Marcin Gutowski zabiera nas w fascynującą podróż – od roztańczonego Tel Awiwu, przez rozmodloną Jerozolimę aż po niemal zrównane z ziemią, otoczone murem arabskie wioski.


„Najbardziej pożądany kawałek pustyni” to nie tylko cel religijnych pielgrzymek i miejsce nieustannego wyniszczającego konfliktu. Zamieszkiwana przez Żydów, muzułmanów i chrześcijan Ziemia Święta, choć podzielona betonowym murem, dla tysięcy ludzi jest przede wszystkim domem.

Każdy z bohaterów tej książki opowiada o swoim zwykłym życiu w niezwykłym miejscu.

Ich historie układają się w epicką opowieść o nieustannym balansowaniu na krawędzi, o wielkich namiętnościach i całkiem zwyczajnych marzeniach o spokojnym życiu.

Dopiero patrząc na Ziemię Świętą oczami jej mieszkańców, można naprawdę zrozumieć jej paradoksy i docenić jej piękno.

Marcin Gutowski – dziennikarz radiowy i reporter.

Marcin Gutowski
Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny
Wydawnicto Znak
Premiera: 16 marca 2015


Gir przybył do Izraela ledwie kilka miesięcy temu. Przyleciał ze Szwecji. Wyswatali go ze sporo starszą Ileniją. Ona jest tu od pewnego czasu. Pochodzi z Anglii, ale ma zupełnie niebrytyjski charakter. Lider, jej poprzedni partner, miał z nią ciężkie życie. Całymi latami znosił ją cierpliwie, ale w końcu przed rokiem przyszedł na niego czas i przeszedł na tamten świat.
Lider przyjechał do Izraela z Polski, z Łodzi, i przez lata był symbolem świętego miasta.
– Miał piękną bujną grzywę i łagodne usposobienie – wspomina starego lwa Sigalit Herz z Biblijnego Zoo w Jerozolimie. – Zdarzało się, że Ilenija nie wpuszczała go do groty, w której mieszkali, albo innym razem nie pozwalała mu z niej wyjść. Girowi na razie oszczędzamy jej humorów. Większość czasu spędzają w odosobnieniu.
Na przywiezionym ze Szwecji zwierzęciu ciąży nie lada odpowiedzialność. Ma być główną atrakcją jednego z najsłynniejszych ogrodów zoologicznych na świecie. Tym bardziej że „Lew Judy” to od tysiącleci przydomek wyczekiwanego tu Mesjasza, a jego wizerunek znajduje się w herbie miasta.
Biblijne Zoo zabiega o to, by zachować swój charakter. Założyciel ogrodu Aharon Szulow od początku dbał o to, by przy każdym wybiegu umieszczona była tabliczka z biblijnym fragmentem, w którym dane zwierzę występuje.
– Profesor miał też jedno marzenie – opowiada mi Sigalit. – Chciał, by za jego życia wypełniło się biblijne proroctwo głoszące, że w czasach mesjańskich wilk zamieszka razem z owcą. Umieścił więc owcę z wilkiem w jednej zagrodzie, a na ogrodzeniu zawiesił fragment z Księgi Izajasza. Tyle że od czasu do czasu musiał wymieniać owieczkę.

