“Perskie narzeczone” to książka magiczna, która łączy ludzi, miejsca, wydarzenia, a także przeszłość i teraźniejszość, fantazję i rzeczywistość, legendy i marzenia.


Perskie narzeczoneAkcja powieści “Perskie narzeczone” rozgrywa się na przełomie lat 40-tych i 50-tych minionego wieku w fikcyjnej perskiej wiosce Omridżan, zamieszkanej przez perskich Żydów. To magiczna historia dwóch młodych dziewcząt – Flory i Nazi Ratorian.

Piętnastoletnia ciężarna Flora desperacko wyczekuje powrotu męża, handlarza tkanin, ojca swego nienarodzonego dziecka. Nazi współczuje porzuconej kuzynce i ją pociesza. Chociaż jest zaledwie jedenastoletnią dziewczynką, marzy o własnym zamążpójściu.

Akcja powieści obejmuje tylko dwa dni, lecz rozwija się w różnych kierunkach, opisując historie wielu mieszkańców Zaułka Migdałowców. Przedstawiony przez Rabinyan barwny obraz wioski jest ucztą dla zmysłów – odtwarza zapachy i smaki, kolory, dźwięki i strukturę codziennego życia w zaułku.

Autorka po mistrzowsku miesza fantazję z rzeczywistością. Pokazuje szokujące nieraz dramaty i okrucieństwo bohaterów jednocześnie tkając współczesną arabską legendę, w której wąż oferuje klejnoty w zamian za mleko, a śmierć zostaje udaremniona przez uspokojenie demonów wsi.

Napisana z pasją i pełna elegancji powieść “Perskie narzeczone” opowiada o codziennych zmaganiach sefardyjskich Żydów w Persji, nie tracąc przy tym niezwykłej magii i cudowności, które są nieodłączną częścią ich życia.

***

To książka magiczna, która łączy ludzi, miejsca, wydarzenia, a także przeszłość i teraźniejszość, fantazję i rzeczywistość, legendy i marzenia. To przedziwne połączenie, zespolone ludzką krwią i śliną, przesycone wonią klopsików i arbuza, budzi nieodparte skojarzenia z duchem opowieści Gabriela Garcíi Márqueza – duchem wszechwładnym, który nie pozwala oderwać się od lektury.
„L’Hebdo”

Bujna, liryczna i niepokojąca proza. Cudowny, dygresyjny styl i bogaty język ​​przekazują opowieść o uczuciach buzujących podczas pewnej nocnej uczty weselnej.
„New York Times Book Review”

To życie, ci ludzie, którzy wydają nam się tacy dziwni, wołają do nas ze stron tej książki, z rzeczywistości dużo bardziej intensywnej niż nasza. Pięknie napisana powieść, idealnie skonstruowana i, powiedziałabym, rozpaczliwie smutna, gdyby nie strumienie radości.
Fay Weldon

Komiczni, żałośni i bystrzy bohaterowie wysypują się z tej małej książki jak klauni w objazdowym cyrku.
„The New Yorker”

Moc tej prozy jest ogromna: Rabinyan zachowuje gorączkową atmosferę powieści aż do samego końca… W Perskich narzeczonychsen i jawa łączą się w jedno. Jakbyśmy nagle znaleźli się w dziwnych światach z obrazów Chagalla.
„Literary Review”

Dorit Rabinyan kreuje świat jednocześnie okrutny i zmysłowy, wypełniony zapachami, przyprawami i kolorami. Przywołuje trudną sytuację perskich kobiet w patriarchalnym społeczeństwie. Łączy legendy i rzeczywistość, sny i fantazje, przeszłość i teraźniejszość, a to wszystko splata w poetycką opowieść, którą czyta się jak Baśnie z tysiąca i jednej nocy.
„Courrier Genève”

Dorit Rabinyan
Perskie narzeczone
Przekład z języka hebrajskiego: Agnieszka Olek
Wydawnictwo Smak Słowa
Premiera: 15 lutego 2018
 
 

Perskie narzeczone


Część pierwsza

Noc arbuza

1.

