Michaił Zygar w książce “Wszyscy ludzie Kremla” pokazuje kulisy władzy Władimira Putina i skomplikowane powiązania świata biznesu, polityki i mediów we współczesnej Rosji. Ta publikacja to owoc kilkuletniego dziennikarskiego śledztwa autora, wciągająca i intrygująca lektura, która pozwala lepiej zrozumieć procesy zachodzące w tym wschodnim mocarstwie.


Władimir Putin. Jego nazwisko prawie codziennie pojawia się w wiadomościach. Charyzmatyczny lider i jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci światowej polityki. Wielka finansjera i “dwór” doradców, zauszników i przyjaciół. Oto oblicza władcy.

Michaił Zygar poświęcił kilka lat na zbieranie materiałów do książki podsumowującej kilkunastoletni okres rządów Putina w Moskwie. Przeprowadził wiele rozmów z osobami z najbliższego otoczenia prezydenta, biznesmenami, oligarchami i politykami, szukał w archiwach, czytał wspomnienia byłych prezydentów, premierów i dyplomatów.

Tak powstała książka “Wszyscy ludzie Kremla” przedstawiającą kulisy rosyjskiej władzy, polityki zagranicznej. W dziele Zygara nie brak tematów drażliwych, jak korupcja na styku władzy i wielkiego biznesu, nierówności społeczne, podejrzane interesy oligarchów czy wojny i potyczki z sąsiadami.

Ewolucja Putina

Gdy Borys Jelcyn postanowił ustąpić ze stanowiska, rozważał kilku kandydatów jako potencjalnych sukcesorów, ale ostatecznie zdecydował się na Władimira Putina, uchodzącego za człowieka znikąd i bez własnego zaplecza politycznego. Jelcyn wyznaczając Putina na swojego następcę zapewniał sobie jego lojalność i gwarancję nietykalności dla siebie i rodziny, co było istotne w obliczu malwersacji i korupcji za rządów administracji jelcynowskiej. Tak rozpoczęła się kariera jednego z najpotężniejszych – przynajmniej nominalnie – ludzi na Ziemi.

Zygar pokazuje ewolucję Putina jako udzielnego władcy Rosji, od pierwszych lat niepewności, nieśmiałości i szukania politycznych przyjaciół na Zachodzie (Tony Blair, George W. Bush, Silvio Berlusconi) poprzez próby budowania wielkości Rosji opartej na gazie, ropie i olimpiadzie w Soczi, aż do aneksji Krymu i konfliktów na Ukrainie i w Syrii, które ostatecznie zablokowały powrót porozumienia z Zachodem i odejście dawnych politycznych przyjaciół.

Zygar pokazuje ewolucję Putina jako udzielnego władcy Rosji

W stanie częściowej izolacji politycznej i gospodarczej dla Rosji i jej prezydenta pozostała już tylko jedna droga – kolejne wojny, które odciągają uwagę od narastających problemów wewnętrznych – społecznych i ekonomicznych, oraz mobilizują społeczeństwo wokół walki z zagrożeniem, podsycanym przez posłuszne władzy media. W ciągu ostatnich 16 lat czyli od początku rządów Putina spadające ceny surowców, przede wszystkim ropy naftowej i gazu, wojny gazowe, nieudane wielkie inwestycje w energetykę oraz kolejne sankcje gospodarcze nakładane przez Zachód spowodowały spadek wpływów do budżetu o blisko 30%, a równoczesne reformy podatkowe zwiększające obciążenia zwykłych obywateli rodzą niezadowolenie i protesty. Paradoksalnie – poparcie dla władzy nie zmniejsza się, zapewne z powodu tęsknoty za imperialną wielkością. “Poprzemy taką władzę, która pokazuje całemu światu, jacy jesteśmy wielcy i silni” – zdają się mówić sondaże.

