“Malarka gwiazd” to niezwykła lektura o interesującej i nieszablonowej fabule, w której przeplatają się dwie historie osnute wokół ważnych życiowych wyborów, trudnych do oceny i niejednoznacznych moralnie.


Malarka gwiazdAmelia Noguera sięgnęła po tematy stale obecne w literaturze – rodzinne tajemnice z przeszłości i pogmatwane losy przodków rzutujące na kolejne pokolenia, dylematy moralne w trudnych czasach wojny i okupacji.
Jest też obecna w powieści wielka miłość ścierająca się z okrucieństwami wojny, wreszcie współczesna przemoc domowa i poszukiwanie własnych korzeni przez zagubionych bohaterów.
Jednak sposób ujęcia tych, zdawałoby się ogranych, wątków każe przyjrzeć się uważniej powieści hiszpańskiej autorki.

“Malarka gwiazd” to nietypowa saga rodzinna przedstawiona zarazem od początku i od końca, dwie różne, w finale zazębiające się historie, które łączy jedno: bohaterowie postawieni przed koniecznością dokonania życiowego wyboru, spośród opcji niejednoznacznych moralnie, mających swoje dalekosiężne konsekwencje i trudnych do oceny: co będzie dobre, co będzie lepsze, a może żaden wybór nie będzie dobry?

Losy bohaterów z przeszłości – Elisy i Diega, zostały wplecione w mroczne czasy niemieckiej okupacji Francji. Ich tragiczna miłość jest wystawiana na ciężkie próby, trudna do pogodzenia z wyzwaniami stawianymi przez otaczającą ich rzeczywistość. Losy Elisy, znakomitej malarki i kopistki, autorka wplata w działania francuskiego Ruchu Oporu mające zapobiec grabieży dzieł sztuki z muzeów i kolekcji prywatnych. To jego członkowie, znani marszandzi i kolekcjonerzy, a także rzesza bezimiennych Francuzów, ratowali dorobek kultury, wynosząc, kamuflując i podmieniając cenne dzieła na kopie, niejednokrotnie przypłacając to śmiercią.

Z kolei Violeta, to bohaterka współczesna, żyjąca w toksycznym związku, z którego nie ma odwagi się uwolnić, ofiara przemocy domowej, w historii swojej rodziny odnajdzie inspirację do zmiany swojego życia. 

Postać Diega łączy przeszłość z teraźniejszością. U kresu życia dręczony wieloletnią traumą spowodowaną tragicznymi wydarzeniami chce dla własnego spokoju ducha podzielić się z Violetą mrocznymi rodzinnymi tajemnicami, odpokutować za śmierć ukochanej Elisy, której we własnym mniemaniu jest winny.

Z tych popularnych wątków autorce udało się stworzyć precyzyjną wieloelementową układankę z przenikających i uzupełniających się wojennych perypetii bohaterów, wspomnień Diega i historii Violety. 

dzieło Amelii Noguery to książka pełna tragedii i smutku, bólu i cierpienia

Dzieło Amelii Noguery to książka pełna tragedii i smutku, bólu i cierpienia spowodowanych nieodwzajemnioną miłością, utratą bliskiej osoby, koniecznością porzucenia ukochanego miejsca, przemocą w skali masowej i rodzinnej, wreszcie toksycznymi związkami i ich konsekwencjami. Robert Wiśniewski

Amelia Noguera, Malarka gwiazd, Przekład: Marzena Chrobak, Seria: Salamandra, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 30 sierpnia 2016
kup książkę

Malarka gwiazd

Amelia Noguera
Malarka gwiazd
Przekład: Marzena Chrobak
Seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 30 sierpnia 2016

