“Perfekcyjna dziewczyna” to wnikliwa analiza psychiki nastolatki dźwigającej brzemię talentu oraz przeszłości, od której nie można się uwolnić.


Perfekcyjna dziewczynaKażdy, kto zna Zoe Maisey – cudowne dziecko, talent muzyczny uważa ją za ideał.

A jednak przed kilku laty Zoe spowodowała śmierć trzech nastolatków. Poniosła karę i jest wolna.

“Perfekcyjna dziewczyna” to wnikliwa analiza psychiki nastolatki dźwigającej brzemię talentu oraz przeszłości, od której nie można się uwolnić.

***

Świetnie zarysowane postacie, fascynująca fabuła, znakomita narracja. Thriller literacki w najlepszym wydaniu.
Mary Kubica, autorka “Grzecznej dziewczynki”

Cudowna książka, która zapada w pamięć. Lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika “Dziewczyny z pociągu”.
Rosamund Lupton

Gillian Macmillan
Perfekcyjna dziewczyna
Przekład: Tomasz Wyżyński
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 25 października 2017
 
 

Perfekcyjna dziewczyna


Niedziela i poniedziałek

Perfekcyjna dziewczyna
NIEDZIELA WIECZÓR

Koncert

ZOE

Przed rozpoczęciem koncertu stoję przy wejściu do kościoła i patrzę wzdłuż nawy. Pod łukami sklepienia snują się cienie, choć na zewnątrz jest jeszcze jasno. Za moimi plecami zamknięto wielkie drewniane drzwi.
Przede mną zajmują miejsca ostatni słuchacze. Prawie wszystkie ławki są zajęte. Pobrzmiewa cichy szmer ludzkich głosów.
Przeszywa mnie dreszcz. Przez całe popołudnie panował skwar, ćwiczyłam na fortepianie, zmęczyłam się i zgrzałam. Zapomniałam, że mimo letniego upału w kościele może być zimno, więc włożyłam cienką czarną sukienkę z wąskimi ramiączkami. Teraz czuję chłód i ramiona pokrywa mi gęsia skórka.
Drzwi kościoła zamknięto, odcinając dopływ ciepłego powietrza, by nie przeszkadzał nam hałas. Mieszkańcy tego przedmieścia Bristolu to spokojni ludzie, ale publiczność słono zapłaciła za bilety.
To nie wszystko. To mój pierwszy koncert po opuszczeniu poprawczaka i szansa na nowe życie.
Mama powtórzyła dziś ze sto razy: „Ten występ musi być absolutnie perfekcyjny”.
Zerkam na Lucasa, który stoi obok mnie. Dzieli nas tylko kilka centymetrów.
Lucas ma na sobie czarne spodnie, które mama wyprasowała dziś po południu, i czarną koszulę. Wygląda świetnie. Jego ciemnobrązowe włosy są schludnie uczesane, choć w kilku miejscach sterczą niesforne kosmyki. Myślę, że gdyby chciał, mógłby bez trudu zbajerować każdą dziewczynę, która jest na tyle głupia, by czytać romanse o wampirach.
Ja też dobrze wyglądam, przynajmniej bez gęsiej skórki. Jestem drobnokoścista, mam jasną, czystą cerę i długie, bardzo jasne, choć cienkie włosy. Przypominają pajęczynę oświetloną przez słońce i efektownie kontrastują z czarną sukienką. W odpowiednim świetle wydają się białe, co sprawia, że wyglądam niewinnie.
„Z pozoru krucha, delikatna sarenka” – powiedziała pani prokurator. Uznałam to za dość miłe, ale w dalszym ciągu jest mi przykro, że dodała: „Ale to tylko złudzenie, Wysoki Sądzie”.
Poruszam palcami, po czym splatam dłonie, by się upewnić, że rękawiczki dobrze je opinają, tak jak lubię. Później opuszczam ramiona i delikatnie nimi potrząsam. Nie chcę, by zdrętwiały, muszą być ciepłe, krew musi w nich krążyć.
Obok mnie Lucas również powoli porusza palcami. To zaraźliwy gest wśród pianistów, trochę jak ziewanie.
Na końcu nawy, przed ołtarzem, stoi na niskim podium fortepian. W lśniącej czarnej klapie odbijają się setki młoteczków i strun. Czeka na nas. Lucas wpatruje się w niego z ogromnym skupieniem, jakby patrzył na pionową ścianę lodowca, na którą musi się wspiąć bez liny.
Różnie reagujemy na tremę. Lucas całkowicie nieruchomieje, oddycha przez nos i nie odpowiada na pytania.
Ja przeciwnie, przed występem zaczynam się niespokojnie wiercić, gorączkowo przebiegam w myślach cały utwór, który mam zagrać. Dopiero gdy uderzam w pierwszy klawisz, pojawia się niezbędna koncentracja, otacza mnie muzyka, biała i czysta jak całun, a wszystko inne znika.
W tej chwili jestem chora ze zdenerwowania, podobnie jak Lucas.
Obok fortepianu stoi kobieta, która zapowiada koncert. Później wyciąga rękę w naszą stronę, kłania się i schodzi z podium.
Pora ruszać.
Szybko ściągam rękawiczki i kładę je na stoliku, gdzie stoi kawa i leżą ulotki o spotkaniach katechetycznych. Lucas i ja idziemy nawą, jakbyśmy parodiowali ślub. Rząd po rzędzie obracają się w naszą stronę głowy ludzi siedzących w ławkach.
