Gdy czytałam „Twoje listy chowam pod materacem” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Astrid Lindgren zerka na nas z niebiańskich wyżyn i puszcza swoje słynne, zawadiackie, perskie oko. Książka stworzona z unikalnego zbioru listów, jakie pisarka wymieniała z Sarą, jedną ze swych młodziutkich czytelniczek, jest niczym przysłowiowa wisienka na torcie jej twórczości. Nie tylko wzrusza i bawi, ale ukazuje historię niezwykłej przyjaźni, która… nigdy się nie skończyła.

Z Sarą Schwardt, z którą Astrid Lindgren korespondowała przez ponad trzy dekady, rozmawia Aleksandra Polewska.


– Twoja niezwykła przyjaźń z Astrid Lindgren zaczęła się od tego, że chciałaś zostać aktorką.
– Taką jak Ingrid Bergman albo Liv Ullman. Mówi ci coś w ogóle nazwisko Liv Ullman? Bo wydaje mi się, że poza Skandynawią, zwłaszcza dla osób z twojego pokolenia, to nazwisko może być obce.

– Słyszałam o Liv Ullman od dziecka, od mojego taty.
– Był początek lat 70. Miałam 13 lat. W Szwecji zekranizowano właśnie „Pippi Langstrumpf”, którą bardzo chciałam zagrać, ale niestety, po castingu nie zaproszono mnie nawet na zdjęcia próbne! (Śmiech.) Ubolewałam nad tym oczywiście, nie mniej nie zamierzałam się poddawać, zwłaszcza, że miała powstać adaptacja filmowa innej mojej ukochanej książki. Był nią „Biały kamień” Gunnel Linde. Główna bohaterka „Kamienia”, Fideli, wydawała mi się moją literacką kopią i ogromnie pragnęłam wcielić się w jej rolę. Tak ogromnie, że postanowiłam poszukać protekcji. Któregoś dnia zobaczyłam w gazecie adres Astrid Lindgren. Pomyślałam, że gdyby wstawiła się za mną tak wielka postać, jak ona, zagrałabym Fideli. Natychmiast postanowiłam do niej napisać i poprosić ją o pomoc.

– Znalazłaś w gazecie adres Astrid Lindgren?
– Dziś to wydaje się niemożliwe, by prywatny adres pisarza o międzynarodowej sławie, tak po prostu znaleźć w gazecie. Ale to było ponad 40 lat temu, w dodatku w bardzo spokojnym kraju. Wracając jednak do tematu, napisałam co miałam do napisania, wysłałam list i dostałam odpowiedź. Kiedy ją otrzymałam, podekscytowana zamknęłam się w łazience by nikt mi nie przeszkadzał w jej lekturze. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, ta lektura nie należała do przyjemnych. Pisząc do Astrid i prosząc ją o pomoc w otrzymaniu roli, skrytykowałam odtwórczynię Pippi. Napisałam, że grała kiepsko i że w ogóle cała ekranizacja bardzo mnie rozczarowała. Nie omieszkałam przy tym zaznaczyć, że gdybym to ja zagrała Pippi film byłby dużo lepszy. (Śmiech.) Kreowałam się w liście na wschodzącą gwiazdę kina z zuchwalstwem charakterystycznym dla nastolatki, więc Astrid odpisując, przytarła mi nosa. A to mnie zabolało. I zawstydziło tak bardzo, że zaraz po przeczytaniu podarłam list na drobne kawałki i wyrzuciłam do toalety.

– A zaraz potem napisałaś do pisarki kolejny list.
– Tak, z gorącymi przeprosinami za te wszystkie głupoty od których roiło się w moim pierwszym liście. I wkrótce dostałam kolejną odpowiedź.

– I w tym miejscu wyjaśnijmy, że Astrid Lindgren nie miała w zwyczaju odpisywać temu samemu czytelnikowi po raz drugi.
– Astrid była zasypywana listami przez swoich czytelników, głównie przez dzieci i młodzież. Przez pewien okres odpisywała każdemu z nich, ale tylko raz. Później nie była już w stanie, bo listów przychodziło co raz więcej. Wymyśliła więc specjalne pocztówki, które wysyłano w odpowiedzi na przychodzące do niej listy. A mnie odpisała drugi raz. Czas miał zresztą pokazać, że napisze do mnie jeszcze wiele razy.