II

Villaviciosa (Asturia), 6 czerwca 1934

Tak naprawdę nigdy nie podobał jej się ten dom, tak duży i tak niebieski, nawet mimo stylu Posady Noriegi. I nie podobało jej się życie w miasteczku leżącym tak daleko od wszystkiego i od wszystkich, gdzie jej ciemne oczy, przywykłe do oślepiającego światła Południa, z utęsknieniem wyczekiwały tych rzadkich dni, kiedy pojawiało się słońce, a przygasłe dotychczas hortensje wybuchały na kilka godzin feerią barw – różowe, białe, liliowe, błękitne; rozświetlały wszechobecną i monotonną zieleń innych roślin, królowały niewzruszone przy drodze, którą stare kobiety podążały na mszę na tę samą godzinę co ona, na jutrznię, ciągnąc za sobą jakąś zaspaną wnuczkę z krzywo zawiązaną różową kokardą. Nie podobał jej się dom, nie podobał jej się klimat, nie podobało jej się miasteczko i nie podobał jej się praktycznie żaden sąsiad.
Milagros nie przyzwyczaiła się do Północy nawet po dziesięciu latach od powrotu z ziemi, która tak bardzo przypominała jej niekiedy rodzinną Sewillę. Wciąż nie znosiła tej prowincjonalnej atmosfery, mdłych dziewcząt niewyściubiających nosa poza dom, nieokrzesanych mężczyzn, ogorzałych od pracy w polu albo na morzu, dominujących nad garstką kawalerów ukrytych za tarczą fortuny zdobytej za oceanem – jak oni sami, choć oczywiście wiele ich różniło – tego świata, w którym największym autorytetem w dziedzinie muzyki była ona. Owszem, umiała grać na pianinie, owszem, robiła to bardzo dobrze. Mogła była nawet zostać wybitną pianistką, gdyby nie poznała Manuela i nie rzuciła wszystkiego, by wraz z nim szukać szczęścia w Meksyku. Jednakże w tym królestwie ślepców muzycznych jednooki, który umiał odróżnić do od la, był królem. Dlatego właśnie pomysł ponownego zamieszkania w wielkim mieście nie wydał jej się całkiem pozbawiony sensu.
Spróbowała przygładzić zbuntowany pukiel włosów, który opadał jej na oczy. Dźwięki wybijanej godziny rozbrzmiewały głucho w szafce z akacjowego drewna, jakby zamiast kukułki pohukiwał puszczyk. Jak można było nazwać w ten sposób mechanizm wytwarzający taki dźwięk? Był tak podobny do kukania jak ta grubo ciosana maszkara do prawdziwego ptaka. Nigdy nie ustawiłaby go w salonie, gdyby jej małżonek tak bardzo nie nalegał. Manuel, ach, jej Manuel! Zawsze taki punktualny… Ale musiała przyznać, że przynajmniej skutecznie narzucał rytm dnia w domu, gdzie narzucenie czegokolwiek przychodziło jej z największą trudnością.
Przy czwartym kuknięciu wstali od stołu i przeszli do saloniku. Jak diabelnie późno jada się w Hiszpanii, jak szybko przejęła te zwyczaje odmienne od zwyczajów jej dzieciństwa. Zamknęła książkę, prezent, który przywiozła jej z Madrytu Clara, jeszcze bardziej podupadła na zdrowiu niż przed wyjazdem do stolicy; przeglądała ją, czekając, aż służąca poda kawę, rzecz, której nie mogło zabraknąć w tym domu. Twarde, grube okładki wydały dźwięk „pluf”, zbyt wyrafinowany jak na rozmowę bez ogródek.
