Zwycięzca Nagrody Fitzgeralda. Powieść dla wielbicieli “Śniadania u Tiffany’ego” i “Wielkiego Gatsby’ego”


Dobre wychowanieGdy w ostatnią noc 1937 roku pijana szampanem i jazzem Katey obserwowała twarz Tinkera, była przekonana, że wie już o nim wszystko. Dobrze urodzony, dobrze wychowany, bogaty. Należeli do innych światów. A przecież w życiu nic nie jest takie czarno-białe i oczywiste. Szczególnie, gdy starasz się przeżyć w Nowym Jorku, wśród ludzi, którzy twoją miesięczną pensję potrafią wydać na jedną kolację. Szczególnie, gdy w grę wchodzą uczucia i ambicje.

Dobre wychowanie to czarująca opowieść w stylu retro przenosząca nas do szalonego Nowego Jorku lat trzydziestych, w którym zdarzają się zarówno romantyczne miłości, jak i niebezpieczne związki. To historia młodej dziewczyny, która musiała poznać zasady gry obowiązujące w świecie wielkich oczekiwań, pragnień i pieniędzy, by pozostać sobą i nie stracić tego, co dla niej najważniejsze.

Amor Towles
Dobre wychowanie
Wydawnictwo Znak Literanova
Premiera: 4 kwietnia 2013

Tamten sylwestrowy wieczór zaczęłyśmy od planu wyciśnięcia z trzech dolarów najwięcej, jak się da. Nie zamierzałyśmy zawracać sobie głowy chłopakami. W 1937 roku dałyśmy szansę co najmniej kilku i nie chciałyśmy marnować ostatnich godzin roku na spóźnialskich. Postanowiłyśmy siedzieć w tym tanim barze, gdzie traktowano muzykę na tyle poważnie, że nikt nie zaczepiał dwóch ładnych dziewczyn, i gdzie dżin był wystarczająco tani, by każda z nas mogła zamawiać martini co godzinę. Zamierzałyśmy palić trochę więcej, niż to było dopuszczalne w kulturalnym towarzystwie. A gdy północ minie bez wielkiej pompy, chciałyśmy pójść na ukraińską kolację przy Drugiej Alei, gdzie późnym wieczorem serwowano kawę, jajka i grzankę za piętnaście centów.

Tyle że tuż po dziewiątej trzydzieści wypiłyśmy dżin z godziny jedenastej. A o dziesiątej przepiłyśmy jajka i grzanki. Zostały nam cztery pięciocentówki i nie zjadłyśmy jeszcze ani kęsa. Przyszła pora na improwizację. Eve zajęła się robieniem maślanych oczu do basisty. To było jej hobby. Lubiła trzepotać rzęsami do grających muzyków, a w przerwach prosiła ich o papierosy. Ten basista był naprawdę atrakcyjny w pewien niezwykły sposób, jak większość Kreolów, ale muzyka tak bardzo go pochłaniała, że robił maślane oczy do cynowego sufitu.

Trzeba by bożej interwencji, żeby Eve zdołała zwrócić na siebie jego uwagę. Próbowałam ją namówić, żeby robiła maślane oczy do barmana, ale okazała się głucha na głos rozsądku. Po prostu zapaliła papierosa i wyrzuciła zapałkę przez ramię na szczęście. Pomyślałam, że już niedługo będziemy musiały znaleźć jakiegoś dobrego Samarytanina, bo inaczej też pozostanie nam gapić się w sufit. I właśnie wtedy wszedł do klubu.

Eve zobaczyła go pierwsza. Odwróciła się od sceny, żeby coś powiedzieć, i wypatrzyła go nad moim ramieniem. Kopnęła mnie w goleń i skinęła w jego stronę. Przesunęłam krzesło. Wyglądał wspaniale. Wyprostowany, pięć stóp i dziesięć cali, w czarnym krawacie i z przewieszonym przez ramię płaszczem. Miał brązowe włosy, szafi rowe oczy i małe gwiaździste rumieńce pośrodku policzków. Można było sobie wyobrazić jego przodka u steru „Mayflower” – ze wzrokiem pogodnie utkwionym w horyzoncie i włosami lekko pokręconymi od słonego morskiego powietrza.
– Zaklepuję – powiedziała Eve.
Stojąc w punkcie obserwacyjnym w drzwiach, zaczekał, aż jego oczy przywykną do półmroku, a potem zlustrował salę wzrokiem. Od razu było widać, że przyszedł się z kimś spotkać. Na jego twarzy odmalowało się ledwie zauważalne rozczarowanie, kiedy zdał sobie sprawę, że tego kogoś nie ma. Gdy usiadł przy stoliku obok nas, rozejrzał się po raz drugi, a potem jednym ruchem przywołał kelnerkę i przewiesił płaszcz przez oparcie krzesła.

