„Luna” to niesamowita powieść. Świetnie pomyślana, niezwykle obrazowa, a to wszystko i tak nie jest w stanie przyćmić pełnokrwistych postaci. To fantastyka, która idealnie przemówi tak do fanów Kima Stanley’a Robinsona, jak Kena Macleoda.
Po misternie utkanych fabułach z intrygującym spojrzeniem na przyszłość krajów takich, jak Indie, Brazylia i Turcja, Ian McDonald zwrócił się ku Księżycowi.
„Luna” to wciągający thriller o pięciu rodzinnych korporacjach uwikłanych w zaciętą walkę o hegemonię nad surowym księżycowym środowiskiem. Na Księżycu bardzo łatwo zginąć, ale dzięki bogactwu jego złóż równie łatwo się tu dorobić.
Ten pierwszy tom z planowanych dwóch zrobi z Księżycem to samo, co Rzeka Bogów z Indiami, a Dom Derwiszy z Turcją – odmaluje barwną, intensywną, nadzwyczajną, a jednocześnie wiarygodną przyszłość.
Ian McDonald to jeden z najlepszych autorów fantastyki naukowej na świecie. Jego powieści są przemyślne, mądre i nie cofają się przed niczym (…) wspaniale oświecając i bawiąc.
Kim Stanley Robinson
Przeczytam wszystko, co ten człowiek napisze – jest w tej branży najbardziej niedocenionym geniuszem.
Cory Doctorow
Luna. Nów to świat przepięknie i misternie utkany z materii, która mogłaby wydać się fantastyczno-naukowym banałem. Jest wiarygodny i zmuszający do namysłu. Wspaniała robota.
Sci-Fi Now
Wyobraźcie sobie „Drogę przez Układ Słoneczny” Bena Bovy skrzyżowaną z powieścią „Luna to surowa pani” Heinleina, ale wszystko to na nowo przemyślane w XXI wieku, z podkręconym, bardziej globalnym kolorytem – to wam da pojęcie, jaka jest „Luna”. Widzę przed tą książką świetlaną przyszłość i deszcz nominacji. Gorąco polecam.
SFF World
Luna: Nów
Przekład: Wojciech Próchniewicz
Wydawnictwo MAG
Premiera: 13 kwietnia 2016
Luna: Nów
Jeden
W białym pomieszczeniu na skraju Sinus Medii siedzi sześcioro nagich nastolatków. Trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Skórę mają czarną, żółtą, brązową, białą. Drapią się po niej nieustannie i zawzięcie. Spadek ciśnienia wysusza i powoduje swędzenie.
Pomieszczenie jest ciasne, jak beczka, w której ledwie da się stanąć. Młodziaki tłoczą się na ławeczkach, przyciskają do siebie udami, kolanami napierają na siedzących naprzeciwko. Nie ma gdzie podziać wzroku, nie ma na co patrzeć poza sobą nawzajem, oni jednak unikają kontaktu wzrokowego. Są zbyt blisko i zbyt obnażeni. Każde oddycha przez przezroczystą maskę. Tlen posykuje, gdy komuś nie trzyma uszczelka. Na drzwiczkach śluzy tuż pod oknem jest barometr. Pokazuje piętnaście kilopaskali. Obniżenie ciśnienia do tego poziomu trwało godzinę.
Jednakże na zewnątrz jest próżnia.
Lucasinho pochyla się i raz jeszcze patrzy przez małe okienko. Drugą śluzę widać bez problemu, droga do niej jest prosta i bez przeszkód. Słońce stoi nisko, cienie są długie i intensywne, zwrócone ku niemu. Czarniejsze na czarnym regolicie mogą skrywać wiele zdradzieckich niespodzianek. Temperatura powierzchni wynosi 120 stopni, ostrzegał go chowaniec. Jak bieg po ogniu.
Bieg po ogniu, bieg po lodzie.
