Iza Michalewicz, reporterka Dużego Formatu, opowiada o współczesnym reportażu, jego kondycji, roli jaką może spełniać dla czytelników, o czytelnictwie i  różnicach między profesjonalnym dziennikarstwem a blogowaniem, a także o swojej nowej książce.

Jakub Sobieralski: Reportaż podlega rewolucji, czyli z prasy przenosi się do książek. Jaka jest tego przyczyna? Czy ma to związek z tym co dzieje się w mediach, czyli powolnym, ale ciągłym zanikaniem tej formy dziennikarskiej na łamach prasy? A może powód jest zupełnie inny?
Iza Michalewicz: Na pewno jednym z powodów jest to, co się aktualnie dzieje w mediach. Dzisiaj reportaż, który – jak wiadomo – potrzebuje czasu, bardzo długiej i wnikliwej pracy oraz pieniędzy, jest z mediów wypierany. Oprócz Dużego Formatu i Polityki, która również szanuje reportaż, nie pozostało właściwie żadne medium papierowe, które poświęcałoby uwagę temu gatunkowi. Już w Dużym Formacie da się zauważyć, że jest coraz więcej reportaży, które są odpowiedzią na bieżące wydarzenia. Są więc często interwencją. Teksty wyjęte z tego „dziania się”, dotyczące jakiegoś szerszego problemu, pojawiają się znacznie rzadziej.
Przenosiny reportażu z prasy do książki wynikają też z bardzo prozaicznego powodu. Reporter, poświęcając na dokumentację do reportażu bardzo dużo czasu, czasami nie jest w stanie zarobić na życie. Każdy opublikowany w prasie reportaż ma określoną wielkość, zajmuje określoną liczbę stron, a reporter otrzymuje za niego określoną kwotę. Bez względu na to, czy zbieranie materiału i pisanie trwa dwa tygodnie, czy też cykl produkcyjny przeciąga się na kilka miesięcy, obydwa teksty są wynagradzane identycznie. Za książkę reporterską autor otrzymuje zaliczkę, która umożliwia mu nie tylko przeżycie kolejnych miesięcy, ale też pozwala skupić się na bardziej wnikliwej pracy. Mam na myśli oczywiście reporterów, którzy stworzyli własną markę, są rozpoznawalni i wyrobili sobie swój indywidualny styl. Nie każdemu autorowi wydawnictwo proponuje wysokie zaliczki.
Trzecim z kolei powodem przenosin reportażu z gazet do książek, jest tak zwany boom na literaturę faktu. Boom do powstania którego przyczynili się trzej panowie – Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman i Paweł Goźliński, zakładając Instytut Reportażu, czym stworzyli Polską Szkołę Reportażu i modę na reportaż. Zwłaszcza Mariusz Szczygieł swoją obecnością w mediach i promowaniem non-fiction. I mimo że mamy w Polsce Laboratorium Reportażu i kilka wydziałów dziennikarstwa na różnych uczelniach, to właśnie tej trójce udało się przebić z reportażem do masowego czytelnika. Wiele też zawdzięczamy wydawnictwu „Czarne” i Monice Sznajderman, bo zanim powstał Instytut Reportażu, wydawnictwo intensywnie wydawało książki non-fiction polskich i zagranicznych autorów. Teraz w barwach wydawnictwa ukaże się książka Swietłany Aleksijewicz „Cynkowi chłopcy”, którą autorka napisała – uwaga! – dwadzieścia pięć lat temu. Zobacz jak bardzo jesteśmy do tyłu jeśli chodzi o tego typu literaturę. Wprawdzie książkę wydało wcześniej wrocławskie Kolegium Europy Wschodniej, ale przeszła bez echa, bo nie miała promocji i siły przebicia „Czarnego”. To właśnie Monika Sznajderman ze swoim niesamowitym instynktem wydawcy budowała w świadomości czytelników markę non – fiction. Potem swoją cegiełkę dołożył Instytut Reportażu.

