Lesley Lokko w nowej powieści “Miłość i wojna” przenosi czytelników do Egiptu i niebezpiecznych wydarzeń arabskiej wiosny, snując opowieść o wielkiej determinacji, zemście i prawdziwej przyjaźni.


Lexi Sturgis, dziennikarka telewizyjna, specjalizuje się w relacjonowaniu konfliktów zbrojnych. Jest nieustraszona, podąża wszędzie tam, gdzie dzieje się coś naprawdę ważnego. Przy tym jest skryta, nie lubi nawiązywać bliższych więzi.

Kiedy w Egipcie podczas arabskiej wiosny tajna policja uprowadza młoda lekarkę pracującą dla organizacji Lekarze bez Granic, to właśnie Lexi rusza na poszukiwania. Okazuje się, że z tą sprawą związane są skomplikowane losy kilku rodzin…

Lesley Lokko (ur. 1964, Szkocja) – pisarka angielska, pochodzi z rodziny ghańsko-szkockiej. Wychowała się w Ghanie, kształciła w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Jest autorką kilku znakomicie przyjętych powieści obyczajowych: „Świat u stóp”, „Gorzka czekolada”, „Jedna bogata, druga biedna”, „Pamiętne lato”, „Prywatna sprawa”.

Lesley Lokko
Miłość i wojna
Przekład: Urszula Smerecka
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 15 lutego 2018
 
 

