Dzisiejsze skandalistki to przy koleżankach i kolegach sprzed stu lat prawdziwe pensjonarki i amatorki zarazem. Aż prosiłoby się powiedzieć: jakie czasy – takie gwiazdy, jakie gwiazdy – takie skandale…

Spróbujmy sobie wyobrazić co by się stało gdyby któraś ze współczesnych gwiazd pogoniła męża po głównej ulicy miasta wymachując za nim parasolką z towarzyszeniem różnorodnych epitetów. Ot zapewne temat przez całe tygodnie nie schodziłby z czołówek prasy bulwarowej, rozpisywałyby się o tym zdarzeniu plotkarskie portale, a zaraz po nich w magazynach kobiecych pojawiłyby się „ekskluzywne wywiady na wyłączność” ze sprawczynią takiego zamieszania, która wyznałaby we łzach dlaczego tak postąpiła.

Tymczasem, jak dowiadujemy się z książki Sławomira Kopra „Życie prywatne elit artystycznych drugiej Rzeczypospolitej” (Wydawnictwo Bellona) niewiele ponad sto lat temu Zofia Stryjeńska miała w zwyczaju regularnie traktować swego męża Karola na wiele osobliwych sposobów, z czego pogoń z parasolką była jednym z mniej dziwacznych zdarzeń. Dość powiedzieć, że w Zakopanem gdzie sprawa miała miejsce nikogo podobne rewelacje nie zadziwiały bo było to „codzienne zjawisko”. A mowa przecież o malarce, która jako jedna z nielicznych kobiet w Polsce, dosłużyła się światowej sławy i uznania potwierdzonego prestiżowymi nagrodami. Kimże są przy takiej personie nasze współczesne skandalistki? Inna sprawa, że artyści polscy przełomu XIX i XX wieku, a także późniejsi z czasów drugiej Rzeczypospolitej mogliby zawstydzić nie tylko krajowe ale i zagraniczne gwiazdy XXI wieku. Taki chociażby Witkacy, otoczony wianuszkiem kochanek, uczestnik orgiastycznych libacji. Mało prawdopodobne by dzisiejsi raperzy otoczeni stadkiem towarzyszek w skąpych strojach w ogóle mieli pojęcie o takich środkach odurzających jakie aplikował sobie ten awangardowy twórca i jego koledzy. Może na wielodniowej imprezie dotrzymaliby mu kroku nieliczni rockmani, ale i to wątpliwe.

Posługując się słownictwem dzisiejszej młodzieży powiedzielibyśmy o tych współczesnych: straszne cieniasy! Witkacy bowiem i otaczająca go bohema zaiste ostro się bawili. Skandaliczne, w dzisiejszym mniemaniu, zdjęcia Kate Moss korzystającej ze środków odurzających, opublikowane w zagranicznej prasie przy potencjalnych zdjęciach z libacji w przedwojennym Zakopanem byłoby niczym. Top modelka mogłaby się w tym gronie zadowolić jedynie rolą ubogiej krewnej, która dopiero zaczyna swoją przygodę z nałogami. Amy Winehouse tak samo. Tajne przez poufne plotki o gwiazdorskich małżeństwach, które dziś rozpadają się – bo zostaje ujawniona małżeńska zdrada (podwójna lub wielokrotna) też nie znalazłyby posłuchu przed stu laty jako skromniutkie historie bez polotu.

Początek XX wieku należał w tej materii do Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który będąc żonatym romansował na prawo i lewo mając całkowitą aprobatę żony, która zaś zamieszkiwała pod bokiem męża z kochankiem w osobie wspomnianego wcześniej Witkacego. Nie lepszy Witkacy, ożeniwszy się, nie tylko nie dochowywał wierności małżonce co było sprawą powszechnie znaną, ale i jej doradzał w wyborze kochanków. Ta zaś z rad skwapliwie korzystała. Musimy więc przyznać, że żyjemy w czasach niepomiernie bardziej pruderyjnych niż chcielibyśmy sądzić. To, co dziś nas szokuje, na twarzach naszych przodków mogłoby nie wzbudzić nawet grymasu najmniejszego zainteresowania. W końcu nie takie rzeczy widywali!

Gdyby przenieść dzisiejszego pasjonata plotek o gwiazdach o sto lat wstecz doznałby bez wątpienia szoku i rozległego zgorszenia. Takich skandali, jakie rozgrywały się w środowiskach artystycznych na początku XX wieku nie potrafi dziś sprowokować nawet sama Paris Hilton. Aczkolwiek trzeba jasno podkreślić, że jakie gwiazdy – takie skandale. Niegdyś środowisko artystyczne w całości rekrutowało się z ludzi gruntownie i zarazem wszechstronnie wykształconych, o poświadczonej inteligencji i wzbierających z każdym rokiem dorobku twórczym. Ich burzliwe życiorysy były, tak naprawdę, tylko nieznacznym dodatkiem do imponującej działalności artystycznej: plastycznej, literackiej, muzycznej, aktorskiej. A wszystko to najwyższej próby.

Mowa przecież o nazwiskach, które pojawiają się w szkolnych podręcznikach i na etapie nauczania w szkole podstawowej czy średniej nikt nie zająknie się nawet o tym, który artysta jak bardzo rozwiązły i niemoralny tryb życia prowadził, bo ten zaś jest tylko pikantną otoczką dorobku obiektywnie wartościowego. Współcześni skandaliści z tego zestawu mają tylko otoczkę, a wartości merytorycznej przeważnie brak. Za sto lat w programie edukacji ich dokonania raczej nie będą uwzględnione. W dziedzinie rozrywki po ich stronie stoi błogosławiona, zbiorowa niepamięć – bo gdyby nie ona, to nawet dzisiejszy poziom ekscentrycznych zachowań nikogo by nie zadziwił. (O)

Sławomir Koper – Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczpospolitej