“Eksperyment Isola” to obraz społeczności ukształtowanej przez donosicielstwo i ukryty szantaż. Autorka odtwarza kafkowskie nastroje, w których przewijają się takie słowa jak »przesłuchanie« czy »protokół«…


Eksperyment IsolaNa jedną z wysp wśród sztokholmskich szkierów trafia siedem osób. Wiedzą, że mają wziąć udział w teście, który wyłoni kandydata na stanowisko oferowane przez jedną z tajnych służb. Nie mają jednak pojęcia, że równocześnie uczestniczą w socjologicznym eksperymencie.

Anna Francis też ma wziąć w nim udział. Uważana jest za jedną z najzdolniejszych urzędniczek – jedną z najlepszych w protektoracie Szwecji w ramach Unii Przyjaźni. Niestety błąd, który popełniła w przeszłości, oraz fakt, że matka, niegdyś oddana partii, została uznana za dysydentkę, utwierdzają Annę w przekonaniu, że i jej kariera wkrótce dobiegnie końca. Udział w eksperymencie na wyspie ma być więc dla niej okazją do naprawienia dawnych błędów.

Sytuacja na wyspie wkrótce jednak wymyka się spod kontroli – kandydaci uczestniczący w teście zaczynają po kolei znikać… Anna musi się dowiedzieć, czy naprawdę wie tyle, ile jej się wydawało, i kto właściwie pociąga za sznurki…

***

– Postanowiliśmy przeprowadzić test na odporność w warunkach stresu. Nasi kandydaci znajdą się w realnej sytuacji, a pani dokona oceny ich zachowań. Powie nam pani, kto nadaje się na przywódcę, kto umie strategicznie myśleć, kto jest dyplomatą, a kto się na niego nie nadaje.
Nadal nie wiedziałam, do czego Przewodniczący zmierza.
– A tak konkretnie… co miałabym robić?
Przewodniczący spojrzał na mnie z radosnym uśmiechem.
– Właściwie to bardzo proste. Będzie pani udawać martwą.

fragment książki

Wyspa z dala od świata. Przerażający psychologiczny eksperyment.
Siedmioro kandydatów do tajnej pracy, a wśród nich morderca.
Zdecydujesz się wejść do gry?

“Eksperyment Isola” to obraz społeczności ukształtowanej przez donosicielstwo i ukryty szantaż. Autorka odtwarza kafkowskie nastroje, w których przewijają się takie słowa jak »przesłuchanie« czy »protokół«. Główna postać, Anna Francis, niewiele się różni od słynnego bohatera filmowego, Jamesa Bourne’a. Jest królikiem doświadczalnym w służbie państwa, który został poddany psychologicznej przemocy i przemocą zaprogramowany. Autorka rysuje portret Anny, w każdej pojedynczej scenie odmalowując istotę dyktatury. Imponujący debiut dziennikarki telewizyjnej Åsy Avdic.
Arbetarbladet

“Eksperyment Isola” to szwedzkie Igrzyska śmierci dla dorosłych.
Jönköpings-Posten

Åsa Avdic jest dziennikarką, prowadziła własne programy w radiu i w telewizji, w tym m.in. „Plus”. Obecnie jest jedną z osób prowadzących program „Gomorron Sverige” w państwowej telewizji SVT. W 2012 roku opublikowała książkę pod tytułem „Rätt åt dig – så blir du en lyckad konsument” („Rada dla Ciebie, czyli o tym, jak się stać zadowolonym konsumentem”). Powieść „Isola” to jej literacki debiut.

Åsa Avdic
Eksperyment Isola
Przekład: Wojciech Łygaś
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 14 marca 2018
 
 

