Z Lindą Olsson rozmawia Katarzyna Salwa


Ta skandynawska autorka to nowe nazwisko na literackiej mapie świata. Przez lata pracowała w zupełnie innej branży – po studiach prawniczych znalazła zatrudnienie w bankowości i tak zostało na wiele lat. W rodzinnym Sztokholmie wyszła za mąż, urodziła trzech synów. Dopiero gdy wraz z rodziną opuścili Europę, dla Lindy Olsson rozpoczął się czas twórczych działań – ze swoich podróży, choć nie tylko, czerpie inspirację do pisania. Mieszkała już w Kenii, Singapurze, Wielkiej Brytanii i Japonii. Obecnie mieszka w Nowej Zelandii. Na początku września 2008 roku pisarka odwiedziła Kraków.

KATARZYNA SALWA: Oryginalny angielski tytuł Pani powieści, a także tytuł szwedzkiego przekładu brzmi „Teraz zaśpiewam Ci pieśni spokoju”. Jest to fragment wiersza szwedzkiej poetki Karin Boye „Me biedne dziecię” z tomiku poezji „Siedem grzechów głównych”. Wiersz ten Astrid czyta Veronice nad jeziorem w dzień jej urodzin. Dlaczego właśnie ten fragment wybrała Pani na tytuł swojej książki?
LINDA OLSSON: Poezja i muzyka są inspiracją dla mojej własnej twórczości. Słucham muzyki podczas pisania, a kiedy pracuję nad książką, wolę raczej czytać poezję niż powieści. Karin Boye jest moją ulubioną poetką od czasu, kiedy w szkole przeczytałam kilka spośród jej wierszy. Kiedy powróciłam do jej twórczości jako osoba dorosła, odnalazłam w jej tekstach dużo więcej głębi. Jej poezja oraz pozostała twórczość rozwijają się wraz z czytelnikiem, tak jak najlepsza literatura. Obecnie Karin Boye wywiera na mnie wrażenie pod wieloma względami: oczywiście jako poetka, ale także jako odważna i inteligentna osoba. Dlatego uznałam za stosowne, aby Astrid lubiła poezję Boye, ponieważ dla mnie Astrid jest zarówno odważna, jak i inteligentna. I jest ona także „biednym małym dzieckiem”, tak jak my wszyscy.

KS: Czy Pani powieść może być interpretowana jako pieśń spokoju, śpiewana wszystkim zabieganym i zapracowanym ludziom, którzy w swoim życiu nie mają czasu na chwilę zastanowienia?
LO: Z listów i e-maili, które otrzymuję od moich czytelników, dowiedziałam się, jak dużo osób przeczytało moją książkę. Niektórzy nawet wyrażają swoją zazdrość i mówią, że marzą o tym, żeby mieć czas, aby zainwestować w nowe znajomości. Astrid i Veronika miały prawie cały rok, aby rozwijać swoją przyjaźń. Dla wielu nowoczesnych ludzi znalezienie czasu na znajomość, która niekoniecznie mogłaby się przerodzić w poważną i trwałą przyjaźń, mogłoby być trudnym zadaniem.

KS: W polskiej wersji językowej tytuł Pani powieści brzmi: „Niech wieje dobry wiatr”. Czy wierzy Pani, że ten dobry wiatr może wiać w każdych okolicznościach, że zawsze jest jakieś rozwiązanie?
LO: Och, nie wiem. Ale jeżeli spróbujemy, możemy spowodować, aby wiatr, który nas otacza, stał się lepszy. Tylko kilka rzeczy jest złych samych w sobie. Daną rzecz definiuje to, jak ją zinterpretujemy. Uważam, że ulepszenie naszego spojrzenia na życie jest możliwe, jeśli tylko spróbujemy. Tak rozumiem otaczanie siebie samego przez „dobry wiatr”.

KS: Skąd wziął się pomysł ilustrowania kolejnych rozdziałów cytatami z wierszy szwedzkich poetów?
LO: Znalazłam odpowiednie powiązania z jednym wierszem (były to słowa piosenki „Veronica” szwedzkiego piosenkarza i kompozytora Cornelisa Vreeswijka) i potem poczułam, że chcę to kontynuować i znaleźć nagłówki do pozostałych rozdziałów. Poszukiwania okazały się bardzo owocne, jednak kiedy moja powieść została zaakceptowana do publikacji, zostałam zmuszona wybrać się w długą i krętą podróż, aby odnaleźć właścicieli praw autorskich do wszystkich wierszy, które wybrałam. I, osobliwie, pozostawiłam jedynie bardzo krótki wers piosenki, która wszystko rozpoczęła: nagłówek do rozdziału pierwszego „… gdy wstaje dzień”.

