Kryminalna zagadka z Krakowem w tle w powieści niemieckiej autorki Krystyny Kuhn. Wojenna historia powraca po latach w ponurej opowieści.


Zimowy mordercaRok 1942, Kraków. 13-letnia dziewczynka, córka profesora opiekującego się dziełami sztuki w Pałacu Czartoryskich, zostaje wywieziona do Niemiec i zmuszona do pracy jako pokojówka w pewnej bogatej rodzinie.

Rok 2006, Frankfurt. Zimową nocą zostaje zamordowana Henrieta Winkler, nestorka rodu wpływowych przedsiębiorców budowlanych. Dzień później dochodzi do uprowadzenia jej prawnuka, a porywaczowi wcale nie chodzi o okup. Prowadzi z rodziną chłopca wymyślną grę, by ujawnić niewygodną prawdę o wydarzeniach z okresu II wojny światowej.

Kolejne tropy – stare zdjęcia zrobione na Wawelu, nazistowskie plany przebudowy Kazimierza, obrazy skradzione z Pałacu Czartoryskich, pożar w budowanym przez firmę Winklerów centrum handlowym – prowadzą do Krakowa.

Prokurator Miriam Singer zaryzykuje własną karierą, by rozwiązać kryminalną zagadkę i odnaleźć dziecko swojej szkolnej przyjaciółki.

Krystyna Kuhn urodziła się w 1960 roku w dużej rodzinie – ma siódemkę rodzeństwa. Studiowała slawistykę, germanistykę i historię sztuki w Würzburgu i Getyndze, a przez pewien czas także w Moskwie i Krakowie. Dawniej redaktorka w firmie komputerowej, od 1998 roku zajmuje się wyłącznie pisaniem powieści. Dwukrotnie nominowana do niemieckiej nagrody Frauenkrimipreis. Ceni twórczość Lwa Tołstoja i Jane Austen.

Krystyna Kuhn
Zimowy morderca
Wydawnictwo Dolnośląskie
Premiera: 3 kwietnia 2013


Zofia
Środa, 31 grudnia 1941 roku, Kraków

Gawrony pojawiły się, gdy na ulicy zastrzelono mojego ojca. Od tamtego czasu siedzą dzień w dzień na dachach, parapetach, nagich drzewach. Tak jakby wszyscy, którzy zniknęli, przemienili się w gawrony i powrócili do miasta pod ich postacią.

Po żywności, mydle i kremach teraz do piątej mamy oddać w Sukiennicach także futra, ciepłe buty, rękawiczki i czapki. Moja matka jest z tego powodu tak rozgoryczona, że pozostaje w łóżku i mówi, że nie ruszy się z niego, dopóki to wszystko się nie skończy. Dlatego ja tam muszę pójść. Na Grodzkiej stadko gawronów szuka w śmieciach pożywienia. Kiedy je mijam, siedzą w tym brudnym bajzlu i nie zważając na nic, czyszczą swe czarne pióra, połyskujące jak noc, która w zimie zapada wczesnym popołudniem.

Wróciwszy do domu, dowiaduję się od mamy, że nazajutrz zabierane będą maszyny do pisania i gramofony. Zakopuję więc maszynę pod węglem w piwnicy. Leszek chce mi pomóc, ale gdy nie przestaje kaszleć, odsyłam go na górę. Wieczorem ma gorączkę i chce, żebym znów poczytała mu bajkę o siedmiu krukach.

Kiedy idę spać, jest już późno. Krótko po tym, gdy zasypiam, budzi mnie jakiś warkot. Zamieszanie na ulicy. Wyskakuję z łóżka i przez story obserwuję długą kolumnę ciężarówek, na których siedzą Żołnierze w hełmach i w pełnym rynsztunku. Są całkowicie obsypani śniegiem i wyglądają jak upiory.

Mam trzynaście lat. Jest wojna.

***

Siedem dni
1

Gdy w ten sobotni styczniowy wieczór spiker w programie informacyjnym mówił o „mrozie syberyjskim”, Henrieta Winkler wyłączyła telewizor i drżącą ręką sięgnęła po bordeaux, które od czterdziestu lat sprowadzała bezpośrednio z Francji. Znowu nadchodził. Ten niepokój, który dopadał ją co wieczór. Zawsze to wrażenie, że o czymś zapomniała. I strach, który jej nie opuszczał. Noc w noc ten okropny sen: biegnie długim tunelem i napotyka ludzi, którzy już dawno poumierali. Aby odpędzić te myśli, energicznie otworzyła klapę fortepianu, oparła obok laskę i usiadła. Chopin, polonez fis-moll, opus 44.

