Dla rodziny Bahari wojny, zamachy stanu i rewolucje nie były abstrakcją, lecz znaną aż za dobrze rzeczywistością, doświadczaną od pokoleń.


Gdy Maziar Bahari wyjeżdżał z Londynu w czerwcu 2009 roku, by relacjonować wybory prezydenckie w Iranie, zapewniał swoją brzemienną narzeczoną Paolę, że wróci do niej najdalej za tydzień. Nie miał pojęcia, całując ją na do widzenia, że następne trzy miesiące spędzi w osławionym irańskim więzieniu Ewin, przechodząc brutalne śledztwo.

Ojciec Maziara siedział w latach 50. w więzieniu szacha, siostrę wsadził za kratki reżim ajatollaha Chomeiniego w latach 80. Zamknięty w więzieniu, obawiając się najgorszego, Maziar czerpał siły ze wspomnień o odwadze, jaką w obliczu tortur wykazali jego ojciec i siostra. Śnił o Paoli i myślał o tym, co narzeczona i jego nieugięta, osiemdziesięcioczteroletnia matka robią, by go uwolnić.

Te poruszające wspomnienia dają wgląd w siedem dziesięcioleci zmiennych irańskich reżimów, rysując jednocześnie perspektywy kraju, w którym demokratyczne dążenia młodzieży ścierają się nieustannie z konserwatyzmem reżimu, z każdym dniem coraz bardziej totalitarnego. Ta osobista i fascynująca relacja ze współczesnego Iranu jest też wzruszającą opowieścią o odwadze rodziny cierpiącej prześladowania ze strony kolejnych rządów.

Naprawdę przywiązałem się do historii Maziara. To osobista opowieść, ale z uniwersalnym przesłaniem o tym, jak cenna jest wolność.
Jon Stewart

Ważna i świetnie napisana książka (…) pamiętnik więzienny, który staje się jednocześnie historią rodziny.
„The New Republic”

Pasjonujące świadectwo ludzkiego poświęcenia i oporu wobec reżimu.
„Washington Independent Rewiew of Books”

„A potem przyszli po mnie” to wyjątkowe osiągnięcie. Jest to opowieść nie tylko o politycznym ucisku, ale też o dwóch biegunach irańskiej kultury politycznej, związanych ze sobą nierozerwalnie.
„The Guardian”

Pięknie napisana relacja z Iranu, dająca wgląd nie tylko w walki interesów i polityczne machinacje, ale też w prywatne, uczuciowe życie ludzi mieszkających w tym skomplikowanym kraju. Maziar Bahari jest odważnym człowiekiem i potrafi świetnie opowiadać.
Fareed Zakaria

Maziar Bahari jest cenionym dziennikarzem, filmowcem-dokumentalistą i obrońcą praw człowieka. W latach 1998–2010 był korespondentem „Newsweeka”. Urodził się w Teheranie, a w 1988 roku wyemigrował do Kanady, gdzie studiował nauki polityczne i sztukę filmową. Dokumentalne filmy Bahariego były emitowane przez telewizje całego świata, w tym HBO, BBC i Discovery Channel. W 2009 roku został finalistą hiszpańskiej nagrody księcia Asturii, określanej często jako hiszpańska pokojowa Nagroda Nobla; do tej nagrody nominował go Desmond Tutu. Mieszka w Londynie z żoną i córką. Jego wspomnienia posłużyły za inspirację do filmu „Rosewater” w reżyserii Jona Stewarta, w którym główną rolę zagrał Gael García Bernal.

Aimee Molloy – amerykańska pisarka, dziennikarka i redaktorka. Mieszka z mężem w Brooklynie.

Poruszająca historia rodzinna o miłości, niewoli i przetrwaniu

Maziar Bahari, Aimee Molloy
A potem przyszli po mnie
Tłumaczenie: Jarosław Skowroński
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 5 marca 2015



Wąchają twój oddech,
Żebyś nie powiedział: kocham cię.
Wąchają twoje serce:
Dziwne mamy czasy, kochanie…
Zdzierają uśmiechy z warg
I pieśni z ust…
Dziwne mamy czasy, kochanie…
Ahmad Szamlu, 1979

