“Miasteczko w Islandii” opowiada o tym, w jaki sposób indywidualny świat i doświadczenie każdego człowieka wpływa na kształt całej społeczności, w której on żyje. Guðmundur Andri Thorsson nie cofa się w niej przed trudnymi tematami. To nie jest cukierkowa, idylliczna powiastka, co sugerują napisy umieszczone na okładce jej polskiego wydania.


Opisy na okładce polskiego wydania „Miasteczka w Islandii” sugerują, że wewnątrz będzie słodko i prawie że hygge. „Jeśli chcesz poczuć szczęście, odwiedź mieszkańców tego miasteczka” – głosi slogan promocyjny, zmniejszając szanse na to, że „Miasteczko w Islandii” trafi do właściwych odbiorców. Ktoś, kto spodziewać się będzie po tej książce ukojenia i zamarzy sobie o ciepłym wieczorze pod kocem w jej towarzystwie mocno się zawiedzie. Ktoś kto szuka surowej prozy eksplorującej temat codziennych zmagań z bagażem przeszłości, uniwersalnej i ponadczasowej nawet po „Miasteczko na Islandii” nie sięgnie spodziewając się, po okładkowych deklaracjach, mądrości rodem z prozy popularnego brazylijskiego pisarza. Strach pomyśleć o tym, że anonimowi autorzy tychże okładkowych wynurzeń utożsamiają poczucie szczęścia z rozpadem małżeństwa, zmaganiami z bezdzietnością albo traumą dziecka napastowanego przez pedofila – a między innymi o tym mówi książka napisana przez Thorssona.

„Miasteczko w Islandii” składa się z szesnastu rozdziałów przybliżających czytelnikowi losy mieszkańców Valeyri, islandzkiego miasteczka-osady. Problemy, które ich trapią nie mają jednak wiele wspólnego z miejscem zamieszkania. Guðmundur Andri Thorsson napisał bowiem uniwersalną, ponadczasową opowieść o ludzkich zmaganiach z przeszłością i o tym, jak jej indywidualne zawirowania wpływają na kształt całej społeczności. W prozie Thorssona przegląda się prawdziwe życie, dlatego osobistymi doświadczeniami najbardziej determinującymi formę całej zbiorowości, okazują się te najmniej przyjemne. To o nich najtrudniej bohaterom zapomnieć, iść przed siebie pomimo bólu przynoszonego przez każde wspomnienie.

Najbardziej wstrząsającą opowieścią jest z pewnością ta, dotycząca Svenniego. Chłopiec, wysłany do rodziny na wieś by tam spędził lato pośród przyrody, stał się ofiarą starego parlamentarzysty goszczonego w tym samym domu. Trauma spowodowana przez poczynania pedofila wpłynęła destrukcyjnie na całe życie Svenniego, przerażający epizod, choć pozostał w odległej przeszłości, wciąż rani dorosłego obecnie mężczyznę i nie pozwala mu na ułożenie sobie życia. Historia ta dominuje nad pozostałymi, ponieważ w przejmujący sposób ukazuje mechanizm, który sprawia, że każda niezabliźniona rana, niezaleczony osobisty dramat, przenosi się na życie społeczne. Thorssonowi udało się to historią Svenniego bardzo dobrze ukazać. Niemniej chłopiec to nie jedyny mieszkaniec Valeyri pokiereszowany przez przeszłość. Utrata i tęsknoty przechadzają się wespół po uliczkach tej mieściny, przyjmując bardzo różne oblicza.

Ktoś stracił żonę, ktoś inny nadzieję na to, że jeszcze weźmie czynny udział w życiu toczącym się gdzieś indziej, póki co przeglądając stare klasowe zdjęcia. Komuś wymknęła się miłość, a ktoś inny wymyka się odpowiedzialności planując coraz to nowe podróże albo utopijne przedsięwzięcia. Wielka kariera i liczne sukcesy odwiodły jeszcze kogoś innego od tego, co w życiu naprawdę się liczy, a polityka wdziera się w proste życie zwykłych ludzi powodując w nim zamęt. Wszystkie te małe światy okazują się ze sobą powiązane.