Mijamy moją ciotkę Tessę, która obsługuje kamerę wideo mającą rejestrować koncert. Chcemy później odtworzyć nagranie, zidentyfikować niedociągnięcia, znaleźć miejsca, gdzie da się jeszcze coś poprawić.
Tessa zerka nerwowo na kamerę, jakby była ona żywą istotą, która może się odwrócić i polizać ją po twarzy, lecz unosi w górę kciuk na znak, że wszystko w porządku. Uwielbiam Tessę, to trochę bardziej wyluzowana wersja mojej mamy. Nie ma dzieci i mówi, że jestem przez to dla niej kimś szczególnym.
Kiedy idę z Lucasem przez kościół, ludzie uśmiechają się do nas, a na ich twarzach pojawia się wyraz zachęty. Mam siedemnaście lat, ale znam te miny od wczesnego dzieciństwa.
Mama nazywa takich ludzi naszymi kibicami. Mówi, że przychodzą wiele razy na występy, by się przekonać, czy dobrze gramy, a później opowiadają o tym swoim przyjaciołom. Jednak nie lubię kibiców. Nie lubię, gdy podchodzą do mnie po koncercie i mówią na przykład: „Masz ogromny talent”, jakby pianiści nie ćwiczyli codziennie, by grać perfekcyjnie.
Domyślam się, że w ich umysłach pojawia się słowo „geniusz”, podobne do neonu, kuszące, jasne. Gdyby mnie spytali, powiedziałabym, by wystrzegali się tego znaku. Uważajcie, czego pragniecie, bo wszystko ma swoją cenę.
W pierwszym rzędzie widzę moją mamę i ojca Lucasa. Albo, opisując to inaczej, mojego ojczyma i jego macochę, bo Lucas i ja jesteśmy ich dziećmi z różnych małżeństw. Jak zwykle mają przesadnie promienny wyraz twarzy rodziców, którzy ukrywają wygórowane ambicje związane ze swoimi dziećmi.
Kiedy docieramy do ołtarza, Lucas wyprzedza mnie i zajmuje miejsce przy fortepianie. Po chwili ja również wchodzę na podium.
Zaczniemy od gry w duecie. Podoba się to publiczności, wymyślili to nasi rodzice. Poza tym uważają, że jeśli na początku zagramy razem, pomoże nam się to uspokoić.
Lucas i ja wolelibyśmy grać samodzielnie, ale postanowiliśmy sprawić przyjemność rodzicom, częściowo dlatego, że nie mamy wyboru, a częściowo dlatego, że oboje kochamy występy przed publicznością: chcemy, potrzebujemy, musimy występować.
Pianista nie może żyć bez koncertów.
Więc damy koncert, zagramy najlepiej, jak potrafimy.
Siadam przy fortepianie, prostuję plecy i uśmiecham się do publiczności, choć czuję ściskanie w żołądku – mam wrażenie, że zmienił się w gumową kulę. Ale nie uśmiecham się długo. Ważne, żebym wyglądała skromnie, aby moja twarz miała właściwy wyraz.
Przez chwilę panuje zamieszanie, gdy Lucas i ja regulujemy stołki przy fortepianie. Wiemy, że są idealnie przygotowane, lecz mimo to manipulujemy przy nich, ustawiamy je w nieco innej odległości, poprawiamy wysokość. To część występu. Trema, a może teatr. Albo jedno i drugie.
Kiedy oboje siedzimy w idealnej pozycji, unoszę ręce nad klawiaturą. Z trudem panuję nad oddechem, bo mocno bije mi serce, ale skupiam się na utworze, który mam zagrać, czekam na pierwsze nuty podobne do wystrzału rozpoczynającego bieg.
Publiczność milknie. Czasem rozlega się czyjś kaszel, odbijając się echem od sklepienia i kolumn. Lucas czeka, aż dźwięki ucichną, a gdy zapada absolutna cisza, wyciera dłonie o nogawki spodni i unosi je nad klawiszami.
W tej chwili gładka czarno-biała płaszczyzna pod naszymi palcami staje się wszystkim. Patrzę na dłonie Lucasa z takim napięciem, jakbym była zwierzęciem szykującym się do skoku. Nie mogę przegapić pierwszego ruchu. Przez chwilę panuje absolutna cisza, po czym Lucas unosi palce i uderza lekko w klawisze: po raz pierwszy, drugi, trzeci.
Zaczynamy grać w perfekcyjnie zsynchronizowany sposób.
Wszyscy mówią, że wyglądamy wtedy olśniewająco. Duet pianistyczny ma w sobie elektryzującą energię. Panowanie nad siłą, tonem i dynamiką dźwięku to niezwykle trudna sztuka, ponieważ wszystko musi być idealnie zrównoważone. Po południu, gdy ćwiczyliśmy w upale, nie szło nam tak dobrze, bo byliśmy zmęczeni i zirytowani na siebie, ale dziś wieczorem gramy olśniewająco. Cudowna harmonia, piękno muzyki, czujemy ją tak samo, a przyznaję, że nie zawsze się to zdarza. Najczęściej się nie zdarza.
Zatopiłam się w muzyce tak głęboko, że z początku nie słyszę okrzyków, a to oznacza, że nie zdaję sobie sprawy, że zbliża się koniec.
Żałuję, że tego nie spostrzegłam.
Dlaczego?
Bo za sześć godzin umrze moja matka.