Eksperyment Isola


PSUV Protektorat Szwecji w Ramach Unii Przyjaźni
Zob. także Szwecja, Svea Rike
Protektorat Szwecji w Ramach Unii Przyjaźni, zwany potocznie Protektoratem Szwecji(6), jest krajem członkowskim Unii Przyjaźni. Jego niezależność jest sporna. Uznaje go sto siedem spośród stu dziewięćdziesięciu trzech państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych, w tym USA, ale nie jest uznawany przez inne protektoraty Unii Przyjaźni(7), (8), (3) [wiarygodne źródło?].
Pierwszy krok w kierunku członkostwa w Unii Szwecja zrobiła po upadku muru w 1989 roku i rozruchach społecznych, do których doszło w efekcie tego zdarzenia. Od 1992 roku Szwecja i Finlandia funkcjonują w warunkach stanu wyjątkowego i wspólnego sojuszu obronnego. Później dołączyła do nich także Norwegia. Siedemnastego lutego 1995 roku Parlament Protektoratu Szwecji ogłosił się pełnoprawnym członkiem Unii Przyjaźni. Zachodni Blok nie akceptuje tej deklaracji i wiele spośród krajów członkowskich ONZ nadal uznaje PS za państwo samodzielne. Protektorat Szwecji sprawuje de facto i de iure kontrolę nad terytorium całego kraju, choć jednocześnie podlega wspólnemu ustawodawstwu Unii Przyjaźni, któremu podporządkowane są lokalne ustawodawstwa(9). Zdaniem Międzynarodowego Trybunału w Hadze wejście w skład Unii Przyjaźni nie stoi w sprzeczności z prawem międzynarodowym(10), (11), (12), (13).
Protektorat Szwecji przestał być członkiem ONZ, a struktury ówczesnej Unii Europejskiej opuścił przed jej rozpadem(14).
Protektorat Szwecji graniczy od wschodu z Protektoratem Finlandii (państwem członkowskim Unii Przyjaźni), od zachodu z Protektoratem Norwegii, od południowego zachodu z Danią. Granica z tym ostatnim państwem pozostaje zamknięta od 1992 roku. Stolicą Protektoratu Szwecji jest Sztokholm.
Międzynarodowa Encyklopedia, 2016

