Magdalena Witkiewicz to specjalistka od szczęśliwych zakończeń. Jej powieści przynoszą chwile radości i wytchnienia od codziennych zmartwień. Sympatycy talentu pisarki będą mieli nowy powód do zadowolenia – już wkrótce ukaże się Jej kolejna powieść „Ballada o ciotce Matyldzie”.

Magdalena Witkiewicz– Ciotkę Matyldę Polska poznała dzięki przebojowi „Grupy pod Budą”. Co wspólnego ma tytułowa bohaterka pani książki z Matyldą z piosenki?
– Ta piosenka mnie zainspirowała do napisania tekstu. Znałam kiedyś takie „Matyldy”. Były to moje dwie babcie i dwie ciocie, starsze panie. Każda z nich inna. I tak pozbierałam ich wszystkie fantastyczne cechy w jedną osobę – postać ciotki Matyldy, troszkę zwariowanej starszej pani, która dokładnie wie, czego chce. I nawet po śmierci jest w stanie pokierować losem swoich bliskich w taki sposób, by byli szczęśliwi… Poza tym piosenka o ciotce Matyldzie jest taka ciepła, łapiąca za serce – taka również jest moja książka.

– Jest Pani pisarką i kobietą biznesu, ale też spełnioną mamą. Joanna, główna bohaterka powieści, także urodziła dziecko i postanowiła połączyć rolę mamy i właścicielki firmy. Na ile Pani własne doświadczenia wpłynęły na stworzenie losów tej postaci?
– Myślę, że autor, który twierdzi, że nie przelewa swoich doświadczeń na karty powieści – coś kręci. Założyłam firmę, również chciałam ubiegać się o dotacje, ale po kilku, moim zdaniem nie mających sensu spotkaniach, odpuściłam. Łączenie macierzyństwa i prowadzenia firmy jest trudne. Ale chyba jeszcze trudniejsza jest praca na etacie. Kiedy każde szczepienie, każde przeziębienie dziecka skutkuje zwolnieniem lekarskim, a w następstwie tego groźną miną szefa. Teraz mam tylko groźną minę wspólnika. A z tym jestem w stanie sobie jakoś poradzić. Joanka, moja główna bohaterka, to właśnie młoda osoba, która nagle musi poradzić sobie z rolą samotnej matki i właścicielki pewnej niezwykłej piekarni…

– Nie tylko za pośrednictwem postaci Joanny, ale też innych bohaterów, podkreśla Pani jak ważne są w życiu marzenia i cele. Czy to zachęta dla czytelników by wzorem stworzonych przez Panią postaci, wzięli sprawy w swoje ręce i walczyli o to na czym najbardziej im zależy?
– Tak. Uważam, że jeżeli na czymś nam naprawdę zależy, musimy wziąć sprawę w swoje ręce. Najwyżej się nie uda, ale będziemy mieli świadomość, że zrobiliśmy wszystko. Absolutnie nie mówię tutaj o dążeniu „po trupach do celu”. Ale gdy się siedzi na tapczanie przed telewizorem, to się nie osiągnie nic. Mnie marzenia i cele bardzo napędzają do działania. Oczywiście, lubię leżeć pod kocem… Ale w tych czasach, gdy jest internet, wiele marzeń można zrealizować nawet z kanapy, lewą ręką głaszcząc kota.

– Pani książki, także najnowsza, mają szczęśliwe zakończenia. Czytelniczki często podkreślają, że ich lektura jest znakomitym sposobem na poprawę nastroju. Czy pomysł na taką konwencję zrodził się niejako wbrew czasom, w których wiele osób boryka się z trudnościami i znalazłszy czas na lekturę, chciałoby po prostu od życiowych, niekoniecznie szczęśliwych zakończeń, odetchnąć?
– Ja uwielbiam szczęśliwe zakończenia. W życiu człowiek ma dużo stresów, istnieje pewna niepewność jutra i nie wiadomo do końca jak podejmowane decyzje wpłyną na nasze dalsze losy. Książki czytam po to, by było mi przyjemnie. Lubię odkładać książkę z uśmiechem na ustach. I z takim przekonaniem, że kocham cały świat i, że… wszystko będzie dobrze. „Ballada o ciotce Matyldzie” to właśnie opowieść o tym, że marzenia się spełniają i o tym, że dobro wraca do człowieka jak bumerang… a zimno zostaje na Spitzbergenie.

– Co jest dla Pani najistotniejsze w byciu pisarką?
– Lubię wymyślać historie, lubię opowiadać, śmieszyć, zaciekawiać. Bardzo lubię ten moment, gdy widzę w księgarni moje książki, a jeszcze bardziej lubię maile od czytelników. Gdy widzę, że moja książka na tyle zrobiła wrażenie, że komuś chciało się usiąść przed komputerem i napisać te kilka słów specjalnie dla mnie. Na wszystkie wiadomości staram się odpowiadać. Lubię zasypiając wieczorami, myśleć o moich bohaterach. Bardzo lubię obserwować ludzi, otoczenie wokół mnie. Po trochu zbierać od każdego. Od jednej pani zielony kapelusz, od drugiej uśmiech, a od innego pana rejsy dalekomorskie na Spitzbergen. Happy endy też zbieram. A jak ich jeszcze brak, to wymyślam. I czaruję by były. Staram się z tym moim pisaniem być dobrą wróżką. Dawać nadzieję i szczęśliwe zakończenia.

-Dziękuję za rozmowę.
(AK)