Miłość i wojna


PROLOG

Listopad 2016, Sidi Aïch, Algieria

Tłusta mucha plujka o opalizujących turkusowych skrzydłach podskakiwała na listewkach żaluzji, rzucając się rozpaczliwie na siatkę przeciw owadom. Stosy martwych much zalegały na całym parapecie; wlatywały chmarą z każdym podmuchem zimowego wiatru, gdy otwierały się drzwi. W kącie najbardziej oddalonym od wejścia siedziała młoda, krótko ostrzyżona blondynka, obejmując dłońmi parujący kubek. Był wczesny ranek i kawiarnia świeciła pustkami. Za kontuarem stał smutnooki stary mężczyzna w długiej haftowanej galabii. Od czasu do czasu podnosił wzrok, wyraźnie czekając na klientów. Minuty mijały powoli; dziesięć, piętnaście, trzydzieści… godzina. Herbata wystygła, ale kobieta nawet jej nie spróbowała. Wreszcie, tuż przed ósmą, do kawiarni weszło dwóch masywnych mężczyzn w garniturach i lustrzanych okularach przeciwsłonecznych.
– Mademoiselle Sturkees? – Niższy z nich z trudem wymówił jej nazwisko.
Lexi Sturgis, trzydziestosześcioletnia doświadczona korespondentka wojenna z wielce szanowanej sieci telewizyjnej NNI, skinęła głową. Z pewnością miała do czynienia z profesjonalistami. Nie słyszała nawet, jak podjechał samochód.
– Aiwa. Tak, to ja.
– Pani jest reporterką? – Obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem, mrucząc coś na temat jej wieku i wyglądu; nie obchodziło go, czy to rozumie.
Jego towarzysz wzruszył tylko ramionami.
– OK – powiedział stanowczo. – Chodź. Jedziemy.
Lexi poczuła przyspieszone bicie serca. Złapała torbę, w której miała kamerę, magnetofon, paszport, pieniądze, spray na komary i paczkę tamponów – w tych okolicach bardziej pożytecznych niż broń i równie trudnych do zdobycia – i wyszła z kawiarni.
– Jak długo? – spytała mężczyznę, wiążącego jej ręce. – Za ile godzin tam dotrzemy?
Nie odpowiedział. Nie był głupcem. Nie miał zamiaru tak łatwo zdradzić miejsca wywiadu.
– Ruszaj się. – Zaciągnął węzeł i popchnął ją w stronę samochodu.
Ledwie zdążyła zauważyć, że to stary biały peugeot 504 bez żadnych znaków szczególnych – i już siedziała na tylnym siedzeniu, gdzie czekał trzeci mężczyzna. Szybko zarzucił jej na głowę kaptur i nagle świat zniknął. Kierowca ruszył z piskiem opon. W lewo, w prawo, w lewo. Pomyślała z bólem o domu. Znów widziała wyraz twarzy Magnusa, kiedy spostrzegł walizkę na łóżku. „Mamusia wyjeżdża”. To nawet nie było pytanie. Nie teraz, upomniała się. W tej chwili nie może sobie pozwolić na myślenie o nim; dopiero kiedy przeprowadzi wywiad i będzie w drodze do domu.
Nikt się do niej nie odzywał. Mężczyźni wymienili kilka zdań w dialekcie, którego nie znała, i raz zadzwoniła komórka, ale żaden z nich jej nie odebrał. Sądząc po odgłosach silnika, jechali pod górę – albo w góry rozciągające się na południe od miasta w stronę Guelmy i Sedraty, albo w te na wschodzie, w kierunku Souk Ahras. Ona też odrobiła swoją lekcję. Znała wszystkie miasteczka w odległości kilku godzin jazdy od Sidi Aïch. Ale po półgodzinie nagle zaczęli zjeżdżać w dół. W samochodzie zrobiło się chłodniej. Znów podjechali kawałek pod górę, wzięli ostry zakręt i zjechali w dół. O ile sobie przypominała, w okolicy nie było większych miast, tylko małe wioski i osady; żadna z nich nie wyglądała na cel podróży mężczyzny, na którego spotkanie przebyła tak daleką drogę.
Minęło następne pół godziny i straciła kompletnie poczucie kierunku i odległości. Nie ma sensu wpadać w panikę, powtarzała sobie. Bardzo dokładnie przekazali jej, co ma zrobić ze względów bezpieczeństwa; całe to zamieszanie nie miałoby sensu, gdyby zamierzali ją skrzywdzić. Starała się skupić na wywiadzie. Czy nie była zbyt lekkomyślna? Kiedy jej kontakt zadzwonił, by potwierdzić szczegóły, zgodziła się na wszystkie jego żądania, nie konsultując się przedtem z Donalem. Gdyby tak nie zrobiła, powiedziała później, zwróciłby się po prostu do kogoś innego – do Al-Dżaziry albo Sky, a to by było nie do pomyślenia.
– Nie mogłam ryzykować.
– Tak, jasne. Musiałaś podjąć decyzję. Ale nie znasz tych ludzi, Lexi.
– Znam Marwana. A on mówi, że prosili o mnie. Po co mieliby to robić, gdyby tu coś śmierdziało? Wiedzą, kim jestem.
Donal nie odezwał się, patrzył tylko na nią w ten wszystko mówiący sposób, który doprowadzał ją do szału. A co z Magnusem?
Przygryzła wargę do krwi. Już od lat nie brała tematu, jeśli nie była absolutnie pewna źródła. Takie ryzyko podejmowała, kiedy miała dwadzieścia parę lat, dopiero zaczynała pracę w branży i mogła myśleć wyłącznie o sobie. Teraz miała męża i dziecko. Była za nich odpowiedzialna.