Tej nocy Florze zachciało się arbuza. Płakała już wieczorem, gdy siedziała z Nazi w kuchni, ogromna jak nigdy wcześniej, i zalewała się łzami ogromniejszymi niż zwykle. Wieczorem jednak nie płakała z powodu arbuza, lecz przez swojego męża. Nazi nie mogła już dłużej patrzeć na to łkanie i przyniosła jej z pokoju gościnnego wielką poduszkę z wyhaftowanymi białymi łabędziami. Flora westchnęła głęboko, oparła dłonie na podłodze i uniosła do góry wielki tyłek, dając Nazi znak, aby ta pospieszyła się i wcisnęła pod niego poduszkę. Para łabędzi zniknęła pod jej ciężkim ciałem, przykryta rozłożoną sukienką. Flora oparła się o pooraną bruzdami kuchenną ścianę, chwyciła za nadęty brzuch i znowu wybuchła płaczem. Również Nazi zsunęła się z wiklinowego obszarpanego krzesła i usiadła na zimnej kamiennej podłodze, rozsuwając lekko drobne nóżki, których kostki sterczały ostro jak łokcie.
Do płóciennej misy, którą utworzyły fałdy spódnicy między nogami, Nazi wrzuciła z rozmachem mrowie białych i gorzkich ziarenek ryżu. Na widok zielonej pleśni, która rozwinęła się wskutek panującej w spichlerzu wilgoci, zmrużyła oczy, pochyliła głowę, spuszczając warkocze między uda, aby łatwiej jej było rozpoznać wadliwe i skażone ziarenka, małe kamyczki i skrzydlate owady, które wkradły się do worka z ryżem, przybierając niewinne minki. Zwinnymi paluszkami jedenastolatki, obgryzającej paznokcie do żywego mięsa, Nazi wybierała dobre i szeleszczące drobinki i wkładała je do garnka. Złe i chrzęszczące gromadziła w zamkniętej dłoni i od czasu do czasu wrzucała do pieca, gdzie podrygiwały, roztrzaskując się w żarze nieustannie szepczących węgli, dopóki nie ucichły.
Flora miała piętnaście lat i była o cztery lata starsza od Nazi. To była jej pierwsza ciąża. Wszystkie kobiety w wiosce, wychodząc pozapinane i zawoalowane z okopconych kuchni, jednomyślnie kiwały podbródkami, przymykając stanowczo czarne oczy i zaciskając wargi. Wszystkie przyznawały, że takiej trudnej pierwszej ciąży, jak ta Flory Ratorian od dawna nie widziały, nie licząc ciąży dziwki Mamu z królem wiejskich diabłów, którego nasienie, kiełkując w niej, zrobiło z jej brzucha stożek. Bóg jeden wie, co niebawem stamtąd wyjdzie, wzdychały, obyśmy już nie zaznały takich ciąż u kuczek-madar, małych matek. Nazi słyszała też, że wszystkie te kłopoty spadły na wioskę, bo Flora stała się brzemienna w przeklętą noc zaćmienia księżyca, podczas której nawet kury znoszą wyłącznie śmierdzące jaja, całe czerwone od krwi. Bezwzględny zakaz zapładniania dziewiczych żon w tę potworną noc, gdy dusze drżą z przerażenia, a niemowlęta krzyczą przez sen, znany był każdemu, tylko nie Szahinowi Bozidozi, kupcowi bławatnemu, niskiego wzrostu i o rzadkich włosach, który poślubił Florę.