PONIEDZIAŁEK RANO

SAM

O ósmej rano Tessa w dalszym ciągu spała, lecz ja obudziłem się o świcie.
Jestem adwokatem specjalizującym się w sprawach kryminalnych i mam mnóstwo pracy. Często siedzę do późna i śpię ciężkim snem do chwili, gdy zadzwoni budzik, ale dziś czeka mnie wizyta w szpitalu. Myślę o niej już od tygodnia i przypomina mi się ona natychmiast, gdy otwieram oczy.
Zaciągnięte zasłony w oknie sypialni poruszają się leniwie w lekkim wietrze wiejącym od strony rzeki i do ciemnego pokoju wpada mdłe światło. Gdybym otworzył okno, zobaczyłbym na przeciwległym brzegu wielki port i kolorowy melanż nowoczesnych apartamentowców, starych magazynów i szop na łodzie.
Ale nie podchodzę do okna.
Zostaję w łóżku. Wietrzyk jest tak lekki, że w pokoju trudno go poczuć. Zeszłego wieczoru zapowiadano burzę, lecz nie nadeszła. Po krótkiej, gwałtownej ulewie zaczęła siąpić mżawka, przynosząc ulgę po skwarze, ale jedynie krótkotrwałą, bo temperatura znowu wzrasta.
Tessa pojawiła się w deszczu, w środku nocy.
Przeprosiła, że zawraca mi głowę, choć jej wizyta sprawiła mi przyjemność. Powiedziała, że próbowała dzwonić. Nie słyszałem, bo zasnąłem na kanapie przed telewizorem, z resztkami chow mein na kolanach i listem ze szpitala na piersi.
Wpuszczając ją do mieszkania, zauważyłem ciemne smugi zmęczenia na jej wilgotnej skórze pod oczami. Kiedy ją objąłem, stała w całkowitym bezruchu, każdy mięsień jej ciała był napięty.
Powiedziała, że nie ma ochoty rozmawiać, a ja nie nalegałem. Nasz romans jest spokojny, oparty na wzajemnym szacunku, nie proszę Tessy, by mi się zwierzała, ani tego nie oczekuję. Zapewniamy sobie coś w rodzaju azylu, miejsca, gdzie można się schronić, czuć się bezpiecznie. Ludzie mniej skłonni do rezerwy prawie na pewno nazwaliby to miłością, choć nigdy nie używamy tego słowa.
Jestem nieśmiały. Dwa lata temu przeprowadziłem się do Bristolu z hrabstwa Devon, bo nie chciałem żyć i pracować w niewielkim kręgu tych samych ludzi, w miejscu, gdzie się wychowałem. W Bristolu jest znacznie więcej możliwości. Zająłem się sprawą Zoe Guerin i miałem ochotę na zmianę.
Ale nie wszystko ułożyło się dobrze. Moje sprawy są bardziej różnorodne, mam więcej pracy, to prawda, ale trudno mi zdobywać nowych przyjaciół, bo przez cały dzień jestem zajęty. Kiedy człowiek odwiedza więzienia i występuje w sądzie, nie spotyka wielu potencjalnych partnerek. Dlatego gdy któregoś dnia przypadkiem natknąłem się na Tessę na ulicy, poczułem, że spadła mi z nieba. Znaliśmy się, mieliśmy wspólne, czasem trudne doświadczenia i szybko zaczęliśmy się spotykać. Na początku po prostu na kawę albo drinka, a potem zaczął się romans. Ale Tessa jest mężatką, co komplikuje sprawę. Nie możemy razem zamieszkać, chyba że odeszłaby od męża.
Kiedy przyszła do mnie zeszłego wieczoru, padła na kanapę, jakby całkowicie opuściła ją energia, a ja przyniosłem jej zimne piwo. W drodze do kuchni dyskretnie wsunąłem do szuflady list ze szpitala, by go nie zauważyła. Nie chciałem psuć atmosfery, dopóki nie jestem pewny diagnozy. Dowiem się czegoś w czasie dzisiejszej wizyty w szpitalu. Dość łatwo ukrywam, że drętwieje mi lewa ręka. W pracy też nikt tego nie zauważył.