Siedem kilopaskali. Lucasinho czuje się opuchnięty, skórę ma napiętą i jakby brudną. Gdy ciśnienie spadnie do pięciu, otworzy się śluza. Lucasinho żałuje, że nie ma nad sobą chowańca. Jinji spowolniłby rozkołatane serce, uspokoił drgający mięsień w prawym udzie. Zerka w oczy dziewczynie naprzeciwko. Jest z rodziny Asamoah; obok siedzi jej starszy brat. Palce kręcą amuletem adinkra na szyi. Chowaniec musiał ją ostrzegać. Na zewnątrz taki metal może się przyspawać do skóry. Możliwe, że ona już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie znaku Gye Nyame. Rzuca mu zdawkowy półuśmiech. Mimo obecności sześciorga nagich atrakcyjnych nastolatków przyciśniętych do siebie udami w komorze panuje całkowita seksualna próżnia. Wszystkie myśli zwrócone są ku temu, co czeka za drzwiami śluzy. Dwoje Asamoah, dziewczyna Sun, dziewczyna Mackenzie, przestraszony chłopak Woroncow z hiperwentylacją oraz Lucasinho Alves Mão de Ferro Arena de Corta. Bzykał się z nimi wszystkimi oprócz dziewczyny Mackenzie. Cortowie i Mackenzie się ze sobą nie zadają. I oprócz Abeny Maanu Asamoah, bo jej doskonałość go onieśmiela. Za to jej brat… brat obciąga najlepiej na świecie.
Dwadzieścia metrów. Piętnaście sekund. Jinji wypalił mu te liczby w mózgu. Odległość do drugiej śluzy. Czas, przez który nagie ciało człowieka może przetrwać w wysokiej próżni. Po piętnastu sekundach – utrata przytomności. Po trzydziestu – nieodwracalne obrażenia. Dwadzieścia metrów. Dziesięć kroków.
Lucasinho uśmiecha się do pięknej Abeny Asamoah. Wtem błyska czerwone światło. Zrywa się na nogi, zanim śluza się do końca otworzy. Ostatnie sapnięcie ciśnienia wyrzuca go na Sinus Medii.
Raz. Prawa stopa dotyka regolitu i z głowy znikają wszystkie myśli. Oczy pieką. Płuca palą. Rozrywa go.
Dwa. Wydech. Wypuść powietrze. Zero ciśnienia w płucach, pouczał Jinji. Nie, nie można, to śmierć. Wydech, inaczej płuca ci eksplodują. Stopa opada.
Trzy. Wypuszcza powietrze, które zamarza mu na twarzy. Woda na języku, łzy w kącikach oczu się wygotowują.
Cztery. Abena Asamoah wyrywa się przed niego. Skórę ma szarą od szronu.
Pięć. Oczy zamarzają. Nie odważa się mrugać, żeby powieki nie przymarzły. Mrugniesz, jesteś ślepy, jesteś ślepy, to już nie żyjesz. Wbija wzrok w śluzę obramowaną niebieskimi światełkami. Mija go chudzielec Woroncow, pędzi jak opętany.
Sześć. Serce panikuje, walczy, płonie. Abena Asamoah rzuca się do śluzy, ogląda za siebie, jednocześnie sięgając po maskę. Nagle wytrzeszcza oczy, widząc coś za plecami Lucasinho. Otwiera usta w niemym krzyku.
Siedem. Ogląda się. Kojo Asamoah przewrócił się, toczy się, koziołkuje. Kojo Asamoah topi się w księżycowym oceanie.
Osiem. Lucasinho wyciąga ręce i powstrzymuje jego pęd.
Dziewięć. Kojo Asamoah usiłuje wstać na nogi, ale jest ślepy, pył przymarzł mu do powiek. Wymachuje rękami, rzuca się naprzód, potyka. Lucasinho łapie go za rękę. Podnoś się! Podnoś!