– Nie wiem, nie wiem, Manuelu – powiedziała Milagros, spoglądając czule na męża. – Pomysł wydaje mi się całkiem niezły, ale wyjeżdżać teraz, kiedy już wreszcie udało nam się przywyknąć do życia w Hiszpanii, kiedy wydałeś tyle pieniędzy na ten piękny dom i te wszystkie rzeczy, które musielibyśmy porzucić… A przede wszystkim Diego za kilka miesięcy zaczyna studia… Choć tak naprawdę nie mogę powiedzieć, że nie chciałabym wyjechać z Asturii, przynajmniej na jakiś czas. Co do tego możesz być pewny. Zwłaszcza po tym, co przydarzyło mi się wczoraj, jeszcze wam tego nie opowiadałam. Wychodząc z kościoła, natknęłam się na kuzynkę naszej panny pokojowej, tę, która przynosiła nam mleko kilka razy… Tak, nie rób takiej miny, na pewno widziałeś ją kiedyś. Ma najbardziej delikatne dłonie, jakie widziałam u osoby jej stanu. Wygląda, jakby stale robiła sobie manikiur. Otóż jej mąż był wśród tych górników, którzy ulegli wypadkowi kilka tygodni temu. Przytrafiło mu się najgorsze. Musiałam podejść do niej i złożyć kondolencje, chociaż moje panie poszły dalej. Tak bardzo było mi jej żal, że po prostu musiałam. Płakała bez przerwy. To było straszne. Na pewno przyszła do kościoła, żeby poprosić o coś proboszcza, bo wcześniej rzadko ją tu widywałam. Nie podoba mi się to miejsce, nie czuję się tu dobrze, jesteśmy tu obcy. Wiem, że to twoja ziemia, ale nie mogę się przyzwyczaić. A poza tym może Jaime ma rację i problemy dopiero się zaczynają. Chociaż Londyn akurat nie jest miastem, w którym chciałabym teraz zamieszkać, pada jeszcze bardziej niż tutaj, a tego to już chyba nie zniosę. Nie mówiąc o tym, że angielski nigdy nie był moją mocną stroną. To język zbyt skomplikowany jak dla mnie. W Madrycie byłoby nam lepiej.
Milagros mówiła szybko, tak szybko, że niekiedy nie dało się jej zrozumieć, jeśli słuchacz patrzył w inną stronę i nie śledził ruchu jej ust. Wstała, podeszła do drzwi i zamknęła je. Jakże trudno było o służące tak wierne jak dawniej! Spojrzała na spódnicę, ta maleńka czerwona plamka nie zejdzie łatwo bez zniszczenia materiału. Podniosła głowę i zakryła plamkę dłonią, następnie rozejrzała się na boki i usiadła, starając się trzymać prosto. Utkwiła wzrok w Jaimem, który bez przerwy poprawiał spadające okulary.
– Ależ wy nawet nie wyobrażacie sobie, co się wyprawia w Madrycie! – odezwał się ów, kręcąc się niespokojnie na krześle. – Tam dopiero wrze! Nie chcecie przyjąć tego do wiadomości, ale będzie się działo coraz gorzej. Zobaczcie tylko, co się stało z Azañą, z Lerroux i tak dalej, i dalej… Prawica kręci się w kółko, wycofuje ze wszystkiego, złego i dobrego… A komuniści! A anarchiści! Nawet oni nie wiedzą dokładnie, czego chcą. Nie wiadomo, skąd posypią się ciosy. Wszyscy przypływają i odpływają jak fale. Rząd jest niestabilny. Co decyzja, to koszmar, jeden eksperyment za drugim. Nic dziwnego, że staruchy się modlą… Przepraszam, Milagros, oczywiście nie miałem na myśli ciebie.
– Jaime, jeśli mój mąż nie zmusił mnie, żebym wyparła się wiary w to, w co mi się podoba, nie zrobi tego rząd, który dziś głosi jedno, a jutro drugie. I nie musisz przepraszać, doskonale rozumiem, co chcesz powiedzieć.
