. Z czasem wycie zaczyna słabnąć.
Aż nastaje cisza.
W lipcu 1911 roku w dzielnicy Aksaray wybucha pożar. Trwa cały dzień. Spłonęło dwa tysiące czterysta domów. I trzy tysiące sklepów. I piętnaście piekarń. I sześć meczetów. I trzy publiczne łaźnie. I dwie szkoły.
Niedługo potem ogień trawi inną dzielnicę – Balat. Trzysta pięćdziesiąt budynków idzie z dymem.
Rok później Stambuł nawiedza trzęsienie ziemi. Osiem stopni w skali Richtera. Ginie ponad dwieście osób.
To wszystko kara Boga za zgładzenie psów – mówią stambulczycy.

Dziś po Tarlabaşı znowu przechadzają się psy, ale wizytę tam odradza mi wielu stambulczyków.
Zwariowałeś? Po co? Przecież tam nic nie ma.
Nie radzę, to niebezpieczne miejsce.
Dziwki, dilerzy, biedota.
Nie idź.
Inne miasto jest obiektem pogardy – adres tutaj to świadectwo życiowej porażki. Dlatego mieszkańców Tarlabaşı nazywa się właśnie Innymi.
Przegranymi.
Dzisiaj Tarlabaşı uważane jest za slums w centrum Stambułu. Granice dzielnicy wyznaczają ulice Ferdiye, Omer Hayyam i Dolapdere oraz bulwar Tarlabaşı. Mieszkają tu Kurdowie, którzy uciekli z południowo-wschodniej Turcji przed biedą i wojną domową w poszukiwaniu lepszego życia. Mieszkają transseksualne prostytutki i biedni Turcy z Anatolii.
Po ulicach kręcą się uchodźcy z wojny syryjskiej. W poszukiwaniu zarobku leniwie przemierzają strome uliczki, rozglądają się nerwowo, jakby gdzieś nieopodal mogła znowu spaść bomba. Mieszkają też Romowie, ale tych – jak wszędzie – nikt nie dostrzega.
Opowieści o niebezpieczeństwie dzielnicy są przesadzone. Tylko raz nastolatek zaczepił mnie na ulicy i chwycił za aparat. Rzeczywiście, samotne spacery po zmroku to niezbyt rozsądny pomysł, ale w dzień nic nikomu nie grozi. Starsi mężczyźni z chęcią pozują do zdjęć i układają palce w geście wiktorii. Kobiety w czasie rozwieszania prania z zaciekawieniem zerkają na widok cudzoziemców.
Tarlabaşı to wyspa w gwarnej, wielomilionowej metropolii. Odgrodzona niewidzialnym murem stereotypów staje się wizytówką Stambułu, który powoli znika. Melancholijnej twarzy Turcji, pełnej czarno-białych obrazków i kolorowych kamieniczek z powywieszanym praniem, zwisającym leniwie nad uliczkami. Żeby przenieść się do tego świata, wystarczy skręcić w jedną z prostopadłych uliczek przylegających do bulwaru Tarlabaşı. Mijać pustostany ślepe na przyszłość, z dziurawymi oknami i zabrudzoną poczerniałymi murami historią. Puste, krwiście czerwone kamieniczki i cegły na wąskich uliczkach. Czytać prokurdyjskie napisy, które nawołują do społecznego buntu. Obserwować starsze kobiety. W kolorowych chustach spuszczają z pięter koszyki, by handlarze z okrzykiem „tanio!” na ustach wsadzili do nich jedzenie. Dostać w głowę piłką, którą kopią dzieciaki, i czekać na ofertę od ich rówieśników – sprzedawców chusteczek. Podglądać zakłady, gdzie fryzjerzy dokładnie przystrzygą włosy, czy zajrzeć do małych zakładów złotych rączek, którzy wśród kotów naprawią zegarek, pralkę czy telewizor.
A jeszcze na początku XX wieku mieszkali tu przedstawiciele wszelkich mniejszości. Głównie Grecy, ale też Ormianie i Żydzi. Gdy rozmawiałem z ich nielicznymi potomkami, okazywało się, że historia ich rodzin w większym lub mniejszym stopniu była związana z tą dzielnicą.
Dzielnicą, której mieszkańcy od zawsze byli wrogami tureckiej władzy.