Ludzie z zaplecza

Według Zygara nie byłoby takiej prezydentury Putina, jaką znamy, gdyby nie osoby, którym władca ufał i które stały za wieloma jego decyzjami. Oczywiście do czasu pierwszego potknięcia oznaczającego przejście w stan niełaski – albo coś znacznie gorszego, ponieważ błędów na dworze Putina się nie wybacza. Autor przedstawia w swojej publikacji skomplikowane losy kilkunastu najbardziej zasłużonych osób, cichych architektów rosyjskiej polityki i ich wpływ na decyzje Putina. Nie brak tu biznesmenów, oligarchów, ideologów i generałów: Aleksandr Wołoszyn, Borys Bierezowski, Michaił Chodorkowski, Dmitrij Miedwiediew, Wiktor Medwedczuk, Władisław Surkow, Igor Szuwałow, Siergiej Iwanow, Igor Sieczyn, Wiaczesław Wołodin, Dmitrij Pieskow, Siergiej Szojgu czy Aleksiej Kudrin. Każdy kto śledzi międzynarodową politykę rozpozna wśród tych nazwisk zarówno osoby wciąż cieszące się estymą prezydenta, jak i te, które dawno opuściły uprzywilejowane kręgi.

błędów na dworze Putina się nie wybacza

Nie wszystkim posłużyła praca w otoczeniu Putina. Dmitrij Miedwiediew był wicepremierem, jedną kadencję prezydentem i jest obecnie premierem. Borys Bieriezowski, wcześniej bliski współpracownik prezydenta Borysa Jelcyna i jeden z najbogatszych ludzi w Rosji, poparł kandydaturę Putina w wyborach prezydenckich, ale szybko popadł w niełaskę Kremla i musiał emigrować. Michaił Chodorkowski należał do najbogatszych ludzi na świecie, zapłacił kilkuletnim pobytem w kolonii karnej za zuchwałość oskarżenia administracji kremlowskiej o korupcję.
Siergiej Szojgu, były Minister Sytuacji Nadzwyczajnych, który kilkanaście lat temu organizował Putinowi ekstremalny wypoczynek i sesje fotograficzne w roli kowboja, otrzymał ważną tekę ministra obrony.

Zygar pokazuje, jak łatwo można popaść w niełaskę Władimira Putina i że nawet posiadanie sporego majątku nie uchroni nikogo przed więzieniem, jeśli taka będzie wola Kremla. Nie bez racji w Rosji funkcjonuje powiedzenie, że wpływowi rosyjscy biznesmeni nie są miliarderami, ale jedynie obracają miliardami i zarządzają mieniem, którym pozwala zarządzać im Władimir Putin.

Co dalej?

Zygar zadaje też pytanie: co by się stało, gdyby Putin chciał zrezygnować z urzędu i oddać władzę? W Rosji mało kto wierzy w taki scenariusz, choć krąży pogłoska z czasów pierwszej kadencji prezydenta, jakoby nie chciał on kandydować po raz drugi. Zdawał sobie wówczas sprawę, z jakimi problemami wiąże się prezydentura, i całkiem poważnie zamierzał zrezygnować z ubiegania się o jej kontynuację. Jak czas pokazał, zaufani współpracownicy zdołali go przekonać do dalszych rządów.

Według Zygara dzisiaj wydarzenia potoczyły by się inaczej. Po odejściu lub usunięciu liberalnych ideologów, doradców i współpracowników w otoczeniu Putina pozostali prawie wyłącznie tzw. siłowicy, którym bliskie są zasady rządzące Związkiem Sowieckim i dla których wszelkie przejawy obywatelskiego nieposłuszeństwa są zagrożeniem, które trzeba zniszczyć. Są oni przygotowani na każdy wariant i bez problemu wytypują kontynuatora dotychczasowej polityki, gdyby zaszła taka potrzeba. “Nie ten Putin, to inny”.