JS: Wojciech Tochman, wypowiadając się przed kilku laty o książce Urszuli Klensk „Po Kapuścińskim. Szkice o reportażu”, nazywa reportaż „bękartem literatury”. Jak odniesiesz się do takiego stwierdzenia?
IM: Nie lubię wyrazu „bękart”, jest taki brzydki! Powiedziałabym raczej, że reportaż jest nieślubnym dzieckiem literatury. Oczywiście rodził się gdzieś na pograniczu fikcji i faktu. Przecież wielcy pisarze zaczynali od opisywania rzeczywistości. Spójrz na Hemingwaya, Capote’a, Prusa, czy choćby Nałkowską. To rzeczywistość, a nie fikcja, stwarza zarówno pisarzy, jak i reporterów. Nie zawsze jednak dobry reporter zostaje świetnym pisarzem, jak to się udało Amerykanom. Natomiast bardzo często zdarza się, że pisarz czerpie wiele z realnego świata, który potem przekuwa na fikcję. Spór o to, czy reportaż jest literaturą czy nie, czy stoi na jej pograniczu, czy też należy do pełnoprawnych jej członków, towarzyszy nam od dawna. I właściwie nie ma sensu się nad nim rozwodzić. Nieślubne dziecko niesie ze sobą pewną tajemnicę, jakieś pęknięcie losu, dużo szarości. I to w reportażu, który jest gatunkiem literackim, stanowi o jego uroku i atrakcyjności.

JS: Reportaż wzbudza w czytelnikach często silne i skrajne emocje. A tego przecież oczekuje się od literatury.
IM: Zauważyłam, że w Polsce reportaż cieszy się dużym powodzeniem być może również dlatego, że współczesna polska literatura piękna przeżywa kryzys. Jest bardzo niewiele naprawdę dobrych książek literackich, w odróżnieniu od literatury światowej. Nawet Nobla dostaliśmy za poezję.

JS: Powiedziałaś, że tworzenie reportażu może trwać dwa tygodnie i kilka miesięcy, a pisanie książki trwa przecież jeszcze dłużej. Jak zatem wygląda praca nad tekstem przeznaczonym do publikacji w prasie, a jak pracuje się nad książką.
IM: To są dwie różne sprawy. Przede wszystkim zupełnie inaczej robi się dokumentację. Pisząc dla gazety w pewnym momencie zbieranie materiałów trzeba zakończyć. Ograniczasz materiał do niezbędnego minimum, pewnych niuansów, dodatkowych wątków nie poruszasz, bo czytelnik w gazecie tego nie przyjmie. Sama gazeta też ma określoną pojemność.
Książka natomiast rządzi się innymi prawami. Przygotowując się do pisania idziesz do samego końca dokumentacji, do miejsca, gdzie stajesz na klifie i wiesz, że dalej jest już tylko przepaść. Potem następuje etap selekcji materiału. Im więcej zbierzesz, tym więcej wyrzucasz. Przynajmniej ja tak robię. Wtedy mam pewność, że zrobiłam w temacie wszystko, co było możliwe. Ale nie można generalizować, bo w reportażu prasowym, który powstaje wiele miesięcy, też często idzie się do samego spodu w dokumentacji. Zależy z jakim tematem mamy do czynienia.
Ale inny już jest sposób pisania do gazety i do książki. W reportażu prasowym pisze się w sposób bardzo skondensowany. Trzeba świat nazywać precyzyjnie i nie można pozwolić sobie na ornamentykę, dla której miejsce jest właśnie w reportażu książkowym. W przypadku książki to wielki komfort, że można zamieścić każdą myśl, która przyjdzie ci do głowy. A przede wszystkim jest miejsce na to, by opisać szerzej świat zewnętrzny, choćby drzewo, które stoi przed czyimś domem. Jest jednym słowem więcej miejsca na budowanie narracji. Potem redaktor może powiedzieć, że to jest niepotrzebne i nudne, ale może też uznać narrację za wartościową. W prasie tego typu rzeczy nie przejdą. Redaktor bezlitośnie skraca teksty, usuwając pojedyncze słowa, zdania czy całe akapity. Zwłaszcza te, które zbyt długo zatrzymują się nad czymś, co według redaktora może być w reportażu, ale nie musi.

JS: Jak to się ma do aktualności poruszanych tematów? Pisząc do jakiegoś periodyku, pisze się prawie że na bieżąco. Przy długim procesie powstawania książki a potem cyklu wydawniczym, temat może się zdezaktualizować.
IM: Nie do końca wygląda to w ten sposób. Jest bardzo wiele tematów, które pojawiły się w mediach, a jednak buduje się z nich książkę. Książka inaczej traktuje temat. Szerzej, bardziej wnikliwie. Reportaż opublikowany w gazecie trzyma się tempa spraw bieżących, a w książce już niekoniecznie to tempo jest najważniejsze. Trzeba wiedzieć też, że nie każdy temat dźwignie książkę. Czasem tematu wystarcza jedynie na reportaż. Wiele razy o kilku tematach myślałam, że będą z nich książki, a okazywało się inaczej. Jak to się mówi: krawiec kraje ile mu materii staje.
Inna sprawa to budowanie książek z reportaży pozornie ze sobą nie związanych tematycznie.
Moje „Życie to za mało”, to przecież zbiór dwudziestu czterech reportaży, które powstały w przeciągu dziesięciu lat. Łączy je bardzo szeroko pojęty problem straty. Nie oznacza to jednak, że w tym czasie napisałam tylko te dwadzieścia cztery reportaże. Przeprowadzałam selekcję, wybierając, który tekst jest na tyle ważny, że zasługuje na bycie częścią książki, a który nie.

