Precyzyjnie skonstruowana i pełna pasji monumentalna powieść mistrza literatury amerykańskiej. “4 3 2 1” to dzieło życia Paula Austera.


4 3 2 1Cztery losy. Jeden człowiek. Jedna miłość.

3 marca 1947 roku na świat przychodzi Archibald Isaac Ferguson. Człowiek, który może przeżyć swoje życie cztery razy.

Za każdym razem los prowadzi go zupełnie inaczej. Tylko jedno się nie zmienia: uczucie do niesamowitej Amy Schneiderman.

Precyzyjnie skonstruowana i pełna pasji monumentalna powieść mistrza literatury amerykańskiej znalazła się na wszystkich listach najważniejszych książek 2017 roku i osiągnęła status bestsellera. Nazwano ją epopeją XX wieku.

***

Zdumiewająca, ambitna powieść, prawdziwa przyjemność. Jest jak odmieniająca życie podróż.
National Public Radio

Paul Auster – jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, wielokrotnie nagradzany autor bestsellerowych książek, m.in. „Sunset Park”, „Trylogii nowojorskiej”, „Człowieka w ciemności”, oraz twórca takich filmów, jak „Dym”, „Brooklyn Boogie” i „Lulu na moście”. Jego książki zostały przetłumaczone na 35 języków. Nowojorczyk.

Paul Auster
4 3 2 1
Przekład: Maria Makuch
Wydawnictwo Znak
Premiera: 14 marca 2018
 
 

