Tadeusz Januszewski sporządził spójną i wyczerpującą biografię Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Bez domysłów i wyobrażeń, opartą wyłącznie na materiałach źródłowych. Sympatycy poety będą nią zachwyceni, miłośnikom czasów przełomu XIX i XX wieku też się spodoba.


„Kazimierz Przerwa-Tetmajer” to klasyczna biografia. Jej autor Tadeusz Januszewski nie pokusił się o, bardzo ostatnio modne, formy narracyjne charakterystyczne dla powieści ani stylizację na reportaż z przeszłości. O słynnym poecie napisał zachowując dystans obiektywnego badacza, transparentnie i w porządku chronologicznym, począwszy od czasów i losów rodziny bezpośrednio poprzedzających narodziny Kazimierza aż po jego śmierć. To tekst wymagający skupienia, skierowany do czytelnika zaznajomionego już z tematem. Niemniej to także tekst, który może zaskoczyć, bo dzięki drobiazgowej analizie, daje czytelnikowi niezwykle wyrazisty obraz Tetmajera. Wzięty pod lupę poeta odsłania na kartach tej biografii swoją skomplikowaną osobowość.

Zaczynamy od spotkania z młodym Tetmajerem, tak bardzo skupionym na sobie i świecie swoich wewnętrznych przeżyć, że aż niezdolnym do nawiązania trwałych relacji przyjacielskich, za wyjątkiem jednej – z Ferdynandem Hoesickiem. To człowiek przeżywający, bez żadnej szczególnej przyczyny, dotkliwy smutek i przygnębienie, o którym Tadeusz Boy-Żeleński napisał: „Byłem smarkatym Horacjem tego Hamleta, którego pęknięcie duszy nie było nigdy fasonem literackim, ale najgłębszą i najboleśniejszą prawdą”. Następnie towarzyszymy poecie w czasach gdy rozwijała się i umacniała jego pozycja utalentowanego artysty, wzrastała świadomość posiadanego daru, tłumiona uprzednio przez rywalizację z uzdolnionym i powszechnie lubianym starszym bratem Włodzimierzem. Dalsze lata to już kalejdoskop zdarzeń: podróże po Europie, praca dziennikarza, nowe znajomości, zawarte i zerwane zaręczyny, mnogość przelotnych związków, praca nad dziełem życia, ojcostwo, wreszcie ostatnie lata w coraz bardziej zmiennej i niepewnej rzeczywistości.

To, co może czytelników niniejszej książki zadziwić najbardziej, to radykalna różnica pomiędzy Tetmajerem uwiecznionym z jego własnej twórczości, a realnym człowiekiem. Ten pierwszy to zmysłowy melancholik kontemplujący piękno i grozę życia, wnikliwy obserwator natury dostarczającej mu nastrojowych doznań, a nade wszystko adorator kobiet. Ten drugi to egoistyczny malkontent, pragmatyczny do bólu, traktujący kobiety przedmiotowo i bez sentymentów. Bywalec burdeli i utracjusz żyjący przeważnie na kredyt, a najczęściej z pieniędzy przesyłanych mu przez… pracującą ponad siły mamę. Januszewskiemu znakomicie udało się udokumentować ten dualizm.

Nieuchronnie, jak to w przypadku biografii, praca Januszewskiego stanowi też portret czasów, w których przyszło żyć Tetmajerowi. Akurat w jego losach w szczególnie wyrazisty sposób odbija się charakterystyczny dla przełomu XIX i XX wieku motyw hipokryzji, owej podwójnej moralności dozwalającej na różne normy postępowania w zależności od tego z kim się zadawano. Ot, choćby dla przykładu jedno zdarzenie z życia samego Tetmajera: w swoich młodych latach, mieszkając i pracując w Warszawie, nawiązał płomienny romans z dziewczyną „nie z jego sfery”, by pozostawić ją na pastwę losu gdy zaszła w ciążę, samemu udawszy się do Zakopanego na wakacje. Tam zaś flirtował z dobrze urodzonymi damami – a te należało traktować z szacunkiem i dbałością o ich dobre imię, o czym jak najbardziej pamiętał, natomiast własne dziecko i jego matkę ze swego życia na zawsze wyrzucił . Ta postawa dziś może bulwersować, a wówczas uchodziła za zwyczajne zachowanie. Podobnych przypadków różnic pomiędzy naszymi czasami, a nie tak przecież odległą przeszłością, jest w tej książce wiele.

praca Januszewskiego stanowi też portret czasów, w których przyszło żyć Tetmajerowi