Dziesięć. Czerwień pulsuje w oczach: tunel światła i świadomości wycelowany w krąg śluzy wejściowej. Tunel zamykający się z każdym pulsem czerwieni w rozpadającym się mózgu. Wdech! – wrzeszczą płuca. Wdech! Podnoś się. Podnoś. W śluzie pełno ramion i twarzy. Lucasinho rzuca się ku nim. Krew mu kipi. W żyłach wrze gaz, każdy bąbelek jak rozżarzona do białości kulka z łożyska. Traci siły. Mózg mu umiera, ale ramienia Kojo nie puszcza, ciągnie je, holuje chłopaka, udręczony, rozpalony. Czuje wstrząs, słyszy pisk błyskawicznie rosnącego ciśnienia.
W skurczonym polu widzenia ma plątaninę kończyn, skóry, tyłków, brzuchów, ociekających skroploną parą i potem. Słyszy, jak sapnięcia zamieniają się w śmiechy, szlochy w obłąkańcze chichoty. Ciała dygocą ze śmiechu. Zrobiliśmy Księżycowy Bieg. Pokonaliśmy Panią Lunę.
Kolejny przebłysk: czerwony kleks na środkowej linii drzwi śluzy, dziwny odcień czerwieni na białym tle. Wbija w to wzrok, w czerwoną tarczę, co skupia całą jego świadomość na linii pomiędzy nią a nim. A gdy świadomość osuwa się w ciemność, dociera do niego, co to takiego. Krew. Zewnętrzne drzwi śluzy przytrzasnęły Kojo duży palec lewej nogi, zmieniając go w krwawą miazgę.
Robi się ciemno.
***
Skrzydlata kobieta szybuje wysoko w prądzie termicznym. Poranne światło barwi ją na złoto. Ociera się o sam dach świata, po czym wygina plecy, podkurcza ramiona, macha stopami i spada lotem nurkowym niczym jaskółka. Sto, dwieście metrów w dół, czarna kropka, która wypadła ze sztucznego świtu, mija fabryki i mieszkania, okna i balkony, kolejki linowe i windy, kładki i mostki. W ostatniej chwili napina palce, rozpościera lotki z nanowłókien i wyrównuje lot. I znów w górę, wysoko, błyskając skrzydłami w coraz jaśniejszym blasku. Trzy machnięcia skrzydłami i jest kilometr w górze, jak złoty pyłek na tle monumentalnego kanionu Kwadry Oriona.
– Pizda jedna – mruczy Marina Calzaghe.
Nienawidzi wolności latającej kobiety, jej wysportowania, idealnej skóry i napiętego ciała gimnastyczki. A najbardziej tego, że tamtą stać na marnowanie oddechów na rozrywki, podczas gdy Marina musi walczyć o każdy wdech. Musiała sobie przykręcić odruch oddychania. Czib na gałce ocznej pokazuje narastający dług tlenowy. Każde napełnienie płuc kosztuje. Ma debet w banku powietrza. Pamięta to uczucie paniki, gdy po raz pierwszy próbowała usunąć czib z oka. Nie dawało się. Dźgnęła go palcem. Trzymał się gałki ocznej jak przyklejony.
– Wszyscy to noszą – powiedział pracownik Działu Aklimatyzacji i Przeszkolenia LDC. – Od zieluniaka, co świeżo wysiadł z cyklera, aż po samego Orła.
Paski stanu Czterech Żywiołów się obudziły: woda, przestrzeń, dane, powietrze – stany czterech kont. Od tego momentu mierzyły i kasowały za każdy łyk, każdy krok, każdy sen, każdą myśl i każdy wdech.
Kiedy dociera do szczytu schodów, już kręci jej się w głowie. Opiera się o niską poręcz i z trudem łapie oddech. Przed nią przerażająca zatłoczona pustka rozświetlona tysiącami świateł. Kwadry Południka sięgają na kilometr w głąb i obowiązuje w nich odwrócony porządek społeczny: bogaci na dole, biedni na górze. Gołą powierzchnię Księżyca bombarduje ultrafiolet, promienie kosmiczne, naładowane cząstki z rozbłysków słonecznych. Parę metrów księżycowego regolitu z łatwością pochłania to promieniowanie, ale wysokoenergetyczne promieniowanie wzbudza kaskadę fajerwerków cząstek wtórnych, które mogą uszkadzać ludzkie DNA. Dlatego habitaty wkopują się głęboko, a obywatele mieszkają pod powierzchnią najdalej, jak się da. Powyżej Mariny Calzaghe znajdują się tylko poziomy przemysłowe, a one są prawie całkowicie zautomatyzowane.