– Prawdę mówiąc, masz całkowitą rację. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował radykalnie zmieniać obyczajów poprzez zakazy i nakazy. A skoro zrobili to kiepsko kiedyś, to nie zrobią tego lepiej teraz. Widzieliśmy, co wyszło z projektu praw wyborczych dla kobiet, pora nie była najlepsza, nie wypalił, na pewno czeka nas jeszcze wiele niespodzianek tego typu. Jak bardzo trzeba być naiwnym, żeby uwierzyć, że zabierając jezuitom wszystko i wyrzucając biedaków z kraju… O Chryste, nigdy nie myślałem, że będę kiedyś żałował jezuitów… Co to ja mówiłem? No tak… Trzeba nie mieć piątej klepki, żeby oczekiwać, że księża, nawet wywłaszczeni, sami zejdą z ambony. Zbyt wiele wieków tradycji stoi za nimi. I nikt tego nie zmieni jedną ustawą, mimo że nagle przybyło nam tylu republikanów. Poza tym tak to już jest, że niektórym dajesz palec, a oni chap całą rękę, idą i podpalają klasztory. Nic dobrego z tego nie wyniknie, zwłaszcza w kraju takim jak nasz, gdzie połowa kobiet ma na imię María, a druga – Concepción, Anunciación albo Magdalena.
– Albo Milagros, Jaime, albo Milagros.
Kobieta patrzyła, jak jej syn Diego rzuca na stolik kartę za kartą, przegrywając z Martinem. Jego przyjaciel zawsze wygrywał. Nie brali udziału w rozmowie, jakby to nie ich właśnie przede wszystkim dotyczyła. Ale młodość jest najdłuższym grzechem pychy w całym życiu, choć także najłatwiej wybaczalnym. Oby łakomstwo też się do nich zaliczało. Może wówczas nogi przestałyby ją boleć, bo choć z całych sił starała się nie jeść tyle, jej pulchne ciało z dnia na dzień powiększało swoją objętość. Manuel dosypał Jaimemu cukru do kawy, a ów, zamieszawszy mocno, podniósł filiżankę do ust, nie przestając perorować.
– A poza tym to wszystko kłamstwo. Dużo jest takich republikanów na gębę, nie wiadomo, co by zrobili, gdyby król i tamci wrócili do władzy. I co zrobią teraz, kiedy prawica znowu rządzi. Manuelu, to szaleństwo, powiadam ci, przekonaj żonę. – Jaime spojrzał zatroskanym wzrokiem na swojego przyjaciela i wypił łyk kawy. – Tu, w Hiszpanii, nie jesteśmy jeszcze przygotowani na taki krok. A w dodatku pogardza się ludźmi, którzy coś wiedzą. Popatrz na Ortegę y Gasseta. Jego artykuł w „El Sol” – niesamowity. A kto go czyta? Garstka oświeconych, których nikt nie słucha, i kilku takich jak my, którzyśmy byli za granicą i myślimy inaczej. Dlatego nie podoba mi się to, co się dzieje. Te rządy w tę i we w tę nie mogą przynieść nic dobrego, głowę daję.
Jaime odstawił filiżankę na stolik. Nie znosił parzyć sobie podniebienia gorącym płynem, a pokojówka przyniosła dzbanek z wrzącą kawą. Smużka aromatu i pary unosiła się wężykiem nad fajansem z La Cartuja, wytwornym i delikatnym jak łyżeczka z pociemniałego srebra, którą odłożył na spodeczek usiany kwiatuszkami, zbyt delikatny na tak gorzką kawę. Spojrzał na swoją żonę: Clara nie odrywała wzroku od kajetu. Zapragnął podejść do niej, przerwać rozmowę, o której wiedział, że ją drażni, lecz z szacunku dla przyjaciół nalegał dalej.
– A, Milagros, kto mówi „Londyn”, może też powiedzieć „Paryż”. Czy przypadkiem nie mieszka tam twoja siostra?
– Tak, to prawda – odrzekła zagadnięta, uśmiechając się szeroko. – Nie widziałyśmy się od dawna. Na pewno będzie zachwycona, jeśli wreszcie ich odwiedzimy, i pomoże nam znaleźć przyzwoite mieszkanie. Amalia mieszka we Francji od wielu lat, od kiedy wyszła za Gérarda. Moja siostrzenica Anna urodziła się tam, jest Francuzką, a sądząc po ostatnich zdjęciach, jakie mi przysłali, bardzo ładną Francuzką.