JERUSZALAIM
Miasto żydów


Piątkowe popołudnie. Szuk Machane Jehuda – centralny miejski bazar w Jerozolimie. Co tydzień o tej porze tysiące mieszkańców miasta tłoczą się wokół dwóch uliczek łączących ważne miejskie arterie – ulice Jafską i Agryppy – by zrobić zakupy przed szabatem i poszukać okazji.
Przekupnie przekrzykują się, gestykulują, nawołują klientów, zbijają ceny – coraz bardziej desperacko. Muszą się pozbyć towaru. To ostatni moment, by zarobić na jego sprzedaży. Handlujący kwiatami mężczyzna wyrzuca bukiety na bruk, pod nogi przechodniów. Wylewa wodę z plastikowych wazonów. Rozzłoszczony mężczyzna, któremu zmoczył nogawkę, krzyczy i wymachuje rękami.
Właściciele zwijają stragany, zamykają boksy. Słychać hurgot zatrzaskiwanych krat. Szczękają kłódki. Ktoś upycha kartonowe pudła w kontenerze na odpadki, ktoś inny zmywa ladę. Sklepikarz w białym foliowym fartuchu przerzuca kawały niesprzedanego mięsa do chłodni. Pod nogami walają się resztki rozgniecionych owoców: granatów, pomarańczy, melonów, truskawek. Ktoś kosztuje chałwę, waha się, który z kilkudziesięciu rodzajów wybrać. Sprzedawca odkraja kawałki z dużych owalnych bloków, a wzrokiem rozpaczliwie szuka w tłumie kolejnych – ostatnich – klientów. Hippie ortodoks w kolorowej kipie siedzi na skrzynce, gra na gitarze i drze się wniebogłosy. Rytmicznie wymachuje głową. Zaniedbane pejsy falują na wietrze. Ostatnie grosze wpadają do kapelusza.
Kilku mężczyzn w czarnych chałatach, pończochach na nogach i futrzanych czapach na głowach jak co tydzień zjawiło się tu z nieodległej ultraortodoksyjnej dzielnicy. Przeciskają się przez targowe alejki. Dmą w szofar. To znak, że czas kończyć zakupy albo ostatecznie zwijać stoisko. Bazar pustoszeje.
„Szabat kodesz! Szabat kodesz!” – coraz głośniej wrzeszczą pejsaci ultraortodoksi. Teraz zbierają się grupkami przy pojedynczych sklepach, które jeszcze się nie zamknęły. Jedni sprzedawcy sprawnie zbierają ostatnie produkty, zamykają sklepy. Inni się ociągają, by dać wyraz, że nie zamierzają się podporządkowywać presji religijnych radykałów.
W końcu otwarte zostaje tylko stoisko z przyprawami na rogu ulicy Jafskiej. Handlarze wszystko robią trzy razy wolniej, niżby mogli. Krzykacze skupili się przy tym jednym sklepiku.
„Szabes! Szabes! Szabes!” – zdzierają gardła w opętańczym transie, podczas gdy właściciele stoiska niespiesznie zmywają podłogę.
Po piętnastu minutach jeden z ultraortodoksów kopie w ladę, a drugi klaszcze, żeby zwiększyć efekt. Przybywają posiłki. Hałas fanatycznych okrzyków robi się trudny do zniesienia.
Mimo to przy stoisku z przyprawami zebrał się dość spory tłumek gapiów śledzących to niecodzienne widowisko. Rudy młodzian z rzadką jeszcze brodą splunął na próg sklepiku. Sprzedawca parsknął tylko śmiechem i pogroził agresorowi szmatą, którą trzyma w ręku. Inny chasyd kopnął w odrzwia. Krzyczą. Zdzierają gardła, a obsługa powoli, uśmiechając się do siebie i do przechodniów, zamyka. Pracownicy odchodzą, ale religijni fanatycy nie odpuszczają. Biegną za nimi, wymachują pięściami i wykrzykują: „Szabes! Szabes!”. Co tydzień to samo.
W końcu odciągają ich policjanci. Ktoś z gapiów mówi, że parę tygodni temu podpalono sklep człowieka, który notorycznie ociągał się z zamknięciem. Trwa próba sił. Jedni chcą pokazać drugim, że nie odpuszczą. Takie kulturowe starcia religijnych ze świeckimi to w Jerozolimie codzienność. Napięcie wyczuwalne jest niemal na każdym rogu żydowskiej części miasta.
Nagle z głośników rozlega się ogłuszający, przeciągły dźwięk syren. To znak, że właśnie rozpoczął się szabat. Wszyscy rozchodzą się w swoją stronę. Zalega cisza.

