W powieści “Wstąp do El Encanto” Susana López Rubio przywołuje pełną świetności i szyku epokę lat 50. XX wieku w tętniącej życiem Hawanie.


Wstąp do El EncantoWstąp do cudownego miejsca – słynnego ekskluzywnego domu towarowego El Encanto – i przenieś się do XX-wiecznej tętniącej życiem Hawany.

Początek lat 50. W porcie w Hawanie schodzi na ląd Patricio, młody Asturyjczyk, którego całym majątkiem jest głód świata, a jedynym celem pozostawienie za sobą przeszłości w rodzinnej wsi wciąż jeszcze liżącej rany po hiszpańskiej wojnie domowej.

Na spotkanie wychodzi mu gościnne miasto pełne światła i barw, w którym szybko znajduje pracę w domu towarowym stanowiącym dumę stolicy – El Encanto.

Tam właśnie poznaje Glorię, jedną z najpiękniejszych, a przy tym bez wątpienia najbardziej zakazanych kobiet na wyspie. Jej mąż to wywodzący się z hawańskich nizin społecznych mafioso.

W powieści “Wstąp do El Encanto” Susana López Rubio przywołuje pełną świetności i szyku epokę, w której niezapomniane postacie, owładnięte namiętnościami i spętane konwenansami, zostają wciągnięte w wir tragicznej historii zakazanej miłości, prowadzącej od uniesień do wybaczenia i zmuszającej do przezwyciężenia własnych słabości. Miłości, która za tło ma rewolucję.

Susana López Rubio to autorka książek i scenariuszy. Zdobyła bogate doświadczenie zawodowe w zakresie produkcji audiowizualnych. Brała udział przy powstawaniu takich seriali jak “Policías en el corazón de la calle”, “Hospital Central”, “La chica de ayer” i “Física o química”, by wspomnieć najważniejsze dokonania. Opracowała telewizyjną adaptację miniserialu “Krawcowa z Madrytu” i napisała scenariusz serialu “Acacias 38”. W kinie była współautorką scenariusza “Babskiego weekendu” oraz, między innymi, filmów krótkometrażowych takich jak “Juan i chmura” (Nagroda Goya 2015 dla Najlepszego krótkometrażowego filmu animowanego). Spod jej pióra wyszły także książki dla dzieci: La mejor familia del Mundo i Martín en el Mundo de las cosas perdidas.

Susana López Rubio
Wstąp do El Encanto
Przekład: Magdalena Olejnik
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 14 lutego 2018
 
 

