W „Wyspie ostatniej nadziei” Lynne Olson przywraca pamięć o bohaterskich dokonaniach ludzi wielu narodowości – w tym szerokiego grona Polaków, bez których pokonanie III Rzeszy nie byłoby możliwe. Ich wkład w zwycięstwo, tak niedoceniony przez Aliantów, doczekał się w niniejszej publikacji obszernego omówienia.


Wyspa ostatniej nadzieiLynne Olson pokazuje losy emigrantów wojennych z siedmiu krajów, którzy po zajęciu ich terytoriów przez niemieckich okupantów przybywali różnymi drogami na Wyspy, z nadzieją na kontynuację swojej walki o wolność. Czołowe miejsce pod względem liczebności i zasług dla alianckiego zwycięstwa w wojnie zajmują Polacy, i ta historia jest już dość dobrze znana, także z poprzednich książek Lynne Olson.

Tym razem autorka oprócz wątków polskich prezentuje także powikłane losy emigracyjnych rządów i sił zbrojnych Czechosłowacji, Norwegii, Holandii, Belgii, Luksemburga i Wolnej Francji. Zwraca uwagę na specyfikę ich funkcjonowania na Wyspach, ambicje, powojenne plany, animozje i sojusze, a wszystko to w kontekście działań brytyjskiego rządu i Winstona Churchilla, a pod koniec wojny także dowódców sił alianckich, prezydentów Stanów Zjednoczonych i Stalina.

Olson w książce umiejętnie łączy wiele jednostkowych historii, począwszy od brawurowych ucieczek do Anglii monarchów, takich jak król Norwegii Haakon i holenderska królowa Wilhelmina, poprzez dylematy króla Belgii Leopolda, który postanowił pozostać w kraju, a skończywszy na dążeniach Charlesa de Gaulle’a do uznania przez Aliantów jego emigracyjnego rządu Wolnych Francuzów jako jedynej reprezentacji narodu francuskiego. Autorka opisuje również działania ruchów oporu we Francji, Belgii i Holandii, zasługi wywiadowcze Polaków w dziele rozszyfrowania niemieckiej Enigmy i zlokalizowania fabryk rakiet V1 i V2, znaczenie, jakie miało radio BBC dla podtrzymania ducha walki w okupowanej części Europy, a z drugiej strony pokazuje nieudane operacje brytyjskich służb specjalnych SOE i MI6 na kontynencie, które były pokazem niekompetencji dowództwa, walk wewnętrznych między wydziałami i braku znajomości realiów krajów okupowanych, przez co przyczyniły się do śmierci wielu agentów i o mały włos nie doprowadziły do fiaska lądowania w Normandii.

Jako przykład nieudanego współdziałania dowódców alianckich z lokalnymi ruchami oporu i błędnych decyzji strategicznych Olson przedstawia działania generała Montgomery’ego, który zlekceważył dane holenderskiego wywiadu dotyczące możliwości szybkiego odzyskania portu w Antwerpii, co prawdopodobnie przedłużyło wojnę o kilka miesięcy i źle przygotowany desant w Arnhem, znany jako operacja „Market Garden”, która zakończyła się klęską wojsk sprzymierzonych i spowodowała większe straty od tych, które alianci ponieśli podczas lądowania w Normandii.

Olson zwraca również uwagę na błędy popełnione przez polityków i wpływ ich decyzji na powojenny układ sił w Europie. W tym kontekście autorka szerzej przedstawia między innymi różnice w podejściu do Powstania Warszawskiego i powstania w Paryżu oraz oddanie Czechosłowacji Rosjanom w wyniku decyzji politycznej, gdy Trzecia Armia Pattona zatrzymała się niespełna 40 kilometrów od Pragi i czekała na zgodę dowództwa alianckiego na wkroczenie do miasta i nie otrzymała jej.

zasługi małych krajów dla wojennego zwycięstwa ostatecznie położono na ołtarzu dążeń wielkich mocarstw, walczących o powojenne wpływy w Europie