Biografia pióra Januszewskiego jest spójna i wyczerpująca. Daje się wyczuć, że autor niejednokrotnie musiał zmagać się z wyborem co zachować w książce, a z czego zrezygnować – pośród obfitości materiałów źródłowych. Jak sam zaznacza w słowie „Od autora”, jedną z podstaw przy pisaniu stanowiły listy znane dziś w liczbie około półtora tysiąca. Można zadać sobie pytanie czy to biografia ostateczna, opisująca poetę w sposób, do którego niepodobna będzie dodać w przyszłości coś nowego. To sprawa otwarta. Sam Januszewski wspomina, że w 1881 roku szesnastoletni Kazimierz zaczął prowadzić dziennik. Obecnie znany jest tylko jego szósty zeszyt prowadzony od marca 1888 roku do kwietnia 1889. Los pozostałych pozostaje niewiadomy. Oczywiście nawet odnalezienie kompletu nie przyniosłoby radykalnej zmiany w tym co wiemy na temat Tetmajera, ale dla jego miłośników notatki z lat młodzieńczych, okresu intensywnej formacji, z pewnością okazałyby się cenne. Kto wie, być może takie odkrycie jeszcze przed nami. Tomasz Orwid

Tadeusz Januszewski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Biografia, Wydawnictwo Iskry, Premiera: 22 września 2015


1896

Od nowego roku Tetmajer postanowił pisać listy do przyjaciela bez wewnętrznej cenzury:

Zakopane, 1/I [18]96
Mój kochany, jeżeli ktoś jest od czterech tygodni narzeczonym i nie wolno mu o tym nikomu ani słówka pisnąć, czy można mu brać za złe, że do swego przyjaciela pisuje puste i nic niemówiące listy? O czymże miałem pisać, u diabła starego?!
Donoszę Ci więc, mój drogi Duniu, że jestem od 6 grudnia po słowie z panną Lorą Rakowską z Zagórza (z Królestwa), panną, o której pisze Tadzio, który ją widział na kolei w Krakowie, że to jest „świństwo albo wyjątkowo mądre zrządzenie opatrzności, co najmniej więc na jedno wychodzi, żeby się taka cudowna i rozkoszna dziewczyna dostawała takiemu” itd., itd. – domyśl się. Ona teraz 4 tygodnie zabawi u siostry Rodkiewiczowej pod Warszawą w Kręczkach, ja zaś ten czas – niech to jasny piorun trzaśnie! w sanatorium Kruszyńskiego, w mokrych kocach itp. Nie, żeby ze stawów trypra wypędzać i z 19-letnią śliczną dziewczyną się zaręczyć – to się tylko mnie może udać. Tylko o tych stawach, oprócz p. Langnera, nie mów nikomu, na miłość boską!!! To jest wspaniałe, ale – niebezpieczne.
Ślub, z przerozmaitych względów, głównie z jej majątkowych, bo trzeba wprzód wieś sprzedać (są dwie siostry, sieroty majętne, ale szalenie im tracą majątek), nie odbędzie się prędko i zapewne Ty się wprzód okobiecisz (…).
Zaręczamy się stalowymi pierścionkami z moim godłem: Vouge la galere i monogramem K.L. Jeszcze się nikt tak nie zaręczał, ale się zacieszamy na śmierć na te pierścionki. Ona jest tak dziecinna jak ja (…).
Jest jasną szatynką, niebieskie oczy, śliczna figura, typowa szlachcianka wiejska z grubej szlachty – jak wsiada w sanki! Miałem od niej z drogi cudnie miłe i kochające listy. W ogóle mam ich 42. Poznaliśmy się 20 października. Ona tu bawi w „Jordanówce” dla zdrowia, bo delikatna bardzo. Ma wielkie czucie natury.
Już wie, co to jest metryka wiersza i subtelizuję jej oko.

