W książce „Osaczyłem Amerykę” John Higgs pokazał jak cienka jest granica między szaleństwem, a wizjonerstwem. Timothy Leary, jej bohater, to postać wciąż wymykająca się definicjom. Jedno jest pewne – jego życiorys to podróż bez kompromisów.


W okresie PRLu książki na temat ruchów hippisowskich i studenckiej rewolty w latach 60. były w Polsce całkowicie zakazane. Timothy Leary, symbol tamtych czasów, w naszym kraju mało znany, został opisany przez Johna Higgsa w rzetelnej i przy tym ciekawej biografii. Z polskiej perspektywy życiorys Leary’ego to przede wszystkim obraz zmian jakie przeszły Stany Zjednoczone w drugiej połowie XX wieku.

„Mogę się mylić, bo kiedy jest się wizjonerem, prorokiem, istnieje jeden procent szansy na to, że ma się rację i dziewięćdziesiąt dziewięć procent ryzyka, że jest się wariatem. Na tym polega ta gra, a historia osądzi” – powiedział Leary sam o sobie w 1967 roku. Dorobek jego życia trudno podsumować w bardziej lapidarnych i trafnych słowach. W czasie gdy dokonał takiej samooceny był uznawany za „wroga publicznego numer jeden”, którym to mianem określił go Richard Nixon. Prezydent USA obwiniał Leary’ego o upowszechnienie narkotyków i propagowanie zachowań prowadzących do upadku jednostek, a w następstwie całego społeczeństwa.
Tymczasem pierwotną motywacją Leary’ego, gdy podejmował całkowicie legalne badania na Harvardzie dotyczące wpływu substancji psychoaktywnych na ludzki mózg, było odkrywanie pozytywnych aspektów korzystania z nich w procesach takich jak leczenie czy resocjalizacja. Jednak jego eksperymenty wymknęły się spod kontroli.

Timothy Leary został relegowany z Harvardu, a ostatecznie – skracając do minimum jego biografię – stał się jednym z ojców ruchu hippisowskiego. CIA śledziło każdy jego krok. Agencja prowadząc własne badania nad wpływem narkotyków na ludzi chciała znać wszelkie poczynania naukowca. Znienawidzony i inwigilowany przez władzę stał się guru dla setek tysięcy młodych ludzi, którzy widzieli w nim zwiastun nowego porządku, opozycję do dusznych i krępujących norm wyznawanych przez ich rodziców.

Leary żył tak, jakby każdym dniem swojego życia pisał scenariusz filmu akcji

Wszystko to działo się w połowie XX wieku, tymczasem dzieci kwiaty dorosły i weszły w tryby dojrzałego życia, pojawiły się kolejne pokolenia. A co zostało z teorii Leary’ego? Niewątpliwie dotarliśmy do momentu, wieszczonego w przywołanym cytacie, gdy historia osądza dokonania tego amerykańskiego naukowca i ekscentryka. Pisarz Robert Forte uważa go za jedną z najbardziej wpływowych postaci ostatnich dekad, ale zaznacza, że jest zbyt wcześnie, by oceniać jaki wpływ jego działalność miała na naszą rzeczywistość. Higgs, biograf, pisze: „W historii ludzkości często wybitni myśliciele, filozofowie i uczeni uchodzili początkowo za wariatów, ale czas zdjął z nich to odium”.