– Dlaczego akurat do Ciebie?
– Nie mam pojęcia. Byłam bardzo zbuntowaną nastolatką. Czułam się samotna i nierozumiana. Brzydka. Miałam kłopoty i w szkole i w domu. Korzystałam z pomocy psychologicznej. O tym wszystkim można przeczytać w mojej książce. Listy, które jako nastolatka pisałam do Astrid są pełne niesamowicie emocjonalnych opisów najprzeróżniejszych moich trosk. I mimo tego, że biła z nich taka nastoletnia histeria, Astrid Lindgren odnosiła się do nich z wielkim szacunkiem, uwagą, ciepłem i dobrocią. Czasami mnie pocieszała, doradzała coś, odradzała, innym razem udzielała mi swoistych reprymend, jak np. wtedy kiedy napisałam, że palę papierosy. Sama jej uwaga, świadomość, że ona jest gdzieś tam w Sztokholmie, że czyta moje listy, że odpisuje, już samo to, było wtedy dla mnie ogromnym wsparciem. Dawało mi bardzo wiele. Przyszedł czas w naszej korespondencji, że także ona zaczęła mi pisać o niektórych swoich problemach. O tym, że jest zmęczona pisaniem że terminy ją gonią, że brat choruje, a potem, że zmarł. Pisała mi nawet o śmierci gosposi. Ale także o jasnych stronach jej życia. Na przykład, że jedzie z wnukami na Kretę.Wiesz jakie to uczucie, kiedy tak wielka i cudowna pisarka z czegoś ci się zwierza? Zwłaszcza, że jesteś od niej o ponad pół wieku młodsza?

– Korespondowałyście ze sobą 31 lat, ale nigdy się nie spotkałyście. Nie żałujesz tego?
– Nie. Myślę, że gdybyśmy spotykały się twarzą w twarz, nasza relacja miałyby zupełnie inny charakter. Z całą pewnością nie tak intymny. Kiedy piszesz list otwierasz swoją duszę. Rozmowa listami rozgrywa się na zupełnie innych płaszczyznach niż rozmowa wprost. Bratanica Astrid Lindgren powiedziała mi, że kiedy przeczytała książkę z naszą korespondencją była zaskoczona, bo nie znała swojej cioci od takiej strony od jakiej poznałam ją ja. Mówiła, że Astrid była dla niej cudowną ciocią, że miała z nią fantastyczny kontakt, ale nigdy nie był on taki głęboki jak nasz. Nie prosiłam nigdy Astrid o spotkanie. Ona też ani razu o tym nie wspomniała. Miałyśmy umowę, że będziemy do siebie pisać tylko wtedy kiedy będziemy czuły tego potrzebę. Kiedyś, kiedy byłam w Sztokholmie, poszłam na Dalagatan, czyli na ulicę przy której mieszkała. Stanęłam przed jej kamienicą i zastanawiałam się czy pukać do jej drzwi czy nie. Nie zapukałam. Wysłałam jej za to bukiet kwiatów w podziękowaniu za pieniądze jakie mi przysłała. Krótko potem w domu zadzwonił telefon, odebrałam i usłyszałam w słuchawce: „Mówi Astrid Lindgren.” Omal nie padłam z wrażenia. Zadzwoniła by mi podziękować za kwiaty. Ten jeden, jedyny raz rozmawiałyśmy ze sobą. Do dziś mam też książki, które Astrid mi podarowała: „Kati we Włoszech” i „Kati w Paryżu”.

– Skoro mówimy o przesyłaniu prezentów, kim była Sara Colomba Bianca?
– Mój dziadek robił z drewna gołębie, smalandzkie gołębie pokoju. Jednego z nich wysłałam Astrid w prezencie. Wiązały się one ze zwyczajem, że w miejscu, w którym je zawieszono (bo wisiały zwykle u sufitu), nie wolno było wypowiadać ostrych słów. Jeśli się ich używało gołąb ciemniał. Choć ciemniał też jak długo wisiał. Astrid gołąb się bardzo spodobał i napisała, że nazwała go Sara Colomba Bianca. Często zwracała się do mnie w listach „Saro, moja mała gołąbko” albo „moja mała przyjaciółeczko” albo „moja mała przylaszczko”.

rozmowa listami rozgrywa się na zupełnie innych płaszczyznach niż rozmowa wprost.