Z tych migawek i zazębiających się opowieści, przytaczanych faktów, często mniej znanych szerokiej publiczności lub pomijanych przez historyków, wyłania się niewesoła konkluzja, że ewidentne zasługi małych krajów dla wojennego zwycięstwa ostatecznie położono na ołtarzu dążeń wielkich mocarstw, walczących o powojenne wpływy w Europie. Realpolitik i pragmatyzm spowodowały, że zdewaluowały się – zresztą nie pierwszy raz, wygłaszane przez kilka lat przez przywódców sił alianckich deklaracje przyjaźni i szczytne hasła, prezentowane oficjalnie ideały walki o wolność, apele o poświęcenie “do krwi ostatniej” kierowane do żołnierzy różnych nacji walczących ramię w ramię z Brytyjczykami i Amerykanami, a szumne obietnice musiały ustąpić pod koniec wojny przyziemnym interesom największych graczy i geopolityce. Nikodem Maraszkiewicz

Lynne Olson, Wyspa ostatniej nadziei, Anglicy, Polacy i inni. Braterstwo i zdrada, Przekład: Sławomir Kędzierski, Wydawnictwo Bellona, Premiera: 25 października 2017
 
 

Wyspa ostatniej nadziei

Lynne Olson
Wyspa ostatniej nadziei
Anglicy, Polacy i inni. Braterstwo i zdrada
Przekład: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo Bellona
Premiera: 25 października 2017
 

Wstęp

Przez większą część swoich długich i legendarnych dziejów Wielka Brytania starała się, jak mogła, aby trzymać się z dala od Europy i jej zawiłości. W połowie XIX wieku premier Benjamin Disraeli oświadczył, że jego kraj ze swoim ogólnoświatowym imperium i panowaniem na morzu „przerósł kontynent europejski”1. Przez niemal wiek od wypowiedzi Disraelego Brytyjczycy postrzegali kontynentalną Europę – i obcokrajowców razem wziętych – jedynie jako źródło kłopotów. Jak stwierdził korespondent CBS Edward R. Murrow, Brytyjczycy „krzepili się szczególną cichą arogancją – przekonaniem, że są lepsi od innych ludzi”2.
W latach trzydziestych Brytyjczycy trzymali się spokojnie na uboczu, w czasie gdy Hitler dochodził do władzy i rozpoczynał podbój Europy. Aby zachować pokój – swój własny pokój – zrobili niewiele albo nie zrobili nic, aby zapobiec opanowywaniu kolejnych krajów przez Niemcy. W przypadku Czechosłowacji wręcz aktywnie współpracowali w jej zagarnięciu. Gdy premier Neville Chamberlain mówił o tym kraju we wrześniu 1938 roku, wyraził uczucia wielu swoich rodaków, narzekając: „Jak straszliwe, fantastyczne i niewiarygodne jest to, że powinniśmy kopać transzeje i przymierzać maski przeciwgazowe z powodu sporu w odległym kraju pomiędzy ludźmi, o których nic nie wiemy”3.
A potem, w pełnych chaosu dniach maja i czerwca 1940 roku mieszkańcy Londynu przeżyli szok, kiedy nagle okazało się, że znajdują się w faktycznej stolicy Europy. Wydawało się, że każdego dnia król Jerzy VI i Winston Churchill, następca Chamberlaina, musieli przybywać na londyński dworzec kolejowy, aby powitać kolejnego króla, prezydenta, premiera lub kolejną królową, których kraje zostały brutalnie zagrabione w czasie błyskawicznego podboju Europy przez hitlerowców.
W niecały miesiąc brytyjska stolica stała się schronieniem dla rządów i sił zbrojnych sześciu europejskich krajów zawojowanych przez Hitlera: Czechosłowacji, Polski, Norwegii, Holandii, Belgii i Luksemburga. Udał się tam także samozwańczy przedstawiciel Wolnej Francji – generał Charles de Gaulle.
Większość emigracyjnych przywódców początkowo nie chciała porzucać swoich krajów, gdyż odwzajemniała uczucia żywione przez Wielką Brytanię w stosunku do ich państw. Byli przerażeni jej wcześniejszą odmową stawienia czoła Hitlerowi i przyjścia z pomocą ich krajom. Ale jaki mieli inny wybór? Wielka Brytania, w ostatniej chwili pobudzona do działania przez nowego premiera, stała się jedynym krajem w Europie nadal stawiającym opór Niemcom. Tylko tam sprzymierzone rządy mogły połączyć siły i kontynuować walkę.
Churchill serdecznie witał Europejczyków, ignorując sprzeciwy członków własnego gabinetu i dużej części całego rządu brytyjskiego. Jego gościnność, choć niewątpliwie szczera, była także silnie motywowana interesami jego własnego kraju. Po upadku Francji i większości Europy Hitler zwrócił wzrok na Wielką Brytanię, której przyszłość rysowała się obecnie niemal katastrofalnie. Jej mieszkańcy mogli spodziewać się wkrótce pełnego furii uderzenia niemieckiej potęgi. Musieli wobec tego polegać na tak pogardzanych dotąd obcokrajowcach – swoich pierwszych sojusznikach – aby ci pomogli im przetrwać czekającą ich rozpaczliwą walkę.