***

W Mea Szearim, pobliskiej dzielnicy ultraortodoksów, zamyka się ulice. Mea szearim oznacza „sto bram”, a biblijny tekst, który odczytywano przy zakładaniu osiedla, mówił o stukrotnych plonach zebranych przez patriarchę Izaaka.
W szabat wjazdowe ulice zagrodzone są metalowymi barierkami. Gdyby ktoś odważył się je ominąć, musi liczyć się z tym, że zostanie obrzucony kamieniami.
Na ulicach zapada kompletna cisza. Głośno jest za to w tutejszych bożnicach. Trwa Kabalat Szabat – ceremonia powitania szabatu. Tysiące mężczyzn wznoszą modły, tańczą i śpiewają. Rozbrzmiewa tradycyjna pieśń Lecha dodi – „Przybądź, ukochany”. Stare mury aż dudnią od dźwięku psalmów.
A wszystko, by przywitać święty szabat – ukochaną samego Adonaj, Pana.

***

Wybrać się do Mea Szearim to jakby odbyć podróż w czasie. Poza domami zbudowanymi z żółtawego kamienia jerozolimskiego i wyasfaltowanymi ulicami miejsce to niewiele różni się od dziewiętnastowiecznego galicyjskiego sztetla. Na ścianach obwieszczenia w jidysz, po ulicach przemykają mężczyźni z długimi brodami i pejsami, ubrani w chałaty i futrzane czapy – sztrajmle. Po stroju można poznać, do jakiego rodu chasydzkiego należą, kogo mają za cadyka.
Biednie tu i brudno. Mężczyźni żyją nauką Tory. Rodziny najczęściej utrzymują kobiety, zajmują się drobnym rzemiosłem. Niektórzy panowie działają w usługach i handlu. Pod warunkiem że nie zaniedbują modlitwy i religijnej edukacji. W ciasnych dziuplach sprzedają to, co we wspólnocie potrzebne: koszerne jedzenie, rytualne sprzęty, odzież, religijne książki. Wszyscy tu wiedzą wszystko o wszystkich, a złamanie zasad może się skończyć napiętnowaniem, a nawet wygnaniem – wszak budzi zgorszenie i zagraża rytualnej czystości mieszkańców, a to ona jest tutaj priorytetem.
Blade dzieciaki w burych ubrankach wysiadują w zakratowanych oknach. Te starsze przemykają po chodnikach. Przy samych ścianach. Szybko i nerwowo, jak ich rodzice. Co chwila przechodzi matka z wózkiem i piątką czy szóstką potomstwa, które ciągnie za sobą. Przeciętna tutejsza rodzina to ojciec, matka i dwanaścioro dzieci. Bóg nakazał być płodnym.
Nikt w tym kraju – mimo trwającej wciąż „demograficznej wojny” pomiędzy Żydami i Arabami – nie stosuje się do tego nakazu tak gorliwie jak haredim, drżący przed Bogiem. Wykładnia religijnego prawa określa tu każdą najdrobniejszą sprawę. Według niej szczęście osiąga się poprzez wypełnianie setek nakazów i zakazów. Choć zdrowy rozsądek podpowiadałby, że czasem prowadzi to do zwykłego absurdu. Pewna ultraortodoksyjna kobieta zwykła malować paznokcie u stóp bezbarwnym lakierem. Wyszła za mąż. Miała dzieci. Pewnego wieczora małżonek zauważył, że żona oddaje się tej czynności, i zapytał, co robi. Gdy odpowiedziała, wpadł w furię. Chciał wiedzieć tylko, czy przed ich ślubem też to robiła. Ona przytaknęła, na co on stwierdził, że w takim razie jej przedślubne obmycie w mykwie było nieważne, a co za tym idzie, całe małżeństwo nie ma racji bytu. Rabini potwierdzili jego opinię. Kobieta opuściła wspólnotę. Nie widuje się z dziećmi.