Wstąp do El Encanto


CZĘŚĆ PIERWSZA

1

1947
Patricio

Gdy tylko zszedłem na ląd w Hawanie, zrozumiałem, że moje ubranie nie nadaje się na kubański klimat. Żaden z pasażerów statku nie miał na sobie odpowiedniego stroju. Wełniane spodnie i marynarka gryzły mnie niemiłosiernie, a czapka, która tyle razy uratowała mnie przed chłodem w Asturii, teraz groziła poparzeniem głowy pod tropikalnym słońcem. Kubańczycy nosili lniane garnitury, a Kubanki wzorzyste sukienki. W zestawieniu z nimi wyglądaliśmy jak stado zapoconych owiec. Spojrzałem z zazdrością na celnika. Jego biała koszula z krótkim rękawem stanowiła żywy obraz wygody. Czekaliśmy z dokumentami w ręku, gdy nadeszła sekretarka – Mulatka w sukience z odkrytymi ramionami i bez pończoch wywołała pełne podziwu gwizdy ze strony mężczyzn stojących w kolejce. Nie byle jakie osiągnięcie, biorąc pod uwagę dręczący nas głód i skrajne zmęczenie po ponad czterdziestu dniach podróży, którą odbyliśmy stłoczeni w mikroskopijnych kajutach, z jedynym pożywieniem w postaci serwowanego dzień w dzień talerza brei.
– Jak się nie uspokoicie z tymi gwizdami, zaraz zrobię z wami porządek!
Stojący obok mężczyzna z Galicii wyraził na głos moje myśli:
– Ooo, do diaska! Tutaj kobiety mają jaja!
Celnik dał mi znak, bym podszedł bliżej.
– Imię?
– Patricio.
– Nazwisko?
– Rubio Gamella.
– Wiek?
– Dziewiętnaście.
– Hiszpan?
– Tak.
– Cel podróży?
Kusiło mnie, by odpowiedzieć szczerze: „Wie pan, w Hiszpanii panuje taka nędza, że musimy moczyć chleb w kałużach, a w mojej wsi nie ma już kotów, bo zjedliśmy wszystkie szczury. Matkę zabili republikanie, ponieważ ukrywała w domu kuzynkę zakonnicę, a ojca narodowcy, bo nie zgodził się uklęknąć przed portretem Caudilla. Więcej rodziny nie mam, a nie chciałem spędzić reszty życia, harując w kopalni, zżerany przez wszy, więc sprzedałem obrączkę ślubną po babci, niech spoczywa w pokoju, i kupiłem bilet trzeciej klasy na statek, żeby zacząć od zera na drugim końcu świata, z jedną koszulą na grzbiecie. Cel podróży jest taki, że chcę przeżyć”.
Tak właśnie powinienem był mu powiedzieć. Ale na statku wielu ludzi uprzedzało, że Kuba zaczyna odsyłać hiszpańskich emigrantów z powrotem, i nie powinniśmy im tego ułatwiać.
– Cel podróży? – powtórzył zniecierpliwiony celnik.
Przełknąłem szybko swoje smutki i z szerokim uśmiechem odpowiedziałem to samo co reszta pasażerów ze statku.
– Wypoczynek. Przyjechałem na wakacje.
Wyszedłem z odprawy celnej i rozejrzałem się wokół. Moim oczom ukazała się nadmorska promenada, pełna ludzi, aut, gwaru i życia. Na tle połyskliwie niebieskiego nieba odcinała się latarnia zamku Morro czuwającego nad miastem i jego mieszkańcami.
Z gorąca zakręciło mi się w głowie i musiałem usiąść. Podróż była tak skomplikowana, a moje szanse dotarcia na Kubę tak znikome, że do tej pory nawet nie zadałem sobie pytania, co zrobię, gdy w końcu znajdę się w Hawanie. Sytuacja nie przedstawiała się zbyt różowo. Mój dobytek ograniczał się do pięciu rzeczy: wełnianego garnituru, czapki, butów, zdjęcia rodziców i puszki sardynek w marynacie, którą podarowało mi na statku pewne portugalskie małżeństwo.
