Fado to nie tylko melancholia. To także zemsta. Lizbona to nie tylko światło czarujące turystów. To także mrok niebezpiecznego półświatka…


Ona śpiewała fadoZa romantycznymi fasadami starych budowli i wysokimi murami nowych domów tego uwodzicielskiego miasta kryją się sekrety, których nikt nie chce ujawnić.

Kiedy pewna młoda, obiecująca artystka fado zostaje zamordowana, detektyw Manuel Rosa wkracza w świat nieznany nawet jemu, człowiekowi, który z niejednego pieca chleb jadł i niejedną sprawę już rozwiązał. W mrocznym świecie, który Rosa właśnie poznaje, wszystko ma swoją cenę, bo wszystko jest tutaj na sprzedaż.

Sprawdzając kolejnych podejrzanych, detektyw przemierza miasto, które żyje przyszłością, choć nie jest w stanie wydobyć się z przeszłości. To miasto jest jak on. On też tkwi między dwoma światami.

No i nie wie, co tak naprawdę łączy go z Aną Moreno…

Fernando Sobral pracuje jako dziennikarz w „Jornal de Negócios”, współpracuje z „Correio da Manha” oraz magazynami „Sábado” i „Ler”. Pisał dla „Semanário”, „O Independente”, „Se7e” i „Diário Económico”. Jest autorem esejów, felietonów i powieści, m.in. „L.Ville” (2009, wyd. polskie 2017).

Fernando Sobral
Ona śpiewała fado
Przekład: Jakub Jankowski
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 17 stycznia 2018
 
 

Ona śpiewała fado


Człowiek ma zawsze dwa powody, żeby coś zrobić.
Dobry powód i prawdziwy powód.
J.P. Morgan

Fado to zmęczenie silnej duszy, drwiące spojrzenie Portugalii na Boga, w którego wierzyła i który również ją porzucił.
Fernando Pessoa, 1929

1.

