“Przed wszystkim” to pochwała przyjaźni i miłości pięciu kobiet, które znają się od dziecka. Wszystko przechodziły razem, od młodzieńczych szaleństw i kłopotów, po kluczowe problemy wieku średniego.


Przed wszystkimOlśniewająca, wielowarstwowa powieść przypominająca film “Wielki chłód” – historia wieloletnich przyjaciółek, które wspólnie stawiają czoło życiu, miłości, a teraz także śmierci.

“Przed wszystkim” to pochwała przyjaźni i miłości pięciu kobiet, które znają się od dziecka. Wszystko przechodziły razem, od młodzieńczych szaleństw i kłopotów, po kluczowe problemy wieku średniego.

Teraz, gdy Anna, magnetyczna osobowość i najjaśniejsza gwiazda grupy, trafia pod opiekę hospicjum, przyjaciółki zbierają się, by robić to, co robiły zawsze – rozmawiać, śmiać się i pomagać sobie nawzajem w podejmowaniu decyzji i snuciu planów na przyszłość – tym razem w wiejskim domku Anny w Massachusetts.

Helen, sławna malarka, najlepsza przyjaciółka Anny, ma niedługo wyjść ponownie za mąż. Każda z pozostałych kobiet ma własne problemy – Caroline opiekuje się chorą psychicznie siostrą, Molly nie radzi sobie z buntem nastoletniej córki, a Ming z praktyką prawniczą, wychowywaniem dzieci i miłością.

“Przed wszystkim” to powieść zabawna i słodkogorzka zarazem; przyjaciółki wspominają zabawne błędy młodości, wspólne tajemnice i przygody. Ale teraz mają inne poczucie czasu, a przez to ścieżki ich życia nabierają nowego sensu.

Powieść daje błyskotliwy, nasycony emocjami portret grupy przyjaciółek, wspaniale przedstawiając życie codzienne podlegające upływowi czasu, a także pokazując, że nawet w trudnej sytuacji u kresu drogi można dawać innym coś wartościowego.
Ta książka to przede wszystkim oda na cześć przyjaźni.

***

Cudowne, chwytające za serce, nieustannie olśniewające, wyjątkowe dokonanie. Dziękuję ci, Victorio Redel.
Michael Cunningham, laureat Nagrody Pulitzera i autor “Godzin”

Victoria Redel czyni nas świadkami życia wyjątkowej grupy kobiet, swobodnie przeplatając przeszłość z teraźniejszością tak, że każda z nici odkrywa pęknięcia i tajemnice ich skomplikowanego życia, a zarazem zbliża je do siebie […] Redel udowadnia, że kobieca przyjaźń jest cichym motorem napędzającym świat.
Hannah Tinti, autorka “The Twelve Lives of Samuel Hawley ”

“Przed wszystkim” to przykuwająca uwagę współczesna powieść o wstrząsająco pięknym, tętniącym od emocji pejzażu, który wyłania się, gdy stare przyjaciółki godzą się z tym, czego nigdy wcześniej nie chciały przyjąć do wiadomości: z ograniczeniami wynikającymi ze śmiertelności i z bezmiarem przyjaźni.
Ruth Ozeki, autorka “W poszukiwaniu istoty czasu”

“Przed wszystkim” jest, cóż… wszystkim, czego można oczekiwać od powieści o życiu, śmierci i przyjaźni: jest mądra, wzruszająca, ujmująca, poetycka, bolesna i po prostu piękna. Podobają mi się te kobiety (i ich mężczyźni) i ta elegia dla silnych i trwałych więzi ich przyjaźni.
Dani Shapiro, autorka “Hourglass: Time, Memory, Marriage ”

“Przed wszystkim” to książka poruszająca wielkie tematy miłości i śmierci. Subtelna narracja Victorii Redel rozwija się nie linearnie, lecz w subiektywnym czasie wspomnień, przeplatając punkty widzenia poszczególnych bohaterek tak, by ukazać zmieniające się relacje, potrzeby i okoliczności. Szorstka i tkliwa, zabawna, i smutna zarazem, ta pięknie napisana powieść przedstawia dynamikę cudownych przyjaźni na całe życie.
Siri Hustvedt, autorka “Świata w płomieniach”