***

Minęło sześć miesięcy, od wiosny do wczesnej zimy, odkąd Szahin, przeszedłszy Bramę Kupców, dotarł do Omridżanu ze złamanym ramieniem, sterany tułaczką i śmierdzący starym oślim moczem. Na początku z leżącego nad Morzem Kaspijskim rodzinnego miasta Babol, którego mieszkańcy są oszustami, a mieszkanki trzpiotkami, udał się do zagłębia ropy naftowej w Abadanie na południu. Wyruszył w drogę jako biedak i kłamca i zawędrował na długouchym ośle do wiosek północy, gdzie – jak opowiadał mu ojciec – mieszkali najprostsi i najbardziej prostoduszni Żydzi w całym kraju. W drodze na północ zatrzymał się w Teheranie, gdzie napotkał wspaniałą paradę ambasadorów na cześć szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Tysiące żołnierzy w lśniących mundurach stały po dwóch stronach głównej ulicy, prowadzącej z placu Mejdan-e Safa do pałacu Golestan, gdzie mieścił się „Pawi Tron” – tron, który przywiózł wcześniejszy szach z podróży do Indii. Za szeregami żołnierzy gromadzili się poddani władcy, wśród nich Żydzi, Ormianie i zaratusztrianie – czciciele ognia, a na ich czele stali przywódcy, którzy trzymając w rękach zapalone świece, śpiewali hymny pochwalne na cześć szacha i ministrów. Szahin, widząc, że nadarza mu się niebywała okazja, przesłonił sobie zezujące oko i uwiódł szwaczkę terminującą w warsztacie nadwornego krawca w pałacu Szams’ol-Emare niedaleko miejskiego placu. Dziewczyna z przerwą między zębami i szpilkami wpiętymi w ubranie prowadziła go labiryntami szwalni, a kiedy została schwytana, skazano ją na śmierć przez powieszenie.
Podczas ucieczki z pałacowej piwnicy Szahin zdjął z ramion bezgłowego manekina wytworną aksamitną pelerynę, uszytą przez nadwornego krawca i jego pomocników dla wyczekiwanego syna szacha. Na kołnierzu i mankietach trzywarstwowej szkarłatnej tkaniny widniał złoty haft przedstawiający godło państwowe: lwa z parą mieczy w paszczy i wschodzącym słońcem na grzbiecie. Ostrzem kupieckich nożyc pociął Szahin pelerynę, a z kawałków, które sprzedał, starczyło na uszycie odświętnych sukien dla zgoła nieszczupłych czterech niewiast i jednej panny z dobrego domu. Ale złote miecze skrzyżowane w paszczy lwa ręką artysty zdemaskowały pałacową kradzież, a pięć strojniś zawisło w purpurowych sukniach u boku małej szwaczki.
W czasie gdy prowadzono je na szubienicę, a szkarłatne treny ciągnęły się za nimi, Szahin przybył do Omridżanu i wymyty, ogolony, pachnący naftą poślubił córkę rzeźnika – Florę Ratorian, zapłodnił ją i zniknął, nie oglądając się za siebie. W brzuchu pozostawił jej niemowlę, a we włosach wszy. Zawędrował do wiosek pod Isfahanem, których czerwone jak policzki jabłka mają słodki, odurzający aromat, i opowiadał mieszkańcom znanym z głupoty, że niewolniczymi statkami przemycił z Indii w workach tani perski jedwab, i aby uwiarygodnić swe słowa, podskakiwał z boku na bok, śpiewał pieśni w języku hindi, a jego zezujące oko obracało się w różne strony. Przez zaciśnięte zęby obiecywał, że po upływie dwóch wiosennych cykli księżyca wróci z dobrym zarobkiem do swojej nowej żony śmieszki, pachnącej miodem jak jej przodkowie pszczelarze i mającej pieprzyk w zagłębieniu szyi jak kropla czekolady, która spłynęła tam, gdy dziewczyna się objadała. Dwa, najwyżej trzy miesiące, powiedział, a obiecując, że przywiezie jej purpurowe isfahańskie jabłka, wysuwał do przodu kwadratową szczękę. Ale od tamtego czasu minęło już okrutnie upalne lato, owijając Omridżan jak czarny welon, a Szahin nie wracał do wioski, której domy stoją ciasno przy sobie jak wagony nieruchomego pociągu bez lokomotywy.