* * *

Kiedy mój mąż Stan Cloud i ja badaliśmy wczesne lata drugiej wojny światowej w czasie przygotowywania naszej pierwszej książki Chłopcy Murrowa, przypadkiem obejrzeliśmy stary film o bitwie o Anglię, a w nim fragment o dywizjonie polskich pilotów. Aż do tamtej pory nie mieliśmy pojęcia, że w tej heroicznej walce uczestniczyli jacyś inni lotnicy oprócz brytyjskich, i chcieliśmy się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Wtedy właśnie przekonaliśmy się, że dziesiątki Polaków nie tylko brały udział, ale w istocie odegrały zasadniczą rolę w wygraniu tej bitwy. Uznaliśmy, że ich historia, nieznana większości Amerykanów, zasługuje na zrelacjonowanie. Ale kiedy sięgnęliśmy głębiej, zdaliśmy sobie sprawę, że znaczenie polskiego wkładu w zwycięstwo Sprzymierzonych to o wiele więcej niż tylko wyczyny polskich pilotów. Polacy i ich wojenne przeżycia stały się tematem naszej drugiej książki Sprawa honoru.
W czasie następnych dziesięciu lat napisałam trzy kolejne książki o drugiej wojnie światowej i wszystkie dotyczyły różnych aspektów walki Wielkiej Brytanii w początkowym okresie konfliktu. Wiele uwagi zwracałam na niezwykłe przywództwo Winstona Churchilla i odwagę, jaką w czasie wojny odznaczali się zwykli Brytyjczycy. Zajmowałam się także relacjami Wielkiej Brytanii z jej dwoma największymi ówczesnymi sojusznikami.
Badając te problemy, dokonałam kolejnego odkrycia: Polska nie była jedynym krajem okupowanej Europy, który współuczestniczył w alianckiej sprawie. W istocie większość podbitych narodów, których rządy znalazły się w Londynie, także udzielała pomocy. Dzięki niej w mrocznych latach 1940–1941 zapewne Wielka Brytania ocalała przed klęską, a później, w następnym okresie wojny, pomoc ta miała ogromny wkład w ostateczne zwycięstwo Sprzymierzonych. Dlaczego więc ich współudział został tak niedoceniony przez historyków, którzy zazwyczaj przedstawiają tę wygraną jako wyłączny sukces Amerykanów, Brytyjczyków i Sowietów? Tak się złożyło, że większą część odpowiedzialności za to przeoczenie ponosi Winston Churchill. W początkowym okresie wojny stworzył obraz dzielnej małej Anglii przeciwstawiającej się samotnie największej machinie wojennej w dziejach świata. Nieustannie propagował tę koncepcję przez cały czas trwania konfliktu, a na koniec oznajmił narodowi brytyjskiemu w Dniu Zwycięstwa w Europie: „Gdy powalona została waleczna Francja, my z tej wyspy i z naszego zjednoczonego imperium walczyliśmy samotnie do chwili, kiedy dołączyły do nas potęga wojskowa Rosji Sowieckiej, a później przemożna moc i zasoby Stanów Zjednoczonych”4. Mówiąc to, Churchill przemilczał fakt, że okupowane kraje za pośrednictwem swoich rządów emigracyjnych z siedzibą w Londynie także wciąż prowadziły wojnę. Bez ich pomocy Wielka Brytania mogłaby przegrać bitwę o Anglię i bitwę o Atlantyk, a tym samym nigdy nie złamałaby piekielnie skomplikowanych niemieckich szyfrów Enigmy. Wszystkie te sprawy były istotne dla przetrwania Wielkiej Brytanii.