Cenię twórczość Victorii Redel za tak wiele – za jej bezkompromisowość, złożoność, piękno – a “Przed wszystkim” to jedna z najbardziej błyskotliwych, promiennych i ściskających za serce książek, jakie czytałam od lat. Czuje się, że postaci wykreowane przez Redel – namiętne i zabawne, wierne, i współczujące – są tak realne i ukochane jak najdrożsi nam ludzie. Niezwykła powieść jednej z najlepszych pisarek, jakie mamy.
Molly Antopol, autorka “The UnAmericans”

Mądre, bystre, sexy, zawsze zaskakujące – wspaniałe opowiadania Victorii Redel to prawdziwa uczta. To właśnie jest życie.
Claire Messud, autorka “The Woman Upstairs” i “Dzieci cesarza”

Kolejny dowód ogromnego talentu Victorii Redel, jej umiejętności wkradania się w ludzkie serca i rodzenia światów. Jej proza jest poetycka, precyzyjna, dowcipna, zniewalająca. Jej opowiadania przypominają nam, co jest w stanie dać nam proza pisana przez nieustraszonych i bezkompromisowych.
Sam Lipsyte, autor “Home Land” i “The Ask”

Tylko poetka mogła napisać taką prozę. Tylko mistrzyni opowiadania mogła sprawić, że czyta się tę prozę tak zachłannie.
Grace Paley

Victoria Redel ma na swoim koncie cztery powieści i trzy zbiory poezji entuzjastycznie przyjęte przez krytykę. Jej debiutancka powieść “Loverboy” została uznana za jedną z najlepszych książek roku przez “Los Angeles Times”, uhonorowano ją nagrodami literackimi Siostry Marielli Gable wydawnictwa Graywolf Press oraz Forward Silver. Victoria Redel uzyskała stypendia Guggenheim Foundation oraz National Endowment for the Arts, publikuje w “New York Timesie”, “Los Angeles Timesie”, “Elle”, “O, The Oprah Magazine”, “Granta”, “One Story” i “Harvard Review”. Uzyskała stopień magistra sztuki w dziedzinie poezji na Uniwersytecie Columbia, a obecnie jest wykładowcą w Sarah Lawrence College.

Victoria Redel
Przed wszystkim
Przekład: Jan Hensel
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 7 listopada 2017
 
 

Przed wszystkim


KONIEC MARCA 2013
1

PO PROSTU
Pod koniec marca, w dniu, w którym czuło się już błotnisty smak wiosny, Anna otrzymała wyniki nowego badania tomografem. Wtedy, chociaż dotąd radziła sobie tak dobrze – zaliczyła nawet parę cudów w walce z chorobą – powiedziała po prostu: „Nigdy więcej”.