Popijaliśmy piwo, oglądając film Hitchcocka, a czarno-białe obrazy na ekranie wypełniały pokój niebieskawą poświatą. Tessa siedziała nieruchomo obok mnie i nic nie mówiła. Kilka razy przyłożyła zimną szklankę do czoła, a ja zerkałem na nią od czasu do czasu, zastanawiając się, o co chodzi.
Tessa nie ma jasnych włosów, bladej cery i delikatnych rysów swojej siostry i siostrzenicy – nie robi wrażenia wyniosłej tak jak one – lecz ma podobne błękitne oczy o przenikliwym spojrzeniu. Gęste, jasne włosy o rudawym odcieniu najczęściej związuje z tyłu, a szczery wyraz owalnej twarzy pokrytej drobnymi piegami sprawia, że wydaje się sympatyczna i dobra. W jej oczach często skrzy się wesołość. Jest atletycznie zbudowana, praktyczna, rozsądna. Wydaje mi się piękna.
Kiedy spoglądam na nią w tej chwili w ciepłym mroku swojej sypialni, leży z rękami na poduszce obok twarzy, z palcami zagiętymi w pobliżu warg. Obraz psuje tylko wytarta złota obrączka ślubna.
Po chwili wstaję z łóżka, bo mam ochotę zjeść śniadanie. Przeglądam stos ubrań na podłodze, by znaleźć coś, co mógłbym włożyć, gdy nagle wibruje moja komórka.
Chwytam ją szybko, by nie obudzić Tessy.
Widzę na ekranie, że dzwoni Jeanette, moja sekretarka. Zawsze przychodzi wcześnie do pracy, zwłaszcza w poniedziałki.
Zmagam się ze sobą, czy odebrać telefon, ale, szczerze mówiąc, jestem z natury obowiązkowy, więc tak naprawdę decyzja zapadła w chwili, gdy telefon zaczął wibrować. Odbieram połączenie.
– Sam, przepraszam, ale w biurze czeka na ciebie klientka.
– Jaka klientka? – pytam. Przypominam sobie po kolei swoje ważniejsze klientki, próbując odgadnąć, która z nich zachowała się tym razem tak nietaktownie.
– To tylko nastolatka – szepcze teatralnie Jeanette.
– Jak się nazywa? – pytam i myślę: To przecież niemożliwe, prawda? Tylko jedna z moich klientek jest nastolatką.
– Mówi, że nazywa się Zoe Maisey, choć znałeś ją pod nazwiskiem Zoe Guerin.
Przechodzę z sypialni do przyległej łazienki, zamykam drzwi i siadam na skraju wanny. Przez matową szybę wpada poranne światło, zabarwiając pomieszczenie na żółtawy kolor, atakując moje rozszerzone od mroku źrenice.
– Żartujesz?
– Niestety, absolutnie nie. Mówi, że dzisiejszej nocy jej matka została znaleziona martwa.
– O mój Boże…
Te trzy słowa to banalny sposób wyrażenia mojego kompletnego szoku, bo Zoe to oczywiście córka Marii, siostry Tessy.
– Sam?
– Mogę z nią porozmawiać przez telefon?
– Koniecznie chce się z tobą zobaczyć.
Zastanawiam się. Mam umówione spotkanie dopiero przed południem, więc prawdopodobnie zdążę jakoś się z tym uporać, przynajmniej częściowo.
– Powiedz jej, że już jadę.
Zamierzam wyłączyć telefon, gdy Jeanette dodaje:
– Jest z nią wuj.
Znów czuję w żołądku falę mdłości, bo wuj Zoe to mąż Tessy.