W samym centrum tej różnorodnej, niezwykle ludzkiej opowieści znajduje się mnóstwo barwnych postaci, poczynając od monarchów i naukowców, a kończąc na szpiegach i dywersantach. Niektóre z tych postaci są znane, jak na przykład de Gaulle. Większość jednak nie. Bohaterski król Norwegii Haakon VII i zadziorna królowa holenderska Wilhelmina to dwoje ważnych bohaterów tej książki. Podobnie jak hrabia Suffolk, zawadiacki brytyjski arystokrata, który uratował z Francji dwóch fizyków jądrowych. Ci zaś w późniejszym okresie przyczynili się do powodzenia projektu Manhattan. Wśród innych odgrywających ważne role znajduje się Marian Rejewski, polski kryptograf, który złamał szyfr Enigmy, na długo zanim w rozwiązanie problemu zaangażowali się Alan Turing i Bletchley Park, a także Andrée de Jongh, przystojna, bezkompromisowa Belgijka, której siatka ucieczkowa pomogła setkom zestrzelonych lotników brytyjskich i amerykańskich wydostać się z terytorium wroga i odzyskać wolność.
Książka ta przedstawia szczegółowe relacje o wojennych wyczynach tych i innych Europejczyków, ale opisuje także, jak wiele okupowana Europa otrzymała w zamian od Wielkiej Brytanii. Dla zniewolonej Europy sam fakt, że wciąż stawia ona opór Hitlerowi, był promieniem nadziei, talizmanem chroniącym przed rozpaczą. Dopóki trwała wojna, Europejczycy odprawiali ważne nocne rytuały. Wydobywali z różnych kryjówek – spod podłogi, zza weków z przetworami w kuchennej spiżarni, z kominów – zakazane przez Niemców aparaty radiowe. A potem w różnej scenerii właściciele aparatów włączali je i nastawiali na BBC, aby w pewnym momencie usłyszeć dźwięk Big Bena i magiczne słowa: „Tu mówi Londyn”. W czasie wojny i po niej Europejczycy nazywali te ukradkowe chwile słuchania wiadomości BBC ich jedynym kontaktem z wolnością. Francuz, który uciekł do Londynu w późniejszym okresie wojny, wspominał: „Nie sposób wytłumaczyć, jak bardzo byliśmy uzależnieni od BBC. Na początku było ono wszystkim”5.
Dla młodego holenderskiego studenta prawa nadzieja przybrała kształt dwóch spitfire’ów przemykających na początku wojny nad plażą w okolicy Hagi. Patrzył z zachwytem na samoloty błyskające w słońcu kokardami RAF-u. „Okupacja spadła na nas z tak miażdżącą nieodwołalnością – napisał później – że Anglia, podobnie jak wolność, stała się jedynie wyobrażeniem. Wiara, że jest czymś rzeczywistym, kawałkiem lądu, gdzie wolni ludzie powstrzymali nazistowski przypływ, wymagała jakiegoś konkretnego świadectwa, znaku od Boga: Anglia istnieje!”6. Niecały rok później uciekł do Wielkiej Brytanii i sam został pilotem RAF-u. Kolejny uciekinier, belgijski dziennikarz, który zdołał zbiec z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, przybył do Londynu „pijany ze szczęścia”. „Wiesz, że od miesięcy marzyłem o tej chwili? – zawołał do swojego brytyjskiego przyjaciela. – Czyż to nie cudowne, znaleźć się tutaj! Dlatego miliony ludzi na całym kontynencie myślą o takiej właśnie chwili w Londynie!”7. Młody polski bojownik podziemia podzielił te uczucia, mówiąc: „Znaleźć się w Londynie – to jakby trafić do nieba”8.
Polscy piloci, którzy w czasie wojny latali w RAF-ie, nazywali Wielką Brytanię „Wyspą Ostatniej Nadziei”.