„Miasteczko w Islandii” to kunsztownie napisane, oszczędne w słowach i starannie skomponowane prozatorskie dzieło

Narrator do każdego z bohaterów zagląda tylko na chwilę. „Nigdy nie odwracam wzroku” – rzecze, a te krótkie chwile spędzane w domach mieszkańców Valeyri pozwalają, mimo swej ulotności, dostrzec to, co w największym stopniu wpływa na postępowanie bohaterów.

„Miasteczko w Islandii” to kunsztownie napisane, oszczędne w słowach i starannie skomponowane prozatorskie dzieło. Łącząc subtelność przekazu z mocą opowiadanych historii na długo wdziera się w pamięć czytelnika, a dzięki ich uniwersalności przypomina o sprawach i zdarzeniach rozgrywających się na każdym osiedlu, od których – w przeciwieństwie do narratora tej powieści – najczęściej odwracamy wzrok. Nikodem Maraszkiewicz

Guðmundur Andri Thorsson – islandzki pisarz, wielokrotnie nagradzany prestiżowymi nagrodami literackimi za swoje powieści, w których w wyjątkowy sposób portretuje islandzkie społeczeństwo.

Guðmundur Andri Thorsson, Miasteczko w Islandii, przekład: Jacek Godek, Wydawnictwo Wielka Litera, Premiera: 19 kwietnia 2017
 
 

Miasteczko w Islandii

Guðmundur Andri Thorsson
Miasteczko w Islandii
przekład: Jacek Godek
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera: 19 kwietnia 2017
 

ONA PRZYCHODZI ZNAD MORZA…

Ona przychodzi znad morza i sunie wzdłuż rewy. Kiedy dzień zaczyna się chylić ku zachodowi, mgła wolno opada na wody fiordu, jak zwykle latem, węszy wokół pagórków, zagląda za wzniesienia, wciska się do osady, gdzie liże węgły domów, a potem podnosi się na tyle, bym mógł wyjrzeć przez okno. Widzę tajemnice. Widzę, jak ludzie gotują, jak się obijają, sikają, śpiewają, milczą i się czają. Niektórzy płaczą, niektórzy słuchają, niektórzy wypatrują.
Widzę ludzi krzyczących w poduszkę, wynoszących śmieci i niepotrzebne wspomnienia i nie odwracam wzroku. Nigdy nie odwracam wzroku. Jósa jest sama i popija ciepłe piwo z puszki, skanując stare zdjęcia klasowe, które umieści na Facebooku. Kalli relaksuje się w swojej stodole, grzebał przy kolejnej pralce. Anna i Jói mają dziś ciche dni. Lekarz Jónas zwiesił głowę, a Lalli Maskonur wyruszył na spacer i zaraz wpadnie na swoją siostrę Lárę, z którą nie rozmawia od dziesięcioleci… A tu Sveinsína drapie się kopyścią między łopatkami, później zajrzy do Jósy, by uczcić dzień, ale wtedy ja już zniknę razem z mgłą.