– Bardzo ładną? – odezwał się Diego, po raz pierwszy podnosząc wzrok znad kart. – To my też się na to piszemy. Prawda, Martín?
– Synku, nie bądź takim trzpiotem, rozmawiamy o sprawach, które nie są bynajmniej powodem do żartów.
Diego podszedł do matki i ucałował ją dwukrotnie w czoło. Stał się dorosły tak szybko, że ledwie pamiętała, kiedy przestał wdrapywać się jej na kolana, prosząc, żeby zagrała mu coś na pianinie, i słuchając jej gry ze spojrzeniem tak czystym i świeżym, jakby odkrywał w tym właśnie momencie cały świat.
– Wybacz, mamo, nie mam zamiaru uganiać się za moją kuzynką, jeśli nie okaże się to absolutnie koniecznie. I wiem, że rozmawiacie o rzeczach ważnych. Ale ja nie widzę niebezpieczeństwa. Chociaż czasem wydaje mi się, że zapomnieliście o własnych korzeniach, musicie pamiętać, że my, Hiszpanie, naprawdę potrafimy radzić sobie z wewnętrznymi różnicami, nie tworząc przy tym więcej problemów niż zwykle. Żyjemy w czasach, które dla wielu ludzi są trudne, ale nie sądzę, żeby trzeba było aż wyjeżdżać. Ja w każdym razie nie chcę wyjeżdżać. Wiecie o tym.
– Owszem, wiemy, ale wiemy też, że twoje powody nie są zbyt logiczne.
Milagros zwichrzyła mu włosy, miał takie same kędziory jak ona, kasztanowe, błyszczące, nie układał ich, pozwalał, żeby czesał je wiatr, jak u wieśniaka. Wrócił do Martina, lecz obaj najwyraźniej stracili zainteresowanie kartami. Ktoś zadzwonił do drzwi, a kilka sekund później panna pokojowa wprowadziła młodą dziewczynę. Wraz z nią do saloniku wpadł powiew świeżego powietrza.
– Eliso, jakże się cieszę. Ależ się każesz prosić ostatnio! – powitała ją gospodyni.
– Dzień dobry, Milagros, dzień dobry wszystkim, wybaczcie to najście. Proszę, nie myśl tak, odwiedziny u was to zawsze wielka przyjemność. Rodzice powiedzieli mi, że tu będą, a ja przybiegłam, kiedy tylko skończyłam pracę.
Dziewczyna podeszła do matki, by się przywitać. Clara siedziała przy wielkim oknie wychodzącym na ogród pełen magnoliowców i słuchała rozmowy bez słowa, jak prawie zawsze. Podobieństwo między nimi było niezwykłe, a jeszcze bardziej niezwykły fakt, że było ono tylko fizyczne.
– I co tam, kochanie? Jak ci poszło z obrazem? Skończyłaś?
Głos, który rozbrzmiał w salonie, był identyczny jak ten sprzed krótkiej chwili. Gdyby wszyscy zamknęli w tym momencie oczy, nie wiedzieliby, kto mówi, matka czy córka.
– To dlatego nie mogliśmy się cieszyć twoim towarzystwem przy obiedzie, tak? Dalej malujesz całymi dniami? – Milagros dolała sobie kawy, nie spuszczając wzroku z syna. – Dobrze robisz, wiesz, co sądzę na ten temat, uważam, że jesteś bardzo zdolna, niewiele widziałam obrazów z taką duszą jak twoje. A zapewniam cię, że znam dzieła wielu malarzy. Nowy Jork ma rewelacyjne muzea. Ależ za nimi tęsknię.