* * *

Ale przy całej pomocy i wsparciu, jakich udzielali sobie nawzajem Brytyjczycy i Europejczycy, ich relacje były bardzo często burzliwe, najeżone konfliktami i nieporozumieniami. Zebrani razem w straszliwych czasach, w wyjątkowo stresujących okolicznościach borykali się z konfliktami kulturowymi i problemami językowymi nawet wówczas, gdy próbowali stawić czoło nadciągającej niemieckiej machinie wojskowej. Wielu europejskich emigrantów uważało Brytyjczyków za ludzi aroganckich i niewrażliwych, którzy niewiele wiedzą o świecie poza ich wyspą i nie potrafią zrozumieć bezlitosnej niemieckiej okupacji kontynentu. Natomiast Brytyjczyków irytowały nieustanne waśnie, rywalizacje i żądania cudzoziemców napływających do ich kraju.
Mimo to jednak, kiedy wojna osiągnęła punkt kulminacyjny, większość z nich zdołała odłożyć na bok różnice i współpracować, aby osiągnąć wspólny cel – pokonać Hitlera. Pod koniec konfliktu brytyjski generał lotnictwa dał wyraz powszechnym uczuciom, kiedy powiedział o europejskich pilotach latających pod jego dowództwem: „Razem stworzyliśmy bratni związek”.
Podobne poczucie braterstwa powstało także pomiędzy samymi Europejczykami. „Bez względu na nasze różnorodne pochodzenie i niepewną przyszłość staliśmy ramię przy ramieniu – powiedział holenderski agent wywiadu o spotkanych w Londynie Polakach, Francuzach, Norwegach, Belgach i Czechach. – Poza holenderską społecznością, z którą wcześniej identyfikowałem się tak żarliwie, powstał szerszy bratni krąg, który przyjął mnie z otwartymi ramionami”9.
W miarę trwania wojny członkowie różnych europejskich rządów emigracyjnych również stworzyli ścisłe więzi zarówno urzędowe, jak i osobiste. Koszmar porażki i okupacji przekonał ich do tego, że jeżeli Europa chce osiągnąć w przyszłości jakieś wpływy, siłę i bezpieczeństwo, po wojnie ich narody muszą się sprzymierzyć. Ich współpraca w Londynie utworzyła podstawy kampanii, której celem było zjednoczenie Europy – niezwykłego wysiłku, który pomógł zapewnić Europie Zachodniej ponad pół wieku pokoju i dobrobytu.
Dwaj sojusznicy z Europy Środkowej – Polska i Czechosłowacja – nie mieli tyle szczęścia. Kiedy w 1941 roku Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone włączyły się do wojny, solidarność Brytanii i okupowanej Europy ustąpiła wymogom realpolitik. Józef Stalin był zdecydowany zdobyć po wojnie kontrolę nad Polską i Czechosłowacją, a Franklin D. Roosevelt i dręczony poczuciem winy Churchill ostatecznie przystali na jego żądania. Dla tych krajów druga wojna światowa w rzeczywistości miała się skończyć dopiero wtedy, kiedy ponad czterdzieści lat później w Europie Środkowej rozpadły się komunizm i Związek Sowiecki.
W tym samym czasie po wojnie Wielka Brytania powróciła do tradycyjnego dystansu do Europy i nie zechciała uczestniczyć w ruchu na rzecz jej zjednoczenia. Chociaż w 1973 roku ostatecznie przystąpiła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii Europejskiej), zrobiła to niechętnie. Równie kapryśnie traktowała swoje późniejsze członkostwo w UE. Sprawa osiągnęła punkt krytyczny w czerwcu 2016 roku, kiedy w ogólnonarodowym referendum większość Brytyjczyków opowiedziała się za wystąpieniem z Unii.
Szok i gorycz wynikające z tego wyboru i nieuchronnie zbliżającego się rozwodu Wielkiej Brytanii z Europą wyraźnie kontrastują z determinacją i nadzieją okazywaną w najważniejszych latach wojny, kiedy Wielka Brytania połączyła siły z Europą, aby pomóc w pokonaniu najpotężniejszych sił wojskowych w historii. Dla francuskiej dziennikarki Ewy Curie, córki noblistów Marii i Piotra Curie, a także emigrantki, wielkość wojennej Brytanii ucieleśniali Churchill i Europejczycy, którzy przyłączyli się doń w Londynie: „Wszyscy ci szaleni, nieuzbrojeni bohaterowie przeciwstawiający się triumfującemu Hitlerowi”10.