Suniemy za węgieł. Ona przede mną, jakby dokądś jej się śpieszyło i jakby męczyła ją moja opieszałość, ale znajdujemy chwilę, by zatrzymać się przy małym czerwonym domku z szarym dachem, w którym dziś dzieci Ásty nie są już tak zakatarzone i mała Una wreszcie nie płacze. Wszystkie tajemnice małej osady – wprawdzie nie są wielkiej wagi, w każdym razie nie wszystkie i nie zawsze, ale ja i mgła zawsze zaglądamy w okna, niczym wścibski i w dwójcy jedyny bóg, który wciąż musi upewniać się, że życie ludzi trwa i biegnie swoim torem, mimo że dał im wcześniej wolną wolę.
Ona przychodzi znad morza i sunie wzdłuż rewy. Towarzyszy jej zimny wiatr i nikt nie cieszy się z jej przybycia. Poeta Smyrill jednak wyczuwa spływającego nań ducha, gdy się zbliżamy, i odrywa się od zajęć, wyjmuje swój zniszczony brązowy notes, kieruje się wolno do kuchni, podchodzi do okna, przez które patrzy w dal, i notuje pomysły do swojego cyklu wierszy Zapach popiołu.
Mgła to dal, która nagle się zamyka. Jest miłym w dotyku nieszczęściem. Jest samym prawem. Ona przychodzi znad morza i sunie wzdłuż rewy, a tutejszym ludziom wydaje się wszystkim, co szare, zimnym milczeniem, które czasem nakłada się na samo życie, tak jak w tej chwili zakryło lokalną górę Svarri. Potem nadchodzi wieczór. Potem nadchodzi noc. A z nocą nadchodzi deszcz.
Miłości się budzą, kwiaty umierają, ludzie poddają się w połowie drogi, światła samochodów nikną w wieczornej szarudze, płomień świecy drży w cugu od okna, chwile nie giną w myślach, a dni przemijają. Mijają miesiące, uczucia i lata. Widzę to niebieskie na kwietniowym niebie i to zielone w majowej trawie. Widzę łopot skrzydeł, gdy zbliża się południe, słyszę nowy ton w szumie źdźbeł.
Widzę to czerwone w policzkach dzieci na wiosnę, kiedy całe dnie spędzają na dworze. Widzę jesienne pogody w ludzkich twarzach, gdy dzień zamyka się wcześnie. Czuję zapach zimy, kiedy późną jesienią powstaje z oceanu i kiedy śmierć rozciąga się nad światem. Widziałem miłość budzącą się w oczach i umierającą w ceremoniach. Widziałem, jak opuszczone dziecko przestaje płakać. Widziałem tonących mężczyzn i wieszających się chłopców. Widziałem zamordowaną i pogrzebaną ciężarną. Już dawno nie żyję. Już dawno powinienem być zgaszony i może nawet jestem, ale jeszcze się nie zorientowałem. Jestem tylko świadomością. Przychodzę znad morza i sunę wzdłuż rewy, i wkrótce zniknę razem z mgłą. Jestem popołudniową bryzą i odwiedzam ludzi za dnia około wpół do piątej, a jakąś godzinę później frunę gdzieś do swojego domu w tym, co minęło; to jest w trawie, która przedtem drgała, to jest w nasionach mniszka, które osiądą w nowych miejscach, to jest w fałdach sukienki Katy jadącej na rowerze w dół ulicy Nadmorskiej do Świetlicy.