– Mijały lata. Ze zbuntowanej i nieszczęśliwej nastolatki zmieniłaś się w młodą kobietę, która prowadziła, cytuję „życie godne pozazdroszczenia”, a jej małe córeczki nie pozwalały jej skończyć kolejnego listu do Astrid. W jednym z listów pisałaś, że nie możesz się doczekać kiedy podrosną na tyle byś mogła im czytać „Pippi” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Doczekałaś się?
– Nie bardzo! (Śmiech.) Moje córki uwielbiały kiedy im czytałam, ale nie chciały słuchać niczego innego poza Biblią dla dzieci! Kiedy kończyłam im czytać ostatni rozdział, kazały mi czytać od początku. I tak bez końca. Moje życie prywatne układało się wtedy bardzo dobrze, ale moje życie zawodowe było przez lata dalekie od moich młodzieńczych marzeń o nim.

– Fakt, aktorką nie jesteś.
– Wyrosłam z aktorki. Później pragnęłam zostać dziennikarką i to było już moje dojrzałe marzenie. Jak zapewne wiesz, z treści książki, Astrid mnie do tego motywowała, kibicowała mi. Ale kiedy wyszłam za mąż, a później urodziłam trójkę dzieci, dziennikarskie plany gdzieś się rozpłynęły. Pracowałam w szpitalu jako sprzątaczka. W rękach miałam mopa i myłam nim podłogi, a w uszach miałam słuchawki i słuchałam przy pracy audiobooków. I tak całymi dniami. Zawsze kochałam książki. Nie miałam wielkich perspektyw na zmianę swojej sytuacji zawodowej, nie mówiąc już o realizacji pomysłu o dziennikarstwie. Wszystko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy wydano w formie książki naszą korespondencję. Książki, na okładce której, obok nazwiska Astrid, widnieje moje nazwisko. Zaproponowano mi wówczas pracę w Mariannelund gdzie powstaje drugie co do wielkości, największe muzeum filmów dla dzieci. Kiedyś chciałam zagrać Pippi, a teraz, będąc przewodnikiem, oprowadzam dzieci po muzeum, w którym ważne miejsce zajmują filmy powstałe w oparciu o książki Astrid Lindgren i opowiadam im o mojej przyjaźni z nią. I o niej samej. Nawiasem mówiąc tu gdzie dziś powstaje muzeum, przed laty kręcono film o Emilu ze Smalandii. Poza tym przyjęłam też propozycję współpracy z czasopismem „Kommunalarbetaren” i regularnie pisuję do niego artykuły. Mogę pisać o czym chcę, mam całkowicie wolną rękę. Lubię mówić, że Astrid dała mi drugą szansę. Wciąż mam wrażenie, że nade mną czuwa.

– Nie tylko czuwa. Wydała z tobą książkę. Wiesz, ilu pisarzy na świecie marzy o tym by ich nazwisko pojawiło się na okładce tuż obok nazwiska takiej ikony literatury jak Astrid Lindgren?
– Przyjaźń z Astrid to prawdziwy dar od Boga. I wtedy i dziś, czuję się i czułam ogromnie nią wyróżniona.

– Książka tłumaczona jest na kolejne języki, dużo podróżujesz w związku z jej promocją. Promocyjne szlaki nie biegły co prawda przez Polskę, ale i tak nas kiedyś odwiedziłaś.
– W maju 1983 roku byłam w Polsce z moją szkołą biblijną. Kiedy miałam 20 lat przeżyłam nawrócenie. Pisałam o tym Astrid w listach z tamtego okresu, o czym zresztą można przeczytać w książce. Dziś wstydzę się sposobu w jaki to wszystko opisywałam, ale tak właśnie wtedy to wszystko postrzegałam, odczuwałam.