Z osad w górach Elburs wędrowały złote i pomarańczowe wielbłądy ku przybrzeżnej północnej równinie, niosąc na grzbietach kupców i wędrowców, których umysły były przyćmione, turbany poszarpane jak ich buty, a w ustach mieli pogłoski dziurawe jak własne zęby. W starym perskim dialekcie Szirazu, miasta bogatego w słońce i cytrusy, opowiadali o oszuście, młodym kupcu bławatnym z Babolu, na którego powrót czekają ciężarne kobiety – trzy panny młode i jedna wdowa. Opowiadali także o jednym dziewczęciu z Buchary, które opuścił dziewicze i które z rozpaczy utopiło się w bagnie, wyszeptując jego imię w ojczystym języku. Ponieważ nie udało im się ustalić, czy ów kupiec ma zeza w lewym czy w prawym oku, Flora wolała wierzyć, że to nie o jej mężu mówią. Mężczyźni, widząc, że nie wierzy w ich historie, zaczęli przesadnie wychwalać jego atrakcyjność i siłę ramienia, ale wpadli w sidła przez własne słowa. Matka Flory wygoniła z domu z wyzwiskami niegodziwych plotkarzy, kruszących serca jak skorupki jajek. Ale tak jak zmarła młoda niewiasta z Buchary, której włosy unosiły się na powierzchni czarnego bagiennego błota, tak samo Flora nie była w stanie wygonić ich słów z wygłodniałego serca.
– Dlaczego mój mąż nie wraca, Nazi? Dlaczego? Dlaczego…? – mamrotała Flora na podłodze kuchennej, kołysząc się z boku na bok, a spod jej siedzenia wyglądała biała szyja jednego łabędzia na zmianę z ogonem drugiego. Uniosła szeroki rąbek sukienki, aby otrzeć łzy i powachlować uda. Zatkany nos wysmarkała w róg czadoru, wielką płócienną szatę w kształcie półksiężyca, owiniętą wokół ramion, czoła i brody, odsłaniający jedynie jej piękne oczy, nos i usta, których łuki, jak mawiali we wsi, same proszą się o pocałunki. Gdy płakała, ukazywały się też jej zęby, nie ułożone w dwóch rzędach, ale wspinające się jeden na drugi, tak jakby i one chciały wyskoczyć z ust wraz z jej lamentem, ozdabianym blaskiem kości słoniowej jej uśmiechów. Klepnęła rozcapierzoną dłonią w wielkie złotobrązowe uda, a jej palce odcisnęły na skórze skrzyżowanych nóg czerwone pieczęcie, w których zebrał się ból z serca.
Nazi widziała Florę pogrążoną w smutku i jej serce wyrywało się do niej. Przez moment rozważała, czy nie pocieszyć Flory zasłyszaną w łaźni opowieścią kobiet o zaćmieniu księżyca, zrzucając winę na ciała niebieskie, ale odstąpiła od tego zamiaru, zanim otworzyła usta. Sieroctwo nauczyło ją, że żadne wytłumaczenia, nawet takie, które angażują wszystkie ciała świetliste rozsiane nad dachami, nie są w stanie uśmierzyć bólu samotności. Jedną ręką Nazi trzymała ześlizgujące się końce czadoru przy ukrytym podbródku, drugą bawiła się ryżem, przesypując go między palcami. Zimny dotyk ziarenek sprawiał jej przyjemność. Suche, oczyszczone z pleśni i owadów, wydawały ostry i wyrazisty szelest, który zagłuszał zawodzenie Flory. Ale kiedy ziarenka odparowały, podwajając swoją objętość, stały się słodkie i białe – ucichły jak Flora podczas snu.