Sztokholm

Protektorat Szwecji
Maj 2037 roku

Wyjaśnienie tej sprawy powierzono dwojgu śledczych, kobiecie i mężczyźnie. Ustalili, że to on rozpocznie przesłuchanie, a ona będzie się tylko przysłuchiwać. Potem to ona miała przejąć jego rolę. Podobną taktykę stosowali w przeszłości wiele razy i zazwyczaj się sprawdzała. Uważali, że dobrze jest mieć na podorędziu jakiś element zaskoczenia. Większość przesłuchiwanych osób postrzegała tę metodę w tradycyjny sposób, a mianowicie taki, że to on jest głównym, kompetentnym śledczym, a ona mu tylko pomaga i występuje w roli podwładnej, na przykład asystentki albo sekretarki. Prawda była całkiem inna, bo w rzeczywistości to właśnie jej powinni się bardziej obawiać. Tworzyli zgrany zespół. W miarę upływu lat nauczyli się posługiwać tą metodą w sposób bezbłędny. Jedno z nich odgrywało rolę oficjalnego, groźnego twardziela, drugie udawało „dobrego policjanta”. Czasem, już w trakcie przesłuchania, zamieniali się nagle rolami, aby wytrącić przesłuchiwanych z równowagi. Na końcu to prawie zawsze ona ich łamała.
Na myśl o tym, jak dobra jest w tym, co robi, kobieta uśmiechnęła się z satysfakcją. Przed wejściem numer 302 zauważyła wolne miejsce parkingowe. Gwałtownie skręciła, lekko otarła stojący obok wóz i ustawiła się nieco po skosie. Wycofała i ponownie wjechała w to samo miejsce, ale tym razem zrobiła to w sposób perfekcyjny, parkując na samym środku kratki. Wzięła torebkę i szybko skierowała się do windy. Zanim do niej weszła, wyjęła legitymację służbową i podsunęła ją pod kamerę, aby potwierdzić swoją tożsamość. Denerwowało ją, że chociaż jest osobą zaufaną, musi się poddawać takiej kontroli. Wiedziała jednak, że podobne zasady obowiązują wszystkich. Nawet Przewodniczący musi się stosować do przepisów i okazywać legitymację, aby udowodnić, że to rzeczywiście on. Tak jej to przynajmniej wyjaśnił. Dla niej liczyło się głównie to, aby pokazać, że należy do zespołu, chociaż w rzeczywistości nawet nie wiedziała, kto oprócz niej wchodzi w jego skład. Najważniejsze było to, że znała swojego partnera służbowego, który też był w zespole, i ufała Przewodniczącemu. To wprawdzie nie to samo, co znać go osobiście, ale niczego więcej nie oczekiwała. Musi jej to wystarczyć. W końcu drzwi windy się otworzyły, a gdy do niej weszła, zamknęły się, wydając dźwięk przypominający ssanie. Winda ruszyła, a ona odniosła wrażenie, jakby znalazła się w stanie nieważkości. Prawie w ogóle nie czuła, że jedzie w górę. Winda zatrzymała się na jednym z wyższych pięter. Z okna rozpościerał się rozległy widok na całe miasto, na horyzoncie majaczyły zarysy portu, daleko za nim widać było szkiery i morze. Na myśl o tym, że horyzont to tylko złudzenie i niedoskonałość oka, ogarnęły ją mieszane uczucia. Czuła się bezpiecznie, choć niezbyt przyjemnie. Pomyślała, jak wiele rzeczy dzieje się w tym momencie poza budynkiem. Wcześniej czy później i tak wszystko wyjdzie na jaw, jak na przykład zawartość teczki, którą trzymała w ręce. Myślała o tym zjawisku jak o wyrzuconych na brzeg morza szczątkach, które osiadają na plaży i gniją. Jej praca polega na sprzątaniu takich rzeczy. Zajmuje się tym razem ze swoim partnerem. Robili to już wiele razy, a mimo to na myśl o tym, co ich czeka, dostała skurczów żołądka.
Kiedy weszła do szatni, jej partner już tam był. Właśnie zapinał ostatnie guziki przy mundurze.
– Widzę, że założyłaś dzisiaj sportowe buty – powiedział z krzywym uśmiechem.
Nie bacząc na jego złośliwe słowa, kobieta zdjęła czarne czółenka z czerwonymi podeszwami i wstawiła je do szafki. Dostała je w prezencie od siostry, która mieszka za granicą. Sporo kosztowały. Może to śmieszne, ale ubzdurała sobie, że czerwony kolor przynosi jej szczęście. Wprawdzie nie jest przesądna, ale od pewnego czasu za każdym razem, gdy robi jakąś ważną rzecz, zakłada coś czerwonego. Postępuje w ten sposób od tak wielu lat, że nie ma odwagi zrezygnować z tego zwyczaju. W taki dzień jak dzisiaj stara się nie wyzywać losu. Woli nie ryzykować. Tyle że jak dotąd żaden dzień nie nadawał się do tego, aby w końcu zerwać z tą tradycją.
