“Herezje chwalebne” to historia kraju pogrążonego w kryzysie i porzuconych w tej rzeczywistości bohaterów. Niezwykle oryginalna, pełna współczucia powieść, która z humorem i fabularną swadą przedstawia najmroczniejsze strony życia.


Herezje chwalebneWszystko zaczyna się od morderstwa. 59-letnia Maureen zabija świętą figurką mężczyznę, który wtargnął do jej domu.

To zdarzenie łączy ze sobą losy czterech osób żyjących na obrzeżach irlandzkiego społeczeństwa. Jej syn Jimmy, lokalny gangster, przypadkowo spotyka znajomego z młodości, Tony’ego, i prosi go o pomoc w pozbyciu się zwłok. Tony rozpoznaje ofiarę — miejscowego pijaka i narkomana. Jego dziewczyną jest prostytutka Georgie, która szukając nowego dilera, poznaje najstarszego syna Tony’ego, Ryana. To wokół tej postaci zbudowana jest akcja tej oryginalnej, cierpkiej, ale i niezwykle zabawnej wielowątkowej powieści.

***

W młodości wszyscy popełniamy różne głupie błędy.

Ryan Cusack dorósł szybciej niż inni – jako najstarszy z sześciorga rodzeństwa osieroconego przez matkę i obarczonego ojcem alkoholikiem nie miał innego wyjścia.
Ryan jest nie w ciemię bity. Nikt nie powie, że to frajer. Nawet za jego plecami.

To otoczenie stanowi problem. Szef gangu wykorzystujący jego ojca w roli „czyściciela”. Sąsiadka, która twierdzi, że stara się tylko pomóc, ale być może chodzi jej o coś więcej. Prostytutka poszukująca pewnego faceta – nigdy nie myślała, że będzie za nim tęsknić, aż pewnej nocy zniknął bez śladu…
Jedynym sprzymierzeńcem Ryana jest jego dziewczyna Karine. Gdyby nie ona, ze wszystkim byłby sam.

***

Prawda jest jednak taka, że nie wiemy, na co nas stać, dopóki ktoś nas nie sprawdzi…
Margaret Mountford, przewodnicząca jury Baileys Prize

Spektakularny debiut (…). Ostra i zarazem wrażliwa, gotycka i jednocześnie liryczna literatura, od której czytelnikowi zakręci się w głowie. Książka pokoleniowa o rozpadającym się narodzie.
„Daily Telegraph”

Mocny, wyrazisty moralitet przepełniony empatią.
„Irish Times”

Książka, która pokonała głośne Małe życie Hanyi Yanagihary i zdobyła prestiżową Baileys Women’s Prize.

Lisa McInerney
Herezje chwalebne
Przekład: Robert Sudół
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 22 listopada 2017
 
 