***

Joelisz Kraus jest tu brany za ultraultraultra…
Chudy jak patyk przygarbiony mężczyzna około czterdziestki wita mnie na ciasnym kamiennym podwóreczku pełnym najróżniejszych gratów. Jest ubrany w za duży sweter zapinany na guziki, dużo za szerokie spięte paskiem spodnie, byle jakie buty, białą kipę z figlarnym pomponem, spod której wystaje ogolona prawie na zero głowa, po bokach okazałe, nieposkręcane pejsy spadają w nieładzie na ramiona i współgrają z długą ciemną brodą. Długie frędzle cicit zwisają wzdłuż groteskowo szerokich nogawek. Spod zapiętego tylko na jeden guzik swetra wystaje biały tałes z granatowym zdobieniem. Ma oddzielać haredi od wszystkiego, co nieczyste.
Dlaczego przedstawiciel zamkniętej wspólnoty zdecydował się na spotkanie z obcym?
– Mam doświadczenie w kontakcie z waszym światem – tłumaczy Kraus. – Współorganizuję demonstracje przeciwko otwieraniu parkingów w szabat, przeciw pracom archeologicznym na starych cmentarzach, budowie dróg w miejscu dawnych nekropolii. Przywykłem do rozmów z obcymi.
Rzeczywiście Joelisz Kraus to jedna z twarzy tutejszego odłamu Neturei Karta – organizacji najbardziej radykalnych chasydów walczących o ścisłe wypełnianie religijnego prawa i sprzeciwiających się… żydowskiej państwowości. Kilka miesięcy wcześniej został zatrzymany za podpalenie księgarni w Mea Szearim, bo w jej ofercie znajdowało się kilka syjonistycznych książek. Kraus i jego wspólnicy ostrzegali właściciela, że nie życzą sobie niczego, co promuje państwo Izrael. Kazali zniszczyć publikacje. Grozili, a kiedy nie zareagował, puścili księgarnię z dymem, a jej zgliszcza obrzucili torbami z fekaliami.
Joelisz nie przebiera w środkach i słowach, by bronić swoich zasad. Mówi o nich już na początku rozmowy.
– Różnica między żydami i gojami jest taka, że goj żyje siedemdziesiąt lat i umiera po nic, a dla żyda każda chwila jest nowa. Zrobiłeś coś dobrego, jesteś dobrym żydem. Zrobiłeś coś złego, nawracasz się i idziesz dalej. Życie goja jest dużo łatwiejsze i niesie za sobą mniejszą odpowiedzialność. Spośród sześciuset czternastu micwot – przykazań, które obowiązują żydów – tylko siedem jest dla gojów. Jeśli je zachowają, ostaną się po przyjściu Mesjasza. Czym się różni goj od krowy? Prawie niczym. Życie i goja, i krowy sprowadza się do jedzenia, trawienia i wydalania. Jedyna różnica to ta, że goj gada. Kreus jest ojcem czternaściorga dzieci. Mówi, że to błogosławieństwo Najwyższego.
– Razem z żoną mieszka nas tu szesnastka. W trzech niewielkich izbach. Odgradzamy się od waszego świata, bo się boimy, że źle na nas wpłyniecie i przejdziemy na grzeszną stronę. Niewierzący mają telewizję, Internet. To niszczy relacje, zabija to, co najważniejsze. Dlaczego jest tyle rozwodów? Dlaczego dzieci czują się niekochane przez rodziców? Bo nie mają dla siebie czasu. Każdy siedzi w Internecie w swoim pokoju. To katastrofa i bezbożność. Tego się boimy. Dlatego się izolujemy. W naszym świecie czujemy się bezpiecznie. Tutaj nasze dusze i tożsamość nie są zagrożone. Wszystko, co nieczyste, grozi zgubieniem duszy. Dlatego inni tutejsi haredim nie rozmawiają z gojami. Obawiają się o siebie. Ja mam taką specjalną modlitwę, żebym nie upadł na swojej drodze. Mea Szearim to miejsce, w którym żyją najszczęśliwsi ludzie na świecie. Jest skromnie. Żyjemy w trzech pokojach. Siedmioro dzieci śpi tu ze mną. Czwórka w pokoju obok. Reszta w najmniejszym pokoiku za ścianą. Nikt nie może powiedzieć: „To jest mój kąt”.