Nazi była gotowa przysiąc na swoich zmarłych rodziców, że nawet w miesiącu nisan zeszłego roku, kiedy Musa, starszy brat Flory, zamknął ją w domu, bo cały czas się śmiała i jadła, i nie pozwolił jej wyjść na dwór i oglądać ludzi od wieczoru pesachowego[1] do Święta Tygodni[2], przez co Flora stała się chuda i żółta jak kłos pszenicy, nie wyglądała tak kiepsko jak teraz. Z tęsknoty Flora podrapała sobie policzki do krwi, zadraśnięcia ciągnęły się od skroni do podbródka i mimo że zabliźniły się na niebiesko i fioletowo, teraz otwarły się na nowo i zaczerwieniły.
– Tak. Tak – potakiwały głowami kobiety w łaźni – rozpacz przyczepiła się do Flory Ratorian jak pokrzywa do rąk.
Nawet sąsiadka Fattane Delkaszt, której dom przylega do domu Ratorianów, która ma ucho wiecznie przyłożone do ściany, a jej usta roznoszą plotki po całej wiosce, mówiła, że Flora łzami oślepiła swoje czarne oczy. Jej śmiałe spojrzenie, pożądające słodyczy na targu i pożądane przez kupców, zapadło się teraz w tłuszczu ciężkich powiek, dąsając się nad brzuchem z dzieckiem, którego ojciec przepadł bez śladu.
– Wydłubię sobie oczy, azizam, kochany… Wydłubię sobie oczy, a ich światło zajaśnieje w twoim sercu… – Flora intonowała piosenkę, której nauczyła się od ciotek i ciotecznych babek ze strony ojca, przybywających gromadnie z okolicznych wiosek, aby udzielić rad, jakim sposobem sprowadzić małego i zdradzieckiego męża z powrotem do domu. Starymi dłońmi, na których rozkwitły brązowe plamki niczym kocie cętki, tasowały karty jak magicy, odwracały filiżanki kawy i z wyrazem skupienia na twarzy studiowały meandry losu Flory. Nakazały jej oddać pierwszy poranny mocz, najgęściejszy i najostrzejszy, o kolorze herbaty, na kurze jajko złożone o świcie i zbić je pod kwitnącym drzewem. Wieczorem miała rozpalić w kadzielnicy pączki ruty stepowej, wypełnić dymem wnętrzności i prosić z czystym sercem księżyc o zdjęcie klątwy, którą na nią rzucił.
Sabija Mansur, najbardziej poważana i sroga ciotka, najstarsza spośród ciotek ojca Flory, umiejąca czytać z gwiazd, której opinię uważano za rozstrzygającą, twierdziła, że aby palenie ruty stepowej poskutkowało, Flora musi ziewać często i szeroko, ile sił w płucach.
– Im więcej będziesz ziewać, moje dziecko – powiedziała Sabija, a wśród ciotek zaległa cisza – tym straszniejsze sny będzie mieć w nocy ten łajdak, straci siły i nie będzie mógł wedrzeć się do dziur dziwek, które sobie sprowadzi do swojego śmierdzącego łóżka, jego duch nie zazna wytchnienia, a obraz twojej pięknej twarzyczki będzie prześladować go, gdziekolwiek się uda, gdziekolwiek się uda, moje ty biedne dziecko.
Oprócz moczu, ruty stepowej i ziewania Flora musiała śpiewać smutną pieśń napisaną specjalnie na takie kłopoty sercowe. Wszystkie stare kobiety zgadzały się z Sabiją Mansur, chowając popękane wargi w czeluściach ust, że pieśń tę słyszeli wyraźnie nawet mężowie za Morzem Kaspijskim, na drugim końcu świata, i smutek gorzkiej melodii sprowadzał ich z powrotem do żon. Pieśń tę śpiewała Golestan swojemu ukochanemu Chorszidowi, opowiadały piskliwym chórem kobiety z wilgotnymi oczami, tęskniącymi duszami i rozdygotanymi ciałami.