NIEDZIELA WIECZÓR

Koncert

TESSA

Kiedy kobieta nie ma dzieci, ludzie często proszą, by się czymś zaopiekowała. Chyba uważają, że stanie się to ujściem dla instynktu macierzyńskiego.
Wieczorem w dniu koncertu Zoe kamera zastępuje mi dziecko. Mam dopilnować, by występ został zarejestrowany w całości. Moja siostra pedantycznie informuje mnie, że to ważne zadanie, jakbym była niepełnosprawna umysłowo.
Czy powinnam natychmiast wyjaśnić, dlaczego nie mam dzieci? Dobrze. Odniosłam sukces zawodowy i czuję się szczęśliwa, ale ludzi zawsze najbardziej interesuje moja sytuacja rodzinna.
Diagnoza brzmi: „bezpłodność o nieustalonej etiologii”. Tak to się oficjalnie nazywa, choć nie brzmi zbyt oficjalnie: wykryli to u mnie lekarze.
Mój mąż Richard i ja dowiedzieliśmy się o tym dopiero po trzydziestce, bo odkładaliśmy posiadanie dzieci na później. Najpierw chcieliśmy podróżować i osiągnąć stabilną pozycję zawodową.
Później próbowaliśmy in vitro i przeszliśmy trzy cykle, nim zrezygnowaliśmy. Surogacja: nie podobało mi się to, nie miałam dość odwagi. Adopcja: to samo. Teraz i tak nikt nie zakwalifikowałby nas do adopcji, bo Richard pije.
Gdyby ktoś nazwał mnie osobą, której brakuje instynktu opiekuńczego, mogłabym się tylko roześmiać. Jestem weterynarzem.
Mam gabinet w centrum miasta, w miejscu, gdzie styka się kilka najbardziej kontrastujących ze sobą dzielnic Bristolu. W normalny dzień badam od dwudziestu do dwudziestu pięciu zwierząt; oglądam je, dotykam, głaszczę, a niekiedy zakładam kagańce. Leczę je z chorób fizycznych, czasem pełnię rolę psychoterapeutki. Uspokajam właścicieli, udzielam rad, a w bardzo rzadkich przypadkach pocieszam, jeśli mam do przekazania złe wiadomości.
Krótko mówiąc, prawie przez cały tydzień kimś się opiekuję.
Jest w tym odrobina ironii, którą zawsze dostrzegam, gdy przebywam ze swoją młodszą siostrą, zwłaszcza gdy muszę jej pomagać w opiece nad dziećmi tak jak dziś wieczorem.
Kiedy dorastałyśmy, Maria była niegrzeczną dziewczynką, moim całkowitym przeciwieństwem. Jako dziecko miała wielkie zdolności, zwłaszcza muzyczne. Rodziców bardzo to ekscytowało, lecz nigdy nie spełniła ich oczekiwań.
Od najwcześniejszego dzieciństwa była kapryśna i psotna, ale w wieku czternastu lat zaczęła szaleć. Wieczorami zamykałam się w sypialni i kułam, marząc o studiach w akademii weterynaryjnej, a na jej biurku, po drugiej stronie pokoju, walały się przybory do makijażu, którymi robiła się na bóstwo przed kolejną randką. Przestała się uczyć, przestała grać muzykę klasyczną i zamiast tego spędzała czas na zabawach.
Mówiła, że nic innego nie ma sensu, a ojciec wybałuszał oczy, gdy wygłaszała takie opinie.
Nie miałam chłopaka ani talentów towarzyskich Marii, wyglądałam przy swojej pięknej siostrze jak szara myszka, toteż jej przygody zastępowały mi własne życie. Sprawiało to przyjemność nam obu. Kiedy wracała nad ranem do domu, opowiadała mi szeptem swoje sekrety: pocałunki, drinki, tabletki, zazdrości, triumfy i przygody, wszystko.
