Z Andrew Davidsonem rozmawiała Katarzyna Salwa


„Gargulec” jest Pana debiutem. Czy pamięta Pan kiedy i w jakich okolicznościach zrodziła się w Panu myśl, żeby zacząć pisać książki?
Nie, obawiam się, że nie, ale mam kilka interesujących wspomnień na ten temat, które mogę opowiedzieć. Pamiętam dokładnie pierwszy dzień, kiedy zacząłem pracować nad „Gargulcem”. Było to 1 maja 2000 roku, to dlatego, że nie mogłem dłużej ignorować Marianny. Jej postać powstała w mojej głowie dużo wcześniej, długo nad nią pracowałem, zanim zacząłem pisać książkę. Natomiast pamiętam moje pierwsze opowiadanie, ponieważ moja mama trzyma je w specjalnym pudełku. Była to historia o Brązowym Nietoperzu, która zaczynała się słowami: „Brązowy Nietoperz jest nazywany Brązowym Nietoperzem, ponieważ jest nietoperzem i jest brązowy”.

Ukończył Pan studia w zakresie filologii angielskiej. Czy wybrał Pan te studia ze względu na swoją pasję z dzieciństwa?
Oczywiście, że tak! Kiedy poszedłem na uniwersytet, na pierwszym roku nie musieliśmy jeszcze wybierać specjalizacji. Jednak potem nadszedł moment, kiedy trzeba było dokonać tego wyboru. Chciałem studiować literaturę, mimo że mój ojciec odradzał mi to, twierdząc, że nie będę mieć z tego zawodu żadnych pieniędzy. Jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym zajmować się czymkolwiek innym. Na pierwszym roku studiów interesowałem się także aktorstwem, ale szybko odkryłem dwie rzeczy. Po pierwsze, że nie mam talentu aktorskiego, a po drugie, że nie chciałem być jedną małą częścią świata. Chciałem kontrolować cały świat.

Zatem sądzi Pan, że tworzenie fikcji literackiej jest pewnego rodzaju sposobem kontrolowania świata, a może jest to sposób na kontrolowanie czytelników?
Nie mogę powiedzieć, żebym był w stanie kontrolować czytelników, ponieważ każdy czytając książkę reaguje na nią inaczej. Nie mam na to wpływu, ponieważ reakcja ta płynie z osobistego doświadczenia, z przeżyć, które powodują, że każdy będzie czytał moją powieść na swój własny sposób. Natomiast prawda jest taka, że pomysł kontrolowania świata poprzez tworzenie książki jest w pewnym sensie naiwny i uproszczony. Pisząc powieść wykonuje się ogromną pracę, trzeba dbać o szczegóły, zdobywać informacje o miejscach i wydarzeniach, które się opisuje. Jednak tak naprawdę cała ta praca nie powoduje, że powieść ożywa, aż do momentu, w którym postaci zaczynają żyć same, bez konieczności zmuszania ich do czegokolwiek.

Przez siedem lat zbierał pan materiały do napisania „Gargulca”. Jakiego rodzaju były to materiały i gdzie je pan znajdywał?
W trakcie pisania książki mieszkałem w Japonii. Gdy jakiś temat mnie zainteresował wchodziłem na amerykańską wersję portalu www.amazon.com, zamawiałem piętnaście książek i one przychodziły do mnie drogą pocztową. Problemem jest to, że czasami trafia się na książki, które są po prostu potworne.

W „Gargulcu” zabiera nas pan w podróż po wielu krajach: Japonia, Anglia, Islandia, Niemcy, Włochy. Czy poza Japonią, gdzie pracował pan jako nauczyciel odwiedził pan pozostałe kraje i czy były to podróże związane z pracą nad powieścią?
Zanim książka została opublikowana jedynymi opisanymi w niej miejscami, które odwiedziłem, były Ameryka Północna i Japonia. Po publikacji „Gargulca” miałem okazję odwiedzić Wielką Brytanię i Niemcy. Wciąż czekam na podróż do Islandii i do Włoch. Myślę, że niemożliwość odwiedzenia krajów, o których się pisze, ma swoją zaletę, ponieważ pozwala wykorzystać w sposób bardziej kreatywny swoje wizje tych miejsc. Wyobraźnia nie jest wtedy ograniczona przez rzeczywistość. Gdy wybierałem się w podróż do klasztoru Marienthal w Niemczech, bałem się, że będę zmuszony powiedzieć Niemcom: „Nie, ta rzeka jest w złym miejscu! W mojej powieści jet po drugiej stronie wzgórza. Powinniście ją przenieść!”. Po przybyciu na miejsce wszedłem na wzgórze ponad klasztorem, zamknąłem oczy i spróbowałem wyobrazić sobie to miejsce siedemset lat wcześniej, bez tych wszystkich współczesnych budynków.

Średniowieczne Niemcy, renesansowe Włochy, Islandia epoki Wikingów… Według jakiego klucza wybierał Pan państwa i epoki, w których odgrywa się akcja?
Dla każdego miejsca i dla każdego czasu jest inny klucz. Jeśli chodzi o Niemcy, informacje pochodziły od Marianne.

Rok po tym, gdy pierwszy raz do mnie przyszła i powiedziała, że wybiera się do szpitala odwiedzić poparzonego mężczyznę, trafiłem na artykuł o żeńskim klasztorze zakonu cystersów w Niemczech, który był średniowiecznym centrum mistycyzmu niemieckiego. Wtedy dopiero Marianne opowiedziała mi resztę swojej historii. Miałem wrażenie, że mnie sprawdza, a ponieważ przeszedłem próbę pomyślnie, mogłem usłyszeć dalszą opowieść. Gdy zacząłem zastanawiać się nad klasztorem w Marienthal, odkryłem, że nie powstał on przed 1244 rokiem, stąd wiedziałem, że akcja książki w tym miejscu musi toczyć się później. Jeszcze później żyła tam siostra Christina, a bardzo chciałem, żeby Marianne ją spotkała. W taki mniej więcej sposób wybrałem czas akcji tej części powieści. Podobnie umieszczenie akcji fragmentu książki we Włoszech w czasach „czarnej śmierci” wiązało się z tym, że ten mroczny moment w historii idealnie pasował do umieszczenia w nim kolejnego wątku akcji. Z drugiej strony, jeśli chodzi o Japonię, to nie określiłem dokładnie miejsca i czasu toczącej się tam historii. Zrobiłem to dlatego, że chciałem przywołać feudalną Japonię. Nie byłem zainteresowany podaniem dokładnego miejsca i czasu akcji, lecz przedstawieniem ducha tej epoki. Ja sam wybrałem dokładną datę, jednak nie ma jej w książce, ponieważ nie jest konieczna.

Gargulec opowiada o miłości, która potrafi przetrwać ogień i przekroczyć czas. Skąd takie przekonanie? Co mógłby pan powiedzieć o miłości prywatnie i na co dzień, poza tym, że jest ona jak pan twierdzi niedefiniowalna?
Marianne Engel uważa, że taka jest prawda.

– Dziękuję za rozmowę.