Prolog

Poczułem go, jeszcze zanim go zobaczyłem: mieszanka zapachów potu i wody różanej – i przypomniała mi się młodość.
Gdy miałem jakieś sześć lat, często chodziłem z moimi ciotkami do pewnej kaplicy w świętym mieście Kom. Przed wejściem trzeba było, jak zawsze, zdjąć buty, a służba świątynna rozpylała wodę różaną, by stłumić odór przepoconego obuwia.
Tamtego czerwcowego poranka 2009 roku, gdy przyszli po mnie, byłem gdzieś na chwiejnym pograniczu snu i jawy. Ale poczułem ten jego zapaszek. Nie zdawałem sobie sprawy, że miałem już czterdzieści dwa lata i leżałem w swojej sypialni w Teheranie; wydawało mi się, że mam sześć lat i idę znów z ciotkami do kaplicy.
– Mazi, dżaan, obudź się – powiedziała moja matka. – Przyszło do ciebie czterech panów. Mówią, że są z biura prokuratora. Chcą cię zabrać.
Otworzyłem oczy. Było parę minut przed ósmą, a mama stała koło łóżka. Jej krucha postać odgradzała mnie od czwórki mężczyzn stojących za nią. Spałem nago i zanim poczułem strach, zaniepokoiłem się, czy aby nie jestem nago w kaplicy. Poczułem zażenowanie i wyciągnąłem ręce, by się upewnić, że prześcieradło okrywa mnie jak trzeba.
Pan Woda Różana stał zaraz za plecami mojej matki. Z czasem dowiedziałem się o nim mnóstwa rzeczy. Miał trzydzieści jeden lat i uzyskał tytuł magistra nauk politycznych na Uniwersytecie Teherańskim. Jeszcze podczas studiów wstąpił do Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, licznej i potężniejącej wciąż fundamentalistycznej organizacji zbrojnej, powstałej na początku irańskiej rewolucji 1979 roku. Dowiedziałem się, że jego pięści biją najmocniej, gdy nie wie, co ma robić. Niemniej tamtego poranka, gdy się zjawił w mojej sypialni, wiedziałem o nim tylko tyle, że był służbowo i miał wielką głowę. Przerażająco wielką, podobnie zresztą jak reszta jego ciała. Wysoki na co najmniej sześć stóp i dwa cale, był tłusty i miał grube szkła w okularach. Potem te jego pingle wprawiały mnie w konsternację, bo kojarzyłem okulary z profesorami, intelektualistami, a nie z takimi oprawcami.
Owinąłem się starannie prześcieradłem i wstałem z łóżka.
– Ubierz się – powiedział Woda Różana i kiwnął na trzech pozostałych mężczyzn, by wyszli z pokoju, żebym mógł się ubrać. Ulżyło mi: niezależnie od tego, jaka sprawa ich tu sprowadziła, wciąż zachowywali się z pewną dozą uprzejmości.
Trzymali jednak drzwi uchylone. Podszedłem do szafy. Sytuacja wyglądała jakby jaśniej, ale ten zapaszek wody różanej sprawiał, że moje myśli błądziły wciąż gdzieś w przeszłości, po tej kaplicy… Jak się ubrać do kaplicy? Co będzie najwłaściwsze? Założyłem właśnie koszulę z niebieskim kołnierzykiem i jeansy, gdy ci faceci znów wkroczyli do mojej sypialni: to znaczy Woda Różana i jeszcze jeden mężczyzna w połyskliwej sportowej kurtce i czapce z daszkiem.
Obeszli pokój, zaglądając w każdy kąt. Większość ostatnich dwóch lat spędziłem z moją narzeczoną Paolą w Londynie. Zaręczyliśmy się pół roku wcześniej i szykowaliśmy się na narodziny naszego dziecka, które miały nastąpić za cztery miesiące. Tak naprawdę to nie mieszkałem na stałe w domu mojej matki. Czułem ich frustrację na widok tego bałaganu w moim pokoju. Na podłodze wznosiły się sterty książek, kaset wideo i płyt DVD, a obok leżały wstydliwie stosy jakichś rzeczy do prania. Od miesięcy nie robiłem porządku na swoim biurku, pokrytym teraz starymi gazetami i notatnikami. Wszyscy dziennikarze pracujący w Iranie muszą mieć akredytację z Erszadu, czyli Ministerstwa Kultury i Czystości Islamu, i tam właśnie podałem adres matczynego domu jako miejsca pracy. Myśleli, że znajdą tu biuro – a znaleźli brudne łachy.
– Jeśli pan chce, mogę to wszystko uporządkować, a panowie wrócą jutro – powiedziałem z przepraszającym uśmiechem.