Zaraz po pierwszym akordzie palce zsunęły się jednak z klawiatury, dłonie za bardzo dygotały. Powinna się pogodzie z tym, że już nie może grac na fortepianie, i nie próbować tego co wieczór. Tak samo jak musiała oswoić się z myślą, że już nie jest w stanie pracować. Od miesięcy nie wychodziła z domu, tak niepewnie trzymała się na nogach, że obawiała się upadku. I tak samo jak złościła ją narastająca bezradność, irytowała ją także cisza, która panowała w domu.

Podniosła się z taboretu przy fortepianie, żeby podejść do regału. Jej dłoń mimowolnie sięgnęła po ballady Chopina w wykonaniu Artura Rubinsteina z 1960 roku. Zawsze słuchała ich wieczorem po powrocie z biura. Lubiła te klarowne, wyraziste melodie, ich doskonały pointowany rytm. Potem jednak zmieniła zdanie. Teraz potrzebowała głosów, które wypełniłyby przestrzeń, przemówiły do niej, aby mogła zapomnieć.

Denise podarowała jej na gwiazdkę odtwarzacz płyt kompaktowych. Chociaż brzmienie muzyki było z niego czystsze, wzbraniała się go używać. Potrzebowała Callas. Callas starzała się wraz z nią. Żaden młody energiczny głos albo zniewalająca urodą jakaś Anna Netrebko nie były w stanie zastąpić Callas. Potrzebowała szumu winylowej płyty.

Ostatecznie zdecydowała się na Tannhausera. Ze względu na skrzypce i oczywiście pieśń o gwieździe wieczornej, która pasowała do styczniowej nocy. Wagnerowi zawsze udawało się okiełznać jej lęki. Ostrożnie wyjęła płytę z okładki. Nastawienie jej drżącą ręką było sztuką. Igła zsuwała się. Trzeba się skoncentrować. Lewa dłoń przytrzymywała prawą, aż wreszcie igła zetknęła się z płytą.

Szum.
Uwertura.
Kwadrans po dziewiątej.

Sięgnęła po laskę, podeszła do skórzanego fotela i usiadła. Drewno w kominku już tylko się żarzyło. Gdy dorzuciła małe polano, buchnął w górę niewielki płomyk, ale drewno się nie zajęło. Niecierpliwie szturchała je pogrzebaczem, aż wreszcie pojawił się płomień. Przez chwilę mu się przyglądała, a potem nerwowo wstała, żeby sprawdzić, czy drzwi na taras są na pewno zamknięte.

Przez szybę Henrieta zobaczyła księżyc w pełni, zwycięsko triumfujący pośród rozgwieżdżonej nocy. Jeszcze przed kilkoma dniami mgła i deszcz przywodziły na myśl raczej listopad. Teraz, z opóźnieniem, nastał mróz. Zewnętrzny termometr pokazywał już dwanaście stopni poniżej zera. Z założonymi rękoma wpatrywała się w ciemny ogród. Jeżeli prognozy się sprawdzą, temperatura spadnie jeszcze niżej. Do minus osiemnastu.

Cieszyła się, że Denise wyszła za Olivera, bez którego firma byłaby stracona. I dobrze, że przyjął on nazwisko Winkler. Przynajmniej w rodzinie znalazł się jeszcze ktoś, kto ma odwagę i dalekosiężne wizje. To Oliver wprowadzi firmę w XXI wiek. Dla swojego syna, a jej prawnuka – Frederika.

Coś wyrwało Henrietę z zamyślenia. Jak długo tu stała? Czy już wcześniej czuła, że coś jest inaczej? Zanim usłyszała ten odgłos? Czy to w ogóle był jakiś dźwięk? Czy coś innego? Czy z zamyślenia wyrwało ją coś innego niż kroki na żwirze? Nie, przy takim mrozie po ogrodzie nie plątały się żadne zwierzęta.