Herezje chwalebne


TRUP

1

Chłopiec został za drzwiami. Żegnaj, koniec pieśni, wszystkiego najlepszego. Teraz ramiona i szczęka zrobią się kwadratowe, dłonie silne, mina dziarska. Chłopiec utknął na ulicy, z kompletem poharatanych chudych kończyn, a próg przekroczył nowo narodzony mężczyzna, czujący lekkie mrowienie pod wzrokiem czarodziejki, która spowodowała tę metamorfozę. Nazywała się Karine D’Arcy. Miała piętnaście lat z hakiem i już trzeci rok chodzili razem do jednej klasy. Poza szkołą deklasowała go we wszystkim, a jednak teraz tu była, stała w jego przedpokoju na dużej przerwie w poniedziałek. Dlatego chłopiec musiał odejść, odejść musiało wszystko, co jeszcze z niego zostało, czego dotąd nie złuszczyły jej dłonie i pocałunki.
– Twój ojciec na pewno nie przyjdzie?
– Nie – odparł, chociaż ojciec chadzał własnymi drogami i nie wolno było wierzyć w jego rozsądek. Rano zapowiedział, że idzie w miasto, więc dzieciaki same muszą sobie zrobić kolację, ale później wróci, a razem z nim wróci draństwo i, znając łaskawość buków, parszywy humor.
– A jak przyjdzie, to co?
Puścił rękę Karine i objął ją w talii.
– Nie wiem – odparł.
Och, prawda była brutalna, najbrutalniejsza na świecie, nieprzećwiczone słowa padały z nowych ust.
Miał piętnaście lat, dopiero skończone. Gdyby to pytanie zadała mu przed przekroczeniem progu, odpowiedziałby pod dyktando piętnastoletniej, chłopięcej brawury, ale teraz wszystko się zmieniło i już zapomniał, jak można się popisywać.
– Wtedy to i tak będzie moja wina, nie twoja.
Powinni być w szkole, nawet ojciec o tym wiedział. Gdyby teraz wrócił, no gdyby, przygięty do ziemi przegraną, wykończony przez kurewską wódę, pokera czy co tam jeszcze, wrócił teraz, od razu by się połapał, że syn zerwał się z lekcji i to w bardzo konkretnym celu.
– Twoja będzie tutaj. Ale jak zakapuje moim rodzicom?
– Nie zakapowałby.
Tego można było być pewnym jak podłogi pod stopami. O ojcu dałoby się powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest odpowiedzialnym człowiekiem. Albo odważnym. Albo porządnym.
– Powaga?
– Gada tylko z tymi, którzy mieszkają w tym domu. Nikogo innego nie uważa.
– To co teraz robimy?
Ten nowy wspaniały mężczyzna, wciąż czujący pieczenie i zgarbiony od ewentualnego lania, na imię miał Ryan. Tak naprawdę jego dorosła postać nie różniła się za bardzo od łamagi, którego zostawił za drzwiami jak trupa: wciąż miał czarne włosy, jasną skórę i atramentowe oczy. „Wyglądasz, jakbyś był opętany” – powiedziała pewna dziewczyna, która zbliżyła się do niego na tyle, żeby móc wydać osąd, po czym wyraziła chęć wyssania z niego demona przez język. Podrósł ostatnio. „Za wolno, za miarowo” – westchnęła babcia, gdy niedawno obejrzała jego zdjęcia na Facebooku. Stwierdziła stanowczo, że nigdy nie będzie miał metra osiemdziesięciu. Matka nie żyła od czterech lat, a ojciec był wrakiem człowieka, co na kanapie spał równie często jak w łóżku. Ryan był najstarszy z dzieci tego wraka. Dokoła ojca chodził na palcach, za to przy innych tupał donośnie.
Coś w tym wszystkim nie pasowało. Jasne, każdy mężczyzna w każdym wieku ma prawo włóczyć się i zadzierać ze wszystkimi, którzy chcieliby go potraktować lekceważąco, a tak właśnie postępował wrak: wewnętrzna pustka z wyjątkiem chwil taniego namiętnego gniewu, oscylowanie między chwałą a okresami detoksu w nędznych ośrodkach odwykowych położonych milion mil od świata. Ale nawet gdy Ryan nauczył się już wykrzesywać z siebie emocje usprawiedliwione pogardą nauczycieli albo zaczepkami ze strony starszych chłopaków, zdawał sobie sprawę, że w tych prowokacjach do walki jest coś dętego. Wypatrywał jakiejś wielkiej sprawy, czegoś, co wyrwałoby go rankiem z łóżka, ale do głowy mu nie przyszło, że to może być ona.
Należała do paczki dziewczyn, które nosiły najkrótsze spódniczki, na przerwach rządziły na grzędach nad kaloryferami, a w relacjach z nauczycielami potrafiły lawirować między impertynencją a ckliwą zażyłością. Nigdy nie pomyślał, że ona zobaczy w nim kogoś więcej niż łobuza, chociaż przez całe kurewskie lata prosił ją o to w duchu, zaciśniętymi ustami i spuszczonym wzrokiem.