O sztuczne niebo obija się uwięziony srebrny dziecięcy balon.
Marina Calzaghe zamierza sprzedać zawartość swojego pęcherza. Sikupiec kiwnięciem głowy zaprasza do kabiny. Mocz jest skąpy, ochrowy, z osadem. Co to, krew? Sikupiec wycenia minerały i substancje organiczne, i płaci. Marina przerzuca środki na konto sieci. Oddech można przykręcić, spiracić wodę, jedzenie wykombinować, ale transferu sieciowego się nie wyżebrze. Hetty, jej chowanka, kondensuje się z obłoczka pikseli nad lewym ramieniem. Prosta darmowa skórka, lecz dzięki niej Marina Calzaghe jest z powrotem w sieci.
„Następnym razem”, szepcze, wchodząc z powrotem na górę, do łapacza wilgoci. „Następnym razem, Blake, przyniosę leki”.
Ostatnie kilka kroków pokonuje na czworakach. Siatka była drogocenną zdobyczą, zgarnęła ją i ukryła, zanim zrecyklowały ją boty sprzątające Zabbalinów. Zasada jest starożytna i niezawodna. Plastikowa siateczka rozpięta między belkami. Ciepłe wilgotne powietrze unosi się i w chłodzie sztucznej nocy tworzy nietrwałe chmury pierzaste. Para skrapla się na drobnej siatce i ścieka po włóknach do pojemnika. Łyk dla niej, łyczek dla Blake’a.
Ktoś jest przy siatce. Wysoki, po księżycowemu chudy facet pije z jej pojemnika.
– Oddawaj!
Zerka na nią i osusza pojemnik.
– To nie twoje!
Marina ciągle ma ziemskie mięśnie. Załatwi go nawet bez powietrza w płucach, tego chudego, bladego, księżycowego chudzielca.
– Won stąd. To moje.
– Już nie. – Ma nóż w ręce. Na nóż nic nie poradzi. – Jeszcze raz cię tu zobaczę albo zobaczę, że coś ubyło, to cię potnę i sprzedam.
Nic się nie da zrobić. Nic nie zmienią czyny, słowa, groźby ani genialne pomysły. Facet z nożem ją zmiażdżył. Może tylko wycofać się chyłkiem. Każdy krok i każdy szczebel brzmi hańbą. Na galeryjce, z której patrzyła na fruwającą kobietę, pada na kolana i rzyga z wściekłości. Bezskutecznie, sucho, bezowocnie. Nie zostało w niej ani krzty wilgoci, ani krzty pokarmu.
Na dnie na Księżycu. Na dnie, czyli na górze.
***
Lucasinho się budzi. Nad twarzą ma przejrzystą osłonę, tak blisko, że zachodzi parą od oddechu. Panikuje, unosi ręce, żeby zedrzeć z siebie tę klaustrofobiczną rzecz. Po czaszce rozlewa się mroczne ciepło, po potylicy, spływa ramionami, tułowiem. Koniec paniki. Sen. Ostatnią rzeczą, jaką widzi, jest jakaś postać w nogach łóżka. Wie, że to nie duch, bo na Księżycu nie ma duchów. Jego skały je odpychają, a promieniowanie i próżnia rozpraszają. Duchy to kruche istoty, utkane z pary, cieni i westchnień. Jednakże postać wygląda właśnie jak duch, szara, ze splecionymi rękoma.
– Madrinha Flavia?
Duch unosi wzrok i się uśmiecha.
***
Pan Bóg nie skarze kobiety, która dopuszcza się kradzieży z desperacji. Marina codziennie w drodze od sikupca mija uliczną świątynkę: ikonę Matki Boskiej Kazańskiej ozdobioną gwiazdozbiorem pulsujących biolampek. W każdej z tych galaretowatych bryłek kryje się łyk wody. Szybko, z poczuciem winy, wtyka je do plecaka. Cztery da Blake’owi. Jemu ciągle chce się pić.