JS: Tak zupełnie prywatnie powiem Ci, że jeszcze nie skończyłem czytać twojej książki. Dawkuję ją sobie. Moja znajoma natomiast przeczytała ją jednym tchem, i na koniec się popłakała.
IM: Bo to jest książka, którą powinno się dawkować. Ludzie przeczytawszy ją jednym cięgiem dostają obuchem w głowę. Polska jest postrzegana jako kraj sukcesu, ale ile jest ofiar tego sukcesu – o tym nikt nie myśli. „Życie to za mało” jest więc taką bardzo skondensowaną pigułką wstrząsową.

JS: Można zatem stwierdzić, że reportaż jest też swego rodzaju życiowym poradnikiem?
IM: Czytając reportaż przeglądasz się w czyimś życiu jak w lustrze. W pierwszej chwili myślisz: ja bym tak nie zrobił, jak choćby bohater mojego reportażu pod tytułem „Mężczyzna, który siedział w księdzu” – napadł na bank, chociaż do niedawna nosił sutannę. Ale po chwili przychodzi refleksja, że przecież nie wiesz, jak byś się zachował w takiej sytuacji, bo nigdy życie cię tak nie doświadczyło. Patrzysz na tych ludzi, jak się mocują ze swoim losem i możesz nagle poczuć się zwyczajnie szczęśliwy, że ich los nie stał się twoim.
Ten zbiór reportaży to też jakieś kompendium wiedzy na różne tematy. Z niewiedzy często płynie nie tylko frustracja, ale i nienawiść. W momencie kiedy już tę wiedzę masz, to nienawiść może zmienić się co najwyżej w niechęć. Nie trzeba wszystkich kochać, wystarczy szanować i umieć rozmawiać. Zawsze powtarzałam, że grunt to się pięknie różnić. Reportaż daje niepowtarzalną okazję do poznania Innego – jak to mawiał Ryszard Kapuściński.

JS: Wracając jeszcze do różnic między reportażem prasowym i książkowym, czy są takie tematy, które będą zbyt ciężkie, zbyt duże by zmieścić je w trzech czy czterech szpaltach?
IM: Zdecydowanie nie. Każdy poważny problem ma szansę, a nawet powinien znaleźć się w prasie. Często ludziom, których zawodzi państwo, wymiar sprawiedliwości czy organa ścigania, pozostaje tylko dziennikarz. Chwytają się więc nas jak ostatniej deski ratunku. Bywa, że zaczynają bać się tego, co powiedzieli, wycofują swoje nazwisko. Na pewno jednak nie ma takiego tematu, który nie mógłby być poruszony w gazecie. Prasa wciąż pozostaje najsilniejszą bronią masowego rażenia. Nigdy o tym nie zapominajmy.

Prasa wciąż pozostaje najsilniejszą bronią masowego rażenia.
Nigdy o tym nie zapominajmy.

JS: Dzisiaj ze świeczką można szukać naprawdę wolnych mediów, takich które są jak najmniej, albo wcale nie są skomercjalizowane. Jakie możliwości ma reporter, który napisał po swojemu, odbiegając od linii wydawniczej redakcji czy wydawcy?
IM: Myślę że to nie jest problem mediów, tylko tego kto pisze. Jeżeli pracujesz w gazecie uważanej za skrajnie prawicową czy skrajnie lewicową, to od ciebie zależy, jak przedstawisz dany temat. To skrzywienie jest w głowie piszącego, a nie w prasie. Co prawda gazeta może mieć tych skrzywień bardzo wiele, ale jeśli dziennikarz przyjdzie z tekstem, napisanym według jego własnych, prawdziwych wartości, tekstem, w którym najważniejsza jest rzetelna próba dotarcia do prawdy, to nieważne w jakiej prasie go opublikuje.