Higgs pisząc książkę o Learym o jedno z pewnością nie musiał się martwić: mowa o wciągającej akcji. Leary żył tak, jakby każdym dniem swojego życia pisał scenariusz filmu akcji. W „Osaczyłem Amerykę” spotykamy go, gdy przygotowuje się do ucieczki z więzienia gdzie trafił – ponownie – za posiadanie marihuany. Uciekając przed wymiarem sprawiedliwości wyrusza w wielką podróż. Najpierw do Afryki, a następnie do Europy. Higgs sięga jednak także do wcześniejszych czasów, kiedy Leary był jeszcze szanowanym i zupełnie konwencjonalnym naukowcem, a następnie drobiazgowo opisuje jego fascynację ludzkim mózgiem i eksperymenty mające na celu poszerzyć jego możliwości.
Niemniej biografia ta stanowi również drobiazgowy obraz Stanów Zjednoczonych toczących batalię pomiędzy pełnymi konwenansów, stereotypów i uprzedzeń wartościami wyznawanymi w latach 50., a ideami nieulegania żadnym ograniczeniom i podziałom jakie krzewił ruch hipisowski. Życie Leary’ego stanowi tutaj idealną oś, na której przemieszczają się kolejne lata zmian – tych właśnie, które uczyniły USA krajem jaki znamy dzisiaj.

Życie Leary’ego stanowi idealną oś, na której przemieszczają się kolejne lata zmian w USA

Co do samego Leary’ego to mimo upływu lat i powstałego w ten sposób dystansu względem jego działań, nadal wymyka się on prostym definicjom. Biografia napisana przez Higgsa nie pomaga w dookreśleniu go, co tylko uzmysławia, że jego postawa i idee nie zdążyły okrzepnąć. Leary to chodząca prowokacja, człowiek, który swoim postępowaniem wyrywał innych z letargu, zmuszał do skonfrontowania się z nieznanym. Wystawiając na widok publiczny swoje prywatne perypetie, szalone idee i wizje osiągnął to, czego nie udało mu się za pomocą naukowych eksperymentów: poszerzał ludzką świadomość, wyzwalał kreatywny potencjał nakłaniając do wyjścia poza utarte stereotypy. Robert Wiśniewski

Timothy Leary był amerykańskim naukowcem, profesorem Harvardu. Po relegowaniu z uczelni rozwinął swoje filozoficzne zainteresowania. Jest jedną z czołowych postaci amerykańskiej kontrkultury i jednym z głównych inicjatorów powstania ruchu hippisowskiego. Miano skandalisty zyskał dzięki zaangażowaniu w prowadzenie badań nad substancjami psychodelicznymi.

John Higgs, Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary , Przekład: Andrzej Appel, seria: Twarze kontrkultury, Wydawnictwo Officyna, Premiera: 15 października 2015

