“Podróżny i światło księżyca” należy do klasyki literatury węgierskiej. Powieść przedstawia typowe dla niepewności egzystencjalnej mity, obrazy i historie, które doskonale dają się przełożyć na doświadczenia czasów obecnych.


Podróżny i światło księżyca“Podróżny i światło księżyca” to historia młodego Węgra, który odbywa podróż poślubną po Włoszech.

Bohater, wiecznie poszukujący miejsca w swoim życiu, skłócony ze światem konwenansów, urzeczony przeszłością, która wiąże go z równie niezrównoważonymi jak on ludźmi, porzuca w czasie podróży poślubnej piękną żonę, by wrócić w świat swej uduchowionej młodości.

***

Podróż w świetle księżyca to rozpaczliwa ucieczka od jałowej mieszczańskiej egzystencji i instynktowne poszukiwanie innego życia.
(z recenzji Macieja Jaworskiego).

[…] powieści Antala Szerba wciągają od pierwszych stron, ale gdy je dokładniej zbadać, można odkryć ich gęstą, skomplikowaną materię: przedstawiają typowe dla niepewności egzystencjalnej mity, obrazy i historie, które […] doskonale dają się przełożyć na doświadczenia czasów obecnych. Mają nawet pewne cechy literatury postmodernistycznej, tak są wiwisekcyjne, pełne cytatów i manierystycznego uroku. Pewnie dlatego powieść «Podróżny i światło księżyca» stała się w ostatnich dziesięcioleciach (również w przekładach na języki obce) znów popularna, wręcz kultowa, została przerobiona na sztukę teatralną, słuchowisko, film, a nawet na album fotograficzny.
– fragment posłowia Teresy Worowskiej

Antal Szerb (ur. 1 maja 1901 w Budapeszcie, zm. 27 stycznia 1945 w Balf) – pisarz węgierski. Pochodził z rodziny żydowskiej, która przeszła na katolicyzm. Studiował filologię węgierską, niemiecką i angielską. W czasie od 1924 do 1929 żył we Włoszech i Francji, od 1930 w Londynie. Od 1937 r. był profesorem literatury Uniwersytecie w Segedynie. W 1934 r. ukazała się jego “Historia literatury węgierskiej”, w 1938 “Poszukiwanie cudu. Przegląd i problematyka powieści nowoczesnej”, a w 1941 “Historia literatury światowej”.
Antal Szerb został 27 stycznia 1945 zamordowany przez kapo w obozie Balf (na zachodzie Węgier). Jest do dziś jednym z najchętniej czytanych autorów XX w. na Węgrzech

Antal Szerb
Podróżny i światło księżyca
Przekład: Jan Zimierski
Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera w tej edycji: 4 stycznia 2018
 
 

Podróżny i światło księżyca


Część 1
Podróż poślubna

Książę łaskawy, racz wiedzieć, że wiele
Rozumiem, choć się tą wiedzą nie dzielę.
Powróć mi prawo, niech mnie nie odpycha.
Cóż? Fant odzyskać, tyle się ośmielę.
Ja, przygarnięty, choć każdy odpycha.