Brat Włodzimierz próbował pocieszyć poetę na swój sposób: „Zanim się od ciebie dowiedziałem, powiedział mi Tadeusz (Żel[eński]), że chcesz się żenić i że masz syfilis. Syfilis ma większość mężczyzn: miał nasz ojciec, stary Żeleński, Jacek Malczewski etc., najgorsze, że musisz parę lat odczekać ze ślubem etc.”.
Odkąd para się poznała znajomość i uczucia rozwijały się błyskawicznie. Laura Rakowska, na którą mówiono Lora, skończyła we wrześniu osiemnaście lat. Była sierotą, przyjechała do Zakopanego z siostrą Marią i nauczycielką. Matka zmarła, gdy Lora miała trzy lata. Ojciec nie ożenił się, wychowywał dziewczynki, przyjął nauczycielkę-opiekunkę, kalekę. Kilka lat później on też zmarł. Zostawił majątek Zagórze w Piotrkowskiem. Lora przebywała u urszulanek, potem u rodziny.Maria pierwsza wyszła za mąż za Kazimierza Rodkiewicza, właściciela dwóch majątków ziemskich. Niezwykle energiczny i zasadniczy, uważał on, że ma również obowiązek opiekować się szwagierką. Lora miała większe powodzenie, ale jako dobrze wyedukowana, bo ojciec o to dbał, szukała mężczyzny na odpowiednim poziomie.
W Zakopanem poeta stale jej towarzyszył. Chodzili razem na spacery, rozmawiali, żartowali. Byli szczęśliwi i zakochani, ona dziecięco radosna. Już snuli plany na przyszłość, mówili o przyszłym wspólnym domu i podróżach po Europie. Tetmajer radował się Lorą, opowiadał o niej w listach, sprawiał wrażenie szczęśliwego, choć jako niepełnoletniej nie mógł jej jeszcze poślubić.
Towarzyszyła im nauczycielka, którą Tetmajer nazywał Koczkodanem. Określenie uznano za trafne. Poeta jednak zdołał ją obłaskawić, więc za bardzo nie przeszkadzała. Po miesiącu znajomości poeta wręczył ukochanej wykaligrafowany rękopis popularnego potem wiersza: A kiedy będziesz moją żoną.

A kiedy będziesz moją żoną…
Umiłowaną, poślubioną
Wówczas się ogród nam otworzy,
Ogród świetlisty, pełen zorzy.

Rozdzwonią nam się kwietne sady,
Pachnąc nam będą winogrady,
I róże śliczne, i powoje
Całować będą włosy Twoje.

Pójdziemy cisi zamyśleni
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy wolno alejami,
pomiędzy drzewa, cisi, sami.

Gałązki ku nam zwisać będą,
Narcyzy piąć się srebrną grzędą,
I pachnie biały kwiat lipowy
Na rozkochane nasze głowy.

Ubiorę ciebie w błękit kwiatów,
Niezapominek i bławatów,
Ustroje ciebie w paproć młodą
I świat rozświetlę twą urodą.

Pójdziemy cisi, zamyśleni,
Wśród złotych przymgleń i promieni,
Pójdziemy w ogród pełen zorzy
Kiedy drzwi miłość nam otworzy.

Wspomnienia bliskich mówią, że właśnie ten rękopis obudził czujność Koczkodana, który zaalarmował rodzinę i zakochanym sprowadził na głowę Rodkiewicza. W Zakopanem dowiedział się on prawdy o Tetmajerze, a nawet więcej, bo poznał również krążące plotki. Zasadnicza rozmowa obu panów nie satysfakcjonowała żadnego. Wtedy Rodkiewicz zarządził wyjazd z Zakopanego.
Młodzi zdołali uzgodnić zaręczyny. Lora, podobnie jak Tetmajer, nie zamierzała rezygnować ze swojego szczęścia i z małżeństwa. W drodze powrotnej zatrzymali się w Krakowie, przyjęci przez Żeleńskich, którym dziewczyna się bardzo spodobała. Tetmajer oprowadzał ją po Krakowie – i odbyły się oficjalne zaręczyny, wyprawione z pompą.
Po jej wyjeździe już w drugiej połowie stycznia pojawiły się w jego korespondencji niepokoje i obawy o ich wspólny los. W lutym był przez kilka dni w Warszawie, zapewne rozmawiał z rodziną. Powrócił załamany, ubolewał, że tak szybko wygnano go z jej serca i mówił o jakichś stawianych warunkach. Przez dwa miesiące zbierał wśród poetów rękopisy, wiersze, wpisy dla niej lub choćby autografy. Pragnął z nich zmontować album dla narzeczonej. Hoesicka prosił o współpracę na terenie Warszawy. Czy chciał zachować pozory, czy rzeczywiście łudził się, że album będzie miał znaczenie w decyzjach jej rodziny, w istocie przesądzającej o losie Lory?
Na próżno. Rodzina Rakowskich zerwała ostatecznie zaręczyny, a Lorę na pewien czas wysłano do Włoch, bodaj na Capri. W rok czy dwa później poznała ona w Krynicy swego przyszłego męża, inżyniera Arnulfa Nawratila. Wyszła zamąż w 1898 roku i zamieszkała we Lwowie. Zmarła w 1960 roku.
A Tetmajer po zerwaniu mógł napisać w Grze słów:

Odszedłem… Świat się cały nie zawalił,
ani runęły pod nim rusztowania,
tylkom u progu twojego zostawił
całe pragnienie i miłość kochania.