[ . . . ]

ROZDZIAŁ SZÓSTY

„SĄ LEPSI OD KAŻDEGO Z NAS”

Triumf polskich pilotów w bitwie o Anglię

Podokonaniu do końca czerwca 1940 roku podboju większej części Europy Zachodniej Niemcy byli obecnie gotowi, jak określił to Winston Churchill, skierować „całą swoją wściekłość i potęgę” przeciwko jego małemu, wyspiarskiemu krajowi. „To, co generał Weygand nazwał bitwą o Francję, dobiegło końca – oznajmił premier parlamentowi 18 czerwca. – Spodziewam się, że wkrótce zacznie się bitwa o Anglię”1.
W pierwszych dniach lipca Niemcy przerzuciły ponad 2500 myśliwców i bombowców do baz zdobytych w północnej Francji, a także w Norwegii, Danii, Belgii i Holandii. Dowódca Luftwaffe Hermann Göring zapewnił Hitlera, że jego budzące lęk siły lotnicze już na początku jesieni zmiotą z nieba RAF. Kiedy zaś to zadanie zostanie wykonane, oświadczył, Niemcy bez problemów zdołają bombardowaniami zmusić Wielką Brytanię do uległości albo sforsować kanał i przeprowadzić planowaną obecnie przez Führera inwazję o kryptonimie „Seelöwe” („Lew Morski”).
Przygotowując się do walki z tym absolutnie pewnym siebie, pozornie niemożliwym do pokonania wrogiem, Fighter Command (Dowództwo Lotnictwa Myśliwskiego) RAF-u starało się odbudować swoje siły poważnie poturbowane w czasie przegranej bitwy o Francję. Wysyłani do walki brytyjscy piloci nieposiadający doświadczenia bojowego i nauczeni stosowania podręcznikowych procedur nie mieli pojęcia, na co się porywają. I skoro już o tym mowa, nie mieli go także ich przełożeni. W czasie zaledwie trzech tygodni ponad trzystu brytyjskich pilotów myśliwskich zginęło lub zostało uznanych za zaginionych i była to niemal jedna trzecia ogólnego stanu osobowego brytyjskiego lotnictwa myśliwskiego. Ponad stu dostało się do niewoli. Tylko w czasie ewakuacji Dunkierki RAF stracił około osiemdziesięciu pilotów i sto samolotów. Ogółem zniszczeniu uległo niemal tysiąc maszyn, mniej więcej połowa siły bojowej RAF-u.
W połowie lipca Luftwaffe zaczęła atakować brytyjskie konwoje w kanale, a także cele na południowym wybrzeżu Anglii. RAF stosunkowo nieźle uporał się z tymi ograniczonymi atakami, ale przeciwko niemieckim nalotom przeprowadzanym z użyciem pełnych sił mógł wysłać zaledwie mniej więcej siedemset myśliwców – hurricane’ów i szybszych spitfire’ów. Co gorsza, dostępnych było mniej niż dwóch pilotów na jedną maszynę. Trzeba było jednak o wiele więcej ludzi i samolotów, aby Brytyjczycy byli w stanie utrzymać panowanie w swojej przestrzeni powietrznej. Nowe hurricane’y i spitfire’y produkowano najszybciej, jak było to możliwe, natomiast Hugh Dowding, przełożony Fighter Command, robił wszystko, aby uzupełnić niedobory w ludziach. Między innymi „kradł” pilotów z Bomber i Coastal Command (Dowództwo Lotnictwa Bombowego i Dowództwo Lotnictwa Obrony Wybrzeża), a także rozkazał kierować do walki świeżo upieczonych pilotów – młodych chłopaków „o blond włosach i różowych policzkach”, według amerykańskiej dziennikarki Virginii Cowles „wyglądających, jakby wyszli prosto z ławek szkolnych”2. Wielu z nich miało wylatanych na hurricane’ach lub spitfire’ach mniej niż dziesięć godzin, a ledwo 10 procent przeszło poważne szkolenie strzeleckie. Niewielu wiedziało, jak celować ze swojej broni pokładowej, więc w czasie ataków mieli skłonność do otwierania ognia z odległości 500 jardów (457 m) lub większej i przerywania ostrzału w chwili, kiedy znaleźli się wystarczająco blisko, aby w coś trafić. W walce uczyli się szybko, ale wielu ginęło, zanim mogli przyswoić i wykorzystać te lekcje.