– Już zdecydowałaś, więc nie ma sensu powtarzać, żebyś nie jechała. Ale bądź ostrożna, Lexi. Wiem, o co prosili, ale zamierzam na wszelki wypadek wysłać z tobą Jima. Nie chcę, żebyś była tam zdana wyłącznie na siebie.
– Świetnie. Może poczekać na mnie w Algierze. Wyjadę najwyżej na jeden dzień – skłamała.
Nie miała pojęcia, jak długo jej nie będzie, ale nie mogła przepuścić okazji do przeprowadzenia wywiadu z grupą stojącą za serią ostatnich ataków na interesy państw zachodnich w całym regionie, od Maroka do Sudanu. Wprawdzie nie było wielu ofiar w ludziach podczas ataków na rafinerie i rurociągi, które wzięła na cel ta organizacja, jednak straty materialne szły w miliardy. Grupa nie miała żadnych znanych umocowań politycznych i nie wydawała żadnych oświadczeń. Byli równie sprawni w wysadzaniu rafinerii czy niszczeniu rurociągów jak w wyłączaniu całej sieci. Ich wizytówką były szybkość, precyzja i zdolność znikania bez śladu. Znajdowali się wysoko na waszyngtońskiej liście najbardziej poszukiwanych, szukał ich tuzin agencji wywiadowczych włącznie z Interpolem, ale bez rezultatu. Nikt ich nie widział ani nie słyszał. A potem pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, zadzwonił jeden z kontaktów Lexi w Algierze. Rzecznik grupy chciał rozmawiać. Właśnie z nią.
– OK – westchnął Donal. Mógł liczyć tylko na takie ustępstwo i wiedział o tym. Lexi Sturgis podążała tam, gdzie był temat, i tyle. W Network News International mawiano żartobliwie, że pięćdziesiąt z sześćdziesięciu kilogramów Lexi stanowi jej odwaga.
– Nic mi nie będzie – powiedziała lekkim tonem. – Wiesz, że zawsze tak jest.
A teraz, jadąc w nieznane w towarzystwie trzech nieznajomych mężczyzn, nie była tego taka pewna. Zaczynała się bać. Przełknęła ślinę, starając się, by nikt tego nie usłyszał. Nie wolno jej okazać lęku. Wiedziała, że nade wszystko nie może okazać lęku.
Nagle samochód zawrócił w miejscu i stanął. Siła odśrodkowa rzuciła ją na mężczyznę siedzącego obok. Gdy zetknęli się ramionami, poczuła jego zdenerwowanie. Wzdrygnął się i natychmiast wysiadł. Ktoś otworzył drzwiczki z jej strony i wyciągnął ją z wozu. Podawano ją sobie z rąk do rąk, wciąż z zasłoniętymi oczami, i wepchnięto do jakiegoś pomieszczenia. Wreszcie usadowiono ją na fotelu. Gdzieś za nią otworzyły się i zamknęły drzwi. Wokół słyszała kroki, ciche rozmowy, szeptane instrukcje. Po kilku minutach ktoś podszedł i ściągnął jej z głowy kaptur. Zamrugała, nieco oszołomiona. Po, jak jej się wydawało, wielu godzinach spędzonych w ciemności, światło ją oślepiło. Rozejrzała się dokoła. Naprzeciwko niej siedział mały chłopiec, obok niego mężczyzna – być może jego ojciec – popijając powoli herbatę. Odginał delikatnie mały palec, elegancko jak matrona w herbaciarni w Kensington. Chłopiec szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w Lexi, ale mężczyzna tylko spojrzał na nią i szybko odwrócił wzrok.
Znajdowała się w pokoju z wysokimi łukowatymi oknami, o bladoniebieskich ścianach i z misterną mozaiką na podłodze. Na zewnątrz prowadziły pojedyncze drzwi, obok których stali dwaj uzbrojeni strażnicy, a w najdalszym kącie, za biurkiem, znajdowały się drugie, również strzeżone. W tle słychać było głośny szum lodówki. Mężczyzna naprzeciwko sączył herbatę i palił papierosa. Chłopiec wciąż się w nią wpatrywał.
Po kilku chwilach otworzyły się drzwi za biurkiem. Strażnicy stanęli na baczność. Do pokoju weszli dwaj mężczyźni i szybko rozejrzeli się po wnętrzu. Warknęli jakieś polecenie do dwójki siedzącej na ławce. Mężczyzna zerwał się na równe nogi, złapał chłopca za rękę i pospiesznie wyszedł. Po chwili w drzwiach pojawił się wysoki, szczupły człowiek. Głowę i szyję miał obwiązaną szalem w biało-czarną kratkę, zasłaniającym mu prawie całą twarz. Usiadł przy biurku i skinął na strażników, by przyprowadzili tam Lexi. Podnieśli ją i posadzili na białym plastikowym krześle przed biurkiem. Mężczyzna ruchem głowy nakazał im wyjść. Zamknęli za sobą drzwi z hukiem wyrażającym dezaprobatę, a oni nagle zostali sami.
Cisza w pokoju była tak głęboka, że stała się żywiołem podobnym do wody lub powietrza. Mężczyzna zaczął powoli odwijać szal. Gdy ukazała się jego brodata twarz, Lexi wytrzeszczyła oczy. Serce zaczęło jej kołatać. Na skroni drgał jej mały mięsień, delikatne, lecz dostrzegalne drżenie pod skórą. Spojrzał na nią spokojnym wzrokiem.
– Lexi. – Uśmiechnął się. – Ach, Lexi. Wiedziałem, że przyjedziesz.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Listopad 1991