Przedmowa / Winona Ryder

Trzy miesiące po moich narodzinach tata, który opiekował się dorobkiem Tima, odwiedził go w Szwajcarii, gdzie Tim przebywał na wygnaniu po tym, jak uciekł z więzienia i został nazwany przez Nixona, za wszelką cenę usiłującego go dopaść, „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na świecie”.
Tata i Tim zażyli LSD i wybrali się na narty. Tata wyjął wtedy moje zdjęcie – pierwsze, jakie mi zrobiono, miałam jeden dzień – pokazał je Timowi i spytał, czy zostanie moim ojcem chrzestnym. „Jasne” – usłyszał w odpowiedzi.
Poznaliśmy się dopiero siedem lat później, kiedy po opuszczeniu więzienia Tim odwiedził naszą komunę w hrabstwie Mendocino. Spacerowaliśmy polną ścieżką po górskim grzbiecie. Zachodziło słońce i trzymaliśmy się za ręce. W pewnym momencie spojrzałam na niego i oznajmiłam: „Ludzie mówią, że jesteś szalonym naukowcem”.
Tim uśmiechnął się i odparł: „Wiem”. Myślę, że lubił, gdy go tak nazywano.
Jako nastolatka zapragnęłam zostać pisarką. Tim był wniebowzięty i odtąd stale rozmawialiśmy o książkach. Moim ulubionym bohaterem literackim był Holden Caulfield, a jego – Huck Finn. Rozmawialiśmy o podobieństwach między tymi postaciami, zwłaszcza o ich poczuciu wyobcowania z ugrzecznionego społeczeństwa. Ja chciałam chronić wszystkie dzieciaki przed upadkiem z urwiska, on zaś – uciec w nieznane. Wchodziłam wtedy w burzliwy okres dojrzewania, więc doświadczałam właściwej temu wiekowi alienacji. Rozmowy z Timem sprawiały, że widziałam światełko w tunelu.
On naprawdę rozumiał moje pokolenie. Nazywał nas „wolnymi duchami ery informacji”.
Tim nie wprowadzał mnie w świat narkotyków, choć uczył mnie być „na haju”. Był nieodmiennie zafascynowany ludzkim mózgiem i nie chodziło mu tylko o to, by ten mózg zmienić, lecz przede wszystkim o to, by w pełni go wykorzystywać. Przekonywał nas, że ten proces, ta podróż, są najważniejsze. „Jesteś panem i władcą swojego mózgu” – powtarzał nam.
Tim wywarł na mnie ogromny wpływ – nie tylko jako twórca rewolucyjnych idei, dotyczących ludzkiego potencjału, ale również jako człowiek, który czytał mi różne opowieści, dodawał otuchy, zabierał na mecze bejsbolowe – po prostu jako ojciec chrzestny. Był pierwszą osobą spoza mojej rodziny – tej zresztą niechętnie się wierzy w okresie dorastania – która sprawiła, że uwierzyłam, iż mogę dokonać wszystkiego. Niezwykle sugestywnie dawał odczuć, że jest się kimś wyjątkowym i że można zawsze na niego liczyć.
Francis Scott Fitzgerald w liście do córki wyraził nadzieję, że jego życie osiągnęło w pewnym sensie wymiar epicki. Życie Tima nie osiągnęło wymiaru epickiego „w pewnym sensie”. Było bez reszty epickie.
Łatwo się pogubić w tych wszystkich historiach związanych z narkotykami, w hasłach takich, jak: „Włącz się, dostrój, odpadnij”, z których słynął Tim – szczególnie że nasze społeczeństwo uwielbia chwytliwe ogólniki. Ale to nie jedyna spuścizna Tima. Niezwykły wigor, zapał, ciekawość, poczucie humoru, humanizm, sprawiły, że był wielkim człowiekiem. I są to z pewnością cechy szalonego naukowca.
Winona Ryder
Mowa wygłoszona podczas uroczystości żałobnej ku czci Timothy’ego Leary’ego.
9 czerwca 1996 roku, Santa Monica, Kalifornia

1 Uwolnię cię, kochanie

Sygnałem do podjęcia próby ucieczki z więzienia był telegram. Przyszedł w piątkowe popołudnie, 11 września 1970 roku, kiedy doktor Timothy Leary gimnastykował się na dziedzińcu więziennym. Wezwano go do dyżurki i wręczono mu skrawek żółtego papieru. Przeczytał:
UKOCHANY
OPERACJA JUTRO LEKARZE UWAŻAJĄ ŻE NIE NALEŻY ZWLEKAĆ
PEŁNA OPTYMIZMU CO DO POWODZENIA ZABIEGU I NOWEGO ŻYCIA
NIE MARTW SIĘ BĘDĘ DZIELNA NIE PRZYJDĘ W NIEDZIELĘ Z WIZYTĄ
ALE WKRÓTCE BĘDZIEMY RAZEM CZEKAM NA CIEBIE KOCHAM CIĘ
SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ W KLINICE THREE TREE