To bardzo ciekawy mit, że rzekomo w Rosji wszystko zależy od Putina, a bez niego wszystko się zmieni.

Albowiem, jak pisze Zygar – “To bardzo ciekawy mit, że rzekomo w Rosji wszystko zależy od Putina, a bez niego wszystko się zmieni. Książka ta pokazuje, że Putin, jakim go sobie wyobrażamy, nie istnieje. I to wcale nie Putin doprowadził Rosję do obecnego stanu – przez długi czas sprzeciwiał się nawet tym metamorfozom. Ale później się poddał. Bo zrozumiał, że tak jest łatwiej. Dzisiejszy obraz Putina – groźnego rosyjskiego cara – wymyślony został za niego i w dużej mierze bez jego udziału: zarówno przez jego świtę, jak i zachodnich partnerów oraz dziennikarzy.”

Pozostaje czekać na następnego Putina. Grzegorz Bogusz

Michaił Zygar, Wszyscy ludzie Kremla, Przekład: Agnieszka Sowińska, Redakcja: Paweł Goźliński, Konsultacja merytoryczna: Wacław Radziwinowicz, Wydawnictwo Agora, Premiera: 26 kwietnia 2017
 

Michaił Zygar
Wszyscy ludzie Kremla
Przekład: Agnieszka Sowińska
Redakcja: Paweł Goźliński
Konsultacja merytoryczna: Wacław Radziwinowicz
Wydawnictwo Agora
Premiera: 26 kwietnia 2017
 