KLARNET I KONTRABAS

Ona czuje, jak dziecięcy gwar miesza się z popołudniowym słońcem. W powietrzu unosi się zapach jedzenia, warkot łodzi motorowej dochodzi z morza, warkot kosiarek z ogrodów, nadbrzeżne ptactwo cicho kreśli łuki w powietrzu, na wrzosowiskach ptaki dyrdają zawzięcie, a nasiona dmuchawca osiadają na ziemi: popołudnie wrze. Całe to życie daje jej moc, by cisnąć na pedały, gdy jedzie przez osadę, narzuca jej takt, rytm i nadzieję; czuje, jak po ciele rozchodzą się siły witalne. Patrzą na nią domy, ale to nie szkodzi. Starzy ludzie z sekatorami machają do niej i wołają: „Witaj, Kato kochana!”, i jest dobrze. Dzieciaki piszczą, podskakując na trampolinach falujących przed każdym domem – i machają – a w oddali klęczą kobiety przy kwietnych rabatach, kiwając uwalanymi żółtymi rękawicami. Sidda siedzi razem z Adrésem i Fríðą, i jeszcze innymi, ona chce jej szczególnie pomachać. Biegacz z basów stoi na schodach starego Domu Lekarza z fajką w ustach i patrzy na nią, lecz jej nie macha.
Za dwie minuty dojedzie do Świetlicy. Wieczorem koncert tutejszego chóru i choć co niedzielę śpiewają podczas mszy, tym razem będzie inaczej, bo program bardzo ambitny: zaśpiewają islandzkie pieśni chóralne, takie jak “Noc” i “Piękni mali przyjaciele” oraz ulubione utwory, jak “Bądź gotowy, gdy wiosna cię zawoła”, albo “Och jungfruen går i ringen”, ale także “Locus iste” Brucknera i “Sicut locutus est” Bacha, gdzie nie ma miejsca na najmniejszy błąd, bo wtedy pomimo wyczerpujących poniedziałkowych prób wszystko się zawali. Siedziała przy pianinie i cierpliwie, do znudzenia ćwiczyła głosy – powtarzała: „Jeszcze raz!”, tak kalecząc islandzki, że nie dało się jej słuchać. Czasem przy Bachu miała wrażenie, że żongluje jednocześnie piętnastoma piłkami, upuści jedną, spadną wszystkie. Ale udało jej się sprawić, że śpiewali pewnie i zdecydowanie, a potem niesamowicie delikatnie. Znalazła w sobie to kruche brzmienie. Brzmienie Valeyri.
A teraz chce zjawić się nieco wcześniej, zanim przybędą Sidda, Fríða i Anna, żeby poustawiać krzesła. Pragnie chwili dla siebie, wypróbuje pianino, usiądzie gdzieś, zamknie oczy i odnajdzie w sobie jakiś ton. Potem przyjdą ludzie. Chór rozsiądzie się w garderobach, ale ona każe im się zebrać, chwycić za ręce i zamruczeć Śpij, moje kochanie. Potem wejdą na scenę, zajmą miejsca na podestach, tak jak ćwiczyli, następnie zjawi się ona, ukłoni, odwróci się w stronę chóru, uniesie ręce i spojrzy w oczy każdemu z osobna, chór to jedna istota, wreszcie da znak i niezwykle delikatnie zaśpiewają jednym głosem, stworzą nową przestrzeń: “Locus iste, a Deo factus est…”
Wszystko jest tak jasne. Wieczór jeszcze nie nadszedł, a to już nie dzień. Istnienie drży na granicy. Ma gołe nogi i stopy w papciach i jest jej trochę zimno, ponieważ obok przeszła chłodna bryza popołudniowa, ale nie marznie nieprzyjemnie, lecz rozgrzewająco. Wszystko śpiewa we wszechobecnej poświacie. Słońce śpiewa, morze, ryby, słupy, krowy, muchy, konie śpiewają, psy, stary czerwony rower, który otrzymała od Kalliego i Siddy. Jest przekonana, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy znów pojawi się czerwony połysk w jej rudych włosach. A jej oczy znów odzyskają blask. Znów sercem będzie śpiewać, grając na klarnecie. W jej byt znów zawita życie. Znowu będzie kochana. Ma na sobie białą sukienkę w niebieskie kropki, którą kupiła sobie w dniu, w którym była kochana.