Na twarzy sierżanta, który wręczył telegram, malowało się współczucie. Wiadomość pochodziła od Rosemary, żony Tima, a osadzeni zawsze źle przyjmowali odwołanie odwiedzin. Tim kiwnął głową, nie dając niczego po sobie poznać. Telegram potwierdzał, że zadbano o auta, szoferów, kryjówki i fałszywe papiery, więc „operację” będzie można przeprowadzić już następnej nocy. Nazwa kliniki była wskazówką dotyczącą miejsca spotkania. Chodziło o kępę trzech drzew, złączonych wspólnym pniem, rosnących w odległości kilkuset jardów od więzienia. Jeśli Timowi uda się dotrzeć do tych drzew, będzie tam czekał na niego samochód, którym podąży ku wolności. Symbolika pasowała idealnie, bo w żyłach Leary’ego płynęła irlandzka krew, a w irlandzkiej mitologii trzy drzewa obsypane owocami symbolizują potęgę życia.
Stawka była wysoka. Gdyby Leary nie zdołał dotrzeć do tych drzew, zapewne nigdy już nie wyszedłby na wolność. Właśnie poinformowano go, że w przyszłym tygodniu zostanie przewieziony do Poughkeepsie w stanie Nowy York, a tam usłyszy kolejne zarzuty, postawione mu w następstwie policyjnego nalotu na jego dom w Millbrook, który miał miejsce niespełna pięć lat wcześniej. Bez wątpienia więc groził mu dłuższy wyrok, który pogrzebałby szanse ucieczki, gdyż niemal na pewno oznaczałby przeniesienie do więzienia o zaostrzonym rygorze. Jeśli Tim miał uciec, to albo tamtej soboty, albo nigdy. Jednakże w piątek niebo było błękitne, a plan wymagał mglistej nocy. Gdyby dobra pogoda się utrzymała, uciekinier zostałby dostrzeżony przez wartowników obsługujących stanowiska strzeleckie lub przez uzbrojonych strażników więziennych. Jeśli mgły nie będzie, jedynie cud uchroni go przed zastrzeleniem.
Leary spędził następne popołudnie w sali telewizyjnej, oglądając mecz futbolowy między drużynami ze Stanford i Arkansas, a o czwartej wrócił do celi na przeliczanie więźniów. O czwartej trzydzieści rozległ się dźwięk gwizdka oznaczający, że liczenie dobiegło końca. Tim poczekał, aż jego współwięzień uda się do kantyny. Kiedy tamten zaproponował, by poszli razem, powiedział mu, że jadł wcześniej. Gdy współwięzień opuścił celę, Leary przystąpił do działania (1).

(1) Kiedy Leary żył na wygnaniu, tworzył wiele sprzecznych wersji na temat swojej ucieczki, bo chciał zmylić policję. W numerze pisma „Rolling Stone” z 28 sierpnia 1975 roku David Weir stwierdził, że słyszał 17 różnych wersji. Najwięcej szczegółów zawiera historia, którą Tim opisał w Confessions of a Hope Fiend (Bantam, 1973), ale znalazło się w niej trochę celowych przekłamań. Opis ucieczki, przedstawiony w tej książce, został oparty głównie na Confessions of a Hope Fiend; część ze wspomnianych przekłamań udało się sprostować. Pomogła w tym wizyta w San Luis Obispo w grudniu 2004 roku, a także wspomnienia przyjaciół Tima z początku lat siedemdziesiątych, których nie musiał wprowadzać w błąd. Autobiografia Billa Ayersa, Fugitive Days (Beacon Press, 2001) oraz autobiografia Leary’ego z 1983 roku, Flashbacks (Tarcher/Putnam, 1983), też okazały się przydatne.