Wprowadzenie

Kiedy zaczynałem pracę nad tą książką, chciałem, by powstała historia zmian, które zaszły w Rosji w ciągu ostatnich 15 lat. Jak zmieniał się sposób postrzegania rzeczywistości przez Władimira Putina i jego najbliższe otoczenie. Jak kształtował się jego dzisiejszy światopogląd. Od czego wszystko się zaczęło i do czego nas zaprowadziło. Ale szybko się okazało, że taka rekonstrukcja nie będzie prosta. Pierwszoplanowi uczestnicy zdarzeń nigdy nie pamiętają, co działo się naprawdę, i każdy konstruuje swoje wspomnienia tak, by jego było na wierzchu. Przekonałem się o tym, rozmawiając przez kilka lat z kilkudziesięcioma osobami z najbliższego otoczenia Władimira Putina: pracownikami administracji prezydenta, członkami rządu, deputowanymi Dumy Państwowej, przedsiębiorcami z listy najbogatszych Rosjan publikowanej przez „Forbesa”, a także z zagranicznymi politykami. Prawie każdy z nich przedstawiał mi własną wersję historii, która nigdy nie przecinała się z wersjami innych osób. Moim rozmówcom często wypadały z pamięci fakty, mylił im się czas zdarzeń, nie mogli sobie nawet przypomnieć własnych słów i czynów. Jeszcze jedno było w ich opowieściach wspólne: wszyscy prosili, bym się na nich w książce nie powoływał. Ale dzięki temu, że zwywiadowałem tak dużą liczbę osób, udało mi się ostatecznie stworzyć wyraźny obraz najnowszej historii Rosji. Okazało się, że tak naprawdę jest to historia człowieka, który przez przypadek został królem.
Początkowo chciał po prostu utrzymać się przy władzy. Ale kiedy zaczęło mu się powodzić, dostrzegł swoją szansę: mógł zostać wojownikiem i reformatorem – współczesnym Ryszardem Lwie Serce. Zapragnął przejść do historii. Ale potem zapragnął również dobrego życia. Został więc królem Wspaniałym. A kiedy zmęczył się swoją wspaniałością, postanowił, że odpocznie. Zrozumiał jednak, że już nie może sobie pozwolić na odpoczynek, ponieważ stał się częścią historii. Został carem, carem Groźnym.
Jak zachodziły w nim te wszystkie przemiany? Decydujący wpływ miało tu jego otoczenie – wielobarwna świta, która przez wszystkie te lata podtrzymywała jego królewskość. Dwór, który pochwycił go i manipulując lękami oraz pragnieniami, wyniósł wysoko. Tam, gdzie on sam nie spodziewał się nigdy znaleźć.
Znając zakończenie tej historii, łatwo ją odtworzyć, tak by była konsekwentna i logiczna. Można odnieść nawet wrażenie, że wszystko w tej historii prowadziło do tego, z czym mamy dziś do czynienia; tak jakby od początku w tle wydarzeń istniał pewien elementarny plan. Ale tak naprawdę to ich bohaterowie post factum wymyślają uzasadnienia własnych działań. Odnajdują przyczyny, których w rzeczywistości nie było, i sensy, których się wcześniej nawet nie domyślali.
W ostatnie 15 lat historii Rosji nie jest bowiem wpisana żadna wyraźna logika. Łańcuch wydarzeń, który udało mi się odtworzyć, odsłania brak planu czy początkowej strategii zarówno u samego Putina, jak i w jego otoczeniu. Poszczególne wydarzenia to co najwyżej taktyczne posunięcia, dynamiczna reakcja na zewnętrzne bodźce nieprowadząca do żadnego ostatecznego, zaplanowanego celu.
Uważne śledzenie czynów oraz motywów rosyjskich polityków z ostatnich 15 lat upewni nas tylko, że teorie spiskowe nie mają tu zastosowania. A jeśli pojawi się przed nami wątpliwość, co tak naprawdę było przyczyną tego lub innego wydarzenia – zły zamiar czy błąd – zawsze należy wybrać to drugie.
Czy rządzący Rosją w 2000 roku wiedzieli, do czego doprowadzą po 15 latach swoich rządów? Nie. Czy w 2014 roku wiedzieli, jak powitają rok 2015? Również nie.
Gdy piszę „rządzący” w liczbie mnogiej, nie jest to błąd. Przyjęło się sądzić, że wszystkie kluczowe decyzje podejmuje w Rosji tylko jeden człowiek – Władimir Putin. Ale to tylko część prawdy. Wszystkie decyzje rzeczywiście podejmuje Putin, ale Putin to nie jedna osoba. To ogromny zbiorowy rozum. Dziesiątki, nawet setki ludzi codziennie zgadują, jakie decyzje powinien podjąć Władimir Putin. Sam Władimir Putin cały czas zgaduje, jakie decyzje powinien podjąć on sam, żeby być popularnym, żeby być zrozumiałym i aby zyskać aprobatę zbiorowego Władimira Putina.
Ten zbiorowy Władimir Putin przez lata konstruował swoje wspomnienia w ten sposób, żeby sobie udowodnić, że zawsze miał rację. Żeby przekonać samego siebie, że jego działania były bezwzględnie logiczne, że miał plan i strategię, że nie popełniał błędów, a jego kolejne kroki były reakcją na realia, z którymi przyszło mu się mierzyć. Bo przecież walczył z wrogiem. Nieustannie toczył wyczerpującą wojnę.
Tak, moja książka to przede wszystkim historia urojonej wojny. Wojny, której nie można zakończyć, bo najpierw trzeba by przyznać, że nigdy jej nie było.

Część I
Putin I Lwie Serce

Rozdział 1.
W którym Aleksandr Wołoszyn, ideolog Kremla,
nauczył się tolerować Lenina