ROZGWIAZDY
Anna nie pamięta, jak się znalazła w salonie, ale teraz siedzi na kanapie i wszystkie tu są – Helen, Ming, Caroline, Molly – jej najstarsze przyjaciółki. Kiedy przyszły? Kto je powiadomił? Nie odbierała codziennych telefonów od Helen, zostawiając je poczcie głosowej. Chociaż nie, oczywiście, odebrała, myśląc, że to któreś z dzieci. A to była Ming. Anna opowiedziała jej o wszystkim – od nowego nawrotu po opiekę paliatywną. Nie zostawiła miejsca na żadne pytania.
– Przekaż to pozostałym.
– Daj spokój. – Zadrżała, słysząc od Ming te słowa: – Przyjadę. Oczywiście wszystkie przyjedziemy.
I teraz tu były, jej paczka z czasów dzieciństwa. I fajnie, że zgromadziły się w jej salonie. Dobrze było posłuchać, jak Caroline opowiada historyjkę o swojej starszej siostrze Elise, która zawsze ładuje się w kłopoty. I opisuje kolejny epizod z życia Elise, ale tak, jak zwykle, zabawnie, z lekką rezygnacją, lecz bez sarkazmu, bo Caroline nigdy nie jest ironiczna, za to zawsze mówi ze swego rodzaju stonowanym rozbawieniem.
Jak one wszystkie tu się znalazły? Anna wiedziała, że przyjechały – z Great Barrington, Manhattanu, Arlington, Larchmont – ale cały ten ruch wydawał się niemożliwy. Samo wyjście z domu sprawiało wrażenie czegoś niemożliwego. A potem jeszcze splątane nici szos, bramki poboru opłat na autostradzie, zjazdy na stacje benzynowe, wyciąganie portmonetek z torebek szeroko otwartych na fotelu pasażera. Bardziej jeszcze niż sam wysiłek cały ten świat w niepowstrzymanym ruchu zdawał się czymś niewykonalnym, splotem nie do rozsupłania, wymarłym schematem, który kiedyś rozumiała.
– Mów głośniej! – zawołała Ming, która była w kuchni i robiła zupę. – Nie chcę niczego przegapić.
Anna śledziła tę historię. W każdym razie w dużym stopniu. Śmiała się razem z innymi. Helen zanosiła się tym swoim głośnym optymistycznym rechotem, a Molly chichotała z cicha, jakby się dławiła, i łzy stawały jej w oczach. Caroline, opowiadając, tak zabawnie gestykulowała, wymachiwała rękami, cięła dłońmi powietrze, poruszała brwiami.
Tak bardzo się śmiały, wszystkie pięć, że udało im się przejść ze śmiechem nawet przez to, co zupełnie nieśmieszne.
Zabawne, że nawet teraz, słysząc potrójny tryl śmiechu Ming z kuchni, Anna widziała dziewczynę, nie kobietę – widziała drobne nastoletnie ciało, a nie krąglejszą, bardziej przysadzistą sylwetkę wieku średniego. I w jej wyobraźni Ming wciąż miała tamte lśniące włosy do pasa, czarną kurtynę, a nie profesjonalnie wycieniowane warstwy szpakowatej fryzury, przycinanej co sześć tygodni.
– Nie za mocno, Anno? – spytała Helen, masując jej stopy i nogi.
Przesunęła spojrzeniem wzdłuż ciała, ku grubym palcom Helen na swojej łydce.
Zawsze żartowała, że Helen ma łapska robociarza, a nie malarki. Georgia O’Keeffe o eleganckich smukłych palcach – ta to miała dłonie artystki. Mimo to dobrze było czuć ręce Helen na swoim ciele. Dobrze było poczuć czyjś dotyk. Sama nigdy by nie zgadła, że tego pragnie, ale pragnęła, więc gdy ruch palców Helen stał się wolniejszy, położyła na jej kolanach drugą nogę, podsuwając ją pod dłonie przyjaciółki. Na nogach Anny, dawniej mocnych i wyćwiczonych, nie ostał się żaden mięsień. „Zaopiekuję się tobą”, bezgłośnymi ruchami warg powiedziała Helen. Helen, która zawsze starała się pomóc. Która ponad czterdzieści lat temu obiecała, że będzie dla niej najlepszą przyjaciółką, i nigdy nie złamała danego słowa. Anna wyciągnęła rękę, by dotknąć jej dłoni.
Molly w napięciu wychyliła się do przodu, oparła łokcie na kolanach. Tak właśnie słuchała. Całym ciałem. I zupełnie zgodnie z przewidywaniami Anny przekrzywiła głowę i lekko uniosła brodę z dołeczkiem pośrodku ku głosowi Caroline.
Anna nie była tu, w salonie, od wielu dni. Znajdowało się tu może aż za wiele rzeczy do podziwiania. Wszystkie ściany obwieszone dziełami sztuki, które kupiła albo dostała. Tu, na stole, w misie z niebieskiego szkła setki drobnych rozgwiazd zebranych na przylądku Point Reyes. Tam, na ścianie, rzeźba ze złomu, którą kupiła w Provincetown. Na jednej z półek mnóstwo słoików z bukietami purpurowych piór kardynałów. Wiele godzin poświęciła na ich układanie. Tyle przykładów piękna – jak jej się udało zebrać i ułożyć to wszystko? Mnóstwo poszukiwań i krzątaniny. I starań o piękno.
Anna zamknęła oczy. Słuchała. Tak dobrze znała kadencję i melodykę głosów przyjaciółek. Nawet pauzy, gdy Caroline szukała w myślach bardziej precyzyjnego słowa, brzmiały znajomo. Nie była w stanie wyjaśnić, jak to się dzieje, że z taką łatwością i swobodą przychodzi jej słuchanie przyjaciółek. Nie mogłaby sobie tego wyobrazić. Część owej łatwości wynikała właśnie stąd, że wyobraźnia była już zbędna.