François Villon

1

W pociągu jeszcze wszystko było w porządku. Zaczęło się dopiero w Wenecji, od zaułków.
Uwagę Mihálya zwróciły ciągnące się po obu stronach zaułki, kiedy – płynąc z dworca do hotelu motoscafem gwoli skrócenia sobie drogi – minęli już Canal Grande. Wówczas jeszcze niewiele się nimi zajmował, uwagę jego bowiem całkowicie pochłaniała weneckość Wenecji: woda pomiędzy domami, gondole, laguny i ceglastoróżowa wesołość miasta. Mihály w trzydziestym szóstym roku życia był po raz pierwszy we Włoszech, w podróży poślubnej. Podczas dość długich wędrówek po świecie sporo zwiedził; wiele lat spędził w Anglii i we Francji, Włochy jednak zawsze starannie omijał, wiedział, że jeszcze nie nadeszła odpowiednia pora, że nie jest jeszcze przygotowany. Włochy, podobnie jak płodzenie potomstwa, umieścił po stronie spraw „dla dorosłych”. Trzeba powiedzieć, że w skrytości ducha nawet się lękał Włoch, tak samo jak silnego słońca, zapachu kwiatów i bardzo pięknych kobiet.
Gdyby nie małżeństwo i decyzja rozpoczęcia nowego etapu w życiu od tradycyjnej podróży poślubnej do Włoch, to ten wyjazd odwlekałby może i do śmierci. Zresztą przyjechał tu nie do Włoch, lecz w podróż poślubną, a to całkiem co innego. Teraz – myślał sobie w duchu – już mu nie grozi owo niebezpieczeństwo, jakim były dla niego Włochy: jest już przecież żonaty.
Pierwsze dni upłynęły im w spokoju, pośród radości podróży poślubnej oraz umiarkowanego i niezbyt forsownego zwiedzania miasta. Mihály i Erzsi, jak przystało na ludzi nieprzeciętnie inteligentnych i obdarzonych nadzwyczajnym samokrytycyzmem, starali się znaleźć złoty środek pomiędzy snobizmem i antysnobizmem. Nie zamęczali się więc na śmierć, żeby zwiedzić wszystko, czego żąda od nich bedeker. Byli również dalecy od ambicji, żeby się zaliczać do tych, którzy po powrocie do kraju mówią z wyższością: „Muzea? Oczywiście nie byliśmy”. I spoglądają na siebie z dumą.
Któregoś wieczora wybrali się do teatru. Kiedy po skończonym przedstawieniu znaleźli się w holu hotelowym, Mihály doszedł do wniosku, że bardzo chętnie jeszcze czegoś by się napił. Nie wiedział dokładnie czego, ale miał ochotę na wino, raczej z tych słodkich. Przypomniał mu się wtedy specyficzny, niepowtarzalny smak wina z wyspy Samos, które jakże często popijał niegdyś w Paryżu, w małej winiarni przy rue des Petits Champs 7. Wenecja – pomyślał – to prawie ziemia Hellenów i pewnie można tu już dostać wina samoskie i mavrodaphne. Do win włoskich nie był jeszcze całkowicie przekonany. Poprosił Erzsi, ażeby była łaskawa sama pójść do pokoju, ponieważ on chciałby się jeszcze czegoś napić, naprawdę tylko jeden kieliszeczek, i zaraz wróci. Mówił to z udawaną powagą, bowiem Erzsi – jak na młodą żonę przystało – takim samym tonem zalecała mu umiar i wstrzemięźliwość.
Oddaliwszy się od Canal Grande, nad brzegiem którego stał ich hotel, znalazł się w dzielnicy rozciągającej się wokół Frezzerii, gdzie nawet mimo tak późnej pory spacerowało wielu wenecjan. Ludzie poruszają się tu – co jest charakterystyczne dla mieszkańców tego miasta – pewnymi utartymi szlakami, jak mrówki, kiedy wybierają się na wędrówkę główną aleją ogrodu. Reszta ulic jest pusta. Mihály także wybrał metodę mrówek, ponieważ wydawało mu się, że bary i fiaschetterie położone są raczej przy szlakach najbardziej uczęszczanych, a nie w podejrzanym półmroku pustych uliczek. Znalazł wiele miejsc, gdzie można się było czegoś napić, ale jakoś żadne nie było tym, którego szukał. Każde miało jakąś wadę. W jednym na przykład goście byli zbyt wytworni, w innym znowu zbyt prości. A co najważniejsze: z żadnym z tych miejsc nie mógł sobie skojarzyć napoju, którego szukał. Miał on w jego przekonaniu o wiele bardziej specyficzny, wyrafinowany smak. W końcu doszedł do wniosku, że można go dostać w jednym jedynym miejscu w Wenecji i że, kierując się instynktem, musi to miejsce odszukać. I w taki oto sposób znalazł się pośród zaułków.
Wąziutkie uliczki rozgałęziały się w inne wąziutkie uliczki. W którąkolwiek skierował się stronę, uliczki te stawały się coraz węższe i ciemniejsze. Jeśli rozpostarł ręce, dotykał bez trudu ścian domów stojących jeden obok drugiego po obu stronach, domów milczących, o wielkich oknach, za którymi, wydawało mu się, toczy się tajemnicze i intensywne włoskie życie, tak blisko, że już właściwie niedyskrecją było chodzić po tych uliczkach nocą.
Czym były ten dziwny urok i ekstaza, jakie owładnęły nim w tych zaułkach? Dlaczego czuł się tu tak, jak gdyby nareszcie wrócił do domu? Może dziecko marzy o czymś takim – dziecko, które mieszka w willi z ogrodem i boi się przestrzeni – może wyrostek chce żyć w takim zagęszczeniu i ciasnocie, gdzie każde pół metra ma zasadnicze znaczenie, a dziesięć kroków już oznacza naruszenie granicy, gdzie dziesiątki lat upływają przy jednym rozchwierutanym stole, a ludzkie żywoty w jednym fotelu; choć i to nie jest takie pewne.
Błąkając się tak po zaułkach, nagle spostrzegł, że już zaczyna świtać, a on znajduje się po drugiej stronie rzeki, na Nowym Brzegu, skąd widać wyspę-cmentarz, a jeszcze dalej wyspy tajemnicze, wśród nich także wyspę San Francesco in Deserto, która niegdyś była siedliskiem trędowatych, a już zupełnie w dali – domy Murano. Tu mieszkają niezamożni wenecjanie, do których korzyści płynące z ruchu turystycznego docierają bardzo powoli i w małym stopniu, tu był szpital i stąd też wyruszały gondole z umarłymi. Teraz niektórzy mieszkańcy już się budzili i szli do pracy. Wszystko naokoło było tak niezmiernie puste i ponure, jak to bywa tylko wtedy, kiedy się całą noc nie zmrużyło oka. Znalazł jednak gondoliera, który zawiózł go do hotelu.
Erzsi znajdowała się na granicy omdlenia, tak bardzo była zdenerwowana i zmęczona. Dopiero o wpół do drugiej w nocy uświadomiła sobie, że nawet w Wenecji można dzwonić na policję, co też niezwłocznie uczyniła z pomocą pracownika recepcji; naturalnie, bez żadnego skutku.
Mihály w dalszym ciągu czuł się jak lunatyk. Był niezmiernie zmęczony i nie potrafił udzielić rozsądnej odpowiedzi na pytania Erzsi.
– Zaułki – powtarzał – zaułki, musiałem je wreszcie kiedyś obejrzeć nocą, inni też to robią.
– Ale dlaczego mi o tym nic nie powiedziałeś albo nie zabrałeś mnie z sobą?
Mihály nie umiał odpowiedzieć. Z obrażoną miną wsunął się pod kołdrę i zasnął z bardzo nieprzyjemnym uczuciem.
Więc to jest małżeństwo? – myślał. – Tak bardzo mnie Erzsi nie rozumie i tak beznadziejne jest każde tłumaczenie? Prawda, ja sam także nic nie rozumiem.