JS: Czy w takim razie mają miejsce sytuacje, kiedy to tekst etatowego dziennikarza nie zostaje przyjęty do druku, gdyż nie zgadza się z linią wydawnictwa?
IM: Ja się nie wikłam w politykę. Mój reportaż nie jest stroną w jakimkolwiek sporze politycznym. Jeżeli reporter opowiada się po czyjeś stronie, przestaje być reporterem, a staje się publicystą. I raczej powinien zmienić działkę. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby jakikolwiek mój gotowy tekst, nawet jeśli był sprzeczny z linią gazety, został odrzucony. Na przykład opisywałam dramaty mieszkańców kamienic, wyrzucanych ze swoich domów w Warszawie, rządzonej, przecież przez Hannę Gronkiewicz – Waltz z PO. Albo straszliwe traktowanie przez panią prezydent ludzi, którym pod nosem wybudowano wieżowiec Liebeskinda. Jakiś czas temu też trafił do mnie prokurator, niegdyś prawa ręka prezesa IPN, Janusza Kurtyki, który zginął w Smoleńsku. Można by powiedzieć, że to sympatyk prawicy i Gazeta Wyborcza na pewno o nim nie napisze. Mnie jednak nie interesowały jego polityczne poglądy. Dotknął go dramat, który opisałam. Dla mnie nie ma polityki. Dla mnie jest człowiek.

JS: Od kilku lat rośnie w siłę blogosfera. Blogerzy zdobywają coraz większą popularność, wydają książki, stają się celebrytami. Czy blogowanie to nowe dziennikarstwo? Czy blogera można porównywać z reporterem?
IM: Nigdy nie porównywałabym reportera z blogerem. Ten pierwszy widzi świat zupełnie inaczej, w szczególe i w przestrzeni, na dodatek zawsze ma redaktora, a on jest bogiem. Bywa, że reporter ma wątpliwości i dzwoni do swojego redaktora, który podpowiada, jest takim trzecim okiem. Mówi: nie idź w tę stronę, spróbuj tu i tu.
Natomiast bloger ma tylko siebie samego, bazuje na własnym ego. Jego od razu weryfikują czytelnicy. Nie da się ukryć, że blogerzy robią świetną robotę, bo piętnują różne aspekty rzeczywistości, ale robią to w sposób jednowymiarowy. Reporter zaś przygląda się światu na wielu płaszczyznach. Rzadko kiedy bloger ma zacięcie reporterskie, bo w reportażu jest za dużo roboty, zbyt wiele trzeba sprawdzać.

Nie da się ukryć, że blogerzy robią świetną robotę, bo piętnują różne aspekty rzeczywistości

Bloger najczęściej więc opisuje to, co się dzieje wokół niego, ocenia i wartościuje, pisze trochę jak publicysta, a w reportażu nie ma wartościowania. Reporter jedzie w świat, przepytuje milion osób tylko dla jednego tematu. Szuka, próbuje zrozumieć, nie ocenia. Nawet, jeśli czytelnik wyczuwa, że jego serce jest po stronie bohatera. Oczywiście bardzo szanuję blogerów za to, co robią, za to że w ogóle piszą, że przyciągają do siebie czytelników. Blogi mogą być źródłem informacji, ale ja ich nie czytam. Czasem tylko zaglądam na blogi o literaturze, ale tylko gdy pojawia się tam coś na mój temat. Gdy mam do przeczytania dwadzieścia pięć tomów akt sprawy, nad którą właśnie pracuję, to zwyczajnie nie mam czasu na klikanie i przeglądanie wszystkich wpisów.

JS: A co z blogami wyspecjalizowanymi, na przykład podróżniczymi, historycznymi, książkowymi właśnie, czy politycznymi?
IM: Na blogi poświęcone polityce nie zaglądam w ogóle. Politykę obserwuję tylko jako brudną walkę pytonów pod dywanem. Na temat innych blogów wyspecjalizowanych, społecznych, finansowych itd., których autorzy często prezentują naprawdę dużą wiedzę, nie wypowiem się, bo są to dla mnie sprawy kompletnie obce.
Natomiast blogerzy książkowi wykonują kawał świetnej roboty, upowszechniając modę na czytelnictwo, i to jest piękne. Niestety tutaj wracamy do sporu na temat tego, czy blogerzy książkowi naprawdę znają się na tym, o czym piszą. Jest cała masa wirtualnych recenzentów, którzy są zwykłymi ignorantami, bez wiedzy i oczytania, i merytorycznie każde ich zdanie można podważyć i wywrócić do góry nogami. Nie odróżniają grafomanii od talentu i to jest straszne. Jeżeli nie znasz się, to po co o tym piszesz? Żeby dowalić autorowi i patrzeć, jak się frustruje? W literaturze owszem obowiązuje kwestia gustu: czyjeś zdania lubię, innych nie. Ale trzeba umieć zanalizować książkę pod wieloma aspektami. Jeżeli ma ona jakieś wady, należy je wypunktować. To samo z zaletami.

