Opowiadania Helen Oyeyemi, wypełnione realizmem magicznym, liryzmem i specyficznym humorem, to niezwykłe historie, które toczą się w wielu czasach i przestrzeniach, przekraczając granice między współistniejącymi rzeczywistościami.


Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych DziewuchDziewięć opowiadań zawartych w zbiorze “Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch” to kolekcja, której bohaterowie szukają czegoś, co okazuje się trudne do znalezienia – drogi do serca kochanka, prawdy o przeszłości czy dziecka, którego się nie miało. Te historie jednoczy motyw kluczy pojawiających się we wszystkich opowieściach. Za ich pomocą można otworzyć metaforyczne drzwi, choć niekiedy byłoby lepiej dla bohaterów, aby pozostały one zamknięte.

Czym może być taki klucz: bramą, prezentem, zaproszeniem? Klucz do domu, klucz do serca, klucz do tajemnicy – klucze Oyeyemi nie tylko otwierają kolejne etapy życia jej bohaterów, ale są obietnicą kolejnych tajemnic. Opowiedziane przez autorkę historie pokazują, w jaki sposób otwieranie i zamykanie sekretnych zamków i serc może wyzwalać lub wiązać, tak jak choćby w pierwszym opowiadaniu “Książki i róże”, gdzie opowieść jednej kobiety przechodzi w historię drugiej, a obie zbiegają się w jednym punkcie czasu i przestrzeni.

Opowiadania Helen Oyeyemi przywodzą na myśl krótkie formy literackie Angeli Carter – podobnie jak ona, Oyeyemi z wyczuciem posługuje się bogatym językiem i poetycką stylizacją, wykorzystuje motywy magii, baśni i legend, nie tracąc przy tym realistycznego spojrzenia na problemy stosunków społecznych. Pojawia się tu współczesny Czerwony Kapturek, można dojrzeć echa “Pinokia”, występują elementy przerażającego magicznego realizmu Oyeyemi, choć te historie nie mają na celu przestraszyć czytelnika, chodzi raczej o zwrócenie jego uwagi na pewne problemy, pokazanie ich cudzymi oczami.

Oyeyemi tak umiejętnie łączy codzienność, fantastykę i baśń, że rozgraniczenie pomiędzy “prawdziwym” a “nierzeczywistym” nie jest łatwe ani nie można go nazwać oczywistym. Jej opowieści są jak labirynty: bywają dezorientujące i przejmujące, a przy tym zaskakująco piękne i głęboko tajemnicze, pozostawiając czytelnika pod wrażeniem długo po zakończeniu czytania, z chęcią powtórnej lektury, by spróbować odkryć nowe pokłady sekretów, wcześniej przeoczonych lub zignorowanych. Oyeyemi maluje słowne pejzaże, wizje splatające się ze sobą i krążące wokół postaci. Tworząc swoich bohaterów – krnąbrne kobiety, mężczyzn i lalki, nadaje im cechy ambiwalentne, słodko-gorzkie, bajkowe i realistyczne, jej postacie często są samolubne, irracjonalne czy kapryśne.

Oyeyemi tak umiejętnie łączy codzienność, fantastykę i baśń, że rozgraniczenie pomiędzy “prawdziwym” a “nierzeczywistym” nie jest łatwe ani nie można go nazwać oczywistym.

Opowieści, owoce oszałamiającej wyobraźni Oyeyemi, toczą się płynnie, by nagle zmienić nieoczekiwanie kształty. Czytasz o porzuconym dziecku w klasztorze, potem śledzisz życie praczki, gubisz się w bibliotece, gdzie książki szepczą i szeleszczą w nocy i na koniec trafiasz do pięknego ogrodu pełnego dzikich róż. Światy wykreowane przez Oyeyemi zapełnione są ekspansywnymi postaciami, fabuła składa się ze skomplikowanych wątków, które rozwijają się, by nagle ustąpić miejsca dygresjom i historiom pobocznym, tworząc nowe wymiary opowieści. Helen Oyeyemi jawi się jako bezkompromisowa i oryginalna pisarka, która chce czytelnika skłonić do myślenia, do zadawania własnych pytań i do głębszej refleksji. Nikodem Maraszkiewicz

Helen Oyeyemi, Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuchi inne opowiadania, Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 17 kwietnia 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch

Helen Oyeyemi
Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch
i inne opowiadania
Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 17 kwietnia 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Fragmenty opowiadania

„Książki i róże”