Zna go ledwo od dwóch tygodni, ale ma wrażenie, że to całe życie. Nędza wydłuża czas. I jest jak lawina. Jedno małe potknięcie porusza kamień, ten wykrusza kolejny i nagle wszystko leci, usuwa się spod nóg. Jedna zerwana umowa. Jeden dzień, kiedy agencja nie dzwoni. A maleńkie cyferki na skraju pola widzenia cały czas cykają. Uciekają, umykają. I już – wspinała się po drabinach, po schodkach, w górę ścian Kwadry Oriona. Przez plątaninę mostków i kładek, ponad mieszkalne uliczki, jeszcze wyżej, pomiędzy jeszcze bardziej strome schodki i drabinki (bo windy kosztują – dlatego na te najwyższe poziomy nie jeżdżą w ogóle), ku nadwieszonym nad Kwadrą kostkom i labiryntom Bairro Alto. Rzadkie powietrze pachniało tu fajerwerkami: surowym kamieniem spieczonym na szkło przez budowlane roboty. Kładki przeskakiwały niebezpiecznie pomiędzy kotarami służącymi jako drzwi kamiennych komórek, w których było tylko tyle światła, ile wpadło przez drzwi i okna bez szyb. Jeden mylny krok – i lecisz z wrzaskiem prosto w dół, pomiędzy neony Prospektu Gagarina.
Bairro Alto zmieniało się z każdą mijającą luną, a Marina zaszła daleko, zanim znalazła pokoik Blake’a. „Mieszkanie do podnajęcia, za udział w czynszu”, brzmiało ogłoszenie na południkowej tablicy.
– Nie zostanę długo – powiedziała, patrząc na jeden pokój z dwoma materacami z pianki pamięciowej, pustymi plastikowymi butelkami po wodzie i tackami po posiłkach.
– Nikt nie zostaje – odparł Blake.
Potem oczy wyszły mu z orbit i zgiął się w ataku chrypliwego jałowego kaszlu trzęsącego każdym żebrem i każdą kością jego wątłego szkieletu. Przez ten uporczywy kaszel Marina nie przespała nocy: trzy suche, jakby złośliwe kaszlnięcia. Potem trzy następne. I następne. I następne. Przez wiele kolejnych nocy nie dawało jej to spać. To była melodia Bairro Alto. Kaszel. Krzemica. Pył księżycowy zamienia płuca w kamień. Oprócz paraliżu – gruźlica. Fagi spokojnie sobie z nią radzą. Ale ludzie, którzy mieszkają w Bairro Alto, wydają całe pieniądze na wodę, powietrze i nocleg. Nawet najtańsze fagi to marzenie ściętej głowy.
Marina. Chowanka od tak dawna się do niej nie odzywała, że z zaskoczenia spada z drabiny. Masz ofertę pracy. Upadek z paru metrów w tutejszym zwariowanym ciążeniu to nic. Wciąż ma sny o lataniu – jest w nich nakręcanym ptakiem krążącym po orbicie w mechanicznym modelu Układu Słonecznego, który wiruje w kamiennej klatce.
– Biorę.
W cateringu.
– Może być w cateringu.
Wszystko może być. Przegląda umowę. Nisko się wyceniła, a i tak oferta ledwo spełnia warunki. Będzie z tego powietrze-woda-węgiel-sieć i niewiele poza tym. Płatność jest z góry. Będzie jej potrzebny nowy strój, prosto z drukarni. I kąpiel w bani. Sama czuje, jak śmierdzą jej włosy. Aha, jeszcze bilet na pociąg.
Za godzinę musi być na Dworcu Centralnym. Wymruguje podpis. Soczewka kontaktowa skanuje i przekazuje agencji wzorzec jej siatkówki. Chowańce nawiązują kontakt, na koncie lądują pieniądze. Radość taka, że aż boli. Magia i moc pieniędzy nie polegają na tym, co możesz sobie kupić, lecz na tym, kim pozwalają ci się stać. Pieniądz to wolność.