Wieszcz

Pierwsze domostwa na Tarlabaşı pojawiają w XV wieku. Mieszkają w nich Grecy, którzy służą bogatym kupcom i dyplomatom rezydującym na pobliskiej Perze, dzielnicy w europejskiej części miasta.
Tarlabaşı – dzielnica poza murami miasta, otoczona cmentarzami, przysiółkami, sadami i winnicami.
W połowie XIX wieku jest już gęściej zamieszkała. Głównie przez klasę robotniczą. W niewielkim domku kwateruje tu w 1855 roku Adam Mickiewicz, który w Konstantynopolu ma organizować legiony do walki przeciw carskiemu imperium.
„Widziałem tę dużą izbę o jednym kwadratowym oknie, w której był zamieszkał – wspominał o lokum poety jeden z jego gości. – Przedsień prowadziła do niej. Meblowanie składało się ze stołu, kilku krzeseł prostych i łóżka, co jeszcze prostsze, pokryte siennikiem i dywanem tureckim, stało w kącie. Pokój trącił pustkowiem, był ciemny i nawet wilgotny, przypominał mi nasze karczemne izby, jakie czasem w jesiennej podróży zastajemy po szlakach ukraińskich”.
Mickiewiczowi górzysta topografia i wąskie uliczki przypominają rodzinny Nowogródek:
„[…] zatrzymywałem się w niektórych dzielnicach miasta, które mi się zdawały zupełnie podobne do dzielnic mego rodzinnego miasteczka litewskiego – pisał wieszcz do swojej przyjaciółki Wiery Chlustin. – Proszę sobie wyobrazić na przykład plac targowy, pokryty warstwą nawozu i pierza, gdzie się spokojnie przechadzają kury, indyki i wszelkiego rodzaju stworzenia wśród gromad drzemiących psów. Aby jednak dostać się z tego placu do nas, trzeba było iść uliczkami, które wydały mi się tak prymitywne i tak malownicze, że oszczędzam Pani ich opisu”.
Sekretarz Mickiewicza Armand Lévy pisał do Władysława, najstarszego syna poety, o niezwykłej różnorodności miasta:
„Niepodobna dać komuś wyobrażenia o mnóstwie strojów, które się tutaj widzi: to Czerkies w długiej swej kapocie brunatnej ozdobionej nabojami, dziesięć po każdym boku piersi, i czapce swej wysokiej, obszytej futrem; to Pers w swej wschodniej szacie i czapce czarnej z baraniej skóry; gdzie indziej Grek z orlim nosem i szeroką czerwoną czapką; dalej Turek, a potem Europejczyk wszelkich narodowości”[3].
Wnętrza izby na Tarlabaşı to ostatnie miejsce, które Mickiewicz zobaczy w swoim życiu. Umiera tu 26 listopada 1855 roku. Domku, w którym zmarł, nie da się już zobaczyć. Dzielnica prawie doszczętnie spłonęła w 1870 roku.
– Tarlabaşı odbudowano dopiero kilkadziesiąt lat później – opowiada Mete Göktuğ, z którym siedzimy na małym dziedzińcu jego restauracji w murach byłego brytyjskiego więzienia. Ściany szczelnie opatulają tu czasy, które odeszły.
Czasy dzieciństwa Metego.