4 3 2 1

1.0

Według domowej legendy dziadek Fergusona pieszo wyruszył z rodzinnego Mińska z wszytymi w podszewkę marynarki stoma rublami i przemieszczając się na zachód przez Warszawę i Berlin, dotarł do Hamburga, potem wykupił bilet na statek o nazwie The Empress of China, który w czas gwałtownych zimowych sztormów pokonał Atlantyk i pierwszego dnia dwudziestego wieku wpłynął do portu Nowy Jork. Na Ellis Island, oczekując na przesłuchanie przez urzędnika imigracyjnego, zagadnął do innego rosyjskiego Żyda. Ten powiedział mu: Zapomnij o nazwisku Reznikoff. Tu będzie ci ono na nic. Musisz mieć nowe nazwisko na nowe życie w Ameryce, żeby miało dobre amerykańskie brzmienie. Ponieważ w 1900 roku angielski był dla Isaaca Reznikoffa językiem jeszcze nieznanym, poprosił swego doświadczonego ziomka o radę. Mów im, że jesteś Rockefeller, powiedział ów człowiek. Z czymś takim na pewno dobrze ci pójdzie. Minęła jedna godzina, potem druga i kiedy dziewiętnastoletni Reznikoff usiadł, by przesłuchał go urzędnik migracyjny, zapomniał nazwiska, które doradził mu tamten człowiek. Nazwisko?, spytał urzędnik. Stukając się nerwowo po czole, skołowany imigrant wyrzucił w jidysz: Ich hob fargessen! (Zapomniałem!). I w ten sposób Isaac Reznikoff rozpoczął nowe życie w Ameryce jako Ichabod Ferguson.
Było mu ciężko, szczególnie na początku, ale i później, gdy początek już dawno minął, nic w jego nowym, przybranym kraju nie przebiegało tak, jak sobie wyobrażał. To prawda, że tuż po dwudziestych szóstych urodzinach udało mu się znaleźć żonę, i to również prawda, że jego żona, z domu Grossman, urodziła mu trzech silnych i zdrowych synów, ale dla dziadka Fergusona życie w Ameryce było nieustanną walką od dnia, w którym opuścił pokład statku, po siódmy marca 1923, kiedy nagle w wieku czterdziestu dwóch lat zszedł z tego świata zastrzelony podczas napadu na magazyn wyrobów skórzanych w Chicago, gdzie pracował jako nocny stróż. Żadne jego zdjęcia się nie zachowały, ale z opowieści, jakie o nim krążyły, wynikało, że był wielkim chłopem o szerokich barach i ogromnych dłoniach, bez żadnego wykształcenia, kwalifikacji, typowy nic nie wiedzący żółtodziób. Pierwszego popołudnia w Nowym Jorku natknął się na handlarza ulicznego, który sprzedawał najczerwieńsze, najokrąglejsze, najdoskonalsze jabłka, jakie w życiu widział. Nie mogąc się oprzeć, kupił jedno i z ochotą wbił w nie zęby. Zamiast spodziewanej słodyczy poczuł gorycz i obcość. Co gorsza, jabłko było nienaturalnie miękkie i kiedy przebił zębami skórkę, miąższ owocu wypłynął mu prosto na płaszcz strumieniem bladoczerwonej mazi upstrzonej grudkami małych pestek. Taki był pierwszy smak Nowego Świata, jego pierwsze, niezapomniane spotkanie z pomidorem z Jersey. Żaden Rockefeller, ale barczysty doker, olbrzymi Hebrajczyk o absurdalnym nazwisku i mocnych, żwawych stopach, który próbował szczęścia na Manhattanie i Brooklynie, w Baltimore i Charlestonie, w Duluth i Chicago, pracując to jako portowiec, to jako zwykły marynarz na zbiornikowcach na Wielkich Jeziorach, jako treser w wędrownym cyrku, robotnik przy taśmie w fabryce blaszanych puszek, kierowca ciężarówek, kopacz rowów, nocny stróż. Za cały znój nigdy nie zarobił więcej niż parę groszy, więc jedyne, co biedny Ike Ferguson pozostawił w spadku żonie i trzem chłopcom, to opowieści o przygodach wagabundy z czasów jego młodości. W szerszej perspektywie opowieści są nie mniej cenne niż pieniądze, ale na krótszą metę mają zdecydowanie mniejszą wartość.
Firma od wyrobów skórzanych zawarła z Fanny drobną ugodę, by zrekompensować jej stratę męża, a ona zaraz potem wyjechała z chłopcami z Chicago, przeniosła się do Newarku w New Jersey, dokąd ściągnęli ją krewni męża, którzy za symboliczny czynsz zaoferowali jej mieszkanie na ostatnim piętrze w swoim domu w Central Ward. Jej synowie byli w wieku czternastu, dwunastu i dziewięciu lat. Najstarszy Louis już dawno przemianował się na Lew. Aaron, drugi syn, po zbyt wielu bójkach na szkolnym podwórku w Chicago zaczął nazywać siebie Arnoldem, a Stanley, dziewięciolatek, był znany jako Sonny. Ich matka, by związać koniec z końcem, brała do domu pranie i łatała ubrania, ale nie musiała długo czekać, by chłopcy także zaczęli dokładać się do domowego budżetu, każdy pracował po szkole, każdy oddawał matce najdrobniejszy zarobiony grosz. Czasy były ciężkie, w mieszkaniu jak gęsta, przytłaczająca mgła wisiała ciągła groźba nędzy. Przed strachem nie było ucieczki i wszyscy trzej chłopcy stopniowo wchłonęli mroczną ontologiczną prawdę matki na temat sensu życia. Praca albo śmierć głodowa. Praca albo utrata dachu nad głową. Praca albo śmierć. Dla Fergusonów wątła zasada wszyscy za jednego i jeden za wszystkich nie istniała. W ich małym świecie liczyło się tylko wszyscy za wszystkich – albo nic.