To był piękny płaszcz. Kolor kaszmiru przypominał wielbłądzią sierść, tyle że był jaśniejszy, jak skóra basisty, i bez skazy, jakby właśnie odebrano go od krawca. Musiał kosztować z pięćset dolarów. Może więcej. Eve nie mogła od niego oderwać wzroku. Kelnerka podeszła jak kot do kanapy. Przez chwilę myślałam, że wygnie plecy w łuk i wbije mu się pazurami w koszulę. Kiedy przyjmowała zamówienie, odsunęła się trochę i pochyliła, żeby mógł jej zajrzeć za dekolt. Chyba tego nie zauważył. Tonem przyjaznym i zarazem grzecznym, okazując kelnerce trochę więcej szacunku, niż zasługiwała, poprosił o szklaneczkę szkockiej.

Potem się oparł i zaczął patrzeć na scenę. Ale kiedy jego wzrok przesuwał się od baru w stronę zespołu, kątem oka zauważył Eve. Nadal gapiła się na płaszcz. Zarumienił się. Był tak zajęty rozglądaniem się po sali i składaniem zamówienia, że przez nieuwagę powiesił płaszcz na krześle, które stało przy naszym stoliku.
– Bardzo przepraszam – powiedział. – Zachowałem się niegrzecznie.
Wstał i wyciągnął rękę, żeby go zabrać.
– Nie, nie. Nic nie szkodzi – zapewniłyśmy go. – Nikt tutaj nie siedzi. Wszystko w porządku.
Zastanowił się.
– Są panie pewne?
– Pewne jak krewne – powiedziała Eve.
Kelnerka zjawiła się ze szkocką. Kiedy się odwróciła i chciała odejść, poprosił, żeby chwilę zaczekała, a potem zaproponował nam drinka – ostatnią porządną kolejkę w starym roku, jak to ujął. Już wtedy czułyśmy, że jest równie bogaty, wytworny i czysty jak jego płaszcz. W jego zachowaniu była ta charakterystyczna pewność siebie, to demokratyczne zainteresowanie otoczeniem i to subtelne domniemanie przychylności obcych ludzi, które spotyka się wyłącznie u młodych mężczyzn wychowanych w towarzystwie pieniędzy i dobrych manier. Takim osobom nie przychodziło do głowy, że w nowym środowisku mogłyby być niemile widziane – i w rezultacie rzadko były.

Kiedy samotny mężczyzna stawia kolejkę dwóm ładnym dziewczynom, można by oczekiwać, że bez względu na to, na kogo czeka, zagai rozmowę. Ale nasz elegancko ubrany Samarytanin tego nie zrobił. Raz uniósł szklaneczkę i przyjaźnie skinął głową w naszą stronę, a potem zaczął sączyć swoją whisky i skupił się na zespole.

Po dwóch kawałkach Eve zaczęła się niecierpliwić. Ciągle zerkała w jego stronę, oczekując, że mężczyzna coś powie. Ale nie. Raz udało jej się nawiązać kontakt wzrokowy i wtedy grzecznie się uśmiechnął. Wiedziałam, że gdy piosenka się skończy, Eve sama rozpocznie rozmowę, nawet jeśli w tym celu będzie musiała mu wylać swój dżin na kolana. Nie było jej jednak dane.

Kiedy utwór się skończył, po raz pierwszy od godziny przemówił saksofonista. Głębokim głosem, który mógłby należeć do kaznodziei, zaczął rozwlekle opowiadać o następnym numerze. Utwór był nowy. Dedykował go pianiście z Tin Pan Alley, Silverowi Toothowi Hawkinsowi, który zmarł w wieku trzydziestu dwóch lat. Miał coś wspólnego z Afryką. Kawałek nosił tytuł Tincannibal. Nogami w ciasno zasznurowanych getrach na butach saksofonista wystukał rytm, a perkusista podchwycił go na werblu. Dołączyli basista i pianista. Saksofonista słuchał kolegów, kiwając głową do taktu. Wstrzelił się ze żwawą melodyjką, która zdawała się cwałować w zagrodzie z rytmu. Potem zawył, jakby coś go nawiedziło, i w mgnieniu oka przeskoczył przez płot.