– Dobrze, że ich przesłuchamy – powiedział mężczyzna. – Będziemy musieli się sprężyć, chociaż najważniejsza osoba nie przyjdzie.
Spojrzała na niego z niepokojem i poczuła, jak jej żołądek jeszcze bardziej się kurczy.
– A co z Anną Francis? Nadal jest… niedysponowana? Sam nie wiem, jak to nazwać. Zresztą nieważne, bo wygląda na to, że i tak będziemy musieli się nią zająć. Poczekam na korytarzu.
Mężczyzna stuknął obcasami, jak gdyby chciał jej oddać honory, i wyszedł z szatni. Na takie gesty pozwalał sobie tylko wtedy, gdy byli sami. Kobieta rozebrała się i wyjęła z szafki mundur. Właściwie to głupie, że przed wyjściem z domu zakłada importowane markowe ciuchy i buty, jedzie samochodem do pracy i znowu się przebiera – tym razem w służbowe ubranie. Ale cóż, takie zachowanie daje jej poczucie, że jest człowiekiem. Nie jest to oczywiście właściwe nastawienie, ale zajmując takie stanowisko, może sobie na to pozwolić – pod warunkiem, że nie będzie się nad tym zbyt szeroko rozwodzić. Tak przynajmniej uważała. Nikt jej nigdy nie krytykował za ubiór, a i ona nikogo o nic nie pytała. Kiedy zakłada granatowy mundur, staje się trybikiem machiny, której początku i końca nigdy nie widziała. Mimo to dokładnie wie, jak taki organizm funkcjonuje. No, może prawie dokładnie. Jest jednak pewna, że dzieje się tak dzięki niej i jej pozostałym kolegom z pracy. Są jak program antywirusowy w komputerze. Wykonują naprawy i wymieniają to, co przestało działać. Zapięła ostatnie guziki, podeszła do lustra i na swój widok skrzywiła się z niezadowoleniem. Jej najmłodszy syn nadal wchodzi nocą do jej łóżka i ciągle się wierci, a ona czuje się wtedy tak, jakby przez całą noc leżała obok kurczaka grillowanego na obracającym się rożnie. Ostatniej nocy, tak jak wiele razy wcześniej, skończyło się na tym, że o świcie położyła się w łóżeczku dziecięcym, z którego wystawały jej stopy i łydki. Przespała niespokojnie najwyżej godzinę, bo zaraz potem zadzwonił budzik i musiała wstać. Przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała się pozbyć zmęczenia, wyjęła gumową tasiemkę i zręcznym ruchem związała w koński ogon ciemnobrązowe włosy. Odkręciła kran, zwilżyła dłonie i przygładziła kilka niesfornych kosmyków, które nie chciały się równo ułożyć na głowie. Wiosna przyszła w tym roku wyjątkowo późno, słońce na niebie widziała ostatni raz przed wieloma tygodniami. Przypomniała sobie, że na lato zaplanowała trzytygodniowy urlop. Ciekawe, czy zdążą wyjechać do firmowego domku, czy jagody będą dojrzałe i czy tym razem się na nie załapie.
Na razie nie ma się co podniecać, że idzie lato. Urlop to też nic pewnego. W zeszłym roku trwał zaledwie cztery dni, bo pojawiły się „nagłe problemy wewnętrzne”, które trzeba było rozwiązać. No cóż, zdarza się. Taką wybrała sobie pracę. Wzięła do ręki teczkę i wyszła z szatni na korytarz, gdzie czekał na nią jej partner. Razem poszli korytarzem w kierunku zakratowanych drzwi. Przeszli rutynową kontrolę, ale gdy strażnik chciał otworzyć jej teczkę, położyła dłoń na zamku.
– Nie wolno jej otwierać – powiedziała. – Sprawdź na liście.
Strażnik wszedł do dyżurki i wziął do ręki czarną krótkofalówkę. Kobieta obserwowała przez dźwiękoszczelną szybę ruchy jego warg. Mężczyzna dowiedział się widocznie tego, o co pytał, bo wyszedł i skinął jej głową.
– Możecie iść – powiedział.
Drzwi rozsunęły się przed nimi, a gdy przez nie przeszli, od razu się zamknęły. Po kilku sekundach kolor lampy sufitowej zmienił się z czerwonego na zielony i otworzyły się przed nimi kolejne drzwi. Nienawidziła całej tej procedury, tych kilku chwil, gdy musi tu tkwić jak w śluzie. Czuje się wtedy jak więzień, jak gdyby niczym nie różniła się od tych, którzy są tu pod kluczem.