STARE ZNAJOME
Pod koniec szóstej klasy oficjalnie przybrały tę nazwę. Zaczęło się od żartu pewnego popołudnia, ale spodobało im się brzmienie. To tak na zawsze. Stare Znajome. Deklaracja, że bez względu na to, kto zjawi się w ich życiu, czy w przyszłym roku, czy później, w szkole średniej, ktoś nowy i ciekawy, może nawet stanie się kumpelą na całe życie, nie będzie jednak należeć do Starych Znajomych. Nie, żeby zaraz wypisywały to sobie na koszulkach czy ogłaszały wszem wobec przy fanfarach lub wiwatach. Ale podobało im się, jak to brzmi. Jak nazwa kapeli rockowej. Albo tytuł serialu. Dzięki temu, zgadzały się całą piątką, to po prostu fakt. I coś ich własnego, na zawsze.

TAJEMNICA
Wiele dni przedtem jej najstarszy syn był z nią sam w pokoju.
– Mamo. – Wziął ją za rękę.
Kiwnęła głową, żeby dać mu do zrozumienia, że nie śpi.
– Mamo, chciałbym się podzielić z tobą pewną tajemnicą.
Uśmiechnęła się. Był jej pierwszym dzieckiem. Teraz dorosłym mężczyzną. Ech, tyle lat niepotrzebnie martwiła się o Juliana. Nieśmiałego chłopca, który bawił się w narożniku szkolnego dziedzińca, gdzie chodnik ustępował miejsca chwastom i chaszczom; chłopca, który wbijał patyki w ziemię, poważny i zadowolony, i nie przejmował się ganiającą obok dzieciarnią. „Berek!” – wrzeszczały dzieci, ciągnąc za ramię, ale nie jego. Kiedy przychodziła go odebrać, ze ściśniętym sercem podpatrywała, jak się bawił w samotności. Chciała, żeby był w centrum uwagi, żeby wybierał drużyny, był kapitanem.
A teraz stał przy niej, łagodny, wciąż cichy, o chłopięcym, przerywanym śmiechu, i nadal był najszczęśliwszy w lesie, gdy szukał smardzów i dzikiego czosnku.
– Mamo – powtórzył Julian. – Mam tajemnicę.
Pokiwała głową.
– Możesz otworzyć oczy?
Dla niego zrobiłaby wszystko. Powieki miała takie ciężkie, jak niklowe łuski, nawet cięższe niż chemia, którą dostawała, ciężkie od czegoś gęstego, co zdawało się zalegać jej w kościach, we krwi.
Otworzyła jednak oczy.
Był taki piękny. Miał twarz jak zdjętą z ojca i tę aureolę ciemnych kręconych włosów. Patrzyła na niego pod światło. Za nim zobaczyła koronki firanek, a w ich prześwitach drzewa na podwórzu. Jej koronki, jej okno z jej kryształem wiszącym na żyłce i podwórze, gdzie przed laty bawiła się trójka jej dzieci. Teraz to wszystko już w tak nikłym stopniu jej.
– Tak, kochanie?
Powiedział:
– Będziemy mieli dziecko – powiedział.
Poczuła pęd i szum ekscytacji. Nawet ostatnimi czasy zdarzało się, że ogarniała ją radość, na chwilę, czasami prawie tak ostra jak ból. A to był jej szczyt.
– Nie chcemy nikomu mówić. Jeszcze. Ale chcemy, żebyś ty wiedziała.
Dziecko jej pierworodnego. Uwielbiała czuć jego nienarodzone ciało w sobie tak bardzo, że gdy nadszedł termin rozwiązania, miała nadzieję na długi poród, bo pragnęła, jak powiedziała, by każda chwila była wyjątkowa, by mogła się nią rozkoszować, a potem, co stało się dla przyjaciółek na lata pretekstem do żartów, po osiemnastu godzinach akcji porodowej, skulona w jakiś ciernisty wieniec cierpienia, zaczęła błagać o znieczulenie. A gdy w końcu zjawiło się dziecko – o idealnych wargach, dłoniach, stópkach, została odmieniona na zawsze.
Usiadła na łóżku i ucałowała syna.
– Będziesz wspaniałym ojcem – wyszeptała.
Cały czas trzymała dłoń na jego ramieniu i patrzyła nań przenikliwym i bezpośrednim wzrokiem. Pragnęła, żeby ta chwila była dla niego. Chwila, gdy matka widzi w nim mężczyznę stającego się ojcem.
Przez okno wpadały podmuchy wiatru, wiosenne powietrze, ostatnia, najlepsza tajemnica.
Uśmiechnęła się.
– Nie pisnę ani słowa.