Prawda jest równie oczywista jak kłamstwo. Wszyscy ją widzą. Nikt jej nie pojmuje. Detektyw Manuel da Rosa był przyzwyczajony do życia w świecie oczywistości, które nagle zmieniały się w wątpliwości. Ład był dla niego tak samo usprawiedliwiony jak nieład. Spokój uznawał za puste słowo. Z łatwością mógł go zakłócić wiatr, choćby taki, jaki tamtej nocy targał Lizboną. Taki wiatr był złą wróżbą, nauczył się tego w Afryce, w środku dżungli, gdzie każda cisza zwiastowała niebezpieczeństwo. Nadchodziła burza. Detektyw spojrzał w niebo, próbując wypatrzyć gwiazdy. Po błyskawicy uderzył grzmot, wyglądało więc na to, że się nie pomylił. Burza była tuż. Grzmot odbijał się w nieskończoność. Zdawał się krzykiem konającego w agonii, przerażonego miasta. Zaczęło padać. Manuel da Rosa czekał. Życie, kiedy toczy się bez przeszkód, nuży. Nie miał nic do roboty ani dokąd pójść. Czasami nachodziła go ochota, aby zmienić imię i osobowość, stać się tym, kim w danej chwili chciałby być.
Miał nadzieję, że światło gwiazd nadal będzie dochowywać tajemnicy. One znały wiele sekretów, których nie mogły wyjawić ludziom. Były jak kobiety – nieświadomi mężczyźni uważali, że je znają, ale nie znali i nigdy mieli nie poznać. Zapalił papierosa, którego trzymał pomiędzy palcami lewej dłoni. To był odruch z czasów, kiedy próbował się nauczyć być tak dobrym mańkutem, jak był praworęcznym. Nigdy mu się to nie udało.
Detektyw starał się znaleźć wygodniejszą pozycję na samochodowym siedzeniu, podczas gdy na zewnątrz deszcz lał niemiłosiernie. Lizbona z każdym dniem coraz bardziej stawała się miastem żyjącym pozorami. Zdawało się, że nikt się niczym nie przejmuje. Ludzie coraz bardziej pragnęli kontaktu z rzeczami, nie z innymi ludźmi. Dzięki temu czuli się bezpieczniej, ale też bezwiednie stawali się coraz bardziej i bardziej zagubieni. Manuel da Rosa zamknął oczy, czuł, jak papierosowy dym spływa do płuc. Przypomniał sobie rozmowę, którą odbył z pewną niezidentyfikowaną kobietą zatrzymaną podczas nalotu w dzielnicy Martim Moniz. Mieszkała w budynku, do którego prostytutki wszystkich narodowości sprowadzały klientów mówiących we wszystkich językach świata. Spojrzenie jej czarnych źrenic było przeszywające. Kolor skóry zdradzał afrykańskie korzenie. W przybytku, gdzie ją zatrzymano, na chwilę została sam na sam z detektywem. Wzięła do rąk karty, brudne ze zużycia i poznaczone jej paznokciami, i powiedziała, że chce mu przepowiedzieć przyszłość. Pokiwał głową.
– Nie wierzę w przyszłość.
– A przeszłość? Jaka była? Może przypomnę ci twoją przeszłość…
– W przeszłość też nie wierzę.
Ignorując jego słowa, odkryła kartę.
– Każda karta ma wiele znaczeń. Trzeba wybrać. – Spojrzała uważnie na drugą odkrytą kartę. – Są siły, nad którymi wydaje ci się, że masz kontrolę, lecz nie masz. Nikt nie ma. Próbuj jednak robić zawsze to, co należy. Nie poddawaj się strachowi.
Chłód przeszył kręgosłup Manuela da Rosy. Jasnowidzka odkryła trzecią kartę. Zanim jednak cokolwiek powiedziała, wszedł policjant, aby ją zabrać. Wbrew sobie wstała. Jej oczy iskrzyły.
Zanim wyszła, odwróciła się i powiedziała:
– Żegnaj, żołnierzu. Tęsknisz za wolnością w Afryce, czyż nie? Wiesz, jak smakuje ta krew, prawda? – I wskazała na swe chude ramiona. – Nie zapominaj. Ta dżungla jest bardziej niebezpieczna. Nie widzisz tego, ale śledzą cię pewne oczy. Uważaj. Nie wierz w pozory. Tutaj nie ma ciszy, w której usłyszałbyś niebezpieczeństwo.
Manuel da Rosa lubił ludzi, którzy czuli niewidzialne. Zadaniem profetów było przepowiadać, nie zaś mieć rację. Detektywi tacy jak on też mogli się pomylić. Otworzył oczy. TejoCity, największe centrum handlowe stolicy, zostało otwarte tego popołudnia i to właśnie jego światło tam go zwabiło. Z powodu bębniącego deszczu pogłośnił radio, żeby lepiej słyszeć łagodny głos Sa Dingding, chińskiej artystki. Prowadzą nas sztuczne światła, a nie światła natury, pomyślał. I jak mamy się nie zgubić? Był początek kwietnia i detektyw starał się przypomnieć sobie, co wydarzyło się zeszłego roku. Nic specjalnego. Próbowało się przeżyć w kryzysie. Elity ratowały siebie zamiast ratować kraj. Jeśli ktoś nie kombinował i nie wykorzystywał znajomości, żeby wspinać się po szczeblach życia, uważany był za niedojdę, patrzono na niego z pogardą i nieufnością. Prosta sprawa. Lecz jego nic już nie wyprowadzało z równowagi. Z czasem nabrał pewności, że w życiu wszystko było dziełem okoliczności. W Lizbonie ludzie nauczyli się liczyć tylko na siebie. Mijali się i nie starali się poznać. Unikali siebie albo ignorowali jeden drugiego. Większość trzymała się własnego życia. Fatum stało się labiryntem, w którym wszyscy się gubili. Pewnego razu Fortuna spytał go: „Chcesz być policjantem czy chcesz, by wyglądało, że nim jesteś?”.