Otworzył szafkę. Wyciągnął z trampek białe sznurowadła i zastąpił je ciemnymi. Potem usiadł przy szafce i z rozłożoną na kolanach gazetą zamalowywał czarnym barwnikiem białe paski na trampkach i rękawicach do gry w piłkę ręczną. Nagle w pobliżu dał się słyszeć szczęk kluczy. Tim schował szybko buty do szafki. Serce waliło mu jak młotem, siedział bez ruchu, nasłuchując kroków oddalającego się powoli strażnika. Gdy mógł wreszcie bezpiecznie wyjąć trampki z szafki i wrócić do pracy, był cały spocony. Teraz musiał się spieszyć i dlatego upaprał sobie dłonie barwnikiem. Wytarł je o rękawice, po czym cisnął rękawice i trampki do szafki. Podszedł do umywalki i zaczął szorować ręce drucianą szczotką. Potem sięgnął po ręcznik i usunął plamy z podłogi przy szafce. Na koniec wepchnął brudny ręcznik pod materac.
Teraz, gdy przygotowania do ucieczki zostały podjęte, nie było już odwrotu. Tim nie potrafił później wyjaśnić, czemu zamalował białe paski na butach i rękawicach. W każdym razie klamka zapadła. Leary wrócił na swoją pryczę i napisał list pożegnalny do strażników więziennych, list, który na pierwszy rzut oka wydawał się pełen megalomanii i pychy: „W imię Ojca, Matki i Ducha Świętego. O, Strażnicy, wychodzę na wolność. Modlę się o to, byście i wy się wyzwolili. Trzymanie człowieka pod kluczem jest zbrodnią przeciwko ludzkości i grzechem wobec Boga. O, Strażnicy, jesteście przestępcami i grzesznikami. Poniechajcie tego! Bądźcie wolni! Amen”. Ci, którzy dobrze znali Leary’ego, odnajdywali w tym liście jego specyficzne poczucie humoru, ale wszystkim pozostałym można wybaczyć, że dostrzegli tylko arogancję i rozdęte ego, cechy tak irytujące jego wrogów.
Tim musiał czekać do ósmej trzydzieści, do następnego przeliczania więźniów. Dopiero potem mógł wyruszyć. Na zewnątrz zapadał zmierzch i zaczęło się chmurzyć. Jednakże pochmurna noc to nie to samo, co noc mglista.

Pomysł ucieczki zrodził się siedem miesięcy wcześniej, kiedy Leary trafił za kraty po raz pierwszy. Już podczas pierwszej wizyty Rosemary spojrzała na męża i uroczyście obiecała: „Uwolnię cię, kochanie”.
Było to w Chino, więzieniu o najostrzejszym rygorze, gdzie trzymano nowych skazańców. Po dokonaniu oceny więźniów przenoszono ich stamtąd do docelowych zakładów karnych. To właśnie tam Leary’emu opowiedziano o jego ewentualnych przyszłych „siedzibach”, wchodzących w skład kalifornijskiego systemu penitencjarnego. Tehachapi, San Quentin i Folsom uchodziły za więzienia, z których nie da się uciec. Podobnie Vacaville, dokąd zazwyczaj posyłano osoby niezrównoważone psychicznie. W Vacaville nie brakowało nieprzewidywalnych szaleńców i aktów przemocy, ale jeszcze większą grozę budziło Soledad, nazywane „szkołą gladiatorów”. Stale dochodziło tam do gwałtów homoseksualnych. Jedynymi placówkami, z których ucieczka wydawała się możliwa, były otoczone lasami obozy w górach i California Men’s Colony w San Luis Obispo – więzienie słabo strzeżone, o łagodnym rygorze. Było jednak mało prawdopodobne, by Tim został skierowany do któregoś z tych zakładów. Umieszczano tam tylko spokojnych, niesprawiających kłopotów więźniów, a przecież – według prezydenta Nixona – Timothy Leary był „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” (2).

(2) Kiedy w tamtym okresie proszono Tima o komentarz do tych słów, zazwyczaj mówił, że się z nimi nie zgadza. Twierdził, że według niego najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce jest nie kto inny, tylko prezydent Nixon. Gdy powrócono do tej sprawy w jego ostatnim sfilmowanym wywiadzie, zarejestrowanym przez wytwórnię filmów dokumentalnych World of Wonder, Leary powiedział zdanie, które stało się tytułem tej książki. Zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią, bardzo już mizerny Tim kiwnął uroczyście głową i rzekł z powagą: „Tak, to prawda. Osaczyłem Amerykę”. Wypowiedź Nixona padła w wywiadzie telewizyjnym i od tamtej pory krążyły różne jej wersje: „Timothy Leary jest najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce”, „To najbardziej niebezpieczny człowiek na świecie”, „To najniebezpieczniejszy z żyjących”… Jednakże pierwsza z tych wersji zdaje się najbardziej pasować do Nixona.