Dysponowałem jednak ponadto dodatkowymi pięcioma atutami. Po pierwsze: tupet. Od dziecka byłem śmiały i zawsze kierowałem się zasadą, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie. Po drugie: odziedziczone po matce niebieskie oczy i przekazana przez ojca w genach zgrabna sylwetka. Po trzecie: wyobraźnia. Ta sama, która nie pomogła mi w zapamiętaniu listy królów wizygockich, natomiast wyśmienicie sprawdzała się podczas wymyślania wymówek w szkole i ułatwiała wagary. Po czwarte: młodość. Niedawno skończone dziewiętnaście lat niwelowało wszelkie obawy, spychając je na dalszy plan i przyznając pierwszeństwo tęsknocie za przygodą. I wreszcie, po piąte i najważniejsze: głód. Głód życia, przyszłości, kolorów, głód kumulujący się we mnie już nie miesiącami, lecz latami. Mówią, że wiara przenosi góry, ale głód w niczym jej nie ustępuje. Głód sprawił, że chłopak z małej wioski w Asturii przemierzył ocean i trafił na Perłę Antyli.
Po chwili zebrałem siły, wstałem i ruszyłem przed siebie. Pierwsze godziny życia na emigracji spędziłem właśnie tak: spacerując po mieście i szeroko otwierając oczy z zachwytu na widok cudów, które się przed nimi przesuwały. Pasaż Prado, plac Katedralny, bulwar Malecón… Wszędzie kłębiły się tłumy, rodziny z dziećmi, turyści, uliczni dentyści, pucybuci, akwizytorzy oferujący erotyczne pocztówki, a nawet wróżki, które przepowiadały przyszłość, rzucając muszelkami.
Miasto stanowiło ucztę nie tylko dla oczu, lecz także dla uszu. W Hawanie muzyka obecna była na każdym kroku. Dobiegała z barów, z radioodbiorników stojących na parapetach okien i trąbek grajków, którym ulice i place służyły za scenę.
W końcu dotarłem do chińskiej dzielnicy. Na rogu Zanja i Galiano stanąłem oszołomiony, gdyż moją uwagę przyciągnął afisz z przystrojonymi w pawie pióra tancerkami kabaretu Tropicana. Zacząłem go studiować tak wnikliwie, że nie zauważyłem tramwaju, który całym pędem jechał wprost na mnie.
– Z drogi, dupku! – wrzasnął motorniczy.
Tramwaj zatrzymał się w porę, by mnie nie przejechać, ja jednak upadłem na tyłek. Jakiś człowiek w garniturze zatrzymał się, by mi pomóc.
– Nic się panu nie stało?
Odparłem, że nie. W efekcie żałosnego upadku znacznie bardziej ucierpiała moja godność niż obolałe półdupki.
– Nasz młodzieniec ślini się do pięknych nóżek tych uroczych tancerek, a pan chciałeś go zaraz posłać wprost na cmentarz Kolumba? – mężczyzna zrugał motorniczego. – Daj se, kuźwa, na wstrzymanie, człowieku.
Tak to właśnie wyglądało. Kubańczycy potrafili mówić z najwyższym wyrafinowaniem, by chwilę później kląć jak szewcy.
– Naprawdę bardzo mi przykro – jął się tłumaczyć motorniczy. – A następnym razem uważaj pan kapkę bardziej i nic panu nie będzie.
Moja podróż dookoła świata dobiegła końca na plaży. Usiadłem na piasku i wpałaszowałem puszkę sardynek w marynacie, w czasie gdy morskie fale omywały mi zmęczone stopy. Słońce na horyzoncie przypominało karmazynowy kamyk w intensywnie pomarańczowej otoczce, pocętkowany czarnymi punktami mew. Nim zaszło, zasnąłem głęboko, nie ruszywszy się z miejsca.
Następnego dnia obudziły mnie okrzyki obwoźnego sprzedawcy.
– Panie, panowie! Sorbet kokosowy, cytrynowy i ananasowy! Wyborne granizado!
Zdezorientowany otworzyłem oczy i odkryłem, że otaczają mnie całe rodziny plażowiczów, którzy zdecydowali się spędzić dzień nad morzem, a teraz spoglądają na mnie z mieszaniną politowania i zdziwienia. Kilkuletnia czarnowłosa dziewczynka odłożyła piłkę i podeszła bliżej.
– Cześć. Jesteś rozbitkiem?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po prostu się uśmiechnąłem. Byłem szczęśliwy, bo uświadomiłem sobie, że właśnie zaczynam nowe życie w Hawanie, niczym rozbitek wyrzucony przez morze na brzeg.

2

Opuściwszy plażę, umyłem twarz w fontannie i skierowałem się do dzielnicy San Isidro. Wiele tygodni wcześniej właściciel mleczarni w naszej wsi opowiadał mi, że jeden jego znajomy miał kolegę, którego kuzyn mieszkał w Hawanie i powiedział mu, że świeżo przybyli na wyspę Asturyjczycy zbierają się w barze El Popular przy ulicy Porvenir, prowadzonym przez wdowę z Avilés. Przypuszczałem, że mam niewielkie szanse, by go znaleźć: możliwe, że bar już zamknięto lub że znajduje się gdzie indziej; albo że właściciel mleczarni lub jego znajomy albo kolega znajomego, czy wreszcie kuzyn kolegi znajomego minęli się z prawdą. Jednak, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, bez trudu go odnalazłem. Był to mały lokal o bardzo podłym wyglądzie.
Wnętrze potwierdziło jeszcze pierwsze złe wrażenie. Dostrzegłem tam kilka zdezelowanych stolików i parę koślawych krzeseł, a nad wszystkim królował brudny blat baru. Była to speluna w całym tego słowa znaczeniu, ale mimo wszystko butelki cydru na półkach przywołały uśmiech na mojej twarzy.
Właścicielka, kobieta pod sześćdziesiątkę, ze sflaczałymi policzkami i włosami zebranymi w siwy kok, spojrzała na mnie, marszcząc brew.
– Bonos díes – przywitałem się po asturyjsku, próbując zjednać sobie jej sympatię. – Qué bona mañana fai.
Ale kobiecie starczył jeden rzut oka, by zrozumieć, w jakiej jestem sytuacji, i prychnęła niechętnie.
– ¡Va ser desgraciáu! Nic nie mów – burknęła, wycierając dłonie w szmatę. – Dopiero co przyjechałeś? Pewnie wczorajszym statkiem z Lizbony. No to możesz stąd znikać, to nie Czerwony Krzyż.
Domyśliłem się, że ma już dosyć biedaków szukających u niej pomocy. Żeby mnie nie wyrzuciła, spróbowałem ją rozśmieszyć.
– Nie – pokręciłem głową.
Zaskoczona kobieta uniosła brwi.
– Nie?
– Przyleciałem samolotem – oświadczyłem, przybierając poważny wyraz twarzy – pierwszą klasą. Obiecaj mi, że zachowasz w sekrecie to, co powiem – szepnąłem.
Było jasne, że nie uwierzyła w ani jedno moje słowo, ale zaintrygował ją mój tupet, i postanowiła pociągnąć rozmowę dalej.
– A cóż to za sekret, jeśli można wiedzieć?
– Jestem markizem.
Kobieta spojrzała na moje ubranie pobrudzone piaskiem po noclegu na plaży i wybuchnęła takim śmiechem, że aż zakrztusiła się własną śliną.
– Markiz z Koziej Wólki, non te xinga! – powiedziała kpiąco.
Uznałem jej śmiech za dobry znak i nabrałem śmiałości.
– Markiz Miradoiro.
– Nic mi to nie mówi.
– To piękne ziemie w dolinie Naredo. Nazywam się Patricio, bardzo mi miło.
– I co tu robisz, Particio, ubrany jak jakiś nędzarz?
– Przyjechałem tu incognito z powodu pewnej kobiety – zmyśliłem na poczekaniu. – To miłość mojego życia, ale jej rodzice nie zgadzają się, żeby za mnie wyszła.
– A to czemu? Przecież jesteś markizem!
– Tak, ale mój tytuł nic dla nich nie znaczy. To księżniczka Nowej Celeminy.
– A gdzie to jest?
– Och! Daleko. Okropnie daleko.
Kobieta znów się zaśmiała.
– Mogę wiedzieć, jak się nazywasz? – zapytałem, uśmiechając się, jak najładniej umiałem.
– Constantina… Tina – poprawiła się po chwili.
Uznałem za dobry znak, że przedstawiła się zdrobniałą formą imienia.
– Tina, obiecaj, że dochowasz sekretu. Dzięki przebraniu żebraka udało mi się zmylić ludzi strzegących księżniczki. Teraz muszę ją przekonać, żeby ze mną uciekła. Aż do tego czasu nikt nie może się dowiedzieć, że nie jestem biedny.
– Bądź spokojny, nikt tak o tobie nie pomyśli.
– Ponadto potrzebuję jeszcze jednej rzeczy.
– Jakiej?
– Talerza z jedzeniem.
– Co ty nie powiesz? – zauważyła raczej uszczypliwie niż z gniewem.
– Rozumiesz chyba, że teraz, kiedy muszę uchodzić za nędzarza, nie noszę przy sobie pieniędzy. Ale obiecuję ci na mój tytuł, że wrócę i oddam dług z nawiązką.
Tina westchnęła pogardliwie. Nie przeszkodziło jej to jednak podsunąć mi pod nos porządnego kawałka świeżo usmażonej tortilli ku wielkiej radości mojego żołądka. Ślina natychmiast napłynęła mi do ust.
– Masz… jedz. Zanim pożałuję, że ci dałam.
Zabrałem się za tortillę, korzystając z okazji, by pomiędzy jednym kęsem a drugim zapytać o parę rzeczy.
– Nie znasz jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym przenocować?
– Pomijając Hotel Nacional, rzecz jasna.
– Rzecz jasna. Przecież wiesz, że muszę udawać biedaka.
Tina poprawiła sobie wsuwkę w koku i pokazała na młodego chłopaka siedzącego przy stoliku w głębi baru.