Człowiek, któremu jest dobrze, nie odczuwa potrzeb ani braków. Nie gna go w poszukiwaniu nowych przedmiotów, miejsc i wrażeń. Nie musi jeździć nad morze albo i gdzieś za granicę.
– Za granicę państwa Izrael?
– Nie ma państwa Izrael! Jest tylko reżim syjonistyczny. To okupacja! Tora zabrania istnienia państwa żydowskiego. Państwo nigdy nie będzie zgodne z judaizmem i z naszą tradycją. Gdyby po Szoah nie było państwa, Mesjasz już by przyszedł. Niemcy zabili sześć milionów Żydów. Z czego pięć i pół to zasymilowani niewierzący. Został więc duży odsetek pobożnych i sprawiedliwych. To były doskonałe okoliczności. Holokaust był karą za pierwszą falę osadnictwa w Palestynie, a nawet więcej: za to, że Żydzi tracili swoją tożsamość, odrzucali Boga. Dlatego On interweniował. Niestety, bezbożna mniejszość wszystko popsuła. Zaczęła pytać, gdzie był Bóg podczas Szoah, i przekonywać, że nie ma co na Niego liczyć, lepiej wziąć sprawy w swoje ręce, stworzyć państwo. A przecież zanim przyjdzie Mesjasz, nie mamy do tego prawa. To On ma je zaprowadzić! Tak zapisano w księgach.
Dlatego Joelisz twierdzi, że prawdziwi haredim nie otrzymują i nie chcą niczego od państwa.
– Ci, którzy siedzą w Knesecie, nie są już bojącymi się Boga. Ci, którzy mają związki z władzą, też nie. Jest tylko osiem tysięcy najbardziej radykalnych rodzin. To są prawdziwi haredim. Reszta to przebierańcy, odszczepieńcy, którzy dali się zwieść waszemu światu. Państwo nakazuje nam służbę wojskową. Ci, co pójdą do armii, to goje! Poddanie się reżimowi jest równoznaczne z rezygnacją z bycia żydem. Bez reżimu nie ma armii, bez armii nie ma reżimu. Wojsko ma dawać diabelskie przekonanie, że sami się obronimy. Tylko że jeśli strzeże nas armia, to co robi Ten na górze? Możesz jeść koszernie, ubierać się religijnie, modlić się i zgłębiać Torę, ale to tylko zewnętrzne znaki. W mundurze twój mózg i serce są pogańskie. Chasyd wstaje ze starego krzesła i gani rozrabiające na tle odrapanej meblościanki dzieciaki. Wyciąga spośród złoto zdobionych religijnych ksiąg stary pękaty segregator.
– Plakaty, obwieszczenia, odezwy. To moja kolekcja – mówi z dumą. – Jako nastolatek zbierałem znaczki, a później przerzuciłem się na hodaot. – Hodaot to ogłoszenia tradycyjnie nazywane paszkewilim.
Mają sporo wspólnego z paszkwilami. Ganią za niemoralny tryb życia, wytykają sąsiadom nieobyczajność, atakują władze państwowe. Ostatnimi czasy najczęściej jednak ostrzegają przed zgubnymi skutkami cywilizacyjnego postępu.
– Zebrałem ponad dwadzieścia tysięcy ogłoszeń z ostatnich siedemdziesięciu lat. Kilka jest nawet starszych. Na przykład to sprzed dziewięciu dekad wzywa, by kobiety zakrywały głowę chustą, a ramiona szalem. Dziś o szalu prawie nikt już nie pamięta. Jak to możliwe, że tak się dzieje? Świat zmienia się na gorsze. Widać to nawet po sposobie wytwarzania paszkewilim. Kiedyś trzeba było układać napisy z ołowianych czcionek, teraz, żeby stworzyć ogłoszenie, wystarczy wysłać plik do znajomego, który ma drukarkę. Nawet tutaj źle się dzieje. Ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać. Moja babka zwykła mawiać, że świat jest jak rozpędzony pociąg, który pewnego dnia niechybnie się wykolei. Jedno, co możemy zrobić, to być w ostatnim wagonie, najmniej ucierpimy.