Trzy tygodnie wcześniej, w jego urodziny, pozwoliła się pocałować.
Siedział w samochodzie kumpli – starszych od niego, rówieśników szesnastoletniego krewniaka Josepha, który znał Ryana na tyle, że wybaczył mu młodszy wiek – gdy nagle dostrzegł ją przed dyskoteką urządzoną w domu kultury – uśmiechniętą i rozedrganą w długim czarnym topie i białych szortach. Wychylił się z tylnego siedzenia i ją zawołał. Nie musiał nawet namawiać, po chwili wgramoliła się do środka obok niego. Co za głupi fart, akurat była w nastroju na przejażdżkę. Skok serca w piersi, dający nadzieję, że chodzi jej o coś więcej: głupi fart i ufność. Zaufała mu. O Jezu! – podobał się jej.
Pojechali dać w palnik. Parę puszek i parę dżointów, i porządny chłodny wiatr, więc się przytuliła. Gdy do Ryana to dotarło, nie mógł uspokoić nerwów, musiał przyznać przed sobą, co do niej czuje, zapuszczając się lewą ręką do jej lędźwi, odliczając do dwudziestu, trzydziestu, osiemdziesięciu, aż wreszcie uwierzył, że ona się nie odsunie, potem wziął ją za rękę, żeby uspokoić drżenie dłoni, i wreszcie, wreszcie, pokonując przepastną odległość trzydziestu centymetrów, przywarł ustami do jej ust i ją pocałował.
W następnych dniach odkrywali nową krainę, wreszcie postanowili spróbować na serio. Chodzili do kina, jedli lody, pod koniec każdej randki wracali krętą drogą na jej ulicę, trzymając się za ręce. I aby ich znajomość nie miała zbyt zdrowych fundamentów, znajdowali zaciszne miejsca i ciemne kąty, w których zmieniali charakter swojej przyjaźni, a jego dłonie poznawały różnice między skórą talii a skórą piersi; ciałem napierał na jej ciało, żeby zapamiętać, jak idealnie potrafi się wpasować w każde jej zagłębienie.
Teraz, w poniedziałek przed południem, odpowiedział pytaniem:
– A co chcesz robić?
Weszła do dużego pokoju i obróciła się na pięcie, żeby ogarnąć wszystko wzrokiem. Nie musiał wciskać głowy przez drzwi, by wiedzieć, że widok pozostawia sporo do życzenia. Ojcowskie nieudacznictwo zakonserwowało ten dom jako muzeum matczynej zaradności. Nad bałaganem matka panowała jak wiatr nad łąkami.
– Pierwszy raz tu jestem – powiedziała. – Dziwnie jakoś.
Na myśli miała swoją obecność, a nie dom. Chociaż i w drugim przypadku niewiele by się pomyliła – bo dom był dziwny. Szeregowiec z trzema sypialniami, tak przepastny, gdy zabrakło matki, że Ryan ledwo potrafił znieść tę przestrzeń. Pobrzmiewało w nim całe to gówno, o którym nie chciał myśleć, w otchłaniach, których nie powinno tutaj być. Dla niego teraz to po prostu dach nad głową. I ryzyko pożaru – bo czasem czuł, że mógłby oblać wszystko benzyną, przyłożyć zapałkę i patrzeć, jak ogień pochłania dom i nocne niebo.
Wiedziała, co i jak. Zaledwie kilka dni wcześniej opisał jej swoją sytuację życiową w przypływie odważnej szczerości, przerażony, że jej się odechce, że go rzuci, zależało mu jednak, by zrozumiała, że nie wszystkie plotki o jego ojcu to prawda. Na schodach przed tylnym wejściem do szkoły, skulony na zimnym betonie, wyznał, że owszem, miewa ścinki z ojcem, ale nie takie, jak sugerują złośliwi plotkarze. „To kretyn, dziewczyno, jak się naoliwi, trzyma pion tylko dzięki swojej sporej masie, ale nie jest… On… Słyszałem te pierdoły, co ludzie wygadują, ale nie jest stuknięty. Po prostu… kurwa… sam nie wiem”.
Nie uciekła i nikomu nie powtórzyła. Ulga i zarazem najgorsze możliwe posunięcie, bo w ten sposób padł przed nią na twarz. Z jednej strony nie miał nic przeciwko temu, bo wiedział, że jest od niego lepsza – była piekielnie inteligentna i śliczna jak poranek, a gdy ją widział, za każdym razem czuł z przyprawiającą o zawrót głowy wyrazistością pęd krwi w swoich żyłach, powietrze w płucach i mocne bicie serca w piersi – z drugiej jednak wkurzało go, że nie potrafi podejść do niej wyprostowany. Że garbi się i kuli jak ojciec. Ta ofermowatość była dziedziczna.
Teraz jednak nie czuł gniewu. Gniew został przed domem razem z więdnącym chłopięctwem.