– Nie zaczynajmy po raz kolejny, Milagros – przerwał jej mąż. Przyłożył ręce do ciała, zaciskał bezwiednie pięści. Prawie budził śmiech. – Jeśli naprawdę czujesz się tu tak, jak mówisz, wyjedźmy, do Londynu, do Paryża, dokąd tylko zechcesz. Przestaniesz się wówczas skarżyć, że żyjesz z dala od malarzy, muzyków i innych artystów-cyganów, których tak ci brakuje. A po francusku, owszem, mówimy kiepsko, ale mówimy. Odmawiam zabierania się teraz do nauki angielskiego, mimo że tak bardzo lubisz tę pisarkę, którą tak wychwalasz. Jeśli zaś chodzi o sprawy zawodowe, jest mi wszystko jedno, czy prowadzę interesy z moimi amerykańskimi wspólnikami stąd czy z Paryża. Może nawet tam będą lepsze połączenia telefoniczne. Mam nadzieję, że znajdę jakieś miejsca na polowanie. Mój kuzyn lekarz też przeprowadził się niedawno do Paryża. Chyba na początku roku, z żoną i córkami. I bardzo dobrze mu się powodzi.
– Jane Austen, Manuelu, ta pisarka nazywa się Jane Austen – odparła pośpiesznie Milagros. – I nie o to chodzi, nie o to chodzi. Nie chcę, żebyście myśleli, że jestem płocha, że Hiszpania mnie drażni. Ja tylko chciałabym mieszkać bliżej wielkiego miasta. Żyjemy w takich czasach, że wyjazd do Oviedo albo do Gijón do teatru lub na koncert to prawdziwa wyprawa w nieznane. Odechciewa mi się. A poza tym może Jaime ma rację. Sprawy komplikują się z dnia na dzień. Wyjechać na jakiś czas to może i dobry pomysł.
– Czy to znaczy, że posłuchają państwo moich rodziców? Oni od miesięcy przymierzają się do wyjazdu, ale myślałam, że już nigdy się na to nie zdecydują. Ja wyjechałabym bez namysłu do jakiego bądź miasta w Europie.
Martín podskoczył na fotelu, ale Diego ubiegł go i zapytał:
– Wyjedziesz z nimi, Eliso?
– Oczywiście, Diego. Kiedy tylko podejmą decyzję. Przestudiowałam już programy wszystkich uniwersytetów, które mogłyby wchodzić w grę. Napisałam do kilku, do miast, gdzie moglibyśmy wyjechać, i tam, gdzie są wydziały sztuk pięknych. W Paryżu mogłabym studiować w École Nationale Supérieure des Beaux-Arts, ni mniej, ni więcej. To jedna z najlepszych szkół malarstwa w Europie. – Elisa spojrzała na Milagros kącikiem oka. Nigdy nie przestanie być jej wdzięczna za to, że przekonała ojca, by pozwolił jej studiować, że w innych krajach robi to mnóstwo kobiet i żadna nie umarła z tego powodu ani nie oślepła. – Czekam tylko na to, żeby się wreszcie zdecydowali. Ale oni nie chcą wyjechać, dopóki nie wyjedziecie wy. Jak widzicie, jesteśmy dużą rodziną. A ty, Martín, chyba też zaliczasz się do inwentarza.
Chłopiec spojrzał na nią pierwszy raz od czasu, gdy weszła. Jej fiołkowe oczy zbijały go z tropu. Ta dziewczyna była jak kot. I poruszała się jak on.
– Nie wiem – powiedział. – Ojciec na pewno nie zechce zostawić kancelarii w rękach wuja. Ale myślę, że Jaime ma rację. Jasno widać, że tutejsi górnicy prą do rewolucji. Żyje im się lepiej niż robotnikom rolnym, mają najwyższą dniówkę w Europie i najkrótszy dzień pracy, ale ich związki są bardzo silne i ciągle ogłaszają strajk, już sam nie wiem o co. Ale moi rodzice nie wyjadą za nic, nie zostawią ziemi bez nadzoru, zwłaszcza jeśli zanosi się na problemy. I nie wiadomo, co wyjdzie z tej tak zachwalanej reformy rolnej. To nie jest dobry moment, żeby opuszczać wieś. Poza tym oni tu się urodzili, nie marzą o wielkim mieście. Lubią ten styl życia, spokój, który tu panuje… to znaczy, który tu panował jeszcze do niedawna. – Martín wstał i wrzucił do filiżanki kolejną kostkę cukru. Poruszył głową, żeby odsunąć czarny kosmyk, który kołysał mu się nad oczami. Usiadł bliżej Elisy. – Ale ja tak, ja chętnie wyjechałbym na jakiś czas. Paryska wrzawa nie zniechęca mnie ani odrobinę i myślę, że moglibyśmy wykorzystać fakt, że Elisa sprawdziła wszystkie uniwersytety w promieniu kilku tysięcy kilometrów stąd, tak, Eliso?