Ale potem, ku naszemu zaskoczeniu, poznała na festiwalu muzycznym Philipa Guerina. Miał dwadzieścia siedem lat i odziedziczył po rodzicach farmę. Maria z dnia na dzień wyprowadziła się z domu, zamieszkała z Philipem i szybko się pobrali. Tak po prostu. „Życie jak z bajki” – mówiła sarkastycznie matka, załamując ręce.
Wkrótce potem urodziła Zoe. Maria miała wtedy dwadzieścia dwa lata i przypuszczam, że przyziemne realia życia na farmie z małym dzieckiem zaczęły jej trochę doskwierać. Ale nie odeszła, trzeba jej to przyznać.
Zamiast tego skupiła całą energię na wychowaniu Zoe, a kiedy córka w wieku trzech lat ujawniła niezwykłe zdolności muzyczne i grała melodie na pianinie znajdującym się na farmie, Maria uznała za swoje posłannictwo pielęgnowanie jej talentu.
Naturalnie działo się to przed wypadkiem, kiedy zaczął się bardzo trudny okres. Zmierzam do tego, że choć przez całe życie zachowywałam się przykładnie, pilnie się uczyłam i przestrzegałam zasad, ja również jestem mężatką, ale nie mam dzieci. Pogodziłam się z tym, lecz Richard nie znosi tego równie dobrze jak ja, zwłaszcza po dramatycznym rozczarowaniu zawodowym, które zbiegło się w czasie z moją odmową uczestniczenia w czwartej rundzie in vitro.
I oto dziś jesteśmy w kościele. Pomagam siostrze i Zoe: uwielbiam to robić, gdy Maria mi pozwala. Niecierpliwie czekam na koncert, ponieważ Zoe znowu gra prawie tak samo pięknie jak przed pobytem w domu poprawczym. Jestem pewna, że publiczność będzie zachwycona. Mam nadzieję, że nagram występ w całości i niczego nie zepsuję.
Lucas, syn nowego męża mojej siostry, uczył mnie obsługiwać kamerę przez trzydzieści sekund. Lucas to fan filmu, więc miałam dobrego nauczyciela, ale lekcja trwała za krótko, bo brak mi zdolności technicznych. Kiedy wyjaśniał, jak obsługiwać kamerę, jego słowa wydawały się ławicą przerażonych ryb pływającą wokół mojej głowy.
Przydałaby mi się pomoc Richarda, ale znowu się na nim zawiodłam.
Godzinę temu, gdy powinniśmy się szykować do wyjścia na koncert, zaczęłam go szukać. Był w szopie na końcu ogrodu, gdzie rzekomo budował model samolotu. Jednak kiedy zajrzałam do środka, zobaczyłam, że usiłuje wylać resztki wina z kartonowego pudełka. Rozerwał je i masował srebrzysty pojemnik jak oporne wymię, trzymając go nad kubkiem do herbaty.
Stałam w drzwiach, patrząc na niego, a tymczasem z pojemnika kapnęło kilka kropel płynu o słomkowej barwie. Richard natychmiast je wypił i nagle mnie zauważył.
– Tess! – powiedział. – Mamy jeszcze jeden karton wina?
Cała szopa śmierdziała alkoholem. Richard bełkotał i chociaż próbował udawać normalnego człowieka wypijającego w niedzielne popołudnie kieliszek białego wina, na jego twarzy pojawił się wstyd. Zauważyłam, że mocno drżą mu ręce. Samolot z drewna balsa, który rzekomo budował w szopie, w dalszym ciągu tkwił w pudełku: precyzyjnie wycięte części leżały w idealnym porządku pod zafoliowaną instrukcją.
– Jest w garażu – odpowiedziałam i pojechałam na koncert sama.
Stoję teraz przy kamerze, choć nie mam pewności, czy dobrze działa. Boli mnie głowa i czuję rozczarowanie. Powtarzam sobie, że pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno mi ulec pokusie i spotkać się z Samem po koncercie. Byłby to błąd.