Aleksandr Wołoszyn to modelowy kapitalista. W jego wyglądzie jest coś z amerykańskiego Wuja Sama, takiego, jakim przedstawiano go na radzieckich karykaturach: siwa bródka plus zimne, przenikliwe spojrzenie. Do pełnego obrazu brakuje tylko cylindra, worka dolarów i bomby za plecami.
Biuro Wołoszyna znajduje się w centrum Moskwy, na Polance, dziesięć minut piechotą od Kremla. Wygląda bardzo ascetycznie – jest tu wszystko, co niezbędne do pracy, ale żadnych luksusów – sekretnemu właścicielowi świata luksusy nie są potrzebne.
Wołoszyn nie jest oratorem – mówi cicho, a gdy się złości, nawet trochę się jąka. A przy tym lubi nadużywać angielskich słów. Nie chodzi o zapożyczenia, tylko obce słowa, które są częścią jego profesjonalnego słownika: „Sytuacja na Ukrainie już nie jest manageable”. „W głowie zawsze powinna być agenda”. „Zapanował kompletny deadlock”. „Ważne jest zdanie głównych stakeholders”. Nie robi tego demonstracyjnie – tak mu wygodniej, przecież nie jest politykiem, tylko biznesmenem. Swoją najważniejszą historyczną misję Wołoszyn zapewne uważa za wypełnioną: zagwarantował Rosji polityczną stabilność i kapitalizm – ma więc teraz spokój. Mówi, że nie żałuje, iż dziś nie ma wpływu na bieżącą politykę.
O polityce woli rozmawiać językiem wybitnie oficjalnym i służbowym: „Amerykanie stworzyli u siebie ogromną, zróżnicowaną i otwartą na innowacje gospodarkę dzięki najostrzejszej konkurencji. Równie silną konkurencję widać w amerykańskiej polityce, w tym także wewnątrz głównych partii. Dzięki temu wykształcił się tam stabilny system polityczny odrzucający skrajności. W polityce międzynarodowej Stany Zjednoczone po zniknięciu Związku Radzieckiego stały się de facto monopolistą. Z powodu braku konkurencji stały się pewne siebie, nieefektywne i nieracjonalne. Popełniły masę poważnych błędów, spowodowały ogromne straty w sferze bezpieczeństwa międzynarodowego, zaszkodziły również same sobie”.
Zresztą, choć o Ameryce wypowiada się krytycznie, to jednak jest w tym czułość, pełno w jego opowieści nieoczekiwanych detali: tu przypadkiem poznał George’a Busha, a tam zobaczył starą znajomą Condoleezzę Rice, ale postanowił się nie witać. Prawdziwą wściekłość wywołuje w nim sprawa ukraińska: od razu przechodzi z angielskiego na rosyjski. Oburza go polityka władz Ukrainy w stosunku do rosyjskojęzycznych obywateli: „Spróbowaliby Kanadyjczycy traktować tak francuskojęzycznych mieszkańcom Quebecu. Dopiero by zobaczyli”.