– Bierz to – rozkazuje. – Przywróć normalne parametry.
Duszność w płucach ustępuje od razu. Wydech jest przyjemnością. Wdech – rozkoszą. Marina rozkoszuje się aromatem Południka – elektryczności, prochu, ścieków i pleśni. A gdy dociera do punktu, w którym wdech powinien się kończyć, zostaje jeszcze miejsce. Zaciąga się głęboko.
Tylko czasu mało. Żeby zdążyć na pociąg, trzeba będzie pojechać zachodnią windą 83, to jest jednak w przeciwnym kierunku niż Blake. Winda czy Blake? Decyzja nie wymaga namysłu.
***
Lucasinho znów się budzi. Próbuje usiąść, ból przewraca go z powrotem na łóżko. Boli, jakby wszystkie mięśnie w ciele oderwano od kości czy stawów i nasypano w to miejsce tłuczonego szkła. Leży na łóżku opatulony w ciśnieniową skórę, taką samą, jaką włożyłby na normalny, bezpieczny, zwykły spacer po powierzchni. Może poruszać ramionami, dłońmi. Palce wędrują po ciele, inwentaryzując. Mięśnie brzucha jak pancerz, uda napięte i wyrzeźbione, tyłek fantastyczny w dotyku. Ubolewa, że nie może dotknąć własnej skóry. Trzeba się dowiedzieć, czy jest w porządku. Jest znany z tego, że ma piękną skórę.
– Gówniano się czuję. Nawet oczy mnie bolą. Dostaję jakieś dragi?
Bezpośrednia stymulacja receptorów opioidowych w twojej istocie szarej okołowodociągowej, odzywa się głos w głowie. Mogę to regulować.
– O, Jinji, wróciłeś!
Kamerdynerski, wyrafinowany sposób wyrażania się jego chowańca jest nie do pomylenia. Chowańce unikają wieloznaczności. Dostrzega chib w dolnym prawym rogu pola widzenia. Cortowie nie muszą patrzeć na te cyferki, ale cieszy się, że je widzi. Czib mówi, że żyje, jest przytomny, konsumuje.
– Gdzie ja jestem?
Jesteś w ośrodku medycznym Sanafil w Południku, mówi Jinji. Przeniesiono cię z komory hiperbarycznej do skafandra uciskowego. Przeszedłeś serię farmakologicznych śpiączek.
– Ile czasu? – Próbuje usiąść prosto. Ból rozdziera każdą kość i każdy staw. – Bo impreza?!
Jest przesunięta. Zaraz masz zaplanowaną kolejną śpiączkę farmakologiczną. Wcześniej odwiedzi cię ojciec.
Ze ścian wysuwają się białe przegubowe medyczne ramiona.
– Zaraz, czekaj. Widziałem Flavię.
Tak. Przyszła cię odwiedzić.
– Nic mu nie mów.
Nigdy nie rozumiał, czemu ojciec dokładnie w dzień jego szesnastych urodzin wygnał jego madrinhę, surogatkę, z Boa Vista. Za to wie, że jeśli Lucas Corta dowie się, że madrinha Flavia tu była, uderzy w nią z siłą stu złośliwości.
Nie powiem, mówi Jinji.
***
Trzeci raz budzi się Lucasinho. W nogach łóżka stoi ojciec. Jest tak niski, drobny, ciemny i udręczony, jak jego starszy brat potężny i radosny. Upozowany i wyglansowany ołówkowy wąsik i broda idealnie przystrzyżone, nic więcej; idealny, ale ciągle kontrolujący, czy zachowuje tę doskonałość; ubrania, paznokcie, włosy, wszystko nieskazitelne. Zimny, taksujący człowiek. Nad jego lewym barkiem chowaniec Toquinho, zawiły kłębek nut i skomplikowanych akordów, od czasu do czasu rozwijających się w na wpół słyszalną gitarę szepczącą bossa novę.