1

Lusaka, Zambia

Wśród wlokących się powoli pod górę w pełnym słońcu znajdowała się biała dziewczynka w bawełnianej sukience w biało-czerwoną kratkę. Jasne włosy miała związane w dwa niechlujne kucyki. Ciągnęła po zakurzonej drodze torbę z książkami. Podkolanówki opadły jej do kostek, była zaczerwieniona i spocona. Droga ze szkoły przy Busuma Road do domu na Sable Road była długa, prowadziła obok pola golfowego, gdzie jej ojciec grywał w weekendy, a matka siadywała z innymi paniami na cienistej werandzie, sącząc swój oszroniony dżin z tonikiem. Odrzuciła propozycję pani Bates, która wjechała na szkolne podwórze dużym samochodem z klimatyzacją i zza kierownicy spojrzała na nią ze współczuciem.
– Wskakuj, kochanie. To niedaleko, właściwie i tak tędy jedziemy.
Lexi z uporem pokręciła głową.
– Nie, dziękuję. Mama będzie tu za chwilę. – Spojrzała na panią Bates bez mrugnięcia okiem. To było kłamstwo i obie o tym wiedziały. Pani Bates wzruszyła ramionami i odjechała.
Vincent, dozorca szkoły, przypatrywał się jej z uwagą z ciemnego wnętrza dyżurki. Już się przyzwyczaił do widoku Lexi Sturgis siedzącej godzinami pod akacjami, dpóki ktoś nie przypomniał sobie, że trzeba po nią przyjechać. Ale dziś wyglądało na to, że postanowiła wracać na piechotę.
– Idę do domu – oświadczyła stanowczo.
Spojrzał na nią niepewnie i zmarszczył z troską brwi. Nie miał prawa jej zatrzymać i oboje o tym wiedzieli. Dziewczynka podniosła torbę, wyszła za bramę i zniknęła na drodze.
Wreszcie dotarła do białego płotu z tabliczką oznajmiającą dumnie: Hightops: Rezydencja Wysokiego Komisarza Wielkiej Brytanii. Dom. Pchnęła furtkę, która zatrzasnęła się za nią z hukiem. Błyszczący czarny rover ambasadora stał pod portykiem przed domem. Przechodząc obok niego, zajrzała z ciekawością do wnętrza. Nie było tam nikogo, nawet kierowcy.
Weszła do domu, czujnie jak zwierzątko z buszu węsząc oznaki niebezpieczeństwa. W domu było niesamowicie cicho. Zostawiła torbę na szafce w holu i pomaszerowała korytarzem do kuchni. Anna, służąca, stała przy zlewie, powoli myjąc naczynia. Odwróciła się w jej stronę.
– Gdzie jest mamusia? – spytała Lexi. Zerknęła na miskę z owocami na stole. Była głodna. Gdy otworzyła torbę w czasie przerwy, okazało się, że nic w niej nie ma. Matka zapomniała zapakować jej południową przekąskę. Znowu.
Anna błysnęła pomalowanymi na różowo paznokciami, otrząsając dłonie z mydlin. Wzięła ścierkę i zaczęła wycierać naczynia z nieobecnym wyrazem twarzy kogoś, kto przez całe życie wykonuje te same czynności. Nie odpowiedziała od razu. Lexi wyjęła z miski zieloną mandarynkę, jej ulubiony owoc. Były ostre, mało słodkie, łatwo się je obierało.
– Twoja mamusia śpi – powiedziała wreszcie Anna. – Nie możesz jej przeszkadzać. – Ni możysz ji przeszkodzoć. Gdy rodzina przyjechała do Lusaki, prawie niezrozumiała wymowa Anny niezmiernie bawiła Lexi i jej młodszego brata.
– A Toby? – spytała.
– Toby jest u kolegi. Twój tatuś mówi, że mam pójść po niego o czwartej.
– Do Davida?
– Ja nie znam żadnego Davida – zachichotała Anna. – Ja znam tylko panicza Cunninghama. Tak, jest u niego w domu. Pójdziesz ze mną, złotko?
Lexi westchnęła. Nora Cunningham była żoną zastępcy wysokiego komisarza, nerwową, słabą kobietką, która poświęcała całą swoją energię na zapewnienie sobie dostatecznego szacunku ze strony służby, kolegów, przyjaciół i gości. W niewielkim kręgu dyplomatycznym Lusaki była powszechnie nielubiana, nawet przez dzieci.
– Dobrze – powiedziała Lexi z niechęcią. – Co tu robi samochód tatusia? – spytała z ustami pełnymi miąższu cytrusa.