To był dzień, w którym Andreas miał ją wieczorem poprosić o rękę w pawilonie w dużym parku w centrum Trnavy. To jej jedyna elegancka sukienka, jedyna, jaką kiedykolwiek będzie miała. Od tamtego wieczoru jej nie wyciągała. Leżała pedantycznie złożona i czekała w małej czerwonej walizce i w licznych szafach. Towarzyszyła jej w światowych podróżach przez korytarze piekieł. Z małej uliczki w Trnavie do Bratysławy, do Pragi, Kolonii, Rotterdamu, Moskwy, Kopenhagi, Hamburga, Reykjaviku… Przez cały ten czas leżała, cierpliwie złożona na dnie małej czerwonej walizki obok milczącego klarnetu.
Była kiedyś kochaną. Po próbie miała tylko zajrzeć do domu, zanieść klarnet i się przebrać – włożyć nową sukienkę – Andreas miał odstawić do domu kontrabas, a na dziesiątą umówieni byli na spotkanie na ławeczce pod starą topolą w starym parku w centrum, tam, gdzie spotykali się zawsze od czasów szkolnych; klarnet i kontrabas. Powiedział, że ona nadaje sens jego życiu. Wierzyła mu. Spytał, czy wyobraża sobie, że za niego wyjdzie i będzie dzieliła z nim swoje życie. Odpowiedziała: „Tak”, ponieważ mu wierzyła. I minie wieczór i noc, miną dni i tygodnie, i w ciągu kilku miesięcy zamieszkają razem w starej dzielnicy. On grał na kontrabasie w orkiestrze symfonicznej i w małym szkolnym bandzie jazzowym Trnava Stompers, w którym realizował się wraz ze starymi przyjaciółmi. Ona grała na klarnecie w orkiestrze symfonicznej i trochę uczyła, i, jak mawiała jej matka, aby zwiększyć przychody, rano roznosiła pocztę po ich starej dzielnicy.
Dni miną, tygodnie i miesiące. Każde w swoim pokoju do południa będzie ćwiczyć, potem wyjdą razem coś przekąsić, bo tak od razu nie będzie im się chciało gotować – dopiero jak pojawią się dzieci, jedno, dwoje, troje. Dni miną, miesiące i lata. Stopniowo skurczą się codzienne chwile szczęścia, powoli mieszkanie stanie się dla nich zbyt ciasne, czasem będzie im brakować jedzenia i czasem trudno jej będzie rano grać wprawki na klarnecie z powodu dzieciaków, ale mimo to robić będzie swoje, bo mama pomoże jej przy dzieciach, by mogła nadal grać w orkiestrze. Andreasowi też to się uda, mimo że będzie za dużo pił i wracał wieczorami pijany po występach Trnava Stompers w najróżniejszych knajpach. Będzie powtarzał, że ona nadaje jego życiu cel. A ona będzie mu wierzyć. W końcu na tym polega życie – taki był jego tata i jej tata, tacy byli ich dziadkowie, oni już tacy są, ci faceci. Lata miną, szare dni, ciężkie chwile. Będą się kłócić, bo zbyt dużo pieniędzy idzie na piwo, zbyt ciasno w ich małym mieszkaniu, za mało czasu poświęca dzieciom. Ale tak to już jest.
Tak to się toczy, a ona będzie mu wierzyć. Wciąż jeszcze zachowa czerwony połysk w rudych włosach, który odbija się w brązowych oczach i promiennym uśmiechu, o którym Andreas zawsze mówił, że daje mu siły do tego, by rano się zbudzić. On zawsze będzie równie przystojnym mężczyzną w swoich czerwonych sweterkach, choć po każdym piwnym wieczorze z Trnava Stompers urośnie mu brzuch. Czasem niedziele całej ich rodziny będą radosne, obiad będzie mruczał w garnkach, a odkurzacz tańczył po pokojach, będą też mieli własne chwile podczas milczących spacerów po starym parku w centrum miasta, gdy usiądą na ławeczce pod starą topolą, jak robili to za młodu i jak było tego wieczoru, kiedy spytał ją, czy zechce za niego wyjść; tam czasem zjedzą kanapkę, którą on przygotuje, zbyt grubo smarując masłem ze zbyt aromatyczną kiełbasą, i trzymać się będą za ręce, on powie jej, że ona daje mu siły, by rano się zbudzić, ona mu uwierzy. Klarnet i kontrabas.
Była kochaną.
Chciała tylko wstąpić do domu po próbie, zanieść klarnet, a Andreas miał zostawić w domu kontrabas, a potem mieli się spotkać w starym parku na ławeczce pod starym drzewem.