***

Golestan była ukochaną nadwornego rzeźbiarza Chorszida. Artysta wyrzeźbił jej postać w czystym marmurze z fioletowymi żyłkami przypominającym jej skórę i ustawił w centrum tryskającej fontanny na pałacowym podwórzu. Gdy dowiedział się, że Golestan zaręczyła się z synem szacha, ugodził się ciężkim dłutem w czoło i umarł. Następnego dnia Golestan znalazła jego ciało w pałacowej sadzawce, a złote rybki pływały w jamach jego uszu. Ale kiedy zaśpiewała mu tę pieśń, zapewniając, że historia o zaręczynach jest wyłącznie kłamstwem, rozgłoszonym przez księcia, aby oddalić od niej ukochanego rzeźbiarza – Chorszid wstał, a pęknięcie w czaszce natychmiast się zrosło w cienką fioletową żyłkę.

***

Oczarowana starą legendą i wierząc całym sercem w moc pieśni, mogącej zwrócić jej miodowym piersiom zaginionego Szahina, Flora wniosła swoje ciężkie ciało na dach rodzicielskiego domu, rozłożyła słomianą matę pod rozciągniętym jak linia horyzontu sznurem do bielizny, przepędziła ptaki i mocnym, żarliwym głosem śpiewała pieśń Golestan od świtu aż po zmierzch. W pierwszych dniach jej głos nadal był pełen namiętności, której echo rozchodziło się zardzewiałą rynną i wszyscy mieszkańcy wsi, przechodzący koło domu Ratorianów, zatrzymywali się, zdziwieni płaczem śmieszki Flory, szydząc z jej tęsknoty. Niektórzy zadzierali głowy do góry, dłonią osłaniając oczy przed rażącym słońcem, i besztali ją za to, że sprowadza na wioskę hańbę i gorszy małe dzieci swoją chucią. Flora nie odpowiadała, tylko podnosiła głos aż do wrzasku, wbijając wzrok w daleki horyzont. Wiszące pranie muskało jej włosy, a ona kierowała pieśń prosto do włochatych uszu męża.
W końcu jednak moralizatorzy przestali przychodzić do Zaułka Migdałowców, by krzyczeć na Florę, grozić jej i nakazywać natychmiastowe zejście z dachu na rozkaz czcigodnego rabiego mułły Netanela wdowca. Także kobiety z niemowlętami przy piersi zaniechały wizyt i nie litowały się już nad jej trudną miłością. Tylko młodzi goje zbierali się w bandy i rzucali kamykami i pestkami śliwek w rozognioną Florę.
– A tej Florze, a tej Florze to wtykają w dupę rożen! To wtykają w dupę rożen! – śpiewali, trzymając się za swoje nieowłosione brzuszki i śmiejąc się jak opętani. Flora śpiewała i łkała, śpiewała i łkała, a rynna odpowiadała jej drżącym echem.
Dopiero gdy ochrypła tak, że prawie całkiem straciła głos, a sąsiedzi poskarżyli się jej zakłopotanym rodzicom na hałas i zagrozili, że zrzucą ją z dachu do ogrodu, Flora zgodziła się zejść i lamentować w okopconej kuchni. Zadzierała brodę ku kominowi, rozciągając wałki tłuszczu na szyi, a z jej gardła wydobywał się ku chmurom chropowaty i zadymiony śpiew. Dziewczyna ani przez moment nie wątpiła w rychły powrót Szahina, schwytanego przez melodię, której słowa poprzebijają mu uszy.
– Na skrzydłach wiatru popłynę do ciebie, kochany.
Wydłubię sobie oczy, kochany, azizam, ich światło zajaśnieje w twoim sercu. Zetnę długie włosy, wypcham nimi poduszkę i włożę ci pod głowę. Pyłem, który zeskrobię z twoich stóp, pomaluję sobie powieki, kochany, azizam…

Przypisy:
[1] Święto Pesach – święto żydowskie, jedno z trzech świąt pielgrzymich, obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Święto Tygodni (hebr. Szawuot) – święto żydowskie, jedno z trzech świąt pielgrzymich, obchodzone w pięćdziesiątym dniu po święcie Pesach, zwane świętem Zbiorów lub świętem Pierwocin.