Nie odpowiedziała, przesunęła tylko krzesło bliżej krzesła matki i wzięła ją za rękę. Jakiś czas temu Clara zamknęła zeszyt, odłożyła go na stół i ponownie odwróciła się do okna. Siedziała wpatrzona w jakiś daleki punkt, podczas gdy córka głaskała jej dołki pomiędzy palcami. Wydawało się, że Elisa robi to bezwiednie, jakby od zawsze przywykła do opiekowania się nią i znała na pamięć gesty napawające ją spokojem. Spokojem, który utraciła, nikt nie wiedział kiedy, a który przebłyskiwał czasem z głębi jej oczu. Patrząc na tę parę, wszyscy pomyśleli, jak tyle razy przedtem, że to niemożliwe, by dwie wyglądające tak samo kobiety mogły być w rzeczywistości tak różne.
Na zewnątrz było jeszcze zimno. Liście magnoliowców błyszczały, a purpurowe pąki miały lada chwila wybuchnąć kolosalnymi białymi kwiatami. Podmuch wiatru porwał stertę liści spod spękanych pni. Chmurna szarość nieba pokrywała wszystko, nawet popielatą górę. Wiewiórka podniosła z ziemi suchy orzeszek i rozbiła go o kamień. Kawa już nie pachniała, wszyscy przywykli do jej aromatu, tylko przyjemna woń perfum Elisy torowała sobie drogę przez ich zmysły, unosiła się w powietrzu. Martín wpatrywał się w dziewczynę, lecz ta nie odpowiadała.
– Nie sądzę, żeby ojciec miał jakieś zastrzeżenia do mojego wyjazdu do Paryża czy dokądkolwiek, pod warunkiem żebym studiował prawo, to nie ulega dyskusji – podjął. – Tak że ja przyłączam się do tego szaleństwa, jeśli mi pozwolicie. Zawsze będzie czas na powrót do jego kancelarii po ukończeniu studiów za granicą, jeśli nie będę miał innego wyjścia. A jestem pewien, że adwokat wykształcony na Sorbonie albo innym paryskim uniwersytecie, na który mnie przyjmą, nie będzie miał sobie równych w całym Gijón i okolicy.
– Sprawiłoby nam wielką radość, gdybyście dołączyli do nas – zabrał głos Jaime. – Wbrew temu, co sądzi Elisa, Clara i ja postanowiliśmy wyjechać najpóźniej za kilka miesięcy. Jest nam wszystko jedno, czy celem będzie Paryż, Londyn czy Amsterdam. Nie chciałem o tym mówić, ale mój szwagier, ten, który służy w Sewilli, obserwował z bardzo bliska pucz Sanjurja – to wprawdzie tylko parweniusz, ale któż to wie, ilu jest takich jak on, a poza tym z głupia frant uwiódł samego Lerroux – i od tego czasu ostrzega nas, powiedziałbym wręcz, że straszy. Nie wiem, czy jest stuknięty czy obłąkany, ale widzi to tak: Republika bardzo zaszkodziła wojskowym. Zbyt wielu dowódców zostawiła bez możliwości dowodzenia i próbowała odebrać im władzę, ale w rzeczywistości mają jej aż nadto. Historia z Sewilli mogłaby się powtórzyć i nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie konsekwencji. My nie zostajemy. Clara nie nadaje się na mocne wrażenia, ja, prawdę mówiąc, też nie. A jeśli się okaże, że nie ma powodu do obaw, wrócimy.