“Dżender domowy i inne historie” – Śmiertelnie poważny i śmiertelnie śmieszny zbiór opowiadań autora „Preparatora” i „Pornogarmażerki”.


Dżender domowy i inne historieCzym tym razem zaskoczy nas w swojej książce Hubert Klimko-Dobrzaniecki?

W jaki sposób urna z prochami matki wpłynie na życie wziętego scenarzysty? Czy angielski kucharz, zagorzały fan legendarnej grupy A B C, aby nie przesadził ze stekami? Co ma do powiedzenia pewien Chińczyk, którego zmorą jest litera R? Dlaczego Arab z Polakiem przespali upadek muru berlińskiego? Z jakiego powodu słowo „alibi” staje się imieniem żeńskim?

Na te, i na inne pytania, odpowie Hubert Klimko-Dobrzaniecki w swoim najnowszym zbiorze opowiadań.

Śmiertelnie poważnym i śmiertelnie śmiesznym.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki (ur. 1967) – pisarz, tłumacz i felietonista. Jest autorem zbiorów opowiadań i powieści, za które otrzymał nominacje do literackich nagród Nike, Angelus i Cogito. Znalazł się również w finale Paszportów Polityki. Jego książki, jak do tej pory, zostały przetłumaczone na dziewięć języków. Zajmuje się również pisaniem scenariuszy filmowych oraz książek dla dzieci. Mieszka w Wiedniu.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Dżender domowy i inne historie
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 14 września 2017
 
 

Dżender domowy i inne historie


Life can be a comedy or a tragedy,
it all depends on how you look at it.