Ferguson nie miał nawet dwóch lat, gdy umarła jego babka, co oznacza, że nie zachował o niej żadnych świadomych wspomnień, ale według rodzinnych opowieści Fanny była trudną i chimeryczną kobietą, przejawiała skłonności do napadów dzikiego wrzasku i maniakalnych wybuchów niekontrolowanego płaczu, okładała chłopców miotłą, gdy źle się zachowywali, i nie miała wstępu do kilku miejscowych sklepów z powodu hałaśliwego sposobu targowania się o poszczególne dobra. Nikt nie wiedział, gdzie się urodziła, ale wiadomo było, że przybyła do Nowego Jorku jako czternastoletnia sierota i kilka lat spędziła w fabryce bez okien na Lower East Side, szyjąc czapki. Ojciec Fergusona Stanley rzadko rozmawiał z synem o swoich rodzicach, udzielając na pytania chłopca najbardziej mglistych ze wszystkich możliwych zdawkowych i powściągliwych odpowiedzi, i każdy strzęp informacji na temat dziadków ze strony ojca, jaki dotarł do młodego Fergusona, pochodził wyłącznie od jego matki Rose, najmłodszej z trzech bratowych należących do drugiego pokolenia Fergusonów, która z kolei czerpała wiedzę od Millie, żony Lew, kobiety ze skłonnością do plotkowania i żony człowieka o wiele mniej skrytego i o wiele bardziej rozmownego niż Stanley czy Arnold. Gdy Ferguson skończył osiemnaście lat, matka przekazała mu jedną z opowieści Millie, przedstawioną mu jako nic innego jak tylko zwykłą plotkę, niczym nie potwierdzony domysł, w którym mogła być prawda – albo nie. Według tego, co Lew powiedział Millie, lub według tego, co Millie twierdziła, że jej powiedział, było jeszcze czwarte dziecko Fergusonów, dziewczynka urodzona trzy czy cztery lata po Stanleyu, w czasie, kiedy rodzina osiedliła się w Duluth i Ike szukał pracy jako marynarz na statku na Wielkich Jeziorach, i były to miesiące, gdy rodzina żyła w skrajnej biedzie, a ponieważ Ike’a nie było w domu, kiedy Fanny rodziła, i wszystko działo się w Minnesocie, w czasie zimy, wyjątkowo ostrej zimy w wyjątkowo lodowatym miejscu, i ponieważ dom, w którym mieszkali, był opalany jednym piecykiem na drewno i ponieważ mieli wtedy tak mało pieniędzy, że Fanny z chłopcami żyli o jednym posiłku dziennie, myśl o troszczeniu się o jeszcze jedno dziecko napawała ją takim strachem, że utopiła nowo narodzoną córeczkę w wannie.
Podobnie jak niewiele mówił synowi o swoich rodzicach, Stanley mało opowiadał także o sobie. Dlatego Fergusonowi trudno było sobie wyobrazić, jak wyglądał jako dziecko, jako chłopak, jako młody człowiek czy jako ktokolwiek inny aż do chwili, gdy dwa miesiące po ukończeniu trzydziestki ożenił się z Rose. Jednak z lakonicznych uwag, jakie od czasu do czasu wymykały się ojcu, Fergusonowi udało się złożyć aż tyle: że starsi bracia dokuczali Stanleyowi i nim poniewierali, że jako najmłodszy z trójki i przez to najkrócej przebywający z żyjącym ojcem, był najmocniej związany z Fanny, że był pilnym uczniem i bez dwóch zdań najlepszym sportowcem spośród braci, zawodnikiem w drużynie futbolowej i biegaczem na ćwierć mili w zawodach drużynowych w Central High, że latem po ukończeniu liceum w 1932 dzięki talentowi do elektroniki otworzył mały warsztat naprawy sprzętu radiowego (dziuplę w murze na Academy Street w centrum Newarku, jak sam to określił, niewiele większą niż punkt czyszczenia butów), że nie widział dobrze na prawe oko po jednym z szaleńczych ataków matki z miotłą w ręku, kiedy miał jedenaście lat (częściowo go oślepiła i uczyniła niezdolnym do służby wojskowej podczas drugiej wojny), że gardził zdrobnieniem Sonny i porzucił je tuż po ukończeniu szkoły, że