Nadal przebywał w Zakopanem, zapewne kończył kurację, ale wzmagająca się nerwowość nie pozwalała mu usiedzieć na miejscu. Na przełomie kwietnia i maja udał się do Warszawy, aby w redakcjach „Słowa” i „Tygodnika Ilustrowanego” omówić propozycję reportaży z Niemiec. Z tymi czasopismami i krakowskim „Czasem” współpraca poety była wówczas najżywsza. Wśród różnych utworów i artykułów, jakie ogłaszał w prasie, zwraca uwagę coraz większa liczba omówień wystaw malarstwa. Tetmajer miał powody, aby zainteresować się niemieckimi wystawami. Pierwszym, oczywistym, było zarobienie pewnej sumy pieniędzy, z jaką mógłby znów wybrać się nad morze południowe, za którym zatęsknił i coraz częściej w listach wspominał. A przy tym „przewietrzyć się” psychicznie.
Jednak inne powody były nie mniej ważne. W Monachium pokazywano wielką panoramę Tatr, a w Berlinie panoramę Berezyny. Prócz tego w Berlinie trwała międzynarodowa wystawa malarstwa, na której była też salka polska. Ostatnim tematem, który poeta dziennikarsko eksploatował, były pracownie polskie w Monachium.
Ale nade wszystko te Tatry! Po wystawie w Monachium wystawiono Panoramę w Warszawie, w specjalnie zbudowanym gmachu na Dynasach. Z tej okazji opublikowano również książeczkę Tetmajera Objaśnienie do olbrzymiego obrazu „Tatry”.
W pierwszej części dwujęzycznej, polsko-rosyjskiej publikacji poeta pokazywał i objaśniał wszystkie szczyty, przełęcze i dolinki widoczne w Panoramie. Gdy wykonał swoje zadanie fachowego informatora i doszedł w opowieści do świata ożywionego, zwłaszcza ludzi, tonacja opowiadania się zmieniała. Profesor Teodor Axentowicz namalował ludzi, tych przygodnych i tych będących już legendą Zakopanego. Tetmajer przywoływał przeszły świat i ludzi, którzy już „minęli się”. Znów ożywają górale przy ognisku, ich tańce i przyśpiewki, i ci wielcy: Sabała, Chałubiński, Witkiewicz, ksiądz Stolarczyk i inni. Widać, z jaką miłością, czułością i tęsknotą, ale i barwnie pisze poeta o minionych czasach i ludziach.
Do opowieści dodał jednak ciąg dalszy – historię ludzi, którzy z mozołem tę panoramę tworzyli. Bywając niejednokrotnie, a i zatrzymując się nieraz na dłużej w schronisku przy Morskim Oku, spotykał malarzy, którzy mieszkali tam przez dwa całe letnie sezony. Znał ich, spędził z nimi wiele wieczorów, uczestniczył jako świadek w tworzeniu Panoramy, a właściwie szkiców do obrazu. Codziennie rano ze sprzętem szli na wierzchołek Miedzianego, bo było to ustalone miejsce, skąd miał roztaczać się widok panoramiczny. Zmagali się z kapryśną pogodą, codziennym podchodzeniem i schodzeniem, różnymi niewygodami i niespodziankami.
Właściwą Panoramę malowano już w Monachium, gdzie znajdowała się odpowiednio wielka pracownia. Większość prac wykonali Stanisław Janowski oraz niemiecki specjalista od panoram Ludwik Boller, oni też byli kierownikami całego przedsięwzięcia. Malowali ponadto Stanisław Radziejowski, Kasper Żelechowski i inni. Pod koniec prac zdarzył się wypadek: Boller spadł z rusztowania i wkrótce potem zmarł.
Tetmajer, tak ciągnąc do Monachium, chciał zobaczyć efekt prac wstępnych, których świadkiem bywał, a zapewne też już zamierzał prócz kilku recenzji napisać o obrazie coś większego. Z Monachium przywiózł materiały, sam tekst pisał już nad morzem południowym.
Koniec Panoramy był smutny. Mierząca sto piętnaście metrów długości i sześć metrów wysokości była ona od Panoramy Racławickiej o pięć metrów krótsza, ale o metr wyższa. Miała więc większą powierzchnię. Była największym polskim obrazem, jaki kiedykolwiek powstał. W Warszawie nie cieszyła się dostatecznym powodzeniem, więc sprzedano ją na licytacji i pocięto na kawałki, z których tylko dwa ocalały.