„WHEN I’M SIXTY-FOUR…”

Popołudnie wrze. Stoi na schodach po popołudniowej drzemce, wkłada fajkę do ust, lecz jej nie zapala i przez chwilę przygląda się szybującym w poszukiwaniu miejsca na korzenie nasionom dmuchawca, wsłuchuje w gwar dzieci wyżywających się na trampolinach, ptasi śpiew znad morza i warkot łódki motorowej zmierzającej do brzegu, kosiarki brzęczą i radiowa dwójka ględzi, a tam na rowerze jedzie kierująca chórem Kata w nowej sukience. Patrzy na nią i podnosi fajkę; ale ona zdaje się go nie widzieć.
Wchodzi do środka, sika, zmywa sny drzemki z twarzy, z namaszczeniem szczotkuje zęby, jakby to był ranek, chwilę patrzy w lustro, nie widzi siebie ani nikogo innego, wraca do pokoju, czuje, jak stare, starte deski podłogi ciepło poddają się gołym podeszwom. Lubi to uczucie, przez chwilę zdaje mu się, że to jego dziecinne stopy stąpają po podłodze, kiedy odwiedzał tu dziadka i babcię. Wyciąga T-shirt w niebieskie paski i wzorzyste niebieskie spodnie od pidżamy i myśli: „Przecież mogę być w tych spodniach”.
Przemieszcza się do kuchni, nalewa wody do czajnika i sypie kawę do lejka, na oko, ale wie, że ma miarkę w oczach, po chwili ściąga czajnik z kuchenki, parzy kawę i kuchnię wypełnia aromat, nalewa sobie do filiżanki, podnosi ją, lecz nim upije, zdaje mu się, że coś słyszy i w jego oczach pojawia się błysk. Wstaje i wraca na schody. Stoi chwilę, rozglądając się wokół. Patrzy w twarz kościołowi wznoszącemu się naprzeciwko domu – gmach jest z czarnego drewna i feruje stosowne do swego wyglądu wyroki – słyszy skrzeczenie dzieciaków na trampolinach i warkot łodzi motorowej zmierzającej do brzegu, widzi górę, czuje ciepły oddech powietrza na policzkach i w okamgnieniu zmysłami odczuwa życie osady.
Wraca do środka i zamyka za sobą drzwi.
Jest w swoim wnętrzu. Nie włącza radia i nie czyta gazet. Nie śledzi. Popija z namaszczeniem z filiżanki, po czym patrzy przed siebie, okutany wieloma warstwami ciszy. Odkłada fajkę na miejsce, na statyw, który przyniósł ze strychu, gdy się tu sprowadził. Ma tu jeszcze cztery fajki i wybiera kolejną z taką samą pedanterią, z jaką oddaje się piciu kawy. Na półce znajduje się też brązowy tytoń Edgeworth w kopercie, którą dzięki starym kontaktom przysłano mu specjalnie z Anglii. Przechowuje go w lodówce z kartoflem, żeby nie wysechł. Raduje go ten obrządek związany z paleniem fajki i myśli: „Przecież mogę palić”. Wolno nabija cybuch, luźno na dole, w środku tytoń mocno ubity i znów luźny u góry. Pierwszy dźwięk po przebudzeniu pojawia się, gdy zapala zapałkę, ciche syknięcie, i już po chwili otacza go ciepła woń tytoniu. Czuje, jak usta wypełnia słodko-gorzki smak i widzi aromatyczne welony dymu snujące się po starym drewnianym domu.
Podnosi się wolno, z oparcia krzesła zdejmuje stary niebieski golf z brązowymi łatami, które sam naszył w zimowy wieczór zeszłego roku, wkłada go na siebie, przeciąga się i wchodzi do swojej pracowni z fajką w kąciku ust i z dłońmi w kieszeniach swetra.
Kiedy zjawił się tu przed dwoma laty, większość mieszkańców osady go rozpoznała; dziwili się, po co tu przyjechał, ale wreszcie doszli do wniosku, że chce być sam. Wszyscy pamiętali jego ojca, tego światowej sławy króla połowów – Tolliego Tonę, który kapitanował tu statkom, zanim wyprowadził się do stolicy – zdradził i wyjechał na południe, by stać się gwiazdą śledziową w zachodniej dzielnicy Reykjaviku – a Andrés z muzeum powiedział, że pamięta go jako chłopca odwiedzającego dziadka i babcię w dawnym Domu Lekarza, tyle że ludzie nie potrafili zrozumieć, dlaczego kupił ten dom tak drogo, jak powiadano; liczby rosły z dnia na dzień, z ust do ust. Większość sądziła, że zechce wykorzystać go jako domek letniskowy, ale nadeszła jesień, a potem zima i przez cały czas siedział w starym Domu Lekarza. Czasem koło południa biegał w dresie po osadzie, co niejeden uznał za śmieszne, a nawet godne pogardy, więc ludzie nadali mu przydomek Biegacz. Rychło też zaczęto go widywać rankami na basenie i w niedziele w kościele. Przyszedł też jesienią na pierwszą próbę chóru kościelnego, żeby zaśpiewać w basach.