uwielbiał tańczyć i grać w tenisa, że nigdy nie powiedział słowa przeciwko braciom, choćby nie wiem jak idiotycznie i pogardliwie go traktowali, że jako dziecko pracował, roznosząc gazety, że poważnie myślał o studiowaniu prawa, ale z braku pieniędzy nie podjął nauki, że w wieku dwudziestu lat bardzo podobał się kobietom i chodził na randki z całymi zastępami żydowskich dziewcząt, z żadną nie mając zamiaru się żenić, że często w latach trzydziestych wypuszczał się na Kubę, kiedy Hawana była stolicą rozpusty zachodniej półkuli, że jego największą ambicją w życiu było zostać milionerem, człowiekiem bogatym jak Rockefeller. Zarówno Lew, jak i Arnold ożenili się tuż po dwudziestym roku życia, każdy zdeterminowany, by jak najszybciej wyrwać się z tego prowadzonego przez Fanny domu wariatów, uciec od wrzaskliwego tyrana, który rządził Fergusonami od śmierci ojca w 1923, i tylko Stanley, wciąż jeszcze nastolatek, gdy bracia zwijali żagle, nie miał innego wyboru, jak tkwić na miejscu. W końcu dopiero co ukończył liceum, ale lata mijały, rok za rokiem, aż nazbierało się ich jedenaście, a on dalej tkwił tam, z niewiadomego powodu dzieląc z Fanny to samo mieszkanie na ostatnim piętrze w czasie wielkiego kryzysu i przez pierwsze lata wojny, być może zablokowany biernością lub lenistwem, być może powodowany poczuciem obowiązku albo winy wobec matki, a być może złożyło się na to wszystko, co nie pozwalało mu na wyobrażenie sobie życia gdziekolwiek indziej. Zarówno Lew, jak i Arnold zostali ojcami, a Stanleya nadal cieszyło beztroskie życie, poświęcanie całej energii na rozwijanie małej firmy w większą firmę, i skoro nie przejawiał pociągu do małżeństwa, nawet gdy już przetańczył swe dwudzieste lata i zbliżał się do trzydziestki, nikt nie wątpił, że do końca życia pozostanie kawalerem. Aż w październiku 1943, w niecały tydzień po odbiciu Neapolu z rąk Niemców przez Piątą Armię, w czasie pełnym nadziei, gdy szala zwycięstwa przechylała się na stronę aliantów, Stanley zdecydował się w Nowym Jorku na randkę z nieznajomą, poznał dwudziestojednoletnią Rose Adler i czar stanu kawalerskiego planowanego na resztę życia prysnął i zgasł bezpowrotnie śmiercią ostateczną.
Tak śliczna była matka Fergusona, taki urok miały jej szarozielone oczy i długie ciemne włosy, tak była spontaniczna i żywa, i skora do śmiechu, tak wspaniale zbudowana dzięki pięciu stopom i sześciu calom, jakie zostały przydzielone jej osobie, że Stanley, po pierwszym powitalnym uścisku jej dłoni, ten wyniosły i zazwyczaj obojętny Stanley, dwudziestodziewięcioletni Stanley, którego nigdy dotąd nie trawił ogień miłości, poczuł, że w obecności Rose całkowicie się rozpada, tak jakby z płuc uszło mu całe powietrze i nigdy już nie miał zaczerpnąć następnego oddechu.
Ona też była dzieckiem imigrantów, ojciec urodzony w Warszawie, matka w Odessie, oboje przybyli do Ameryki, gdy nie mieli jeszcze trzech lat. Adlerowie zatem byli bardziej zasymilowani niż Fergusonowie i w mowie rodziców Rose nigdy nie pobrzmiewał obcy akcent. Dorastali w Detroit i Hudsonie w stanie Nowy Jork, jidysz, polski i rosyjski ich rodziców ustąpił płynnej, idiomatycznej angielszczyźnie, podczas gdy ojciec Stanleya wciąż szlifował swój drugi język aż do dnia, w którym umarł, a jego matka nawet w 1943, prawie pół wieku po zerwaniu z Europą Wschodnią, nadal zamiast amerykańskich gazet czytywała żydowski dziennik „Forward” i mówiła dziwną mieszanką językową, przez jej synów zwaną jydglisz, jakimś zupełnie niezrozumiałym zlepkiem jidysz i angielskiego obecnym w każdym zdaniu, jakie wychodziło z jej ust. Była jedna zasadnicza różnica między przodkami Stanleya i Rose, ważniejsza niż ich mniejsze czy większe dostosowanie do życia w Ameryce, i nosiła nazwę szczęście. Rodzicom i dziadkom Rose udało się uniknąć okrutnych kolei losu, jakich doświadczyli nieszczęśni Fergusonowie, w ich życiu nie było morderstw w napadach na magazyny, biedy, głodu i rozpaczy ani dzieci topionych w wannach. Dziadek z Detroit był krawcem, dziadek z Hudsonu fryzjerem i choć cięcie materiału czy cięcie włosów nie należały do zawodów, które miałyby przynosić krocie i światową sławę, zapewniały jednak stały dochód, który wystarczał, by na stole było jedzenie, a dzieci miały co włożyć na grzbiet.