Henrieta odwróciła się, podeszła do fortepianu, wzięła okulary i wróciła do drzwi prowadzących na taras. Światło księżyca było białe. Jakby zamarzło. Początkowo nie zdołała niczego dostrzec. Wyciągnęła rękę ku rolecie. Zanim jednak ją opuściła, znów coś zauważyła. Jakiś ruch. Na tyłach ogrodu, przy altanie. Ktoś tam stał. Widać było tylko cień. Nie, nie myliła się. Ktoś stał przed altaną i spoglądał w jej stronę. W jednej chwili zesztywniała ze strachu. Paznokcie wbiły się w jej zwiotczałą skórę dłoni.
Strach!
Nigdy go nie znosiła. Nie dopuści, by ją dziś dopadł. Wszystko zaczęło się od pożaru. Rozniecił coś, co uznawała za zapomniane. Nietrudno było zgadnąć, kto tam stał. Nie była głupia. To ten mężczyzna, który w ostatnich miesiącach pisywał listy. „Co za tupet”, myślała. „Co za bezczelność”. A potem je paliła. Czy powinna wezwać policję? W moim ogrodzie jest człowiek, który mnie nagabuje? Dlaczego nie miała tu pistoletu? To oczywiste: bo czuła się nietykalna. Henrieta odwróciła się i pogłośniła muzykę.

Tannhauser śpiewał dla Wenus.
…słowika, przepowiadającego wiosnę, już nie słyszę..
Czy nigdy już tego nie usłyszę, więcej nie uświadczę?*

Dlaczego wybrała akurat tę operę? Za dużo romantyzmu, za dużo miłości, za dużo ohydnej namiętności. Znowu wstała i podeszła do drzwi tarasu. Cień wciąż czekał i gapił się w jej stronę. Bezczelność! Światło! Powinna zgasić światło! Ale zamiast tego wzięła głęboki oddech. Otwierając drzwi, poczuła na twarzy uderzenie lodowatego powietrza. Raz na zawsze położy kres tej sprawie.

Mężczyzna położył na fortepianie starą skórzaną torbę. Znoszoną, pobrudzoną, z prującymi się szwami. Wypakował wszystko, prawie się nie odzywał, tylko od czasu do czasu mówił „to” lub „tutaj”. Kiedyś te fotografie były tylko okazyjnymi ujęciami i nie miały znaczenia. Większość z nich uszła z jej pamięci, od lat już o nich nie myślała. To wszystko było tak dawno.

– Młody człowieku – odezwała się, nie mając na myśli jego wieku, a naiwność. – Nie dam panu tego, czego pan ode mnie chce. Bez sensu jest to nieustanne pisanie do mnie listów, przysyłanie zdjęć czy któregokolwiek z tych okropnych dokumentów, które, Bóg wie, skąd pan wziął. Niech pan wraca do domu i zapomni o tej sprawie. Niczego pan przez to nie wskóra. Jeśli potrzebuje pan pieniędzy, niech pan popracuje. Tutaj tylko praca może pomóc.

Siedziała przed nim w szarym jedwabnym kostiumie, starając się emanować taką samą godnością jak zza biurka. Nie ustąpi. Ani trochę! Czubek laski ostro uderzył w parkiet.
– Niech pan zostawi mnie w spokoju!
Wyjął zdjęcie ładnej wesoło uśmiechniętej dziewczyny w marynarskiej sukience, opartej o drzwi jakiegoś domu.
– Kto to ma być? – Zmuszała się do spokoju, ale dreszcze były nie do opanowania.
– Zimno – stwierdził mężczyzna. – Jest pani zimno, a to dopiero początek. Będzie pani marzła przez resztę swego marnego życia.
Wciąż starając się kontrolować postawę, podniosła się.
– Koniec tej rozmowy. Niech pan idzie. Jeżeli jeszcze raz zobaczę pana na mojej posesji, zawiadomię policję.
Nadal siedział.
– Niech pan idzie albo natychmiast wzywam policję.
Znowu żadnej reakcji.
– Nie znam tej dziewczyny. – Wzruszyła pogardliwie ramiona-

Zanim się zorientowała, co chce zrobić, zamachnął się i uderzył ją w twarz. Cios był silny. Poczuła, jak pęka kość szczęki, i nie zdołała utrzymać się na nogach. Głowa z impetem uderzyła w marmurowy blat stołu. Gdzieś w oddali słyszała śpiew Tannhausera. Drewno w kominku zajęło się ogniem. Zimno ustępowało i nagle poczuła się lekka.