– Zapytaj Grescasa. Tylko nie wciskaj mu historyjek o markizach, jeśli nie chcesz, żeby rozkwasił ci gębę.
Biorąc pod uwagę ksywkę chłopaka, uznałem to za dobrą radę. Tym razem postanowiłem być całkiem szczery.
– Bonos díes.
Facet nawet mi nie odpowiedział. Bardziej niż ewentualna rozmowa ze mną zajmowało go przygryzanie w zębach wykałaczki. Skorzystałem z okazji, by mu się przyjrzeć. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat, posturą budził respekt, przypominał bowiem goryla: wysoki, korpulentny, o ramionach i nogach potężnych niczym pnie drzew. Jeden z przednich zębów miał ułamany.
Starając się nie okazywać zdenerwowania, spróbowałem ponownie:
– Jestem Patricio.
Grescas dłubał sobie dalej wykałaczką w zębach, pogrążony we wrogim milczeniu. Było jasne, że nie miał najmniejszej ochoty ze mną gadać. Na szczęście mój wzrok zatrzymał się na godle widocznym na jego starej koszulce. Przedstawiało kotwicę na niebieskim polu, wokół której wił się biały sznur. To zachęciło mnie do podjęcia jeszcze jednej próby.
– ¡Alza el rabu, marinín! – zawołałem – Ole, ole, nie damy się! Marino de Luanco wygrywa zawsze w piłkę, a jeśli nie wygrywa…!
Nie dokończyłem zdania niczym rybak, który zarzucił przynętę i czeka, aż ryba ją weźmie.
– To chyba przez pomyłkę! – mruknął, nie potrafiąc się powstrzymać.
Połknął haczyk. Wobec tego pociągnąłem za wędkę.
– Skąd jesteś? Ja z Santa Benxamina.
Grescas małpim gestem podrapał się po głowie i splunął na podłogę.
– Nie rób sobie nadziei. Nie będę ci pomagał tylko dlatego, że jesteśmy ziomkami. W Hawanie jest więcej Asturyjczyków niż much.
– Zapytałem cię tylko, skąd jesteś.
Znów splunął.
– Wszyscy od tego zaczynacie. A kiedy odpowiem, zaraz znajdzie się jakiś wspólny krewny, przyjaciel lub przynajmniej znajomy. Może nawet okaże się, że jesteśmy kuzynami. Wtedy oczywiście powiesz: „Kuzynie, chyba nie zostawisz mnie tu na pastwę losu?”. Potem poprosisz o pożyczkę albo żebym znalazł ci pracę lub miejsce do spania. Więc możesz już stąd wypierdalać w podskokach.
– Nie zamierzam stąd odejść, póki mi nie powiesz, skąd jesteś.
Osiłek podniósł się z krzesła, ja w tym czasie starałem się powściągnąć nerwy. Był bardzo wysoki, przerastał mnie o głowę. Świadom swoich rozmiarów solidnej dwudrzwiowej szafy splótł dłonie i głośno strzelił palcami, by mnie nastraszyć.
– Mam dla ciebie propozycję: jeśli ci odpowiem i okaże się, że mamy wspólnego znajomego, przyładuję ci z pięści w żołądek. Nadal cię to interesuje?
Cios w brzuch to nic dobrego, ale jaki miałem wybór? Nie znałem tu nikogo, kto mógłby mi pomóc, a nie zamierzałem znów spać na plaży.
– Zaryzykuję – powiedziałem drżącym głosem.
– Jestem z Carabanzo.
Była to wieś oddalona o kilka godzin drogi pieszo od mojej.
– Znam stamtąd tylko jedną osobę.
Grescas złapał mnie za kark niczym kociaka, który przed chwilą przyszedł na świat.
– Sam tego chciałeś.
Serce waliło mi tak mocno, że jego dudnienie słyszałem aż w uszach.
– Begoña García de Ron. Prześliczna, ale miała więcej pretendentów niż ja wszy na głowie.
Grescas rozluźnił uchwyt swojego łapska na mojej szyi. Wnioskując po wyrazie jego twarzy, zrozumiałem, że ją zna. Nagle przemknęła mi przez głowę niepokojąca myśl.
– To chyba nie jest twoja żona? – zapytałem, gotując się na najgorsze.
Pokręcił głową, a ja odetchnąłem z ulgą.
– Całe szczęście, bo była najbardziej puszczalska z całej wsi.
Moja ulga trwała, póki nie wypowiedział kolejnych czterech słów.
– Begoña to moja siostra.
Szlag by to! Przepadłem z kretesem! Zamknąłem oczy i przygotowałem się na cios. Nadszedł wkrótce, tak mocny, że zgiąłem się wpół. Jednak ciosowi towarzyszył też śmiech Grescasa.
– Jasny gwint! Ty jesteś Patricio? – Jego zły humor gdzieś zniknął. – Ten Patricio, z którym moja siostra się zeszła na festynie parę lat temu? – Przytaknąłem, siadając, by rozmasować sobie obolały brzuch. – Przywaliłem ci, bo przegrałeś zakład – wyjaśnił Grescas.
Jeszcze dochodziłem do siebie po ciosie w żołądek, kiedy Grescas zafundował mi kolejny, tym razem z otwartej dłoni w kark.
– A to za to, że nazwałeś moją siostrę kurwą – dorzucił.
– Wcale nie, ja tylko powiedziałem, że…
– Że jest kurwą – przerwał mi. – Daje na prawo i lewo, ale to moja młodsza siostra, zrozumiano?
Jeszcze raz potwierdziłem, próbując powstrzymać mdłości i zmusić tortillę, by nie opuszczała żołądka.