KS: Który z tych wierszy jest Pani ulubionym?
LO: Myślę, że z biegiem czasu moje priorytety przemieszczają się tam i z powrotem. To właśnie jest cud poezji. Dostosowuje się do twoich emocji. Jednak gdybym musiała udzielić odpowiedzi, która byłaby zgodna z moimi obecnymi preferencjami, wybrałabym wiersz „Bezsenność” Bo Bergmana, znajdujący się na początku książki. Może dlatego, że podsumowuje on moje uczucia, dotyczące pisarstwa.

KS: Czy pory roku i prawa natury odgrywają w Pani książce ważną rolę?
LO: Tak, myślę, że tak. Napisałam tą powieść na drugim końcu świata: na mojej małej uczelni w Nowej Zelandii rozmyślałam o porach roku w małej wiosce w Szwecji. I one w jakiś cudowny sposób stały się w moim umyśle rzeczywistością. Myślę, że brakuje mi wyrazistych pór roku z mojego rodzinnego kraju i napisanie tej powieści pomogło mi przeżyć je ponownie.

KS: Powieść zaczyna się pod koniec długiej szwedzkiej zimy. Wraz z nastaniem wiosny bohaterki coraz bardziej zbliżają się do siebie. W akcję zostały wplecione tradycyjne szwedzkie święta: Midsommarafton – Noc Przesilenia Letniego oraz Święto Raków, które są świętami radości. Czy wybór tej pory roku i opis budzenia się świata do życia może być symbolem duchowej przemiany bohaterek?
LO: Tak, jestem pewna, że tak. Pory roku w Europie Północnej odgrywają centralną rolę w życiu ludzi. W dawnych czasach sprawą życia i śmierci było zagwarantowanie sobie m.in. odpowiednich środków do przetrwania zimy. Co roku, kiedy przyroda powraca do życia, staje się ten sam cud. Nastrój ludzi jest odzwierciedleniem pór roku: melancholia jesienią, przygnębienie podczas zimy, oczekiwanie w czasie wiosny i na końcu radość w trakcie krótkiego lata. Szwedzi mają obsesję na punkcie pór roku. Jedynym państwem, spośród wszystkich, w których mieszkałam, które posiada podobne relacje z porami roku, jest Japonia. Może Polacy czują to samo?

KS: W Szwecji w Noc Przesilenia Letniego młode dziewczyny robią bukiet z siedmiu kwiatów zebranych na łące. Kładą go pod poduszkę, żeby przyśnił im się przyszły mąż. O czym mogła marzyć Astrid robiąc swój bukiet? Starsza pani, która uważała, że całe jej życie jest za nią i że pozostała jej tylko samotność.
LO: Astrid mówi: „Dla mnie nie ma już marzeń”, więc wie, że nie ma już na co liczyć. Myślę, że zbiera kwiaty, ponieważ chce zachęcić do marzeń Veronikę, która ma przed sobą całe życie.

KS: Na swojej oficjalnej stronie internetowej: www.lindaolsson.net napisała Pani, że Pani powieść opowiada o nietypowej i nieoczekiwanej przyjaźni. Czy wierzy Pani, że prawdziwa przyjaźń może przetrwać odległość, a nawet śmierć?
LO: Nie wiem, czy może przetrwać śmierć. Według mnie po śmierci może pozostać tylko pamięć o przyjaźni. Jednak może to być oczywiście niezwykle cenne. Odległość oczywiście. Niektóre przyjaźnie dobrze się rozwijają mimo rozłąki. Mam przyjaciół, których nie jestem w stanie często odwiedzać, ale gdy się spotykamy jest tak, jakbyśmy nigdy się nie rozdzielili.