Lucas Corta klaszcze. Pięć dobitnych klaśnięć.
– Gratuluję. Jesteś teraz Biegaczem.
W rodzinie i poza nią wszyscy wiedzą, że Lucas Corta sam nigdy Biegu nie odbył. Ale powód jest tajemnicą, a Lucasinho słyszał, że ludzie, którzy w tym grzebią, ponoszą karę, i to dotkliwą.
– Zespół intensywnej opieki medycznej, okulistyka, laryngologia, komora hiperbaryczna, wypożyczenie powłoki uciskowej, tlen… – wylicza ojciec.
Lucasinho zeskakuje z łóżka. Medyczne boty zdjęły mu powłokę ciśnieniową. Wokół otwierają się białe ściany, automatyczne ramiona rozpościerają przed nim propozycje ubrań prosto z drukarki.
– Przejazd z Południka do João de Deus…
– To ja jestem w João de Deus?
– Zaraz masz być na przyjęciu. Powitanie bohatera. Postaraj się. I spróbuj chociaż przez pięć minut nikomu fiuta nie wsadzać. Są wszyscy. Nawet Ariel udało się na trochę odkleić od Sądu Claviusa.
Najpierw rzeczy najważniejsze. Metalowe ćwieki lądują w otworach w przemyślanych miejscach ciała – a każdy to symbol miłosnego zawodu. Jinji wyświetla mu własny obraz, żeby mógł uczesać loki do góry – morską falę lśniących grubych włosów w całej niskograwitacyjnej okazałości. Zabójcze kości policzkowe, a o brzuch można by tłuc kamienie. Jest wyższy od ojca. Cała jego generacja jest wyższa od swoich rodziców, drugiego pokolenia księżycowego. Przystojny jest, że szlag.
– On przeżyje – mówi Lucas.
– Kto? – Lucasinho waha się nad wyborem koszuli, decydując się w końcu na delikatny brązowy marglowy wzorek.
– Kojo Asamoah. Ma oparzenia drugiego stopnia dwudziestu procent powierzchni ciała, popękane pęcherzyki płucne i naczynia krwionośne, zmiany w mózgu. No i palec u nogi. Nic mu nie będzie. W Boa Vista czeka cała delegacja Asamoah z podziękowaniami dla ciebie.
Może będzie z nimi Abena Asamoah. Może będzie tak wdzięczna, że da mu się zerżnąć. Jasnobrązowe spodnie z dwucentymetrowymi mankietami i sześcioma zaszewkami. Zatrzaskuje klamrę paska. Skarpetki z pajęczego jedwabiu, dwukolorowe mokasyny. To impreza, więc wystarczy sportowa marynarka. Wybiera tweedową, maca kciukiem i palcem wskazującym kłujące włókna. Ze zwierząt, niedrukowane. Obłędnie drogi materiał.
– Mogłeś zginąć.
Wkładając marynarkę, Lucasinho zauważa znaczek w klapie: Dona Luna, patronka Księżycowych Biegów. I całego Księżyca: Pani Życia i Śmierci, Światła i Ciemności – jedna strona twarzy jak czarny anioł, druga to naga biała czaszka. Pani o dwóch twarzach. Pani Luna.
– I co by rodzina wtedy zrobiła?
Skąd ojciec wiedział, że wybierze marynarkę z tym znaczkiem w klapie? Ale wieszaki już chowają resztę ubrań w ścianach i dostrzega, że na każdej marynarce jest znaczek z Doną Luną.
– Na twoim miejscu bym go zostawił.
– Ale nie byłeś na moim miejscu – mówi Lucasinho.
Jinji wyświetla mu końcowy efekt jego decyzji. Elegancko, ale nieoficjalnie, nonszalancko, lecz z klasą i zgodnie z aktualnymi trendami, a obowiązują teraz europejskie lata pięćdziesiąte XX wieku. Lucasinho Corta uwielbia stroje i elegancję.
– Jestem gotowy na przyjęcie.