Pewnego razu w Katalonii znaleziono w kaplicy dziecko. Stało się to u Matki Bożej w Montserrat. Był kwietniowy poranek. A dziecko tak się kręciło i było tak maleńkie, że koszyk, w którym zostało znalezione, na pierwszy rzut oka wydawał się pusty. Dziecko zgubiło się w jego rogu, lecz zaczęło się znowu odważnie wiercić, aż dotarło do zagięcia kocyka i wyjrzało zza niego. Mnich, który znalazł koszyk, z desperacją rozglądał się za jakimś wyjaśnieniem. Jego spojrzenie napotkało drewniane oczy Dziewicy z Montserrat, matki, która od wieków trzyma swoje dziecko na kolanach, pozłacane dziecko, które nie oddycha ani nie rośnie. Patrząc na tę wielką panią, mnich przyjął falę jej bezwarunkowej miłości i padł na kolana, by modlić się o dalsze wskazówki, ale zorientował się, że ukląkł na kawałku papieru, który wypadł z koszyka, gdy dziecko się kręciło. Na kartce napisano następujące słowa:
1. Macie tutaj Czarną Madonnę, więc będziecie wiedzieli, jak kochać to dziecko, niemal tak bardzo jak ja. Proszę dać jej na imię Montserrat.
2. Czekajcie na mnie.
Na szyi dziewczynki zapięty był złoty łańcuszek, a na owym łańcuszku znajdował się klucz. Gdy dorosła, sprawdzono zamki wszystkich drzwi i szaf w klasztorze, lecz daremnie. Musiała czekać. Było to dla Montse źródłem zarówno pociechy, jak i wielkiej frustracji – to… jak mogłaby to określić, przekonanie, sugestia, obietnica? Ta obietnica, że ktoś po nią wróci. Gdyby była białym dzieckiem, możliwe, że mnisi od Matki Bożej z Montserrat oddaliby ją pod opiekę jakiejś miejscowej rodziny, lecz ona była czarna jak twarz i dłonie Dziewicy, której oddawali cześć. Otrzymała nazwisko Fosc, nie tylko z powodu koloru skóry, ale także dlatego, że jej pochodzenie było niejasne. A mnisi postawili sobie za cel dowiedzieć się możliwie wszystkiego o potrzebach dziecka. Najczęściej byli zanadto pobłażliwi i prowadzili dysputy, czy tak wyjątkowa słabość jest grzechem śmiertelnym, czy też powszednim. W każdym razie to benedyktyńscy zakonnicy karmili, ubierali i nosili Montse, i to oni przeszli z nią przez okropności procesu ząbkowania, i to oni godzinami dzwonili dzwonami kaplicy w dniu, w którym powiedziała pierwsze słowa. Ani jako dziewczyna, ani jako kobieta Montse nigdy nie wątpiła w oddanie swoich licznych ojców, i po części to właśnie ta pewność owego oddania pomogła jej przetrwać w szkole i w mieście, gdy ludzie patrzyli na nią dziwnie lub mówili obraźliwe rzeczy – ich słowa i spojrzenia czasami sprawiały, że kiedy szła ulicą, pochylała głowę na kilka kroków, lecz nigdy na długo. Była córką Dziewicy z Montserrat i czuła instynktownie, oraz oczywiście nieprawomyślnie, że sama Dziewica jest tylko symbolem jeszcze większej siostry-matki, równocześnie beztroskiej i pełnej smutku; bogini, która nie prowadzi ani nie chroni, lecz tylko podąża z tobą z miejsca na miejsce i w razie potrzeby przydaje namacalnej obecności twojej własnej.
Kiedy Montse była wystarczająco duża, zatrudniła się w pasmanterii w Las Corts de Sarrià i pracowała tam, dopóki nie okazało się, że krewni Señory Cabelli nie chcą przejąć rodzinnej firmy, i sklep został zamknięty.
– Pracowita z ciebie dziewczyna, Montse – powiedziała jej Señora Cabella – i wiem, że zrobisz coś ze swoim życiem, jeżeli tylko będziesz miała taką sposobność. Widziałaś to szkaradzieństwo przy Passeig de Gràcia. To, które nazwano Casa Milà. Ludzie mówią na to La Pedrera, bo rzeczywiście wygląda jak kamieniołom, jak mnóstwo kamieni ponarzucanych jedne na drugie. Uczciwa, rzetelna dziewczyna może dostać tam pracę jako praczka. Podołałabyś temu zajęciu? Bardzo dobrze – idź do Señory Moliny, żony conserje. Powiedz jej, że przysłała cię Emma Cabella. Daj jej to. – I kobieta napisała taki list polecający, że Montse zarumieniła się, kiedy go przeczytała.

(. . .)

– Montserrat, widziałaś już gazetę? – zawołała do niej Assunta z drugiego końca rzędu balii.
– Nigdy nie zaglądam do gazety – odpowiedziała Montserrat z nitką w ustach.
– Montserrat, Montserrat od klucza – zanuciła siedząca obok niej Marta.
Pozostałe dziewczyny podjęły monotonny śpiew, dopóki igła w dłoni Montse nie znieruchomiała.
– No dobrze, co was tak bawi, dziewczyny?
– Mówią o ogłoszeniu, które zamieściła poranna „La Vanguardia” – powiedziała Señora Gaeta, kładąc gazetę na pokrywie koszyka do robótek Montse.
Montse starannie składała nitkę pod linijkami farby drukarskiej, gdy czytała:

Enzo Gomez z Gomez, Cruz i Molina prosi o kontakt kobietę, która nosi imię Montserrat i jest w posiadaniu klucza długości półtora cala.