Wyciągnęła rękę.
– Zagrasz dla mnie?
Pod ścianą, za drzwiami, stało pianino matki. Równie dobrze mógłby je nazwać swoim pianinem. Ćwiczył długie godziny, gdy tymczasem ona darła koty z ojcem albo groziła, że wielka kariera wywróci wszystko do góry nogami, darła koty z sąsiadami albo groziła, że zabierze wszystkie dzieci i wróci do rodziców. Sadzała go na stołku przed pianinem, ilekroć potrzebowała przestrzeni, żeby oddać się swoim szurniętym fantazjom, dzięki czemu rozwinął w sobie oburęczność i nauczył się czytać nuty. Niewiele osób o tym wiedziało, bo przecież trudno samemu się domyślić.
Gdyby chciał, mógłby zagrać dla Karine D’Arcy. Coś z klasyki, co może zabrzmiałoby lepiej niż wykuta wprawka, albo jedną z piosenek pop, których nauczyła go matka, kiedy od wielkiego dzwonu znajdowała pracę w zespołach weselnych lub śpiewała w hotelowych lobby na gównianych festiwalach muzycznych. Może nawet wyszłoby całkiem przyzwoicie. Być może Karine byłaby tak zachwycona, że zrzuciłaby ciuchy i dała się zerżnąć na środku pokoju.
W tej fantazji też była jakaś pustka. Rzeczywistość wyglądała inaczej, Karine stała teraz w jego domu w poniedziałek przed południem, miliony, miliony lat świetlnych od zostania podniecającą striptizerką. Z tym właśnie musiał się uporać: Karine D’Arcy tu jest, naprawdę tu jest.
Nie chciał dla niej grać. Palce miałby sztywne od tremy.
– Może później.
– Później?
Gdyby miał więcej czasu, żeby przywyknąć do swojej nowej psyche, mógłby zajrzeć jej głęboko w oczy i szepnąć namiętnie, że tak, później, Ale tylko się uśmiechnął i uciekł spojrzeniem w bok, klecąc w głowie dwa słowa: „później” i „potem”. „Może Potem”. „Mamy cały dom dla siebie, żeby sobie zrobić dobrze”. Na pewno będzie jakieś Potem. Był tego pewien.
Wyminęła go, weszła do kuchni i wyjrzała przez okno na ogród z trawnikiem zasłanym liśćmi szczawiu, rozciągającym się między przysadzistymi murkami z gazobetonu. Uchwyciła się mocno zlewu, napięła ramiona i stanęła na palcach.
– Dziwne – powtórzyła. – Że dopiero teraz tu przyszłam, do tego domu. No bo już dawno się przyjaźnimy, tak jakby.
Była to niespokojna przyjaźń. Różne szkolne projekty i imprezy, udawane kłótnie, a jednego razu prawdziwa awantura, bo zarzucił jej, że łazi z nim tylko dlatego, żeby móc chodzić na te imprezy. To właśnie w trakcie tego wybuchu bezsilnego gniewu, wśród poszarzałych ścian szerokiego szkolnego korytarza, uświadomił sobie, że ich bliskość polega na tym, że od lat snuje się za nią jak odłamek skały w ogonie komety.
Jak noworodkiem klaps w pupę od położnej wstrząsnęła nim świadomość, że gdyby dom nie był tak przestronny, gdyby ojciec nie włóczył się po mieście w poszukiwaniu taniej wódy i nijakiego towarzystwa, gdyby łobuzy przejmowały się szkołą, nie przyszłaby z nim tutaj, oferując możliwość, aby wraz z ciuchami zdjął z niej powinność grzecznej przyjaźni. Karine D’Arcy popatrzyła na niego, z jedną ręką na ociekaczu do naczyń, porządkując kuchnię poprzez reakcję chemiczną; posępne dekoracje ścierały się z widokiem jej włosów w kolorze masła, pryskały jak bańki mydlane w starciu z rąbkiem jej szkolnej szarej spódniczki. Z nią dom wyglądał inaczej, w jego oczach. Nie znała dziejów zaklętych w każdym kącie i każdej wyszczerbionej krawędzi. W najniższym schodku. W stoliku, który stał tutaj zawsze, o tak, po to, żeby on mógł się o niego potknąć, gdy zostawał pchnięty w stronę pokoju. W ścianie, w miejscu przy drzwiach, skąd zaledwie cal dalej widział włącznik światła, z policzkiem przyciśniętym do jasnoniebieskiej powierzchni, z całą ojcowską siłą skupioną w ręce płasko na jego lewej skroni, próbującą wgnieść go w tynk.
– Jesteś piękna – rzucił, a ona roześmiała się, zamrugała oczami i odparła:
– Boże, skąd takie teksty?
– Jesteś. I co tu robisz?
Przytuliła się do jego szyi. Mogłaby powiedzieć, że odpuszcza geografię. Ale nic nie powiedziała, a im dłużej trwało jej milczenie, tym bardziej zbliżali się do schodów, do jego łóżka i tego, co miało nastąpić potem.