– Obrazujesz Astrid swoje doświadczenie odkrycia Boga posługując się fragmentami „Mio, mój Mio” czy „Braci Lwie Serce”. To ciekawe, piękne, i bardzo nowatorskie. Nie wiem czego można się tu wstydzić.
– Teraz napisałabym o tym po prostu inaczej.

– Ciekawe o czym napisałabyś do Astrid, gdybyś w 1983 roku pisała do niej z Polski?
– Pewnie o tym o co tam robiłam, co widziałam. Może o tym, że kiedy byliśmy w Poznaniu, na ulicach działy się dziwne rzeczy? Że ludzie układali kwiaty, palili świece, modlili się, a milicja próbowała ich bezskutecznie rozgonić.

– Zastanawiałaś się kiedyś jakby wyglądało Twoje życie, gdybyś w 1971 roku nie napisała do Astrid, a ona nie odpisałaby na Twój list?
– Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Byłam trudną nastolatką, niedobrą. Naprawdę ciężko było we mnie dostrzec dobro, a ona je dostrzegła. I dzięki temu dziś ze sobą rozmawiamy.

– Dziękuję za rozmowę.Aleksandra Polewska

Astrid Lindgren, Sara Schwardt, Twoje listy chowam pod materacem. Korespondencja 1971–2002, Przekład: Anna Węgleńska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Premiera: 18 lutego 2015


Astrid Lindgren (1907–2002)
Najbardziej znana na świecie autorka książek dla dzieci urodziła się 14 listopada 1907 r. w Vimmerby. Prawdziwa saga o Astrid Lindgren jest równie fantastyczna jak historie, które sama napisała. Dziewczyna ze wsi zostawia wesołą zagrodę dzieciństwa, zachodzi w ciążę z człowiekiem, o którym nie chce nawet słyszeć, opuszcza rodzinny dom, jest zmuszona oddać syna do rodziny zastępczej. W wielkim mieście głoduje, walczy o to, aby odzyskać dziecko i wychodzi za mąż…

Wymyślanie historii dla dzieci Astrid Lindgren zaczęła w wieku 34 lat, kiedy jej chora córeczka poprosiła o opowiedzenie jej czegoś. Tak powstała postać Pippi Pończoszanki, dziewczynki przełamującej konwencje świata dorosłych. Maszynopis nie został jednak zaakceptowany przez wydawnictwo. Pierwszą książką Astrid Lindgren przyjętą do publikacji została powieść dla dziewcząt „Zwierzenia Britt-Mari”. I tak w 1944 roku rozpoczęła się seria sukcesów szwedzkiej pisarki.

Napisała blisko 50 książek, stała się jedną z najbardziej wpływowych osób w Szwecji. Kiedy Astrid Lindgren odkryła, że płaci 102 procent podatku, napisała baśń „Pomperipossa w Manismanii”, co przyczyniło się do utraty władzy przez socjaldemokratów. W wyniku jej kampanii przeciwko złemu traktowaniu zwierząt przeznaczonych do uboju znowelizowano ustawę o ochronie zwierząt.

Książki słynnej Szwedki sprzedano do tej pory w ponad 100 milionach egzemplarzy i przetłumaczono na blisko 80 języków, często były także ekranizowane. Została uhonorowana dziesiątkami nagród szwedzkich i międzynarodowych, m.in. medalem Hansa Christiana Andersena (1958), International Book Award UNESCO (1993), Orderem Uśmiechu, a także nagrodą Right Livelihood Award w 1994 roku. 2 maja 1989 Uniwersytet Warszawski przyznał jej tytuł doktora honoris causa.
Astrid Lindgren zmarła 8 stycznia 2002 r. w Sztokholmie, w wieku 95 lat.