Pochować Lenina

W 1999 roku opracowano na Kremlu precyzyjny plan pochowania Lenina. Jego ciało miało zostać wyniesione z mauzoleum na placu Czerwonym i w środku nocy wywiezione do Sankt Petersburga. Oczywiście przy zachowaniu największej tajemnicy. Rano wszyscy się budzą, a Lenina na placu Czerwonym już nie ma. Dokładnie w taki sam sposób 38 lat wcześniej późnym jesiennym wieczorem z mauzoleum zostało wyniesione ciało Stalina – jednak nie przeniesiono go daleko, tylko pochowano tuż obok, pod murem kremlowskim. Dla Nikity Chruszczowa, ówczesnego przywódcy ZSRR, był to symbol destalinizacji i dyskredytacji kultu jednostki.
Ponowny pochówek Lenina miał się odbyć „dostojnie i bez chamstwa”, wspominają pracownicy administracji Kremla. Po prostu na kilka następnych miesięcy cmentarz Wołkowski w Sankt Petersburgu (miejsce, gdzie pochowane są matka oraz siostry Lenina i gdzie – zgodnie z legendą – chciał zostać pochowany również założyciel państwa radzieckiego) należałoby otoczyć kordonem. I znieść kilka miesięcy protestów członków partii komunistycznej. Po pewnym czasie nastroje by się uspokoiły: planowano rozebranie mauzoleum, a na jego miejscu zbudowanie pomnika ofiar totalitaryzmu, żeby wszystkim odechciało się go burzyć. To miało być decydujące uderzenie w ideologię komunistyczną. W tamtej chwili właśnie to było dla Kremla najważniejszym zadaniem: pokonać komunistów i nie dopuścić do reaktywacji tego, co radzieckie.
Gabinet szefa kremlowskiej administracji Aleksandra Wołoszyna znajdował się jakieś 10, może 15 metrów od sarkofagu Lenina w mauzoleum. Mówi się, że Wołoszyn lubił żartować: „Ode mnie do trupa w linii prostej jest nie więcej niż 15 metrów. On tam leży, ja tu pracuję. Nie przeszkadzamy sobie”. W rzeczywistości Lenin bardzo przeszkadzał. Prezydentowi Borysowi Jelcynowi przeszkadzał zerwać z przeszłością – dla niego pochówek wodza rewolucji stałby się symbolem tego, że rzeczywiście nastały nowe czasy, a wprowadzone zmiany są nieodwracalne. Przecież 38 lat wcześniej dla Chruszczowa podobnym symbolem był pogrzeb Stalina. Dlatego jako pierwszy przeniesienie ciała Lenina z mauzoleum na cmentarz zaproponował jeszcze w 1991 roku pierwszy mer Petersburga Anatolij Sobczak. Ale ani wtedy, ani w ostatnich latach swoich rządów Jelcyn nie mógł spełnić jego prośby – nie chciał wywoływać konfliktu z komunistami.
Dla Wołoszyna Lenin był jednak czymś więcej niż symbolem. Był konkretnym, zawsze żywym graczem w bieżącej polityce. Walka z partią komunistyczną była najważniejszą częścią codziennych trosk głównego stratega Kremla. Ale Lenin był też jego asem w rękawie, szansą na obezwładnienie przeciwnika. Komuniści stali się główną siłą w parlamencie i dlatego mieli możliwość torpedowania każdej z kluczowych reform. A po krachu finansowym w 1998 roku faktycznie kontrolowali rząd, na którego czele stał 69-letni Jewgienij Primakow, były kandydat na członka Biura Politycznego KC KPZR i były minister spraw zagranicznych Rosji.
Do końca prezydenckiej kadencji Borysa Jelcyna zgodnie z konstytucją pozostawało trochę więcej niż półtora roku – i wydawało się, że komuniści nigdy nie byli tak silni. Partia komunistyczna uruchomiła procedurę impeachmentu przeciwko prezydentowi Jelcynowi, oskarżając go o pięć rzeczy. Pierwsza to rozpad ZSRR, rozwiązanie Rady Najwyższej w 1993 roku(1). Następnie o wojnę w Czeczenii, rozpad armii oraz ludobójstwo narodu rosyjskiego. Premier Primakow, na którego komuniści zagłosowali jednogłośnie, zajmował pierwsze miejsce w rankingach najpopularniejszych polityków Rosji i zdawał się najpewniejszym kandydatem na prezydenta.

(1) Rozwiązanie 21 września 1993 roku przez Borysa Jelcyna mającej jeszcze radzieckie korzenie Rady Najwyższej doprowadziło do konfrontacji i oblężenia tzw. Białego Domu, czyli siedziby Rady Najwyższej, dziś to gmach rządu) w Moskwie. Zdławienie buntu Rady, a potem pierwsze wybory do Dumy Państwowej zakończyły proces kształtowania nowego, postsowieckiego ustroju w Rosji. Niektórzy badacze uważają, że był to prawdziwy koniec ZSRR.