***

Ledwie pięćset metrów od domu Krausów gwarne kafejki, puby i restauracje na ulicy Jafskiej szczelnie wypełnione są ludźmi. Deptak Ben Jehudy w sobotni wieczór zmienia się w rzekę ludzkich głów. Szabat się skończył. Grajkowie, szczudlarze, akrobaci, sztukmistrze wszelkiej maści liczą na zarobek.
Przysiadam na ławeczce nieopodal jednego z dziesiątków sklepików z pamiątkami. Przy wejściu powieszono ku przestrodze śruby i gwoździe – elementy ładunku, który eksplodował tu podczas jednego z zamachów w czasie drugiej intifady. W jednej z tutejszych knajpek spotykam Daniela. To wysoki szczupły trzydziestolatek. Uważa się za religijnego. Ma na głowie małą kipę. Skórzana kurtka, ciemne okulary podtrzymujące grzywkę, spodnie rurki i modna torba przerzucona przez ramię.
– Należę do datim, nowoczesnych ortodoksów – mówi.
Daniel Jonas urodził się i wychował w Jerozolimie w religijnej rodzinie szanującej żydowskie prawo: obchodzącej szabat, zachowującej koszerność, ale jednocześnie w każdym calu stanowiącej integralną część izraelskiego społeczeństwa.
– Chodzę do synagogi i do kina na amerykańskie filmy – tłumaczy. – A do tego jestem gejem – religijnym gejem.
Jonas to przewodniczący organizacji Hawruta, Bractwo, zrzeszającej osoby homoseksualne, ale zachowujące religijną tożsamość.
– Chcemy pomagać ludziom godzić w sobie ortodoksyjny judaizm i homoseksualizm. To dziś możliwe. Wcześniej żyd, który odkrywał w sobie homoseksualne skłonności, miał do wyboru tylko trzy wyjścia: zwalczać je i wbrew pragnieniom podporządkowywać się religijnym wymogom lub zupełnie odrzucić religię jako sprzeczną z naturalnymi potrzebami. Trzecie wyjście to zabić się.
To właśnie chciał zrobić Daniel, gdy jako nastolatek przyznał się przed samym sobą do swojej orientacji seksualnej.
– Wszystko było zaplanowane – mówi. – Uznałem, że zrobię to w piętnaste urodziny, 1 marca. Miałem przygotowane pigułki. Zamierzałem je zażyć i położyć się spać. Zupełnie nagi. Chciałem być czysty jak dziecko, które przyszło na świat. Bez tego całego brudu, ciężaru, na który się nie zgadzałem i z którym nie mogłem się pogodzić. Tak sobie to tłumaczyłem. Wszystko przemyślałem, zaplanowałem, przygotowałem. Czekałem tylko na datę. Miałem szczęście. Kilka dni przed 1 marca pedagog szkolny wezwał mnie na standardową rozmowę. Uśmiechałem się i kłamałem, że wszystko gra, ale musiał zauważyć coś niepokojącego, bo zadzwonił do mojej matki i powiedział, że powinna mnie umówić na konsultację psychologiczną. U terapeuty przyznałem się do swoich planów.