– Twój tatuś jest w domu – powiedziała powoli Anna.
– Tatuś jest w domu? – powtórzyła z niedowierzaniem.
– Tak, ale złotko… nie idź do niego. Jeszcze nie teraz.
– Dlaczego?
Anna wstawiła stos wytartych talerzy do szafki. Poruszała bezgłośnie wargami, jakby nie wiedziała, co powiedzieć.
– Oni się bili – oświadczyła po chwili. – Myślę, że on jest zły. Tak, on przyszedł bardzo, bardzo zły.
Lexi wzięła następną mandarynkę i wyszła z kuchni. Przeszła na paluszkach obok biura ojca i cichutko wspięła się po schodach. Sypialnia rodziców znajdowała się na jednym końcu długiego korytarza na piętrze, a jej na drugim. Pomiędzy nimi był pokój Toby’ego i dwa nigdy nieużywane pokoje gościnne. Kiedy tu przyjechali, matka w jednym z nich urządziła pokój do szycia, w którym bezskutecznie starała się nauczyć Lexi, jaka jest różnica między ściegiem na okrętkę i krzyżykowym. A teraz jej duży kosz pełen pięknych materiałów zgromadzonych na wszystkich zagranicznych placówkach leżał nietknięty, podobnie jak wszystko inne, co do niej należało: książki, pędzle, albumy. Już nic jej nie interesowało, a najmniej własne dzieci. Wszystko to z powodu romansu. To słowo było wstydliwym sekretem, o którym mówiło się szeptem, mimo że wszyscy o nim wiedzieli. „Co to znaczy romans?” – spytała pewnego dnia w klasie Ellen McIvor, a Olga Marjanović, córka jugosłowiańskiego ambasadora, nie wytrzymała i wypaliła: „To kiedy twoja mama kocha cudzego tatusia!” i roześmiali się wszyscy oprócz Lexi. Ponieważ to była prawda.
Zamknęła za sobą drzwi i upuściła torbę na podłogę. Ściągnęła przez głowę mundurek, oswobodziła stopy z sandałów i z ulgą zdjęła podkolanówki. Szybko włożyła szorty i koszulkę, które nosiła poprzedniego dnia. Rozpuściła włosy i potrząsnęła głową. Wreszcie pozbyła się wszystkiego, co krępowało jej ruchy i sprawiało, że wyglądała jak dziewczynka.
Była prawie trzecia. Miała godzinę do chwili, kiedy wyruszą z Anną przez pole golfowe pod górkę do domu Cunninghamów, gdzie nad szklanką soku pomarańczowego będzie musiała znieść wścibskie spojrzenie pani Cunningham i jej dociekliwe pytania, a potem ona, Toby i Anna wrócą razem do domu; Anna i Lexi będą go bujać między sobą, a chłopiec będzie piszczał z uciechy. Nie wiadomo, czy rodzice zejdą na kolację. W głębi ducha miała nadzieję, że nie. Nie mogła znieść widoku zaciętej, gniewnej twarzy ojca, jego palców sięgających bez entuzjazmu po potrawy stawiane przed nim przez Annę lub sztucznie radosnego głosu matki, pytającej ich o szkołę i zadania domowe i wszystko to, co powinno ją interesować, ale oczywiście nie interesowało.
Podeszła do okna, otworzyła je i wyjrzała na zewnątrz. Ogród ciągnął się w dół do kępy drzew palisandrowych, otoczonych chmurą fioletoworóżowych kwiatów. W drugim rogu nad kwaterą Anny rozpościerał gałęzie krwistoczerwony płomień Afryki. Na środku, nad klombami, olbrzymie drzewo mnondo wyglądało jak wiktoriański szklany dzwon. Ogrodnik Jethro usuwał chwasty. Patrzyła na niego przez chwilę, jego szczupłe, ciemne ramiona poruszały się w górę i w dół, a stalowe ostrze, odbijając promienie słońca, puszczało jej w oczy zajączki. W przyszłym roku zostawi to wszystko. Pojedzie do szkoły z internatem w Anglii. Za każdym razem, kiedy o tym pomyślała, czuła fizyczny ból, jakby ktoś uderzył ją w splot słoneczny, pozbawiając tchu. Nie to, żeby nie chciała jechać. Obcość, jakakolwiek by ją tam czekała, pod wieloma względami mogła być lepsza od dusznej atmosfery tego domu.