Nasz sąsiad wyglądał jak turysta słuchający wskazówek żandarma. Przypadkiem nasze spojrzenia się spotkały i zrobił minę wyrażającą oszołomienie. Roześmiałam się, on też się roześmiał.
– Jest w tym jakaś melodia? – zapytał.
Przysunęłam trochę krzesło, jakbym nie do końca go usłyszała. Pochyliłam się pod kątem o pięć stopni mniejszym niż kelnerka.
– Słucham?
– Zastanawiałem się, czy jest w tym jakaś melodia.
– Właśnie wyszła na papierosa. Wróci za chwilę. Domyślam się, że nie przychodzi pan tu po to, żeby słuchać muzyki.
– Aż tak widać? – zapytał z zażenowanym uśmiechem. – Właściwie szukam brata. To on jest fanem jazzu. Słyszałam, jak po drugiej stronie stolika trzepoczą rzęsy Eve. Kaszmirowy płaszcz i sylwestrowy wieczór z rodzeństwem. Czy dziewczynie trzeba mówić coś więcej?
– Chciałby pan czekać dalej przy naszym stoliku? – zapytała.
– O, nie śmiałbym się narzucać.
(Nieczęsto słyszałyśmy takie słowa).
– Wcale by się pan nie narzucał – skarciła go Eve.
Zrobiłyśmy mu trochę miejsca przy stoliku, a on przysunął się razem z krzesłem.
– Nazywam się Theodore Grey.
– Theodore! – wykrzyknęła Eve. – Nawet na Roosevelta wołano Teddy.
Theodore się roześmiał.
– Przyjaciele mówią mi Tinker.

Można się było domyślić, prawda? WASP-y uwielbiały nadawać dzieciom imiona na cześć robotniczych fachów: Tinker. Cooper. Smithy*. Może miało to nawiązywać do ich początków w siedemnastowiecznej Nowej Anglii – do rzemiosła, które czyniło ich wiernymi, skromnymi i cnotliwymi w oczach ich Pana. A może było jedynie sposobem uprzejmego bagatelizowania predestynacji zapewniającej im wszystko, czego zapragnęli.
– Ja nazywam się Evelyn Ross – powiedziała Evey, podkręcając swoje prawdziwe imię. – A to Katey Kontent.
– Katey Kontent! Wow! I rzeczywiście jesteś ukontentowana?
– Bynajmniej.
Tinker uniósł szklaneczkę i przyjaźnie się uśmiechnął.
– W takim razie wypijmy za nowy rok.

Ostatecznie brat Tinkera się nie zjawił. Na szczęście dla nas, bo koło jedenastej Tinker skinął na kelnerkę i zamówił butelkę bąbelków.
– Nie mamy tu żadnych bąbelków, proszę pana – odpowiedziała, zdecydowanie chłodniej, skoro już siedział przy naszym stoliku. Więc dołączył do nas i zamówił dżin. Eve była w doskonałej formie. Opowiadała o dwóch dziewczynach ze swojego liceum, które rywalizowały o tytuł królowej balu tak samo jak Vanderbilt i Rockefeller rywalizowali o miano najbogatszego człowieka na świecie. Jedna z nich wpuściła skunksa do domu drugiej w przeddzień imprezy. Ta zrewanżowała się zrzuceniem kupy gnoju na trawnik przed domem rywalki w dniu jej szesnastych urodzin. Finałową rozgrywką były zawody w szarpaniu się za włosy, w których ich matki wzięły udział w niedzielę rano na schodach kościoła Świętej Maryi Panny. Ojciec O’Connor, który powinien był mieć więcej oleju w głowie, próbował interweniować i też dostało mu się małe kazanie. Tinker śmiał się tak bardzo, jakby od dawna tego nie robił. Uwydatniało to jego wszystkie podarowane przez Boga atrybuty, takie jak uśmiech, oczy i rumieńce na policzkach.
– A ty, Katey? – zapytał, kiedy złapał oddech. – Skąd jesteś?
– Katey dorastała w Brooklynie – wtrąciła się Eve, jakby to był powód do przechwałek.
– Naprawdę? Jak było?
– No cóż, nie jestem pewna, czy mieliśmy królową balu.
– Nie poszłabyś na bal, nawet gdyby go zorganizowali – powiedziała Eve. Potem przechyliła się w stronę Tinkera i dodała w zaufaniu: – Katey to najseksowniejszy mól książkowy, jakiego kiedykolwiek spotkasz. Gdybyś spojrzał na książki, które przeczytała, i ułożył je w stos, mógłbyś się po nim wspiąć aż do Drogi Mlecznej.
– Do Drogi Mlecznej!
– Może nawet do Księżyca – przyznałam.