Tak zaczęła się droga dochodzenia do własnej tożsamości. Latami różni specjaliści i rabini tłumaczyli mi, że wszystko się zmieni, gdy dorosnę, albo że to choroba, z której się wyleczę. Wierzyłem, że wszystko się zmieni, poustawia jak trzeba, minie. Zacząłem nawet zapraszać dziewczyny na randki. Rodzice nie mieli zielonego pojęcia o mojej orientacji. Po maturze, a przed wstąpieniem do armii, wybrałem się na roczne studium religijne. To było w maleńkim osiedlu Otniel pod Hebronem. Tam znów zakochałem się w chłopaku. Postanowiłem komuś o tym powiedzieć. Zabrałem przyjaciela w najciemniejsze i najbardziej odległe miejsce w tym ciemnym i odległym osiedlu, gdzie nikt nie mógłby nas usłyszeć. Powiedziałem, że wydaje mi się, że być może mógłbym być, kto wie, niewykluczone, że… gejem. To był mój pierwszy coming out. Za radą przyjaciela poszedłem do rabina, który mnie przekonał, że te skłonności biorą się stąd, że ojciec mnie nie kochał. To, co powiedział, było nieprawdą. Ale wtedy wierzyłem we wszystko. Poszedłem do ojca i wyrzuciłem mu brak miłości. Gdy kilka lat temu w końcu powiedziałem rodzicom, że jestem gejem, przeprosiłem go.
Jonasem wstrząsnęła masakra w klubie gejowskim w Tel Awiwie w 2009 roku. Ortodoksyjny zamachowiec wpadł tam z bronią. Zastrzelił dwie osoby, a ranił dwanaście. Właśnie to zdarzenie sprawiło, że postanowił działać publicznie.
– Najpierw w największym izraelskim serwisie internetowym Ynet pod swoim nazwiskiem opublikowałem tekst, w którym wyznałem, że jestem religijnym gejem. Później wstąpiłem do Hawruty. Teraz jestem jej przewodniczącym. Chcemy zmieniać podejście religijnych do osób homoseksualnych i odnosimy na tym polu sukcesy. Jeszcze dziesięć lat temu jeden z ważniejszych rabinów Szlomo Awiner powiedział, że nie ma czegoś takiego jak religijny ho… Nie skończył słowa, bo nie przeszło mu przez usta. A niedawno, podczas kampanii wyborczej, inny znany rabin i kandydat do Knesetu Szaj Piron stwierdził, że trzeba zaakceptować prawne związki jednopłciowe, nie małżeństwa, ale związki. Oczywiście na razie takie poglądy podzielają wąskie środowiska. Nie mam co liczyć na to, że przyjmą je ultraortodoksi, ale to nie tak, że u haredim kwestia homoseksualizmu nie istnieje. Wystarczy późnym wieczorem wybrać się do Gan HaAcmaut, parku Niepodległości w samym centrum miasta. To jedno z miejsc tajemnych schadzek dla chętnych na przygodny seks. Większość spacerujących tam mężczyzn to haredim. Rabini mówią im: „Załatwiajcie te sprawy na zewnątrz, a nie wewnątrz wspólnoty”.
A gdy już załatwią, wracają do domów i dalej grają przykładnych żydowskich mężów i ojców. To społeczność zbudowana na rodzinie, ale nie opiera się na miłości, lecz na zasadzie, że mężczyzna studiuje Torę, kobieta pracuje. Uprawiają seks po to, by płodzić dzieci, im więcej, tym lepiej. Nie muszą się kochać. Przed ślubem mogą się nawet nie znać, byleby zachowywali religijne przepisy. To, co z nimi sprzeczne, załatwiają po cichu i poza wspólnotą. Inni, tak jak mówiłem, zazwyczaj obierają jedną z trzech dróg: walczą ze skłonnościami, porzucają religię albo targają się na swoje życie. Chcemy pomagać wszystkim, a zwłaszcza tym ostatnim. O ile nie jest za późno. Wspieramy młodych, by zrozumieli, co się z nimi dzieje, potrafili to nazwać i zaakceptować. Żeby nie musieli przechodzić drogi, którą przechodziłem ja.

 
Wesprzyj nas