Nie mówiąc już ani słowa, bystrooka Señora Gaeta podniosła szkarłatną nić długości półtora cala i podsunęła ją do klucza Montse. Długość się zgadzała. Señora Gaeta położyła dłoń na ramieniu Montse, po czym poszła na przód sali skontrolować stertę świeżo zrobionego prania, zanim zostanie zaniesione do właściciela. Gwar wokół Montse stawał się ogłuszający.
– Montse, nie idź – to pułapka! Dokładnie coś takiego było w tym odcinku Pioruna i niewykrywalnych trucizn…
– Cała nasza Cecylia, znowu myli życie z jedną ze swoich ukochanych powieści radiowych… Co za ohydna wyobraźnia…
– Spójrzmy prawdzie w oczy, co, Montse? Nie za dobrze radzisz sobie z praniem, musiałaś się urodzić w bogatej rodzinie!
– Montserrat, nigdy nie zapominaj, że ja, Laura Morales, zawsze cię kochałam… Pamiętasz, że pierwszego dnia podzieliłam się z tobą moim lunchem?
– Jak wprowadzi się do rezydencji, wszystkie się u niej pomieścimy na weekend – no dalej, Montse! Jeden weekend w roku.
– Moje panie – interweniowała w końcu Señora Gaeta. – Mam dziś migrenę. Cisza albo wszystkie będziecie szukały pracy w piekle.
Motnse nie odrywała oczu od pracy. Był to jedyny sposób na to, by zachować spokój w umyśle.

*

Notariusz Enzo Gomez spojrzał na jej ręce i na mundurek, nim popatrzył w oczy. Jej dłonie były szorstkie od żrącego mydła i twardej wody – zwalczyła chęć schowania ich za plecami. Zamiast tego rozpięła łańcuszek i wyciągnęła klucz w stronę notariusza. Podała mu swoje imię, a on zabrzęczał pękiem kluczy trzymanych w kieszeni.
– Jedynym sposobem jest sprawdzenie, czy klucz otworzy zamek. Zatem chodźmy.
Droga, którą ruszyli, była znajoma.
– Czasami chodzę do galerii sztuki, tu na końcu tej ulicy – powiedziała Montse i wskazała palcem.
Gomez już wcześniej na nią zerkał, ale po tych słowach, zaczął się w nią wpatrywać.
– Chodzisz czasami do Galerii Salazara?
– Tak… Wystawiają w niej obrazy…
– Nie znam się na dzisiejszych artystach; tak naprawdę można polegać tylko na starych mistrzach… Ale właśnie tam idziemy, do Galerii Salazara.
Gomez zatrzymał się, wyciągnął z aktówki tekturową teczkę, z niej kartkę i przeczytał na głos:
– Wbrew rozsądkowi, lecz zgodnie z obietnicą złożoną mojemu bratu, Isidoro Salazarowi, ja, Zacarias Salazar, pozostawiam bibliotekę w moim domu przy Carrer Alhambra numer siedemnaście niejakiej Montserrat, która wystąpi z kluczem do biblioteki jako dowodem roszczenia. Jeżeli roszcząca nie wystąpi w ciągu pięćdziesięciu lat od mojej śmierci, niech zamek biblioteki zostanie zmieniony w celu położenia kresu temu absurdowi. Skoro nie sposób znaleźć matkę, to jak miano by znaleźć córkę?
Enzo schował teczkę.
– Mam nadzieję, że to pani – powiedział. – Poznałem dziś mnóstwo Montserrat w związku z tym listem, ale większość z nich to cwaniaczki. Ale pani – mam nadzieję, że to pani. Czy jest pani… Co pani wie o rodzinie Salazarów?
– Wiem, że stary Zacarias Salazar był miliarderem, nie zostawił biologicznych dzieci, lecz jest ojcem wielu dzieł sztuki dzięki mecenatowi…
– Widzę, że dokładnie przeczytała pani katalog galerii.
Strażnik galerii otworzył im główną bramę i poprowadził ich przez wyłożone pozłacaną tapetą korytarze, dopóki nie doszli do biblioteki znajdującej się na końcu jednego z nich. Montse niejasno zdawała sobie sprawę, że Enzo Gomez wyciera czoło chusteczką, gdy umieściła klucz w zamku i go przekręciła. Drzwi otworzyły się na pomieszczenie z wysokimi regałami i jeszcze wyższymi oknami, które powtarzały krzywiznę kopułowego sufitu. Praczka i notariusz stali przed regałem znajdującym się najbliżej drzwi. Zachodzące światło rozjarzyło wiszące nad nimi żyrandole i wzięli się za ręce, dopóki Gomez nie przypomniał sobie, że jest profesjonalistą. Podszedł do najbliższego biurka, by ponownie wyjąć papiery z teczki.
– Cieszę się, że to pani, Montserrat – powiedział, kładąc dokumenty na biurku i je poklepując. – Proszę mi dać znać, jeżeli kiedyś będę mógł pani w czymś pomóc. – Skłonił się, uścisnęli sobie dłonie i zostawił ją w bibliotece, nie oglądając się za siebie, a drżenie mankietów jego spodni było jedyną widoczną oznaką emocji.