Krakowski dziennik „ECHO KRAKA” i jego specjalnego wysłannika, Honoriusza Bukwę, wymyślił na użytek opowieści o porwaniu Baltazara Gąbki, Stanisław Pagaczewski. Redaktor Bukwa relacjonował dla „Echa” m.in. moment wyjazdu ekspedycji Smoka Wawelskiego do Krainy Deszczowców. Po raz enty czytam rzeczoną relację wyimaginowanego dziennikarza i wyobrażam sobie, jak Honoriusz Bukwa opisuje setną rocznicę urodzin swego twórcy, która przypada 9 lipca bieżącego roku.


Nie lubiłam się bać – wspomina Anna Pagaczewska – Białczyńska, córka pisarza. – Tata, od którego wciąż domagałam się wymyślania nowych bajek, zapytał któregoś razu czy może opowiedzieć mi historię o smoku. Odparłam, że może, ale pod warunkiem, że ten smok będzie dobry, a nie taki, który sieje postrach. I w ten sposób Smok Wawelski narodził się na nowo, w zupełnie zaskakującej odsłonie. Sympatyczny, przyjacielski, ciepły, z poczuciem humoru. W dodatku podróżujący, piszący książki, pracujący nad rozmaitymi wynalazkami i lubiący lizaki anyżkowe. A. I jeszcze ze złagodzoną wersją legendy o sobie samym! Smok Wawelski Pagaczewskiego bowiem nie pęka od wypicia nadmiaru wiślanej wody, ale – uwaga! – ciężko choruje się po zjedzeniu nafaszerowanej siarką owieczki i w trakcie choroby przechodzi wewnętrzną przemianę. Zatrucie żołądkowe tak nim wstrząsa, że odtąd z wroga staje się przyjacielem ludzi. –Tata opowiadał mi co wieczór kolejne historyjki o dobrym Smoku Wawelskim, aż w końcu postanowił je spisać dając początek bestsellerowi „Porwanie Baltazara Gąbki”. Pamiętam kiedy przyszła duża paczka z egzemplarzami autorskimi. Nikt z nas nie przypuszczał wówczas, że książka stanie się takim hitem.

W opowieściach Pagaczewskiego Smok Wawelski narodził się na nowo, w zupełnie zaskakującej odsłonie. Sympatyczny, przyjacielski, ciepły, z poczuciem humoru.

Baltazar, że tak to ujmę, nie był bynajmniej debiutem pisarza. –Ojciec zadebiutował jako siedemnastolatek wierszem opublikowanym na łamach „Czasu” w 1933 roku, a jego pierwsza książka ukazała się w 1950 roku. Stanisław Pagaczewski, syn Juliana, profesora historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego, pragnął żyć z pisania, unikając przy tym zatrudnienia na etacie. Jak wspomina jego córka marzenie to udało mu się zrealizować. Jednym ze środków do celu były studia polonistyczne w Krakowie, w czasie których notabene, grywając w teatrze studenckim, Stanisław poznał młodszego od siebie o 4 lata Karola Wojtyłę. W listopadzie 1939 roku ojciec Stanisława zapada na grypę w związku z czym nie może udać się na zebranie wykładowców uniwersytetu, na którym uczeni mają wysłuchać odczytu dotyczącego poglądu okupujących miasto nazistów na kwestie szkół wyższych i nauki, a w rzeczywistości zostają aresztowani i wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.

Uniknąwszy uwięzienia i w obawie przed nim w przyszłości, prof. Julian Pagaczewski opuszcza czym prędzej wraz z rodziną Kraków i kupuje mały domek w Ciężkowicach pod Tarnowem. Stanisław w czasie wojny prowadzi tam tajne komplety, których echa zabrzmią później w jego książce „Szkoła bez dzwonka”. Podczas gdy prowadzi lekcje, wyznaczona osoba stoi na czatach i obserwuje czy nie nadciąga jakiś patrol. Jeśli tak, bezzwłocznie daje pisarzowi znać, a zakazane lekcje zmieniają się w oka mgnieniu w prywatkę. Gra patefon, młodzi tańczą, śmieją się i świetnie udają, że nie łamią prawa okupantów. W Ciężkowicach Stanisław poznaje również kobietę swego życia – Janinę.

Pani Anna wspomina, że pewnego dnia brat ojca wrócił do domu z apteki do domu i oznajmił Stanisławowi, że pojawiła się w niej „nowa, ładna magistra”. Pisarz idzie się jej przyjrzeć i wkrótce bierze z nią ślub. Janina, podobnie jak on, pochodzi ze starej krakowskiej rodziny, ale do Ciężkowic trafia na praktykę zawodową. Młodzi małżonkowie zamieszkują w kamienicy wzniesionej przez ojca Janiny przy ul. Biernackiego. Pani Anna jest ich trzecim, najmłodszym dzieckiem, wychowywanym głównie przez tatę z racji jego wolnego zawodu i możliwości pracy w domu. –Był najlepszym tatą na świecie i nie ukrywam, że trochę to wykorzystywałam i „wchodziłam mu na głowę” – uśmiecha się córka pisarza. Pani Anna wspomina, że budziła się czasami wczesnym rankiem i słyszała stukanie maszyny do pisania. (Ta maszyna jest do dziś w jej domu.)

Kiedy pytam ją jaki obraz w jej pamięci przywołuje słowo „ojciec”, opowiada mi z uśmiechem o tacie, który stoi w szlafroku w pasy (chyba flanelowym) i w przydeptanych kapciach i miesza herbatę do której chwilę wcześniej wsypał cukru. –Trochę jak Smok Wawelski z książki o Gąbce – śmieje się. Jej ulubionym dziełem pióra ojca nie jest jednak żadna z książek o Baltazarze, ale tomik wierszy „Krople głogu”, który jak twierdzi streszcza świetnie jego osobę.

Ojciec pisał wiersze, artykuły, przewodniki turystyczne, powieści, ale pisał też przez pamiętniki, które mam u siebie i z którymi nie mogę się zmierzyć. Ich lektura wywołuje we mnie zbyt silne emocje – mówi Anna Pagaczewska – Białczyńska. – Pisał je od 1935 roku aż do śmierci w roku 1984. To kilkadziesiąt zeszytów. Dziś zadałabym ojcu mnóstwo pytań dotyczących jego życia, zasypałabym go prośbami o najdrobniejsze szczegóły. Wiele osób żałuje, że nie pytało, kiedy był czas swoich rodziców czy dziadków o różne wydarzenia z przeszłości. Niestety do tego trzeba dojrzeć i dojrzewa się często za późno – mówi córka pisarza. – Bardzo żałuję, że nie mogę już tego zrobić.

A ja bardzo żałuję, że muszę w tym miejscu skończyć, choć chciałabym napisać jeszcze o miłości do gór Pagaczewskiego, o jego umiłowaniu wolności, o wycieczkach, które organizował dla swoich dzieci, Uhercach pod Leskiem, które były symbolem dzieciństwa autora, o jego podróżach morskich, Orderze Uśmiechu, który otrzymał i cenił, potyczkach z cenzurą w PRLu i jego ulubionej, choć naprawdę mało znanej książce „Colas Breugnon” Romaina Rollanda. O czym? O smakowaniu zwyczajnego życia. Zwyczajnego życia, które lubił najbardziej. Aleksandra Polewska

Zdjęcia: archiwum rodzinne Anny Pagaczewskiej – Białczyńskiej