2

Ale Erzsi nie usnęła. Długo leżała ze zmarszczonym czołem, z rękami podłożonymi pod głowę i pogrążona w myślach. Kobiety na ogół lepiej znoszą bezsenność i rozmyślania. Erzsi wcale nie była zaskoczona, że Mihály tak postępuje i mówi takie rzeczy, a ona nie potrafi tego zrozumieć. Ową niemożność zrozumienia do pewnego czasu skutecznie maskowała, przezornie o nic go nigdy nie wypytywała i zachowywała się, jak gdyby już od dawna zdawała sobie jasno sprawę ze wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z Mihályem. Wiedziała, że ta milcząca pseudowyższość, którą Mihály uważał za odziedziczoną przez kobiety mądrość instynktowną, jest najsilniejszą bronią przeciwko zachowaniu Mihálya. Mihály był pełen najróżniejszych lęków, zadaniem Erzsi natomiast było wyzwolić go z tych lęków i uspokoić.
Wszystko ma jednak swoje granice. Poza tym są już małżeństwem i przebywają w podróży poślubnej – nie wrócić na noc w takiej sytuacji to mimo wszystko bardzo dziwne. Na chwilę zaświtała w jej głowie myśl, że może Mihály spędził noc w towarzystwie innej kobiety, ale czym prędzej odrzuciła ją jako całkiem niemożliwą. Pomijając zupełną niestosowność czegoś podobnego, wiedziała dobrze, jaki bojaźliwy i ostrożny jest Mihály wobec każdej nieznajomej kobiety, jak bardzo się boi różnych chorób, jak bardzo jest oszczędny, a poza tym jak mało go obchodzą kobiety.
Właściwie dobrze byłoby mieć pewność, że Mihály był tylko u jakiejś kobiety. Znikłyby wtedy owe wątpliwości, całkowity mrok i absurdalność tłoczących się do głowy domysłów, gdzie i w jaki sposób spędził tę noc. Erzsi przypomniała sobie swego pierwszego męża, Zoltána Patakiego, którego rzuciła dla Mihálya. Mimo że Zoltán był dyskretny, w sposób maniakalny i wzruszający, aż do mdłości, Erzsi zawsze wiedziała, która sekretarka jest aktualnie jego przyjaciółką, a im bardziej starał się przed nią coś ukryć, wiedziała to tym dokładniej. Pod tym względem Mihály był właściwie przeciwieństwem Zoltána: z kłopotliwą sumiennością starał się zawsze wyjaśnić każdy swój gest; jego pragnienie, żeby Erzsi poznała go całkowicie, było wręcz chorobliwe, a im więcej wyjaśniał, tym wszystko stawało się ciemniejsze i bardziej tajemnicze. Erzsi od dawna zdawała sobie sprawę, że nie rozumie Mihálya, ponieważ posiada on jakieś tajemnice, których nie ma odwagi wyznać nawet samemu sobie. Mihály nie rozumie jej, bo nawet mu nie przyjdzie do głowy, żeby – poza własnym, oczywiście – zainteresować się także życiem wewnętrznym innej osoby. Mimo wszystko pobrali się, i w dodatku Mihály twierdził, iż rozumieją się idealnie, ich związek zaś opiera się na podstawach racjonalnych, a nie na ulotnych i przemijających porywach serca. Właściwie jak długo jeszcze można utrzymać tę fikcję?