Szczególną popularność przyniósł mu wymowny antyamerykański gest – zawrócenie samolotu nad Atlantykiem. 24 marca 1999 roku Primakow leciał do Waszyngtonu, ale gdy zadzwonił do niego ówczesny wiceprezydent USA Al Gore i poinformował, że USA zaczynają bombardowanie Jugosławii w celu zakończenia konfliktu w Kosowie, oburzony Primakow zawrócił samolot i zamiast w Waszyngtonie wylądował w Moskwie. Prasa rosyjska – prokremlowska i liberalna – skrytykowała Primakowa za populizm i kokietowanie komunistycznego elektoratu. Pierwszy, powstały jeszcze w czasasch ZSRR, i wciąż ważny w Rosji ekonomiczny dziennik „Kommiersant” przekonywał, że z powodu gestu Primakowa Rosja straciła 15 miliardów dolarów, które mogłaby zarobić po podpisaniu przygotowanych w Waszyngtonie porozumień. „Tym samym premier Rosji dokonał własnego wyboru – wyboru prawdziwego komunisty. Bolszewika gotowego całkowicie zlekceważyć interesy swojej ojczyzny oraz narodu na korzyść internacjonalizmu, zrozumiałego tylko dla niego i byłych członków KPZR” – krytykował premiera „Kommiersant”.
To zawrócenie samolotu nad Atlantykiem było pierwszym gestem państwowego antyamerykanizmu w latach 90. Pokazało przy okazji, jak wielki poklask może wywołać taki gest w odartym z poczucia narodowej dumy społeczeństwie. Gest ten zainicjował również decydujące starcie o władzę między antyzachodnimi konserwatystami, których liderem i symbolem był premier Primakow, a prozachodnio nastawionymi liberałami, pragnącymi nie dopuścić do recydywy komunizmu, którzy nie mieli lidera, ale mieli tajnego koordynatora – szefa kremlowskiej administracji Aleksandra Wołoszyna. Skoro już starcie tych sił stało się faktem, trzeba było komunistów wyprowadzić z równowagi. Wydawało się, że skutecznym, choć rytualnym raczej uderzeniem mogło być przeniesienie ciała wodza rewolucji z mauzoleum na cmentarz. Ale coś przeszkodziło zrealizować ten plan. Prawo. Zgodnie z obowiązującymi przepisami przenieść ciało Lenina można było w jednym z trzech przypadków. Albo na prośbę potomków – ale krewni Lenina byli temu kategorycznie przeciwni. Albo zgodnie z decyzją miejscowych władz (czyli mera Moskwy Jurija Łużkowa), „jeśli miejsce pochówku przestało spełniać wymogi sanitarne i ekologiczne” – a Łużkow przygotowywał się do walki o władzę jawnie nie po stronie Kremla i liberałów. Albo jeśli mogiła zakłócała warunki ruchu drogowego. Ale na pewno nie na bezpośrednie polecenie prezydenta. Naruszenie tych reguł uznane zostałoby za przestępstwo. A dodawanie wandalizmu do pięciu oskarżeń wysuniętych przez komunistów przeciwko prezydentowi byłoby zbyt wielkim ryzykiem. Dlatego na Kremlu zdecydowano się na inne posunięcie: jeśli nie można uderzyć w Lenina, trzeba uderzyć w Primakowa.
12 maja 1999 roku, trzy dni przed głosowaniem w Dumie Państwowej za impeachmentem, Primakow został pozbawiony stanowiska, jak głosił oficjalny komunikat „za brak dynamiki we wprowadzaniu reform mających na celu rozwiązanie problemów ekonomicznych”. A 15 maja komuniści nie zdołali zebrać 300 wymaganych głosów do wszczęcia procedury odwołania prezydenta – administracja Jelcyna skutecznie popracowała nad parlamentarzystami, prawie wszyscy niezależni posłowie zagłosowali przeciw. Było to taktyczne zwycięstwo Wołoszyna. Jednak nie rozwiązywało ono wszystkich problemów prezydenta i jego otoczenia. Bo jak zapobiec zwycięstwu aliansu komunistów i Primakowa za rok, gdy skończy się druga kadencja Jelcyna?