9 maja poeta pisał z Monachium, potem przebywał w Berlinie, pod koniec miesiąca odwiedził z tekstami redakcje warszawskie, a 7 czerwca już był w Wenecji. I znów, choć nie tak dramatycznie, powtarzają się doświadczenia zeszłoroczne. Z Wenecji pisał do Franciszka Pika poznanego w Heidelbergu o pożyczenie 50 florenów, ale Pik teraz był biednym aptekarzem w Krośnie i nie miał z czego pożyczyć. A gdy się postarał i posłał pieniądze, to potem nie mógł doczekać się zwrotu.
Pod koniec czerwca Tetmajer był w Trieście. Następnie udał się do Trenczyna (obecnie na Słowacji); gdzie przebywał na kuracji do pierwszych dni sierpnia i skąd powrócił do Polski. Na ten powrót i osobiste sporządzenie korekty umówił się poeta z Anczycem, aby miniaturowy Wybór poezji mógł ukazać się jesienią.
Obecność Tetmajera w Zakładzie Wodoleczniczym Andrzeja Chramca zawsze budziła zainteresowanie i emocje pań. Mieszkanie zmieniał w Zakopanem wielokrotnie, ale tu bywał najczęściej. Miał szczególne przywileje. Byli z Chramcem po imieniu, mówili sobie z odrobiną czułości i poufałości: „Kaziu” i „Jędrusiu”. Potrafił jednak Tetmajer miewać grymasy. Nie poznawali się wówczas, co nie trwało zbyt długo. Jego pokój był na piętrze i zainteresowanie pań jego osobą zaczynało się od pytania: zejdzie czy nie zejdzie? Często jednak zajęty był pisaniem i wówczas posiłek zanoszono mu na górę.
Zapewne niecały miesiąc przesiedział w Zakopanem, zanim spotkał się z drukarzem w Krakowie, a możliwe również, że pod Tatry na jakiś czas powrócił. Od października przez całą zimę mieszkał w Krakowie. Jednak już 11 października poprosił Anczyca o pożyczenie stu reńskich, bo zamierzał wieczorem jechać do Wiednia. Na „hipotekę” pożyczki stawiał powieść, którą miał drukować w „Czasie”, ale dopiero zaczął pisać.
Do Wiednia Tetmajer jeździł często. Nie omieszkał wtedy zajrzeć do kawiarni Puchera, gdzie schodzili się wszyscy Polacy. Zwykle odwiedzał też pracownię osiadłego w Wiedniu artysty rzeźbiarza imedaliera profesora Stanisława Romana Lewandowskiego. Tu napisał sporą część Anioła śmierci. Godzinami leżąc na otomanie, obserwował pracę artysty, który modelował wówczas swą Salome. A bohater utworu, który wyrzeźbił tytułowego anioła śmierci, wzorowany był na właścicielu pracowni.
O powieści Tetmajera Anioł śmierci mówiono od dawna. Autor podpisał umowę na druk w „Czasie”. Za pośrednictwem Hoesicka również namawiał Wolffa na publikację w „Tygodniku Ilustrowanym”. To były wysokie progi, bo w „Tygodniku” zamieszczano utwory tylko najlepszych. Wolff zastanawiał się, czy po Prusie i Sienkiewiczu nie dać szansy przedstawicielowi młodych.
Ostatecznie nie zdecydował się. Na publikację zgodził się natomiast warszawski dziennik „Wiek”.Mając zapewniony druk i zaliczkę, Tetmajer szukał już innych źródeł zarobku. 4 grudnia pisał do Hoesicka: „A czy nie wiesz nic o jakim wolnym miejscu na powieść w Warszawie? Bo ja tu mam za tydzień podobno zacząć. Wyobraź sobie, że po dwudziestu kilku felietonach mam nareszcie plan!”. Ostatecznie Anioł śmierci ukazywał się w odcinkach powieściowych w „Czasie” od 25 grudnia 1896 roku do 13 czerwca 1897 roku.
W kręgach krakowskich, a był to światek mały, powieść czytano, doszukując się plotki, nawet paszkwilu na rodzinę byłej narzeczonej i satyrycznych portretów niektórych osób.