W przerwie gawędził z ludźmi i gładko odpowiadał na pytania na każdy temat, a i sam przyjacielsko wypytywał innych o samopoczucie. Punktualnie o osiemnastej zjawiał się w Maskonurze, niewielkiej restauracyjce na krańcu miasteczka, gdzie czytał gazety i wiódł miłe rozmowy z Fríðą i innymi, którzy chcieli z nim rozmawiać. Siedział tam chwilę przy kieliszku białego wina, po czym jadł kolację. Zwykle zamawiał to samo: dorsza z czosnkiem i fenkułem w białym winie, które to danie nauczył był kucharza przyrządzać, natomiast w czwartki pasta z anchois, które również nauczył go gotować. Znał tu niewielu, choć niegdyś krótko pracował u Jóiego w Przetwórni Valeyri i czasem odwiedzał go w domu, i grał w wista z nim, jego piękną żoną, burmistrzem i jego żoną, starą Lárą Lalliego Lár lub innymi członkami miasteczkowej socjety – ale nie z Lallim Maskonurem, bratem Láry, ponieważ rodzeństwo ze sobą nie rozmawiało. Dobrze mu się tu żyło. Rozmawiał z ludźmi o połowach i pogodzie, rządzie i rządzących, prezydencie i bankowcach. Zdarzało się, że opowiadał historie ze swojego poprzedniego świata. Nie były to opowieści o pałacach, kapiących złotem bankietach i bogactwie – pytany o te rzeczy odpowiadał, że nie zna się na tych finansowych perwersjach, choć znał naturalnie najważniejszych bankierów, za to przedstawiał krótkie obrazki ze spotkań z ministrami, wspominał dziwaczne odpowiedzi z szatni i żenujące wpadki z sal recepcyjnych…
Był bez wad. Zachowanie wyważone, wyjątkowa uprzejmość, przykładna skromność. Siedział ze swoją lampką wina na leciwej sofie rodowej starego Lalliego Lár w kącie Maskonura z wygasłą fajką w ustach, czasem nieniepokojony ją zapalał, długi i szczupły, z wielkimi dłońmi pianisty, które mogłyby ogarniać oktawy, i błękitnymi oczami pod półprzymkniętymi powiekami. Czasem leżała przed nim kartka papieru lub serwetka i szkicował łódki i górę Svarri, a nawet Fríðę serwującą posiłki. Siadała niekiedy przy nim, gdy niewiele się działo, wszak on był światowcem, a ona z Nökkvavogur. Była w nieokreślonym wieku, trzymała się dobrze, miała henną barwione włosy i piękne ciało, rysujące się wyraźnie pod obcisłymi koszulkami i dżinsami, i czasem wyobrażał sobie, że któregoś wieczoru, późno, pod osłoną ciemności, przyjdzie do niego, krótko dysząc, by znaleźć się z nim w starym łóżku lekarskim. Nie miał pojęcia, czyby ją przygarnął, czy odrzucił.
Z czasem coraz więcej osób się do niego przysiadało i kiedy ktoś zdobył się na odwagę spytać go, dlaczego się tu sprowadził, odpowiadał, że po to, by odpocząć od ludzi. – W stolicy jest taka ciżba – powiedział – i wszyscy mają do mnie jakąś sprawę… Miałem ochotę… musiałem się stamtąd wyrwać”. I powtórzył, rozmarzony i nieco egzaltowany: „Wyrwać stamtąd…”.
Mieszkańcy miasteczka przyjęli jego wyjaśnienia i nigdy go o nic nie prosili, niczego nie proponowali, za to byli dumni z tego, że są tym, do którego wyrwał się stamtąd. Znajdowali w sobie potrzebę bronienia go i ochrony przed zewnętrznymi bodźcami i gdy zjawiał się gość wypytujący o jego dom i jego stan majątkowy, wszyscy zamykali się w sobie i bez zająknięcia utrzymywali, że nic o nim nie wiedzą, on ich w ogóle nie interesuje – a potem wskazywali opuszczony dom, w którym od lat nikt nie mieszkał. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że on skrywa jakąś tajemnicę. Każdy wiedział, że za coś ponosi winę. Każdy miał świadomość, że on tu odbywa jakiś wyrok.