Ryba z mydłem

– Zapach ulicy. Woń potraw, która dochodziła z mieszkań. Greckiego, ormiańskiego, żydowskiego i włoskiego jedzenia. Z każdego okna pachniało inaczej. Czuć było mydło z oliwek, które produkowali Grecy. I ryby zawijane przez sprzedawców w gazety.
Tak pachniało Tarlabaşı mojego dzieciństwa. Pamiętam tę dzielnicę z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Choć straciła już wtedy swój charakter, to wciąż była wielokulturową wyspą niemal w centrum Stambułu. Moja rodzina sprowadziła się tutaj z Bałkanów na początku XX wieku. To była wtedy porządna okolica. Tłoczne, brukowane uliczki oświetlone lampami gazowymi, bieżąca woda.
Tarlabaşı zaczęło się rozwijać sto lat wcześniej wraz ze wzrostem znaczenia Grand Rue De Pera. To tam wznoszono siedziby europejskich ambasad. Na Tarlabaşı mieszkali Grecy, Ormianie, Lewantyńczycy i Żydzi. Mówiliśmy „po stambulsku”: mieszanką francuskiego, greckiego, ormiańskiego, tureckiego i włoskiego. Dziś pewnie nikt by nas nie zrozumiał.
Ale nauczyłem się też greckiego. Chciałem zrozumieć kolegów, z którymi ganiałem po ulicach. To oczywiście nie była ani klasyczna greka, ani nowogrecki, którym mówi się dzisiaj. Raczej jego zwulgaryzowana, uliczna wersja.
Podobnie z włoskim. Matka poprosiła znajomą Włoszkę, żeby mnie uczyła. Więc razem śpiewaliśmy. Wypadało przecież dogadywać się z sąsiadami. I umieć negocjować ze sprzedawcami. Bo to, czym zajmowali się kupcy na Tarlabaşı, zależało od miejsca ich pochodzenia.
Odzież była specjalnością Włochów. Krawcy i kapelusznicy. Mieszkali tacy zaraz obok nas. Wszystko mieli europejskiego sznytu. Interesy im się rozwijały, bo zachodnich ubrań w Turcji brakowało, a kraj otwierał się na drugą stronę Bosforu. Porządne rzeczy można było wtedy dostać. Jedno ubranie nosiło się przez dziesięć lat, nie to co dzisiaj.
Grecy prowadzili knajpy i pensjonaty. Strasznie się targowali z dostawcami o jedzenie. Czy świeże? Skąd? I że za drogo. Każdej rybie zaglądali w oczy, żeby mieć najlepszy towar.
Żywność z okolic miasta Yalova płynęła łodziami prosto na targ przy Złotym Rogu. Dalej już do lokalnych sprzedawców na Tarlabaşı przynosili je Kurdowie. Mieli swoje sposoby na targanie gór jedzenia.
Z kolei Albańczycy przynosili owoce i warzywa z sadów, które rozciągały się wtedy niedaleko Tarlabaşı. Sami zbierali sałatę, pomidory, paprykę i sprzedawali je na ulicach. Słabo mówili po stambulsku, więc jak nie podobała im się zaproponowana cena, odpowiadali: „Nie to nie”.
Z kolegami z dzieciństwa nie mam kontaktu. Żaden już tu nie mieszka. Zostały mi wspomnienia.
O dentyście, który mieszkał obok nas. Nazywał się Dikran Yegikyan. Ormianin. Był świetny, potrafił wyrywać zęby palcami.
O włoskim Żydzie, panu Diamandim. Też naszym sąsiedzie. Ależ on mówił po francusku…
I o Vahanie, moim ormiańskim koledze. Nasze matki były zaprzyjaźnione. Stanowiliśmy jedną wielką rodzinę. Wciąż się odwiedzaliśmy.
Dzisiaj już nie chodzę na Tarlabaşı. Wolę nie widzieć upadku tej dzielnicy. Tamta, z dzieciństwa, zniknęła. Cały Stambuł się zmienił. Pamiętam, jak mieszkało tu niespełna milion ludzi.
Mama jeździła czasem sama w wagonie tramwaju. Teraz nie sposób się w ogóle do niego wcisnąć.
Nie, to już nie jest moje miasto.