NA ZAWSZE
– Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy nie wyglądałaś lepiej. – Helen rozcierała kciukiem sklepienie stopy Anny. – Ale przez to też jakoś przejdziemy.
Przesunęła poplamionymi farbą palcami po chudej jak patyk długiej łydce. Nie było żadnego mięśnia, który można by ścisnąć. Grube palce rozczapierzyły się szeroko, obejmując nogę Anny jak obręcz.
– Tym razem jest tylko jedno przejście, Heli – powiedziała Anna.
– Nonsens – odparła prędko Helen. – Ale mamy cały dzień na to, żeby coś wykombinować.
Anna już wcześniej była tak chuda, że tylko skóra i kości zostały; powoli chodziły wtedy we dwie po wydezynfekowanych korytarzach oddziałów szpitalnych, a ona, podpierając się laską, mówiła: „Serio, Helen, tym razem to nie przelewki”. A przyjaciółka zawsze miała gotową odpowiedź: „Słuchaj, mała, szkoda, że nie widziałaś, w jak żałosnym stanie byłaś miesiąc temu”. Prawda, przez wielkie „P” – obiecały ją sobie jako dzieci. Łatwizna dla najlepszych przyjaciółek zarumienionych z emocji jako siedmiolatki czy przy cielęcych miłościach w wieku lat dwunastu. Z upływem czasu stała się wyzwaniem, gdy poczucie prawdy okazywało się chwiejne, a ważniejsze zdawało się pocieszenie. Helen pomyślała o krzątaninie na oddziałach intensywnej terapii, o porankach, gdy rozchylała zasłony, stając przy Annie, zaintubowanej i śpiącej. „Hej, moja piękna – mówiła wtedy. – Omija cię mnóstwo fajnych rzeczy. Więc lepiej szybko wracaj do zdrowia”.
Ale pal sześć prawdę i pocieszenie, liczyło się czuwanie. A Helen dała ciała. Jak diabli. Przez lata dzwoniły do siebie codziennie. Ostatecznie nawet wiadomości na poczcie głosowej zaczęły się liczyć jako podtrzymywanie kontaktu. Przez parę ostatnich lat, gdy była w rozjazdach w związku z wystawami w Dubaju, Hongkongu, Miami, Paryżu – telefonowała z niesamowicie odmiennych stref czasowych.
– Mówię do ciebie z jutra – zdumiewała się, gdy dzwoniła z Sydney.
– Więc nadal jesteś ulubienicą międzynarodowego świata sztuki współczesnej? – Anna nie pozwalała Helen na skromność.
Kiedy tamta spytała, co u niej słychać, Anna westchnęła do telefonu:
– Nie znalazłam się jeszcze w Galerii Sław Rock and Rolla, jeśli o to chodzi.
– No to pośpiesz się, kochana. Nie będziemy żyć wiecznie.
I obie się roześmiały, oddalając od siebie myśl o katastrofie.
Ale tym razem Helen czuła, że trochę olała sprawę, i trudno to było teraz naprawić. Dzwoniła do Anny codziennie, ale w rozjazdach trudno było jej się zorientować, że Anna nie odpowiada na żadne wiadomości, i dopiero po dwóch tygodniach uświadomiła to sobie.
– Ej, kochanie, miłość to nie droga jednokierunkowa – zaśpiewała w stylu country, nagrywając się na pocztę głosową przyjaciółki, gdy wyglądała przez okno hotelu w Pradze.
A potem, tydzień temu, gdy jadła kolację w Rzymie, odebrała telefon.
– Musisz szybko przyjechać, Helen – usłyszała zgnębiony głos Ming.