[1973-10-22]

Astrid Lindgren, przeczytałam twoją książkę i kocham ją. Nie umiem wyjaśnić, jak to odczuwam, to było takie cudowne. Dzięki, że wysłałaś mi ją, ja tak myślałam, w każdym razie miałam nadzieję, że to zrobisz, chociaż to wygląda może trochę na tupet.
Przeczytałam recenzję (tak się to nazywa, co?) o książce w DN32, którą ty też na pewno czytałaś. Jeśli właściwie zrozumiałam jej koniec, uważam, że to było (z moim „małym” zasobem słów:) głupie33.
Gdybyśmy, myślę, że wszyscy, świadomie lub nieświadomie, w jakiś sposób nie wierzyli w jakąś Nangijalę czy Nangilimę, jak mielibyśmy siłę żyć szczęśliwie i przeżyć nieszczęścia i smutki. Na str. 15 jest napisane: „Przychodziło mi na myśl, że a nuż to nieprawda z tą Nangijalą!”34. Nie wiem, czy taki był zamiar, ale po tym zdaniu ja poczułam straszną pustkę.
Ale, czy ty chciałaś powiedzieć, że takie światy istnieją, czy chciałaś powiedzieć, że Sucharek tylko fantazjował? Mam nadzieję, że uważasz, że istnieją! (A więc, ma się rozumieć, jako książkowe i baśniowe, jeśli rozumiesz, co ja mam na myśli). Mam nadzieję, że wiele dzieci dostanie „Braci Lwie Serce” na Gwiazdkę.
A na inny temat, odbywam teraz praktykę w teatrze w Vaxjö. Jest to bardzo fajne, na szczęście został mi jeszcze tydzień. Najwięcej wyjeżdżamy z teatrem szkolnym. Wczoraj byłam na „Skąpcu” i mogę się pochwalić, że ja i jeszcze jedna praktykantka dałyśmy kwiaty Holgerowi Löwenadlerowi i Isie Quensel35. No i jeszcze coś, żeby ci się pochwalić! Miałyśmy śmiertelnego pietra, oczywiście, zanim ośmieliłyśmy się wejść. Mało nie wpadłam na kochanego Holgera, a jego znane brwi uniosły się pod sufit i krzyknął, właśnie krzyknął!, wołając Isę Quensel.
– Pewnie poszła do toalety – powiedziałam.
Byłyśmy zmuszone potem wrócić, bo zapomniałyśmy zrobić im zdjęcie, ale wtedy wszyscy aktorzy siedzieli w jednym pokoju i wcinali kolację, więc stałyśmy całkiem długo, nie śmiejąc wejść. Na szczęście przyszło dwóch aktorów, których znałyśmy, i oni weszli do środka, i pstryknęli.Tak, też uważam tak jak ty! Okropnie dziecinne…
Może wiesz, że film z Perem Oscarssonem36 „Ebon Lundin” ma teraz premierę. Żeby kontynuować chwalenie się: na obozie teatralnym w lecie poznałam pedagoga teatralnego, Gunlög Erlandsson, która gra trochę w tym filmie, ze swym byłym mężem siedzi na ławce i całują się.
Widziałaś „Biały kamień”? Chciałabym być Julią Hede, jaka jest śliczna i jak dobrze gra37. Coś mi mówi, że przypuszczalnie nie zrobiłabym tego tak dobrze jak ona. Niestety.
(Choler. świat, jak mnie martwi, że przepuściłam dziś program z tobą w TV!)
Sara Ljungcrantz, Håralycke
Dzięki, dzięki DZIĘKI za książkę!

[1973-11-07]