– Zerto pek nakon – odparł szorstko Woda Różana. – Przestań pieprzyć. Siadaj i zamknij mordę. Jeszcze jedno słowo i sprawię ci taki łomot, że twoja matka będzie cię opłakiwać!
Podrapał się gdzieś pod marynarką, odsłaniając pistolet u boku. Usiadłem, czując, że moje ciało robi się ciężkie ze strachu. Tak jak większość Irańczyków wiedziałem dobrze, że wielu, zbyt wielu ludzi – pisarzy, artystów, działaczy – zostało obudzonych w ten sposób, a potem zabranych gdzieś i zamordowanych. Pomyślałem o moim ojcu i siostrze, aresztowanych przez poprzedni reżim, pomyślałem o matce, która już dwa razy musiała przejść przez coś takiego. Usłyszałem z kuchni głos mamy i do mojego strachu dołączyło przemożne poczucie winy. Jak mama może kolejny raz przeżyć podobne rzeczy? Dlaczego nie byłem ostrożniejszy? Dlaczego nie wyjechałem z Iranu wcześniej?
– Napije się pan herbaty? – usłyszałem, jak pyta jednego z tych facetów.
– Nie, dzięki…
– Ale czemu? Wygląda na to, że zostaniecie tu przez jakiś czas. Powinniście się napić herbaty…
– Nie, naprawdę. Nie chcę nadużywać pani uprzejmości.
Matka się roześmiała.
– Dobre sobie: przyszliście do mojego domu przed ósmą rano i chcecie przeszukać rzeczy mojego syna. Po waszym wyjściu będę musiała to wszystko posprzątać. I pan mi mówi o nadużywaniu uprzejmości?
Facet zignorował tę uwagę.
– Proszę pani, niech pani założy szal – powiedział.
Nie widziałem twarzy matki, ale mogłem sobie wyobrazić jej pełne politowania spojrzenie, jakim obdarzyła nieproszonego gościa.
Nieokryte szalem włosy matki były wbrew islamskiemu prawu. Wiedziałem, że jej niedbałe przestrzeganie rozkazów Strażników Rewolucji stanowiło z jej strony akt pewnego oporu. Jakby chciała powiedzieć, że mogą kontrolować jej ciało, ale nie zdołają kontrolować jej umysłu. Strażnicy całkiem słusznie uważali matkę i mnie za przedstawicieli „innego Iranu”, którego obywatele nie chcieli być poddanymi jakiegoś islamskiego władcy i woleli sami kierować swoim losem.
– Mam osiemdziesiąt trzy lata. Po co mam jeszcze zakładać szal?
Moja mama ma na imię Moluk. Gdy byliśmy dziećmi, nazywaliśmy ją Moluk dżun, co znaczy „kochana Moluk”. Ponieważ mój starszy brat Babak nie umiał wymawiać głoski „k”, mówił na mamę „Moludżun”. Ta wersja jakoś się przyjęła i sam teraz zawołałem do matki, próbując powstrzymać drżenie głosu:
– Moludżun, proszę, nie kłóć się z nimi.
Posłyszałem jej szybkie kroki, a chwilę potem przeszła obok mojego pokoju z błękitnym szalem w kwiatowe wzory na głowie.
– Teraz już dobrze? – spytała.
W moim pokoju stał duży regał na książki, pełen zachodnich powieści i płyt. Były tam książki z autografami wybitnych irańskich reformatorów, komplety płyt HBO DVD oraz sterty egzemplarzy „Vanity Fair”, „New Yorkera” i „Newsweeka”. Dla pana Wody Różanej był to z pewnością teren obcy. Wciąż wertował moje papiery i książki, choć z twarzy nie znikał mu wyraz jawnej dezorientacji.
Usiadłem na łóżku i obserwowałem go aż do czasu, gdy mi powiedział, żebym poszedł do kuchni i zjadł śniadanie, a oni tymczasem przeszukają mój pokój. W kuchni mama nalała mi filiżankę herbaty i położyła kilka daktyli na porcelanowym talerzyku. Potem usiadła przy stole naprzeciwko mnie i po cichu podsunęła mi daktyle.
– Bochor – powiedziała z uśmiechem. – Zjedz trochę.
Wiedziałem, że chce mnie zapewnić o swojej wierze, że znajdę dość siły, by przetrwać tę ciężką próbę, niezależnie od tego, co się stanie.
Zawstydziła mnie swoją odwagą, ale nie zaskoczyła. Siła mojej matki inspirowała mnie przez całe życie. Niemniej czułem się winny, gdy pomyślałem, jak bolesny będzie dla niej widok kolejnego członka rodziny, zabieranego do więzienia za opór wobec irańskiego reżimu.