KS: Mieszka Pani w Nowej Zelandii. Umieściła Pani akcję powieści w Szwecji, w kraju „w istocie najdalej, dokąd można się udać w bezpowrotną podróż” – jak napisała Pani w „Słowie od autorki” na końcu książki. Czy było to dla Pani powrotem do czasów młodości?
LO: Na pewno była to podróż do kraju, w którym się urodziłam. Ostatnio czytałam cudowną kolekcję krótkich polskich opowiadań „Pępowina w ziemi” – „The unbilical cord in the soil” – uważam, że tytuł jest bardzo dobry. Myślę, że my wszyscy posiadamy pępowinę, która łączy nas z krajem naszego dzieciństwa. Mogły to być dobre lub złe lata, jednak cały czas jesteśmy związani z miejscem, w którym przeżyliśmy nasze dzieciństwo. W supermarkecie w Auckland, gdzie robię zakupy, pracuje młoda kobieta. Pewnego dnia kupiłam mango, a ona podniosła je w ręce i powiedziała: „Ono nie będzie tak słodkie jak żółte mango z mojego kraju”. Zapytałam skąd pochodzi. Odpowiedziała, że z Afganistanu. Obie wiedziałyśmy, że ona nigdy nie będzie mogła tam wrócić, ale łączyła ją więź z tym krajem, tak jakby zawsze tam mieszkała.

KS: Urodziła się Pani w Sztokholmie. Jednak Astrid i Veronika mieszkają w małej wiosce w Dalarna. Dlaczego wybrała Pani akurat ten region? Czy jest to dla Pani ważne miejsce?
LO: Tak. W 1975 roku mój mąż, ja i nasi bliscy przyjaciele postanowiliśmy kupić mały domek na wsi. Mieliśmy niewiele pieniędzy, dlatego się złożyliśmy. Wyznaczyliśmy koło dookoła Sztokholmu, gdzie mieszkaliśmy i zaczęliśmy rozglądać się po obszarze wewnątrz tego koła. Pewnego słonecznego, majowego dnia dojechaliśmy do małego gospodarstwa w Nås w zachodniej części regionu Dalarna i zakochaliśmy się. Kupiliśmy tam mały domek. Po paru latach nasze rodziny powiększyły się i potrzebowaliśmy większej przestrzeni. Kiedy kolejny dom we wsi został wystawiony na sprzedaż, kupiliśmy go i postanowiliśmy ciągnąć losy. Mój mąż i ja wylosowaliśmy stary dom, a nasi przyjaciele nowy. Spędzaliśmy bardzo dużo czasu na wsi i zawsze czuliśmy się tam mile widziani. Obecnie istnieją plany nakręcenia ekranizacji filmowej mojej powieści i mam nadzieję, że mieszkańcy Nås skorzystają z tego.

KS: Na Pani oficjalnej stronie internetowej zostały umieszczone przepisy na ulubione potrawy Astrid i Veroniki. Czy są to także Pani ulubione potrawy?
LO: (Śmiech) Uwielbiam jedzenie i uwielbiam gotować. Oczywiście Astrid i Veronika gotują jedzenie, które ja kocham. W szwedzkim jedzeniu zawarta jest wzruszająca prostota. I jedzenie, które gotują te dwie kobiety jest proste.

KS: Studiowała Pani prawo. Czy już w trakcie studiów lub przed ich rozpoczęciem myślała Pani o pisaniu książek?
LO: Nie. Ale zawsze kochałam opowiadać historie. Z tego co pamiętam, były to długie i ekscytujące opowieści. Potem chciałam zainwestować moją miłość do pisania w listy. Nadal czuję się oszołomiona i bardzo szczęśliwa, że mogę pisać cały czas.

KS: Czy pracuje Pani teraz nad nową powieścią?
LO: Tak! Napisałam jedną stronę, 350 słów. Tylko po to, żebym mogła wierzyć, że będzie jeszcze jedna…

KS: Jak podoba się Pani Kraków?
LO: Jak mogę wyrazić moją całkowitą miłość do tego miasta? Wystarczy powiedzieć, że zazdroszczę głównemu bohaterowi mojej drugiej powieści mieszkania, które kupuje na rogu ul. Bernardyńskiej i Smoczej. Na pewno tu wrócę!

KS: Czy jest tu Pani po raz pierwszy?
LO: Jest to pierwszy raz, kiedy przyjechałam tu na własną rękę. Nie wiem dlaczego fabuła mojej drugiej powieści „Sonata for Miriam” sama umieściła się w Polsce w Krakowie. Ale tak się stało. Przyjechałam nic nie wiedząc, niczego nie oczekując. Byłam całkowicie nieprzygotowana na ten romans. Ale od pierwszej chwili poczułam się jak w domu. W tym kraju i w tym mieście – w Krakowie. To jest niemożliwe do wyjaśnienia. Oczywiście jestem bardzo zmartwiona, że czytelnicy mojej nowej książki odkryją pomyłki. Na swoją obronę mam tylko to, że cały czas jestem nieświadoma wielu rzeczy. Ten romans jest jeszcze bardzo młody i mamy wiele do nauczenia się o sobie nawzajem – Kraków i ja.