Ojciec Rose Benjamin, zwany Benem lub Benjym, wyjechał z Detroit w dniu, w którym skończył liceum w 1911 i wyruszył do Nowego Jorku, gdzie daleki krewny zapewnił mu pracę sprzedawcy w sklepie z odzieżą w centrum miasta, ale młody Adler po dwóch tygodniach porzucił to zajęcie, wiedząc, że jego przeznaczenie nie polega na trwonieniu krótkiego czasu, jaki był mu dany na ziemi, na sprzedawanie męskich skarpetek i gaci, i trzydzieści dwa lata później, po całej epoce, kiedy parał się obwoźnym handlem domowymi środkami czystości, dystrybuował płyty gramofonowe, walczył w pierwszej wojnie światowej, sprzedawał auta i był współwłaścicielem placu z giełdą samochodową, zaczął zarabiać na życie jako jeden z trzech mniejszościowych udziałowców w pośrednictwie handlu nieruchomościami na Manhattanie i osiągał wystarczające dochody, by w 1941, na sześć miesięcy przed przystąpieniem Ameryki do wojny, przenieść rodzinę z Crown Heights na Brooklynie do nowego budynku na Pięćdziesiątej Ósmej Zachodniej.
Według tego, co przekazano Rose, jej rodzice poznali się na niedzielnym pikniku na północy stanu Nowy Jork, niedaleko od domu jej matki w Hudsonie, i w pół roku później (w listopadzie 1919) byli po ślubie. Jak Rose wyznała potem swojemu synowi, ich małżeństwo nieustannie ją zdumiewało, bo trudno byłoby spotkać ludzi mniej dobranych niż jej rodzice, i to, że owo małżeństwo przetrwało przez ponad cztery dekady, bez wątpienia należało do wielkich tajemnic w kronikach związków małżeńskich ludzkości. Benjy Adler był gadatliwym mądralą, wiecznie knującym intrygantem z tysiącem pomysłów na minutę, doskonałym opowiadaczem kawałów, uwodzicielem, który zawsze skupiał na sobie uwagę otoczenia, i to on właśnie tamtego popołudnia pojawił się na niedzielnym pikniku na północy stanu Nowy Jork, by zakochać się w nieśmiałej, wycofanej istocie, kobiecie o nazwisku Emma Bromowitz, dwudziestotrzyletniej, krągłej, szerokiej w biodrach dziewczynie o najjaśniejszej ze wszystkich jasnych karnacji na świecie i koronie bujnych rudych włosów, tak czystej, tak nieskażonej, tak wiktoriańskiej w swoim sposobie bycia, że wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że jej ust nigdy nie dotknęły usta żadnego mężczyzny. Nie było najmniejszych podstaw, by się mieli pobrać, wszystko mówiło, że będą skazani na życie wśród kłótni i nieporozumień, ale tak, pobrali się i chociaż gdy urodziły im się córki (Mildred w 1920, Rose w 1922), Benjy miewał pewne kłopoty z dochowaniem Emmie wierności, w swoim sercu był zawsze mocno z nią, a ona, choć wiele razy przez niego skrzywdzona, nigdy nie zwróciła się przeciw niemu. Rose uwielbiała starszą siostrę, jednak nie można było powiedzieć, że z wzajemnością, bo pierworodna Mildred w naturalny sposób przyjęła boski dar w postaci roli księżniczki całego domostwa i mała rywalka, która pojawiła się na scenie, musiała dostawać nauczkę – w miarę potrzeby dość często – że oto w mieszkaniu Adlerów przy Franklin Avenue jest tylko jeden tron, jeden tron i jedna księżniczka, i każda próba uzurpacji tronu grozi wypowiedzeniem wojny. Nie znaczy to, że Mildred była otwarcie wrogo nastawiona do Rose, ale jej miłe zachowanie objawiało się w mikroskopijnych dawkach, nie więcej niż raz na jakiś czas, i zawsze oferowane wyniośle i z łaski, stosownie do osoby o królewskim rodowodzie. Zimna i powściągliwa Mildred; ciepła i otwarta Rose. Kiedy dziewczynki osiągnęły wiek dwunastu i dziesięciu lat, doskonale było wiadomo, że umysłowość Mildred jest wyjątkowa, że jej szkolne sukcesy nie są jedynie wynikiem ciężkiej pracy, ale także wybitnych predyspozycji intelektualnych, i podczas gdy Rose była dość zdolna i otrzymywała przyzwoite stopnie, w porównaniu z siostrą nie wyrastała ponad przeciętność. Nie próbując zgłębić swoich motywów, ani razu ich nie analizując i nie czyniąc żadnych planów, Rose stopniowo wycofała się ze współzawodnictwa na warunkach Mildred, ponieważ instynktownie wiedziała, że każda próba dorównania siostrze będzie skazana na klęskę, więc jeśli gdzieś ma odnaleźć swoje szczęście, musi wybrać inną drogę.