PIES
Zeus zawarczał. Zeus, pudel miniaturka o kosmatej sierści, oblepiony rzepami – jak porzucony kapeć na podłodze koło Anny – Zeus, który zjawił się znikąd, gdy Helen siedziała z nią na niebieskiej kanapie, wyszczerzył swoje malutkie kły.

KONIEC
Koniec z kroplówkami. Ani jednej kroplówki więcej.
Koniec dni typu: „Dzięki Bogu, żyję” – spacerów w rakietkach po skrzypiącym śniegu ścieżką od tylnego podwórza do miejsca z widokiem na urwisko lub weekendowych wieczorów i kiwania się przy mikrofonie, kołysania w rytm muzyki granej przez jej zespół aż do ostatniej linijki The Harder They Come – póki znowu nie zacznie się ten ucisk w płucach.
Koniec radzenia sobie po cichu, aż do czasu gdy musi się zatrzymać po drodze z samochodu do frontowych drzwi, żeby zaczerpnąć tchu. Koniec z bagatelizowaniem infekcji. „To tylko przeziębienie. Wszyscy w dolinie chorują na nie pod koniec zimy” – aż przeziębienie przeradza się w zapalenie płuc i Reuben znajduje ją skuloną pod paroma kocami, a lekarz ordynuje pozytonową tomografię emisyjną całego ciała.
Koniec z tomografiami.
Koniec z pytaniami do Boba, chudego technika radiologii z włosami związanymi w kucyk, co widzi i koniec z wciąż tą samą śpiewką: „Jestem technikiem, pani Anno. Wie pani, że nie umiem odczytywać tych skanów”, na co zawsze odpowiadała: „Nie ściemniaj mi tu, Bobby. Od zbyt wielu lat to przerabiamy, więc proszę, powiedz mi po prostu, co widzisz”.
Koniec z remisjami.
Koniec z nawrotami.
Koniec z próbowaniem nowego programu leczenia.
Koniec z lekami w końskich dawkach.
Koniec z czwartą remisją, kiedy znowu żyła na pełnych obrotach, z powrotem po uszy zanurzona we wspaniałym głównym nurcie wydarzeń, i rzucała się na głęboką wodę życiowych spraw – prowadziła ośrodek matematyczny, spotykała się ze znajomymi, w sobotnie wieczory grała koncerty ze swoim zespołem, a dorosłe dzieci znowu dzwoniły do niej i bez tchu opowiadały o pracy, miłości, o wszystkim, o czym zwykle jej opowiadały, kiedy nie zaczynały rozmowy od niepewnego: „Jak się dzisiaj czujesz, mamo?”.