Woody Allen, Melinda and Melinda

Otwieram oczy i zaraz chcę je zamknąć. Białe ściany, pustka, echo… Muszę wstać, muszę zacząć żyć. Muszę coś zjeść. Biała lodówka, pusta, echo… Wszystko już wyjadłem, nawet dżem rabarbarowy i resztkę krakersów. Parzę herbatę i znowu jem owsiankę, została z wczoraj. Za dużo ugotowałem. Jest zimna, ale mówią, że na zimno zdrowsza. Zjadłem. Patrzę w lustro. Jestem gruby, kulawy, stary, rozwiedziony, płacę kupę alimentów, nie mam tradycyjnego wykształcenia, a przecież byłem tak blisko. Córkę widuję od czasu do czasu. Nie chodzę w garniturze i nie pracuję w banku.
Pracuję w domu wariatów na oddziale zamkniętym. Przebywanie z wariatami jest wyczerpujące umysłowo i fizycznie, pomimo to zgadzam się na nadgodziny, a i tak cały czas jestem na minusie. Wszystko, czego się dorobiłem, to wielki minus — na koncie i w życiu. A przecież mieszkam w najbogatszym mieście w kraju… Właśnie w tym mieście nauczyłem się doskonale operować liczbami ujemnymi. Nawet wczoraj nie dałem rady ze swojego minusa zapłacić wszystkich rachunków, bo wróciłem z urlopu i dostałem gołą wypłatę. Niby mam samochód, ale mnie na niego nie stać. Jeżdżę na rowerze, pod wiatr, w deszczu, w zimnie. W pracy i w bloku podejrzewają, że jestem zboczony. Bezskutecznie próbuję sprzedać piękną wiolonczelę. Sprzedawca ze sklepu muzycznego, gdy mnie widzi, ucieka, chyba brzydko pachnie mi z ust. Nie stać mnie na dentystę. A jeśli się już kiedyś zdecyduję do niego pójść, to potem umrę z głodu i popadnę w jeszcze większe długi, choć to drugie będące wypadkową pierwszego, nie będzie już ważne.
Tu, gdzie mieszkam, jest ciemno, zimno i wietrznie, choć ogrzewanie mam tanie i nie trzeba czekać na sezon grzewczy. Marznę. Jest mi zimno, bo jestem sam i daleko od córki. Daleko, choć blisko. Mieszka w tym samym mieście, tylko dwa kilometry ode mnie. Była nastawia ją przeciwko mnie, choć nic złego jej nie zrobiłem i nie robię. Jak tak dalej pójdzie, to córka całkiem o mnie zapomni, będzie się mnie bała. Kiedyś było inaczej. Kiedyś wszystko było inne. Lepsze? Nie wiem…
Po pracy wpadłem do baru. Chciałem odreagować, bo zmiana była ciężka. Ciężka i cuchnąca gównem. Boże, kiedyś chodziłem na dyżury. Teraz to miejsce kojarzę z fabryką, dlatego już nie chodzę na dyżury. Pewnego dnia Barbara ubzdurała sobie, że została zgwałcona przez kota. Szeptem opowiadała podczas obiadu, że kot był wyjątkowo brutalny i strasznie się nad nią pastwił. Na dowód gwałtowności kota, obnażyła lewą, obwisłą pierś, na której widniały zadrapania. Lekarz nawiedzający Barbarę podczas snu stwierdził, że nosi w swoim łonie bliźniaki. Nie chciała ich stracić, dlatego wymogła na rodzinie wózek inwalidzki. Wózek miał zapobiec poronieniu. W każdym razie tego dnia bardzo pachniało od niej kupą. Podszedłem i pochyliłem się nad nią.
— Basiu, zrobiłaś kupę? — zapytałem grzecznie.
Była tak szybka, że nie zdążyłem się uchylić. Klocek Barbary wylądował na mojej głowie. Pewnym ruchem przyklepała to, co mi ofiarowała. Musiałem się jakoś wyprostować. Uważnie i powoli pionizowałem swoją przygarbioną sylwetkę, bo prócz tego, co miałem na głowie, miałem też w głowie wizję spadającego gówna — za kołnierz. Powoli ruszyłem w stronę dyżurki. Kiedy tam doszedłem, zobaczyłem koleżankę obcinającą paznokcie, więc aby jej nie wystraszyć, powiedziałem cicho:
— Słuchaj, mam gówno na głowie, mogłabyś mnie zastąpić i pójść do sali telewizyjnej? Poszedłbym się wykąpać na dół.
Nie spuszczając wzroku ze swoich palców, wymamrotała:
— Taaa, gówno na głowie. Gówno. Gówno prawda… Wszystkim już odbija w tej robocie… — Zapanowała chwilowa cisza. Pielęgniarka zaczęła wciągać powietrze nosem. Podniosła wzrok. — O Jezu, ty masz gówno na głowie!!! Rzeczywiście, ktoś ci nasrał na głowę!!!
— Już dobrze, nie podniecaj się. To co, zastąpisz mnie?
— Jasne.
Tak samo powoli, jak wszedłem do dyżurki, wyszedłem na korytarz. Wolnym krokiem posuwałem się w stronę windy. Zjechałem do piwnicy, gdzie znajdowały się prysznice. Spojrzałem w lustro. Widok był tragiczny, toteż sięgnąłem ręką po garść papierowych ręczników. Resztę trzeba było spłukać. Rozbierałem się również bardzo powoli, choć nic z głowy spaść już nie mogło. Wszedłem do kabiny. Strumień zaczął smagać włosy. Brzydziłem się ich dotknąć, lecz musiałem… Jedna dłoń naciskała na dozownik z szamponem, a druga operowała słuchawką prysznica. Nie wierzyłem, że pozbyłem się na dobre klocka Barbary. Dlatego wyszedłem z kabiny i z kieszeni mojego uniformu wyjąłem telefon, coś na kształt krótkofalówki. Zadzwoniłem do koleżanki z drugiego piętra. W instytucji, w której pracowałem, większość facetów była spedalonych, toteż nie miałem ochoty wzywać nikogo, kto potem mógłby wykorzystać niezręczność sytuacji. Wcisnąłem dwójkę. Odezwała się Ewa.
— Słuchaj, jest taka sprawa. Miałem wypadek.
— Co? — krzyknęła przerażona.
— Nie, nic poważnego, ale siedzę teraz pod prysznicem na dole, już się wykąpałem.
— Zesrałeś się?
— Prawie.
— Aha.
— Znaczy się: nie ja.
— Rozumiem.
— Więc, czy mogłabyś zejść na dół z maszynką do golenia?
— Gdzie cię mam ogolić?
— Na głowie.
— Szkoda. Dobra, zaraz tam będę. Słuchaj, ale co się dokładnie stało?
— Barbara nasrała mi na głowę.
— Jak to możliwe?
— Ano możliwe.
— To wiesz, może oprócz tej elektrycznej, zabiorę ze sobą jednorazową? Wiesz, najpierw zrobię cię z grubsza, a potem na glanc, na łyso.
— Okej, brzmi dobrze.
Po kilku minutach Ewa była na dole. Usiadłem na taborecie, a ona ogoliła mnie na jeżyka.
— Dalej się nie da. Teraz pojedziemy drugim sprzętem.
— Dobra. — Zabrała ze sobą piankę do golenia. Spryskała nią moją głowę i dobrze wmasowała. Potem powoli i z namaszczeniem zbierała ostrzem śnieżnobiałą pianę, w której od czasu do czasu pojawiały się króciuteńkie czarne włoski. Golenie było przyjemne i odprężające. Zamknąłem oczy. Nie myślałem o Ewie, która choć miła, była garbatą karlicą ze sztuczną szczęką. Myślałem o pięknej kobiecie — takiej, która by mnie kochała i utrzymywała. O idealnej partii. Marzenia kierowały się w stronę kobiety o nieokreślonej urodzie, kobiety bogatej i oddanej; takiej, która powiedziałaby: „Kolego drogi, kochany, porzuć pracę w domu wariatów. Stać mnie. Mam kasę. Nie wracaj tam. Tylko od czasu do czasu mnie wydymaj i ugotuj smacznie, bo nie cierpię garów. Posprzątać też możesz. Poprasować też…”.
— Poprasować? Co ty tam pod nosem gadasz? — zapytała Ewa. — Już skończone. Wyglądasz jak Kojak.
— Jak kto?
— No, nie pamiętasz? Taki amerykański łysy detektyw. Nazywał się Telly.
— Telly Savalas, tak pamiętam. Był brzydki jak noc, łysy i ciągle miał w ustach lizaka.
— Właśnie! Teraz go przypominasz z fryzury — krzyknęła Ewa.
— Dzięki, nie wiem, jak ci się będę mógł odwdzięczyć.
— Nie ma sprawy, stary. Trzeba sobie pomagać, nie? Możesz po robocie wychylić drinka za moje zdrowie.
— Mogę ci też postawić, jak chcesz.
— Nie, lepiej tylko za mniej wypij. Ja nie mogę, zdrowia nie mam. Ten garb z roku na rok coraz bardziej mnie wkurwia.
— Nie da się z tym czegoś zrobić?
— Da.
— Więc?
— Czekam, aż zdechnie w naszym zoo ostatni wielbłąd, potem do nich zadzwonię i zaoferuje siebie za michę!
— Myślisz, że pójdą na to?
— Jasne, stary, będą mieli prawdziwą wielbłądzicę, która przemawia ludzkim głosem nie tylko w Wigilię.
— Jesteś zabawna.
— No, stary, nie ma się co nad sobą rozczulać, zawsze może być gorzej.
— Co prawda, to prawda.
— No to śmigaj do roboty.
— Aha, jeszcze jedna prośba. Mogłabyś mi przynieść świeży uniform?
— Jasne.
— Dzięki.