Na wybór więzienia dla Tima miała wpływ jego pozycja wśród młodszych skazańców. W kalifornijskich zakładach karnych często królowały przemoc i agresja. Leary przekonał się o tym już pierwszej nocy, kiedy płonący materac wpadł pomiędzy kratami do jego celi. Towarzyszyły temu krzyki i wrzaski więźniów, którzy usiłowali spalić zakład, mimo że byli zamknięci w środku.
Nowi skazańcy musieli szybko wejść w komitywę z którąś kliką albo grupą rasową, bo samotny, pozbawiony ochrony więzień był postrzegany jako słaby i bezbronny. Kiedy Leary trafił za kraty, nienawidziła go już lwia część Ameryki. Jeden z osadzonych powiedział mu: „Gdybym miał nastoletnie dzieciaki, a one by ćpały, i podejrzewałbym, że ty się do tego przyczyniłeś, zastrzeliłbym cię z zimną krwią”. Taki stosunek do Tima miała większość strażników i starszych skazańców. Tych ludzi przytłaczał konflikt pokoleń, często czuli się bezradni, próbując uchronić swoje dzieci przed koszmarem narkotyków i całej kultury narkotykowej. A jeśli istniał człowiek, którego można było obarczyć winą za narkotykowe tsunami, jakie przetoczyło się przez Amerykę w późnych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, był nim doktor Timothy Leary.
Jednak Tim okazał się w więzieniu osobą nietykalną. Stało się to oczywiste wkrótce po jego przybyciu, kiedy zapobiegł skatowaniu skazańca uważanego za kapusia. Wezwał strażników, którzy uratowali tego człowieka, zanim stała mu się poważna krzywda. Tym samym Leary złamał podstawową zasadę więzienną, zakazującą mieszania się w nie swoje sprawy. Można więc było sądzić, że dostanie mu się za to, ale do napaści nigdy nie doszło. Tima chronił respekt, jakim cieszył się wśród młodszych więźniów. Był żywą legendą dla chłopaków około dwudziestki, zwłaszcza dla tych, których porwała kultura narkotykowa. Ale narkotyzowanie się w więzieniu nie miało wiele wspólnego ze wzniosłymi, pacyfistycznymi ideałami, przyświecającymi dzieciom kwiatom podczas Lata Miłości. Więźniowie brali wszelkie prochy, jakie wpadły im w ręce, a ci, którzy gustowali w amfetaminie, byli nieprzewidywalni, brutalni – po prostu straszni. Dla strażników od razu stało się jasne, że gdyby Leary tylko chciał, mógłby wykorzystać swój wpływ na skazańców i narobić poważnych kłopotów; z potencjalnym podżegaczem funkcjonariusze więzienni zawsze muszą się liczyć.
Dlatego wysłanie Tima do California Men’s Colony West, słabo strzeżonego więzienia w San Luis Obispo, miało swój sens. Przebywali tam starsi, lepiej wykształceni więźniowie, a sama placówka była uważana przez wielu wręcz za ośrodek wypoczynkowy. Czas spędzany w celach ograniczano do minimum, należycie sprawującym się skazańcom przyznawano różne przywileje, takie jak kontakt z odwiedzającymi i własne ogródki. Więźniowie zdawali sobie sprawę, że dobrze im się powodzi i że mogą dużo stracić, jeśli wypowiedzą posłuszeństwo, więc na ogół spokojnie odsiadywali wyroki. Na wypadek jednak, gdyby komuś przyszło do głowy snuć wywrotowe plany, zorganizowano na poły jawną sieć donosicieli – niektórzy więźniowie, w zamian za przywileje, informowali funkcjonariuszy o więziennych plotkach. Było to więc miejsce, gdzie najłatwiej udałoby się przeszkodzić Timowi w realizacji jakichś buntowniczych planów. No i, koniec końców, Leary był czterdziestodziewięcioletnim pracownikiem naukowym, nie jakimś zatwardziałym, ulicznym chuliganem.

 
Wesprzyj nas