JS: To rozprzestrzenianie się blogosfery jest trochę takim regresem, powrotem do początków dziennikarstwa, kiedy każdy kto miał pieniądze mógł sprawić sobie prasę drukarską i publikować co mu tylko zaświta w głowie.
IM: Wysyp blogów świadczy przede wszystkim o dewaluacji prasy. Pojawiły się, bo wielu ludzi nie znalazło miejsca w mediach. Ale wielu z nich też i nie szukało, bo w internecie dostrzegli siłę, którą mogą wykorzystać. Na pewno znajdą się w tym środowisku ludzie, którzy się wybiją, ale w większości przypadków tak nie będzie. Blogowanie ma krótkie nogi, bo sprzedając swoją niewiedzę ośmieszasz się. W końcu pojawi się ktoś, kto zrówna cię z ziemią. Grupa fanów będzie cię bronić i kąsać tego „hejtera”, ale jednocześnie zaczną się zastanawiać, czy on jednak nie ma racji. Poza tym blog to jest pisanie, a na blogach jest mnóstwo grafomanii. Trzeba umieć posługiwać się słowem, żeby odważyć się na prowadzenie bloga. Mamy sporo ciekawych blogów turystycznych, które czasami podczytuję, kulinarnych, literackich już trochę mniej (tych dobrych), ale z blogosferą jest trochę jak z telewizorem: wyłączasz i autora nie ma.

Wysyp blogów świadczy przede wszystkim o dewaluacji prasy.

JS: Znajdujesz w ogóle czas na to by poczytać coś dla przyjemności, tylko dla siebie?
IM: Przychodzi mi to z coraz większym trudem. Ostatnio kolega przepraszał mnie, że jeszcze nie przeczytał mojej książki, ale czyta teraz tylko to, co jest mu potrzebne do pracy. Ze mną jest podobnie, i to jest niestety zgubne. Bardzo lubię czytać kryminały, ale od dawna żadnego nie przeczytałam. Po prostu zaczęły mnie nudzić. Mimo wszystko staram się znajdować czas na lekturę. Szczególnie literatury pięknej. Często wracam do ulubionych książek, do Dostojewskiego, Coetzee, Hemingwaya. Kocham poezję, i na nią zawsze znajdę czas. Poezja bardzo wiele mnie nauczyła, na przykład precyzji słowa. Bardzo często, gdy piszę reportaż i gdzieś językowo utykam, sięgam po Herberta, Szymborską, Baczyńskiego, Whitmana, Rimbauda, czy Leśmiana. Długo by zresztą wymieniać. Czytanie poezji uruchamia we mnie ten mechanizm, który pozwala mi dokończyć tekst.
Teraz jadę na urlop i zamierzam zabrać ze sobą trochę książek. Na pewno nie będzie to literatura non-fiction. W domu czeka na mnie bardzo długa kolejka tych książek, bo kupuję ich dużo i ustawiam na półce, z przeznaczeniem że sięgnę po nie, gdy w końcu będę mieć na to czas. Wypożyczam też książki z biblioteki, i często łapię się na tym, że leżą u mnie nieczytane przez miesiąc, aż muszę iść je przedłużyć albo oddać. Chciałabym wreszcie przeczytać „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, bo zaczęłam i odstawiłam, żeby pobiec do „Profilu mordercy” Paula Brittona. Jak się pracuje nad książką o policyjnym Archiwum X to nie ma czasu na sentymenty.

JS: Uchylisz rąbka tajemnicy na temat nowej książki ?
IM: Archiwum X to policyjny Wydział Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych. Kilkunastu zapaleńców rozwiązuje zagadki zabójstw z przeszłości, których sprawcy nigdy nie doczekali się sprawiedliwości. To będzie kryminał non – fiction o nieuchronności ludzkiego losu i o przeznaczeniu, które czeka na człowieka tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. Będą tajemnice, prawdziwe ofiary i prawdziwa krzywda. Taka „zbrodnia i kara”. Mam nadzieję, że wystarczy mi sił i talentu, żeby napisać tę książkę.

Rozmawiał: Jakub Sobieralski
zdjęcia: Marcin Biodrowski