Nigdy nie udało mu się dać konkretnej odpowiedzi na to pytanie. Z Fortuną, uczepiony karabinu maszynowego na brzegu rzeki Niger, zużył całą swoją przyszłość. To on uczynił go najemnikiem, ale też pokazał, jak skomplikowani są ludzie. Lata, które strawił na walce o ciemne interesy tego, kto akurat mu płacił, sprawiły, że dorósł. Nie żałował. Był człowiekiem wielu żyć i różnych osobowości. W takich okolicznościach można było stać się mężczyzną. Przeżył, nie stał się ofiarą. Był świadkiem, nie widzem. Dlatego postanowił zostać policjantem.
Nocą widziało się wyraźniej niż za dnia. Przypomniał sobie taksówkarza, którego poznał pewnego ranka, kiedy był zbyt pijany, aby wracać do domu samochodem. Pracował on nocami i żartował sobie z tego, co widywał: „Takie jest życie. Nikt nie chce być biedny. Nikt nie uważa, że bycie biednym jest sprawiedliwe. Tylko w telewizji bycie biedakiem jest godne. Nikt nam nic nie da. Musimy sami sobie wziąć. Taki świat jest przejebany. Wszyscy nas zdradzają. Rząd, instytucje, banki, nasi koledzy. Wierność nie ma sensu. Na własnej skórze się tego nauczyłem. Od wielu lat pokutuję tutaj za to, że kiedyś uwierzyłem, iż uczciwość popłaca”.
Manuel da Rosa opuścił szybę. TejoCity wyrosło na miejscu dawnej dzielnicy przemysłowej, gdzie pracowały setki osób, kiedy on był jeszcze bardzo mały. Miał mgliste wspomnienie tamtych czasów. Fabryki stopniowo zamykano. Na ich ruinach powstało teraz centrum handlowe, którego światła odbijały się w oczach i duszach lizbończyków. Tutaj każdy mógł popatrzyć sobie na bogactwo. To były wrota do raju. Kto nie mógł kupować, mógł wejść. Panował ład, czystość, światło i bezpieczeństwo. Młodzież poruszała się szybko, nie miała żadnych związanych z tym miejscem wspomnień. Sprzedawcy też byli młodzi. Wszyscy do siebie pasowali. Macki państwa nie sięgały do centrów handlowych. Była to przestrzeń publiczna zarządzana przez prywaciarzy. Policjanci, tacy jak Manuel da Rosa, nie należeli do takich miejsc. Przez okno wyrzucił na ulicę to, co zostało z papierosa. Trwał tak i patrzył, jak drobny deszczyk zaczyna padać, gasząc rozpalony filtr.
Jego uwagę zwrócili ludzie, którzy przepychali się przy wejściu do ogromnego budynku. Prawie wszyscy ubrani byli na ciemno, typowo, nawet wtedy, kiedy świeciło słońce. Radość znikła, zapewne dlatego przedmioty przejęły władzę nad ideami i ludźmi, którzy w swej wolności pragnęli rzeczy nieznaczących. Wiedział, że to ludzie zarabiają pieniądze, ale też pieniądze czyniły ich ludźmi.
Jakiś człowiek przeszedł koło samochodu i splunął, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Spojrzał z pogardą, z małostkową obojętnością. Zadzwoniła komórka. To z posterunku.
– Tak?!
Głos po drugiej stronie był pewny i telegraficzny. Powtórzył to, co usłyszał, żeby zapamiętać:
– Rozumiem. Martwa dziewczyna w kondominium Excelsius Village, pomiędzy stacją w kondominium Excelsius Village, pomiędzy stacją Oriente i Olivais. Okej, już tam jadę.
Rzucił okiem na TejoCity, gdzie w pośpiechu wciąż wchodzili ludzie. Zapalił silnik. Zauważył, że dostał esemesa od Any Moreno: „Wrócę późno. Buziaki”. Odpisał: „Ja też. Buziaki”. Esemesy zabiły przymiotniki. Zostały tylko podmioty i czasowniki. Ana Moreno, którą poznał w policji, wdarła się do jego życia przebojem. Lecz dała pewną stabilność. Miała za sobą nieudane małżeństwo, przestała także chodzić na strzelnicę, żeby wypełniać sobie życie. Była najlepszym strzelcem, jakiego znał. Nie musiała tracić czasu na polepszanie czegoś, w czym była najlepsza.
Ostatni raz spojrzał na sztuczne światła centrum handlowego. Trywialność stała się szczerością nowych czasów. Ze wszystkich znanych mu zbrodni obojętność była najgorsza.