***

W grudniu 1954 roku przyszli po mojego ojca. W Iranie panował wtedy prozachodni autokrata, szach Mohammad Reza Pahlawi. Mama oczywiście nie lubiła opowiadać o tym wydarzeniu – o tym, jak tamtej zimnej nocy tajna policja szacha i żołnierze królewskiej armii irańskiej najechali na ich dom. Miała wtedy dwadzieścia dziewięć lat, a mój ojciec dwadzieścia siedem. Byli małżeństwem od dwóch lat. Mieszkali w domu rodzinnym mojej mamy w Sangaladż, południowej dzielnicy Teheranu, razem z ich pierwszym dzieckiem Babakiem (wówczas dziesięciomiesięcznym) i dwiema moimi ciotkami. Podobno w czasie, gdy zbirowaty facet nazwiskiem Razwani (później przesłuchiwał ojca) obrzucał tatę wyzwiskami w obecności mamy, mojego brata i ciotek, żołnierze plądrowali dom, zabierając wszystko, co wpadło im w oko. „Przeszukiwali nawet ubrania twojego ojca – wspominała mama. – Przyłapałam jednego, jak kradł bieliznę taty”.
Ojciec był przez wiele lat członkiem Tudehu, czyli komunistycznej partii Iranu. Partia ta została parę lat wcześniej zdelegalizowana, po tym, jak jednego z jej członków oskarżono o próbę zamachu na szacha. Ojciec jednak kontynuował działalność partyjną, organizując strajki i demonstracje antyrządowe z ramienia Związku Zawodowego Metalowców. Wyszukiwał też kryjówki dla prześladowanych przywódców partii. Po wielomiesięcznym areszcie, podczas którego przeszedł tortury i był przetrzymywany w izolatce, został oskarżony o przynależność do organizacji wywrotowej i skazany na piętnaście lat więzienia.
Podczas odbywania przez ojca wyroku mama co tydzień chodziła z Babakiem pod więzienie Szezel Kal’eh albo Kasr i czekała tam godzinami na zgodę, by się zobaczyć z mężem. Zarówno ona, jak i członkowie rodzin innych więźniów politycznych byli bardzo często odsyłani z niczym. Jednocześnie – wychowując samotnie Babaka i pracując jako nauczycielka w szkole podstawowej – walczyła nieustannie o zwolnienie ojca, wykorzystując przy tym wszelkie możliwe koneksje. W końcu się udało. Obniżyli wyrok mojego ojca z piętnastu do dwóch lat. Człowiek, który wrócił do niej do domu, był jeszcze silniejszy od tego, którego jej zabrano.
Ojciec przeszedł w więzieniu ciężkie tortury – stracił wszystkie zęby, a paznokcie u nóg miał zdeformowane. A jednak te miesiące spędzone w izolatce wzmocniły tylko jego determinację. Tortury szacha złamały partię Tudeh, ale nie mojego ojca. Po uwolnieniu był równie ważną figurą dla swych przyjaciół i rodziny jak poprzednio. Wydaje mi się, że podobała mu się rola, jaką odgrywał. Był przystojnym mężczyzną, z dużymi, pięknymi oczyma i pełnymi wargami. Nie miał matury, ale znał na pamięć setki klasycznych perskich wierszy, a przemawiał tak, jakby skończył uniwersytet. Stylizował się na bohatera radzieckiej literatury socrealistycznej – tajemniczego rewolucjonistę, który mógłby odnieść sukces w każdej dziedzinie, ale zamiast tego postanowił poświęcić życie dla ideałów rewolucji komunistycznej. Pomoc wyzyskiwanym i walka o lepszą przyszłość Iranu stały się częścią tożsamości ojca.
Wkrótce jednak dojrzał i zdał sobie sprawę, że rewolucja i przemoc nie uleczą historycznej słabości Iranu. Pomimo tortur, jakich doświadczył z rąk reżimu, w lutym 1957 roku zaczął pracować w administracji państwowej, by spróbować zmienić system od środka. Dzięki połączeniu ciężkiej pracy, uroku osobistego i inteligencji został wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Przemysłu i Kopalnictwa, a w końcu dyrektorem generalnym największej państwowej firmy budowlanej. Jako dyrektor uznał za swój priorytet dobrobyt pracowników i ich rodzin. Pomagał im w sprawach mieszkań, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytur. Mówił z dumą, że jako dyrektor generalny zrobił dla robotników więcej niż jako działacz związkowy.