Dowdingowi wciąż brakowało ludzi, chociaż sięgał do wszystkich możliwych źródeł, więc aby uzupełnić swoje przerzedzone szeregi, musiał sięgnąć po lotników z innych krajów. W rezultacie pełne 20 procent pilotów RAF-u walczących w bitwie o Anglię nie było Brytyjczykami. Mniej więcej połowa – ogółem 250 – wywodziło się z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, przede wszystkim z Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Potrzeba było ich jednak o wiele więcej i RAF, w dużej mierze wbrew swojej woli, został zmuszony wykorzystać pilotów, którzy dotarli do Wielkiej Brytanii z okupowanej Europy.
Sam Dowding miał duże wątpliwości, czy rozsądne jest, jak to określał, „wprowadzanie zagranicznych pilotów do brytyjskich dywizjonów”3. Jak się jednak okazało, jego pojmowanie słowa „zagraniczny” było bardzo elastyczne. Chociaż wyraźnie wolałby wykorzystać rodzimych lotników albo pochodzących z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, już na początku lipca przydzielił kilkudziesięciu pilotów z zachodniej Europy, w tym trzydziestu Belgów i jedenastu Francuzów, do cierpiących na braki kadrowe dywizjonów RAF-u.
Jak na razie jednak nie był gotów posunąć się dalej. Podobnie jak inni oficerowie RAF-u wysokiego szczebla i urzędnicy w Ministerstwie Lotnictwa, Dowding nie chciał mieć nic do czynienia z Polakami i Czechami, stanowiącymi zdecydowaną większość europejskich pilotów w Wielkiej Brytanii. Wręcz przeciwnie, uparcie twierdził, że prędzej rozwiąże brytyjskie dywizjony, niż pozwoli dołączyć do nich Europejczykom ze Wschodu. Chociaż sytuacja Wielkiej Brytanii była poważna, jego zdaniem nie potrzebowała pomocy kilku zacofanych kraików, które dla większości Brytyjczyków były niewiele więcej niż „nazwami na mapie”.
We wrześniu 1938 roku Neville Chamberlain powiedział prawdę, mówiąc, że dla większości Brytyjczyków, nie wyłączając jego samego, Czechosłowacja jest „dalekim krajem, zamieszkanym przez ludzi, o których nic nie wiemy”. Podobnie Polska była dla większości Anglików „inną Europą” – egzotyczną, nieznaną i nieco dziką. Według Geoffreya Marska, oficera RAF-u, który uczył angielskiego polskich lotników, przeciętny Anglik wyobrażał sobie, że Polska jest „jakieś sto lat w tyle”4 za Wielką Brytanią, a „jej mieszkańcy żyją w stanie całkowitej niewiedzy”. Z kolei dowódcy RAF-u uważali, że Polacy i Czesi są „szczebel lub dwa niżej na drabinie cywilizacji”5.
Po tym jak Niemcy rozgromiły Polskę we wrześniu 1939 roku, ich zwycięstwo jedynie potwierdziło brytyjskie przesądy na temat rzekomego niskiego poziomu sił zbrojnych Polski. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych i większości krajów Europejskich, Brytyjczycy uznali za prawdę twierdzenia Niemców, że Polacy wykazali się zarówno nieudolnością wojskową, jak i brakiem woli walki przeciwko Rzeszy. Żadna z tych opinii nie była prawdziwa – w istocie Polacy zdołali zadać niemieckim wojskom stosunkowo duże straty, zabijając ponad 16 tysięcy niemieckich żołnierzy i raniąc około 30 tysięcy.