3

Kilka dni później przybyli do Rawenny. Nazajutrz Mihály wstał bardzo wcześnie, ubrał się i wyszedł. Chciał sam, bez Erzsi, obejrzeć słynne mozaiki bizantyjskie, największą osobliwość Rawenny, ponieważ doskonale wiedział, że wiele jest spraw, którymi nie może podzielić się z żoną. Do tych spraw należała właśnie i ta. W historii sztuki Erzsi była znacznie lepiej zorientowana i pojętniejsza niż on. Poza tym była już we Włoszech, tak że Mihály polegał całkowicie na niej, co i jak mają zwiedzać i co sądzić o zwiedzanych obiektach. Obrazy interesowały go rzadko, w sposób przypadkowy, jeden na tysiąc. Raweńskie mozaiki natomiast… były związane z jego własną przeszłością.
Kiedyś, w Wigilię, z dziwnie nerwowym i niewytłumaczalnym lękiem oglądali je wspólnie w jakiejś francuskiej książce u Ulpiusów: Ervin, Tamás Ulpius i jego młodsza siostra Éva. W sąsiednim olbrzymim pokoju stary Ulpius, ojciec Tamása, chodził tam i z powrotem. Wsparci łokciami o blat stołu wpatrywali się w ilustracje, których złote tło oślepiało ich jak pochodzące z niewiadomego źródła światło w głębi kopalnianego szybu. W sztuce bizantyjskiej było coś, co obudziło lęk drzemiący w najtajniejszych zakamarkach ich dusz. Za piętnaście dwunasta włożyli zimowe palta i ze struchlałym sercem udali się na pasterkę. Éva wtedy zemdlała. Był to zresztą jedyny wypadek, kiedy ją nerwy zawiodły. Potem przez okrągły miesiąc dla Mihálya wszystko było Rawenną. W jego świadomości to miasto żyło do dzisiejszego dnia jako symbol bliżej nieokreślonego rodzaju strachu.
Teraz, kiedy stał w katedrze San Vitale przed cudownymi jasnozielonymi mozaikami, tamto wszystko – ów miesiąc sprzed wielu lat zapadły głęboko w jego pamięci – odżyło w nim na nowo. Młodość uderzyła w niego z taką siłą, że musiał się oprzeć o kolumnę. Trwało to jednak tylko chwilę i znowu był poważnym, dojrzałym mężczyzną.
Pozostałe mozaiki go już nie interesowały. Wrócił do hotelu, zaczekał, aż Erzsi będzie gotowa do wyjścia, po czym dopiero we dwoje i fachowo obejrzeli wszystko, co było do obejrzenia, i wymienili na ten temat uwagi. Mihály, oczywiście, nie wspomniał ani jednym słówkiem, że dziś rano już był w katedrze San Vitale. Trochę zawstydzony wśliznął się do środka i – jak gdyby go mogło coś zdradzić – powiedział tonem obojętnym, że nie ma tu nic godnego uwagi. W ten sposób chciał sobie również zrekompensować wstrząs, jaki przeżył tutaj rano.
Wieczorem następnego dnia siedzieli przed jedną z kawiarń na maleńkim placyku. Erzsi jadła lody, Mihály natomiast próbował jakiegoś nieznanego gorzkiego napoju, ale nie przypadł mu on do gustu i głowił się, czym mógłby zabić jego smak.
– Okropny ten zapach – powiedziała Erzsi. – W którąkolwiek stronę się ruszysz w tym mieście, wszędzie go czuć. Tak wyobrażam sobie atak gazowy.
– Trudno się temu dziwić – odparł Mihály. – To miasto po prostu zalatuje trupem. Rawenna to miasto dekadenckie, które od ponad tysiąca lat chyli się ku upadkowi. Wspomina o tym także bedeker. Miało ono trzy okresy świetności, ostatni w ósmym wieku po Chrystusie.
– Głuptasek z ciebie, doprawdy – rzekła Erzsi z uśmiechem. – Zawsze ci na myśli tylko trupy i trupi zapach. Przecież ten fetor bierze się z życia, z dobrobytu: wytwarza go fabryka nawozów sztucznych, ta sama fabryka, z której żyje cała Rawenna.
– Rawenna żyje z nawozu sztucznego? To miasto, gdzie znajdują się groby Teodoryka Wielkiego i Dantego? To miasto, w porównaniu z którym Wenecja to parweniusz?
– Tak, mój drogi, z nawozu sztucznego.
– To wstrętne.