Pomimo swojej nienawiści do dyktatury szacha mój ojciec i wielu innych młodych Irańczyków z jego pokolenia popierało wysiłki monarchy na rzecz modernizacji kraju. Podczas tego dwudziestolecia, kiedy ojciec pracował dla rządu, rozwinęły się nowoczesne dziedziny przemysłu, wielu irańskich studentów zdobyło wykształcenie na Zachodzie, a irańska sztuka i kultura zostały poddane mocnemu wpływowi Europy i Ameryki. Zachodni sojusznicy szacha, zwłaszcza Amerykanie, popierali jego modernizacyjne dążenia, ale również tyranię, jaka się z tym wiązała. Szach był pod wieloma względami doskonałym partnerem dla Zachodu; wspierał kraje zachodnie dostawami taniej ropy naftowej i kupował najnowocześniejsze uzbrojenie dla swojej rozrastającej się nieustannie armii. Pozwalał także Amerykanom szpiegować swojego północnego sąsiada, Związek Radziecki.
Wielu tradycyjnie myślących, pobożnych Irańczyków czuło się wyobcowanych w wyniku tego procesu gwałtownej modernizacji. Już jako dziecko obserwowałem, że niektórzy moi krewni, pochodzący z biedniejszych i bardziej religijnych części kraju, czuli do nas pewną urazę z powodu pozycji, jaką ojciec zajmował w administracji szacha. Trudno im było znieść fakt, że mieszkaliśmy w przestronnym domu i mieliśmy kolorowy telewizor (co w latach 70. XX wieku było w Iranie dużą sprawą). Poza tym nie akceptowali naszych zwyczajów: tego, że moja siostra i matka nie chciały się modlić i nosić szala na głowie, a ojciec i jego przyjaciele wypijali parę butelek importowanej szkockiej whisky podczas cotygodniowej partii pokera.
Agenci służby bezpieczeństwa tłumili wszelką krytykę reżimu, a mimo to rozziew pomiędzy religijnymi masami i prozachodnią dyktaturą robił się coraz większy, aż w końcu uruchomił antyzachodni ruch fundamentalistyczny, prowadzony przez ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego. W latach 1965–1978 Chomeini przebywał na wygnaniu w sąsiednim Iraku i stamtąd kontaktował się ze swoimi zwolennikami za pośrednictwem nielegalnych ulotek i kaset magnetofonowych, kierując gniew ludu przeciw szachowi i jego związkom z USA. Twierdził przede wszystkim, że władca i Amerykanie współpracują zgodnie, by zniszczyć wiarę muzułmańską w Iranie. Chomeini obiecywał, że przyniesie krajowi sprawiedliwość, niezawisłość i dobrobyt. W miarę jak rosło poparcie dla Chomeiniego, szach tracił pewność siebie i wykazywał coraz większą skłonność do desperackich posunięć. W styczniu 1978 armia szacha otworzyła ogień do tłumu zwolenników ajatollaha, co doprowadziło do jeszcze większego poparcia społecznego dla ruchu islamskiego. Po roku demonstracji i gwałtownych protestów szacha obalono, a 11 lutego 1979 roku powstała Islamska Republika Iranu. Chomeini wrócił do kraju i został „najwyższym przywódcą” – duchowym autorytetem, do którego należało ostatnie słowo we wszystkich sprawach państwa.
Chomeiniego popierali nie tylko religijni Irańczycy. Wielu zeświecczonych obywateli kraju, opowiadających się za rozdziałem meczetu od państwa, również poparło rewolucję. Mieli po prostu dość despotyzmu szacha i jego wysługiwania się Zachodowi; pragnęli demokratycznych rządów i wolności słowa, obiecanych przez Chomeiniego. Nawet mój ojciec, któremu z czasem obrzydła idea gwałtownej rewolucji i który wierzył, że reżim szacha da się zreformować od wewnątrz, cieszył się z przewrotu i usunięcia z kraju amerykańskich baz wojskowych i wywiadowczych.
– Nie jestem pewien, co będzie dalej – mówił ze łzami w oczach – ale nigdy nie wybaczę szachowi i jego amerykańskim patronom, że zabili dziesiątki moich przyjaciół.

 
Wesprzyj nas