Jeśli masz dość własnych zmartwień, to NIE CZYTAJ tego listu. I tak nie widać tego, co tu napisane, to delikatnie mówiąc, nieinteresujące i niechlujne. Mimo że masz dość zmartwień, czytasz ten list. Ale ostrzegłam.
Piszę bez namysłu. To nie przypadek, zrobiło się to, co piszę w tym liście, ale rozumiem, jeśli jesteś zmęczona moimi zmartwieniami w tej sytuacji. Dlatego pozwalam ci skończyć tutaj, jeśli chcesz. Nie wiem, co mam robić.
Babcia i ja zaczęłyśmy się kłócić o wszystko i tak ona jak ja jesteśmy absolutnie pewne swego. Jedna zaprzecza drugiej i stajemy się coraz bardziej i bardziej zażarte, i ja czuję, że: 1. Ja mam rację. 2. Jak do cholery mogę doprowadzić do tego, żeby to przyznała? 3. W takich sytuacjach zaczynam ją niemal nienawidzić, I wiem, że ona czuje tak samo, ale, Boże drogi, ona mówi zupełnie niedorzecznie (jej słowa na to, co ja mówię!).
Potem w czasie tego wszystkiego razem babcia odchodzi i zaczyna chlipać/płakać. I ja oczywiście mam wyrzuty sumienia, i jestem nieszczęśliwa, i nagle odczuwam czułość zamiast nienawiści. Ale ona tego nie wie. Chociaż myślę to samo. Ale potem babcia nie śpi całą (prawie) noc i tak, w każdym razie to beznadziejne kłócić się tak wciąż i wciąż. I to bardziej żal babci niż tego, co to wiesz, ale Boże drogi.
Aha, teraz się wypisałam. Równie dobrze mogę to wyrzucić.
Gdybym tak zrobiła.
A zresztą, nie.
Sara Ljungcrantz, Håralycke
P.S. Na dłużej to nie jest tak proste, jak się wydaje. Przy takich wypadkach pragnę, żebym umiała opisać to tak, żeby dało się zrozumieć dokładnie, jak to (było) JEST, to dużo bardziej skomplikowane i cholerne, niż to brzmi.
Sara
P.S. Wyrzuć to natychmiast i zapomnij wszystko, co tam napisane, to tylko ze względu na siebie pisałam.
Sara
P.S. Zupełnie inna sprawa. Spotkałam Monicę Nielsen i Pierre’a Lindstedta w rzeczywistości, ale to chyba nic wielkiego38.

18.11.73.

Hej, Sara, o tej ciemnej, wieczornej niedzielnej godzinie chcę napisać troszkę do ciebie, tak dawno już nie pisałam. Tak, gdybyśmy wszyscy „umieli opisać to tak, żeby dało się zrozumieć dokładnie, jak to było”, jakże byłoby cudownie. Ale to właśnie się nie udaje, można pisać całym sobą, a mimo wszystko nie wyrazić tego, co się chce.
Jedno, co jest pewne, to że wszystko ma co najmniej dwie strony – twoja babcia jest przekonana, że ona ma rację i że to, co mówisz, jest niedorzeczne, a ty wiesz, że ty masz rację, i to, co ona mówi, jest niedorzeczne. Nie podajesz żadnych konkretnych przykładów, na jaki temat macie nieporozumienia, więc nie mogę osądzić i wcale mnie o to nie prosiłaś, chciałaś tylko napisać z tego powodu, że kipiało ci w duszy, i do mnie możesz pisać dokładnie, ile tylko chcesz, nigdy nie przestanie mnie to interesować.
Stary i młody człowiek mogą rzeczywiście mieć różne punkty widzenia na wiele spraw, ale w głębi serca mam nadzieję, że nie kłócicie się stale, ale macie też chwile spokoju. Piszesz, że czasami czujesz prawie nienawiść, ale kiedy babcia chodzi dookoła i płacze, to nagle zamiast tego czujesz czułość. „Ale tego ona nie wie”, piszesz. Czy nie możesz zdobyć się na to, by jej to okazać? Jeśli nagle dasz ujście tej czułości, nie sądzisz, że byłoby to dla niej cudowne – i dla ciebie też? Teraz myślisz, że oto widać, nie da się opisać tak, aby ktoś inny zrozumiał dokładnie, jak to jest. Nie, nie, tak pewnie jest! Ale… ja tak bardzo pragnę, żeby ci było dobrze tam w Håralycke, a chyba nie jest, jeśli te kontrowersje są częste. Jak to jest, tylko babcia i ty stanowicie rodzinę, gospodarstwo, czy mieszkacie razem z twoimi kuzynkami? Czy są jeszcze inne osoby w domu i jak ci z nimi jest? Kiedyś napisałaś mi, że ufasz swojej babci stuprocentowo, uważałam, że to brzmi tak dobrze. Opowiedz więcej, bądź tak miła!
Zresztą ta pora roku jest męcząca dla ludzkiego wspólnego bytowania, ludziom z Nifelhem łatwo o złe słowa, a trudno o łagodne i ciepłe39. Zresztą nie tylko tam.
Saro, moja Saro, uważaj na siebie i nieś życzliwość, gdziekolwiek się udajesz.
I napisz do mnie znów.
Astrid