Wewnętrzny korytarz był słabo oświetlony, bo jarzeniówki pod sufitem zamontowano w zbyt dużej odległości od siebie. Ludzie chodzili więc w blasku bladego światła bijącego z góry i wyglądali jak trupy. Przytłumione dźwięki, niemal niesłyszalne kroki. Kobieta szła wpatrzona w plecy idącego przed nią mężczyzny. Po pewnym czasie stanęli przed otworem w ścianie. Mężczyzna zapukał, a gdy okienko się otworzyło i ukazała się w nim twarz starszego strażnika, wsunął do środka jakiś dokument. Po chwili strażnik wyszedł do nich z pękiem kluczy i bez słowa ruszył przed siebie korytarzem. Oboje poszli za nim. Po kilkunastu metrach strażnik wsunął klucz do zamka i otworzył ciężkie stalowe drzwi po prawej stronie, prowadzące do następnego korytarza. Było w nim jeszcze ciemniej niż w poprzednim. Po lewej stronie były okna, za którymi znajdowali się ludzie. Siedzieli w pomieszczeniach przypominających małe poczekalnie w kształcie sześcianu. Jedni coś czytali, inni wpatrywali się niespokojnym wzrokiem w szyby. Kobieta wiedziała, że nie mogą widzieć tego, co jest poza pomieszczeniami, za to sami są w pełni widoczni. W pewnej chwili strażnik się zatrzymał. Byli na miejscu. Strażnik przekręcił klucz w zamku i wpuścił ich do skromnie umeblowanego pokoju. Po obu stronach stały dwa krzesła i stolik, a na nim karafka z wodą, kilka plastikowych kubków i duży magnetofon.
– Daj nam kilka minut, potem możesz przyprowadzić pierwszą osobę – powiedział mężczyzna do strażnika. Ten skinął głową i zamknął za sobą drzwi. Kobieta postawiła teczkę na stole i wyjęła z niej dużą aktówkę ze zdjęciami, mapami i plikiem innych papierów. Na przedniej stronie widniała duża czerwona pieczęć ze słowem „TAJNE”. Pod spodem znajdował się napis:
SOR 234:397, Klass 3.
Raport w sprawie wydarzeń na Isoli.
Kobieta spojrzała na swojego partnera, który ze zmarszczonym czołem przeglądał papiery. Zauważyła, że wygląda na przestraszonego, co było do niego zupełnie niepodobne. Wiele razy widziała go poirytowanego, zmęczonego, znudzonego, sfrustrowanego, rozczarowanego, ale nigdy przestraszonego. Zastanawiała się, ile wie o sprawie, czy wie więcej od niej, a jeśli tak, to co. Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Mężczyzna zauważył, że mu się przygląda, i się uspokoił. Zamknął teczkę i z lekkim trzaskiem rzucił ją na stolik.
– Mam nadzieję, że czerwony kolor znowu przyniesie ci szczęście. Dzisiaj naprawdę będzie nam potrzebne – powiedział na wpół do niej, na wpół do siebie, siadając na krześle.
– To znaczy, że Anny Francis nie będzie? Jesteś tego pewien? – Czuła, że musi o to zapytać.
Mężczyzna popatrzył na nią.
– Nie, nie jestem, ale tak mi powiedzieli. A może wiesz coś więcej?
Kobieta pokręciła głową. Wiedziała jednak, że coś się w tym wszystkim nie zgadza. Za długo pracuje w tym fachu. Chciała coś dodać, ale się rozmyśliła. Wzięła aktówkę, wsunęła ją do teczki i postawiła na podłodze. Chciała spytać swojego partnera, czy wie, co się dzieje z Francis, gdzie przebywa i jak się czuje, ale w tym samym momencie otworzyły się drzwi.

POCZĄTEK

Anna

To ciekawe, że prawdziwą naturę innego człowieka poznajemy czasem przez przypadek. Mam na myśli sytuację, kiedy osobę, która na przykład siedzi po drugiej stronie pokoju, zaczynamy nagle postrzegać w taki sposób, jakbyśmy ujrzeli ją po raz pierwszy w pełnym świetle, jakbyśmy dopiero od tej chwili dostrzegli w niej konkretnego człowieka – człowieka w ogóle. Kiedy po raz pierwszy popatrzyłam tak na Henry’ego Falla, pracowaliśmy razem w tym samym wydziale już od pewnego czasu. Najdziwniejsze było to, że zaczęłam postrzegać Henry’ego inaczej przez pewien prosty gest.
Naszym szefem był młody człowiek o wielkich ambicjach. Powiadano o nim, że jest właściwą osobą na właściwym stanowisku, potrafiącą „zdynamizować naszą działalność”. Pewnego dnia zaprosił do siebie do domu cały nasz wydział. Czuliśmy się tam trochę obco i niezręcznie. Przyszliśmy w cywilnych ubraniach, panie nałożyły trochę bardziej odważny makijaż, napoje piliśmy w cienkich szklankach zamiast w zwykłych starych kubkach do kawy. Wiele osób założyło na tę okazję zupełnie nowe ubrania. Spod kołnierza bluzki, w której przyszła sekretarka z naszego wydziału – starsza kobieta z fryzurą przypominającą hełm – wystawała metka. Paragon włożyła pewnie do portfela z nadzieją, że następnego dnia zwróci bluzkę do sklepu i dostanie z powrotem swoje kupony. Oczami wyobraźni ujrzałam, jak stoi przed kasą z bluzką w reklamówce, krytykuje jej jakość, rozmiar i krój i wykłóca się o zwrot kuponów.
Ekspedientka ma ostry makijaż na zmęczonej twarzy. Tak, naszej sekretarce pewnie się ten numer uda.
Tuż przed kolacją, którą przygotowano w przestronnym salonie z widokiem na zatokę, z chromowanego wózka zastawionego butelkami serwowano wino musujące marki Rotkäppchen. Ogarnęła mnie złość, że takiego smarkacza jak nasz szef stać na tak eleganckie mieszkanie w jednym z nowych wysokościowców na Lidingö, z widokiem na Karlsudd i bazę wojskową na wyspie Tynningö. Denerwował mnie wózek z alkoholem i wódka importowana z zachodniej Europy. Wszystko to mogło oznaczać, że nasz szef ma wpływową rodzinę (co by wyjaśniało, jakim sposobem dostał taką pracę). Henry trzymał się jak zwykle na uboczu. Nagle ujrzałam, jak bez żadnych ceregieli bierze butelkę drogiego koniaku, nalewa sobie do kieliszka, opróżnia go i odstawia bezdźwięcznie na wózek z alkoholem takim gestem, jakby to, co przed chwilą zrobił, w ogóle się nie wydarzyło. Nie było to zbyt wyszukane i gdyby chodziło o kogoś innego, takie zachowanie mogłoby nawet wzbudzić niepokój, sugerując alkoholizm, zszargane nerwy, osłabienie albo złe wychowanie. W przypadku kogoś tak opanowanego jak Henry chodziło o coś zupełnie innego: był po prostu głodny. Kiedy zobaczyłam, jak kilkoma łykami opróżnia kieliszek, po raz pierwszy przyszło mi na myśl, że być może nie jest tym, za kogo go brałam, i może być dla mnie groźny. Kiedy zaczęłam mu się przyglądać uważniej, zauważyłam kilka innych rzeczy. Przypominało to trochę zbieranie grzybów w lesie: najpierw nie widziałam nic, potem zobaczyłam coś, a na końcu ogarnęłam wszystko. Zwróciłam na przykład uwagę na jego śmiech. Okazało się, że Henry umie się śmiać! Nie było w tym nic dziwnego, ale przecież większość ludzi się nie śmieje. Ściągają usta, kaszlą, chichoczą, ale tak naprawdę wcale się nie śmieją. Tymczasem Henry śmiał się na cały głos, niepowstrzymanym śmiechem, który zupełnie nie pasował do jego stonowanego stylu bycia. Im dłużej razem pracowaliśmy, tym częściej starałam się sprowokować go do śmiechu. Robiłam to tylko po to, żeby zobaczyć, jak pochyla się nad biurkiem, ociera łzy z twarzy albo obnaża równe białe zęby. One też zwróciły moją uwagę – były po prostu ładne.
Henry był dość przeciętnym facetem. Swoje obowiązki wykonywał rzetelnie i nie pozwalał sobie na żadne ekstrawagancje. Nie ryzykował. Kiedy przez tydzień pełnił dyżur w kuchni, wszystko w niej lśniło. Nie był zamknięty w sobie, ale nie był też zbyt otwarty. Jeśli ktoś go nie pytał wprost, nie opowiadał o sobie. Jeśli jednak ktoś to zrobił, odpowiadał krótko i grzecznie. Opowiadał nam, co robił w weekend, co sądzi o filmie, który ostatnio oglądał, i dokąd pojedzie na urlop. Nigdy nie zdradzał więcej, podawał nam tylko tyle szczegółów, żeby odpowiedzieć na zadane mu pytanie. Często kontynuował rozmowę z osobą, która go zagadnęła, ale nie dlatego, że był nią jakoś szczególnie zainteresowany, tylko z grzeczności albo – jak po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać – żeby nie mówić o sobie. Kiedy nasi koledzy zapraszali nas na urodziny, na grilla albo na piwo po pracy, Henry prawie zawsze odmawiał. Robił to grzecznie i za każdym razem miał uzasadnione powody: jego ciotka obchodzi urodziny, ma zarezerwowany termin w pralni, musi wyjechać, więc niestety… Chętnie wpadnie, ale następnym razem. Henry nikomu nie wadził i jemu też się nikt nie naprzykrzał.
Wszyscy uważali, że Henry Fall to porządny człowiek, ale gdy nie było go w pracy, nikt nie zauważał jego nieobecności. Kiedy zaczęłam go obserwować, zwróciłam uwagę, że ten grzeczny dystans i zręcznie wystudiowana bezpretensjonalność nie są przypadkowe. Przeciwnie, Henry robił to świadomie, bo tak mu było najwygodniej.
Jego zewnętrzny wygląd też niewiele o nim mówił. Henry przypominał chłopca z małego miasta, który dorastał na trawniku za białym płotem. Uprawiał jakąś drużynową dyscyplinę sportu, zbierał naklejki i jeździł na obozy harcerskie. Był trochę więcej niż średniego wzrostu i miał kanciaste ramiona, jak ktoś, kto w młodości trenował. Nie był ani za gruby, ani za szczupły. Do ludzi odnosił się grzecznie. Włosy miał brązowe, do fryzjera chodził rzadko, ale policzki miał zawsze gładko wygolone. Jego blady nos pokrywały piegi, choć trudno byłoby określić, czy latem opala się na brązowo czy na różowo. Zimą zakładał czapkę i rękawiczki. Czasem przychodził do pracy w pstrokatych skarpetkach we wzorki. Wyobrażałam sobie, że ma w domu krawat ze Świętym Mikołajem, ale nigdy go w czymś takim nie widziałam. Henry mówił opanowanym, lekko zrzędliwym głosem. Był jak sąsiad, kumpel z dzieciństwa, ktoś, kogo kiedyś spotkaliśmy, chociaż trudno nam stwierdzić, gdzie i kiedy. Rozpływał się po prostu w masie innych ludzi. Gdybym wtedy nie zauważyła, jak sięga po koniak, prawdopodobnie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi.